piątek, 27 marca 2020

PRL vs. III RP

Pewnie takie zestawienie u wielu Polaków wywoła lekki uśmiech i z ironią skwitują, że nie ma czego porównywać. Mamy przecież teraz sklepy pełne różnych produktów, możemy podróżować dokąd chcemy, nie ma dokuczliwej opieki służb specjalnych, nie ma cenzury…

I na tym zakończę wyliczankę, bo szczególnie ostatnia kwestia może budzić wątpliwości. Cenzura jednak jest i to taka, której nie można zlokalizować w jakimś ośrodku, np. na ul. Mysiej 5 w Warszawie, jak to było za osławionej ,,komuny”. Jest jednak na stałe obecna w wielu wydawnictwach, redakcjach, w osobach dziennikarzy, mediach.
Opiera się na autocenzurze, na poprawności politycznej, która hamuje naturalną skłonność do mówienia prawdy. Polska podzieliła się na plemiona polityczne, które opracowały system kodów, specjalny język do komunikacji, tzw. przekaz dnia. Oprócz tego stoją hordy lewicowych pasożytów, którzy wzorem Gramsciego chcą całkowitej hegemonii kulturowej, chcą nam narzucić utopię, zaczynając oczywiście od języka i interpretacji pewnych wydarzeń.
Pewne wytyczne płyną z wpływowych ośrodków zagranicznych, które finansując niektóre media w naszym kraju, wymagają lojalności i posłuszeństwa. Jedynym ratunkiem jest internet ale i tu popularne portale społecznościowe nakładają kaganiec w duchu lewicowo-liberalnej poprawności politycznej. Cenzura za czasów Mysiej 5 była dotkliwa, ale łatwo ją było zlokalizować, powiązać ze złą ,,komuną” i wprawnym piórem można było ją ominąć. A ponadto istniał tzw. drugi obieg wydawniczy.
Cenzura jednak nie jest głównym elementem, który biorę dzisiaj do porównania. Istotniejsza jest chyba nasza suwerenność, o której się dużo mówi i pisze, a której stan, wraz z ruchami na wielkiej politycznej szachownicy świata, się zmienia.
Jako historyk i politolog-amator oraz wnikliwy obserwator rzeczywistości stwierdzam, że wcale to porównanie, to vs. między ,,etapami” państwa polskiego, wcale nie jest tak bezsensowne i nie wypada korzystnie dla III RP.
Otóż największe szanse na pełną suwerenność, i w konsekwencji na zatrzymanie obcych wpływów mieliśmy w latach 1985 – 1990. Te pięć lat to oczywiście rządy gen. Jaruzelskiego, to schyłek istnienia tzw. bloku komunistycznego. Był to czas, kiedy Polska mogła, oczywiście nie bez wysiłku, wybrać sobie kierunek zmian gospodarczych, politycznych, i mogła, co najważniejsze, wybrać sobie odpowiednie sojusze.
Wiem, że wtedy bardzo się u nas uaktywniły ,,mafie, służby i loże”, jak mawia p. Grzegorz Braun i że sytuacja samego Jaruzelskiego nie była łatwa. W Polsce rozlokowała się agentura praktycznie wszystkich liczących się krajów, w tym NRD – państwa, które w niedługim czasie miało być wchłonięte przez RFN.
Jednak to Jaruzelski dzierżył władzę. Nie musiał godzić się na pomysł gen. Kiszczaka ,,bezkrwawej” rewolucji czyli przejścia od PRL-u do III RP drogą podzielenia się władzą z jawnymi zdrajcami polskich interesów, o których przecież bezpieka wiedziała wszystko. Rację ma p. Adam Wielomski w artykule (Konserwatyzm.pl): ,,Największym błędem Jaruzelskiego, błędem o który mam do niego największy żal i pretensje, była decyzja z 1988-89 roku o oddaniu Polski w ręce lewicy solidarnościowej, która rozsprzedała i zniszczyła wszystko, co zbudowano w latach 1944-89.” To istotny błąd, który pozbawił nas suwerenności.
[Powiedzmy jasno: w ręce lewicy żydowskiej, wyrosłej z plugawego KOR-u – admin]
A był czas lepiej się przygotować do tego wielkiego przełomu końca lat osiemdziesiątych. Władze radzieckie już od 1985 roku dawały pewne sygnały przywódcom innych państw komunistycznych o przyszłym rozpadzie bloku wschodniego. Niestety, ekipa Jaruzelskiego bardziej dbała o zabezpieczenie finansowe swoich ludzi po tzw. przemianach i o zagwarantowanie bezkarności swoich ludzi, którzy rzeczywiście mogli być oskarżeni o poważne nadużycia władzy.
Są takie momenty w historii, kiedy skala zmian jest tak duża, że mądrym przywódcom trafia się okazja, by wyrwać swój kraj z zależności, z niechcianego sojuszu. Koniec lat osiemdziesiątych to był moment, kiedy stary, dwubiegunowy świat na naszych oczach upadał. Na ile to było kontrolowane i wyreżyserowane, tego się pewnie nie dowiemy. W rękach gen. Jaruzelskiego spoczywały jednak nici, którymi mógł pociągnąć i odpowiednio umeblować nasz kraj. Nie wiemy jednak czy nie chciał, nie mógł, czy był pod zbyt dużym wpływem gen. Kiszczaka, czy po prostu tyle lat podległości Związkowi Radzieckiemu wytworzyło w nim mentalność niewolnika i uznał, że bez nowego protektora Polska nie jest w stanie istnieć.
A może rzeczywiście istniał jakiś pakt Jaruzelski-Rockefeler z września 1985 roku? Jako realista mógł wiedzieć więcej o tym, kto rzeczywiście rządzi światem i jaki jest stan gospodarki polskiej. A że ekonomistą nie był… Ale tutaj to już zabawiłem się w wieszcza, w teorie spiskowe, których nikt obecnie nie jest w stanie udowodnić.
Dzisiaj sytuacja jest zupełnie inna. Z punktu naszej suwerenności gorsza. Od trzydziestu lat scena polityczna się porządkuje. Są dwie główne siły: proamerykańska (proizraelska) i proniemiecka (unijna). Media głównego nurtu są zdominowane przez te dwa obozy. Sami nie jesteśmy w stanie tej sytuacji zmienić, bo KTOŚ dba o to, by nikt spoza systemu nie wygrał wyborów. A w stosunkach międzynarodowych jesteśmy tylko przedmiotem gry wielkich mocarstw. Na razie ,,parasol” amerykański, potem może być niemiecki. Jest pokój, a możemy być państwem frontowym w wojnie z Rosją. A propaganda głosi, że stajemy się potęgą i jesteśmy wzorem dla innych krajów. O tempora, o mores!
W przypadku gen. Jaruzelskiego był taki okres, który został zmarnowany. Jak w tragedii greckiej: jedność czasu, miejsca i akcji – koniec lat osiemdziesiątych, Polska, upadek bloku komunistycznego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przebudzenie

Marsze Polaków za pokojem – 19 października w  Rzeszowie  , 26 października w  Szczecinie  budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...