poniedziałek, 30 września 2019

Choroba prawicy narodowej


Na temat ostatnich eurowyborów i Konfederacji Korwin Braun Liroy Narodowcy napisano już niemal wszystko. Wnikliwe analizy – nade wszystko Konrada Rękasa – ich przegranej dają dużo do myślenia.
Trudno się z nimi nie zgodzić, gdyż są nadzwyczaj trafne. Pora wyciągnąć wnioski. Utrzymanie Konfederacji w dotychczasowym składzie jest krótkowzroczne i zabójcze dla nurtu narodowego. Jej reszta nie jest i nie powinna być zmartwieniem środowisk endeckich.
Samo przystąpienie do tej egzotycznej konfiguracji politycznej wyrządziło bowiem wystarczająco dużo szkód nurtowi narodowemu i zmusza do postawienia szkolnego pytania: kogo możemy zaliczyć do narodowców? Nie da się tu pominąć kryterium twórczej wierności ideom nie tylko Romana Dmowskiego, ale również takich przedstawicieli narodowej demokracji jak Zygmunt Balicki, Władysław Grabski, Adam Doboszyński, Jędrzej Giertych i wielu innych, także tych niepokornych, którzy wydawali na emigracji w Paryżu „Horyzonty”.
Zasady naczelne
Wszystkich łączy w sferze międzynarodowej krytyczny stosunek do Niemiec i otwarcie na Rosję. Szkolna wiedza o owym otwarciu przypomina sformułowany przez Dmowskiego jako priorytetowy obowiązek uregulowania relacji z Rosją.
Podstawowa wiedza o narodowej demokracji pozwala również nazwać jej stałą daną krytyczny stosunek do liberalizmu, odrzucający kult własności jako „świętości”. Jest on bowiem sprzeczny nie tylko z pięciomianem cywilizacji łacińskiej/chrześcijańskiej, określonym przez Feliksa Konecznego (prawda-dobro-piękno-zdrowie-dobrobyt), ale również z chrześcijańską filozofią wartości, według której własność ma charakter służebny wobec wartości duchowych oraz moralnych i jako taka nigdy nie może być celem samym w sobie, jak to ma miejsce we współczesnym globalnym liberalizmie, który ujawnił swe antychrześcijańskie oblicze poprzez paradygmat totalnego zysku przeznaczonego dla elitarnego klubu hiperposiadaczy.
Dlatego rzucone przez Korwina – jako przedstawiciela Konfederacji – w stronę strajkujących polskich nauczycieli hasło: sprywatyzować całe szkolnictwo jest nie tylko świadectwem bezproduktywności myślenia w ramach totalnego liberalizmu, ale równie szyderstwem z jego ofiar.
To, co może i powinien w tej kwestii głosić nurt narodowy w dobie upadającego globalnego liberalizmu – to nie kumulacja, lecz „rozproszenie” własności, prowadzące do opóźniającego się coraz bardziej utworzenia polskiej klasy średniej. Jednocześnie zaś jedynie nurt narodowy może i powinien powiązać potencjał klasy średniej z potencjałem dystrybucjonizmu, którego koncepcję wyłożyli: Hillaire Belloc, Gilbert Chesterton czy – na gruncie polskim – Adam Doboszyński.
Już teraz bowiem Polska jest w Unii Europejskiej liderem największych nierówności społecznych i każdy nowy liberalny program polityczny szybko przekształci nasz kraj we własność środowisk oligarchicznych, sterowanych z zewnątrz w ramach opcji transatlantyckiej i podpisanego przez rząd Beaty Szydło układu CETA.
Pozorny spór
Ani PiS, ani PO i cała lewica razem wzięta nie powstrzymają tego procesu, bo wszystkie popierały i popierają model globalnego liberalizmu, mimo iż coraz bardziej widoczne się staje, że jest to model antypersonalistyczny, antynarodowy, antyspołeczny, rozbijający tradycyjne cywilizacje, wykorzystujący dla globalnego zwycięstwa wojny prewencyjne, kolorowe rewolucje, zamachy stanu, organizacje terrorystyczne.
W tym kontekście rozdawnictwo PiS i wszelkie programy 500+ są tylko listkiem figowym dla głębokich negatywnych przemian społecznych, skutkujących nieuchronną w niedalekiej przyszłości rewolucją zbuntowanych „wykluczonych”, czego przykładem jest ruch żółtych kamizelek we Francji.
W przestrzeni aksjologicznej cywilizacji chrześcijańskiej prawo własności nigdy nie może być „święte”. Koneczny to rozumiał i dlatego mówi nie o własności, ale o dobrobycie – w dodatku ściśle powiązanym z innymi czynnikami pięciomianu. Stosunek do liberalizmu, a także do Rosji to dwa wektory, dzięki którym – oprócz stosunku do kwestii żydowskiej – możliwa jest wstępna identyfikacja tożsamości ideowej narodowców.
Rusofobiczne pohukiwania na Rosję i brak jakiegokolwiek programu uregulowania relacji z Moskwą ze strony tych, którzy określili się jako „narodowcy” w Konfederacji, zaburza całkowicie ich ideowe rozpoznanie. Nakłada się ono na akceptację liberalizmu reprezentowanego w tym gronie przez Janusza Korwina-Mikke i w dużej mierze przez Grzegorza Brauna, który sformułował m.in. hasło: wiara – rodzina – własność.
Obydwu polityków łączy kult tej ostatniej, który wraz z paradygmatem zysku jako determinanty nie tylko gospodarki, ale również ustroju społecznego i relacji międzyosobowych – czyni z liberalizmu realne zagrożenie dla chrześcijańskich wartości moralnych.
Przeczy zdecydowanie ekonomii miłosierdzia, którą wskazał dla demokracji narodowej Doboszyński. Z kolei samo nagłośnienie JUST Act 447 – bez klarownego projektu ustawy anty – 447 i bez żądania wyjaśnień, czy w tej sprawie są prowadzone tajne rozmowy Polski ze środowiskami żydowskimi oraz amerykańskimi władzami – nie jest jeszcze wyznacznikiem endeckiej przynależności. Świadczy o tym fakt, iż Kukiz’15 również nagłośnił JUST Act 447 i złożył w kancelarii sejmu projekt ustawy zabezpieczającej nas przed tymi bezprawnymi roszczeniami – choć nie ma nic wspólnego z nurtem endeckim.
Na tym odcinku prawica narodowa musi poddać weryfikacji – zgodnie z rzeczywistą polską racją stanu – wszystkie aspekty opcji transatlantyckiej, którą Warszawa realizuje od 1989 roku pod dyktando Waszyngtonu. JUST Act 447 to przecież jeden z obowiązków Polski wobec środowisk żydowskich i Izraela, realizowany przymusowo w ramach transatlantyzmu.
Samo tylko nagłośnienie JUST Act 447 i jednocześnie milczenie w sprawie Fort Trump i ściągania wojsk amerykańskich do Polski czy budowy w Redzikowie amerykańskiej tarczy antyrakietowej – wycelowanej w Rosję – świadczy o poważnym defekcie myślenia na temat osławionego bezpieczeństwa Polski i o niezdolności do określenia polskiej racji stanu. [No i chyba o ciekawych przepływach pieniędzy? – admin]
Pytania retoryczne
Rodzi się ponadto inne ważne pytanie: jak się to stało, że „narodowcy” z Konfederacji znaleźli wspólny język z liberałami i środowiskami dalekimi od tradycji endeckiej, a nie znaleźli go z rozproszoną prawicą narodową? Kim są ci, którzy, nazywając się „narodowcami”, woleli pójść do środowisk o poglądach odmiennych od Narodowej Demokracji, woleli wesprzeć kontrowersyjnych liderów politycznych i odwrócić się od narodowców z kręgu dawnych posłów i działaczy LPR, „Myśli Polskiej”, stowarzyszeń i fundacji czy komitetów wyborczych o profilu narodowo-patriotycznym, które zarejestrowały się na wybory samorządowe m.in. w Małopolsce, na Śląsku, Łodzi.
Powszechnie wiadomo, że w grę wchodzi konflikt pokoleń. „Narodowcy” z Konfederacji reprezentują „młodych”, choć czołowi działacze to panowie pod czterdziestkę, którzy dogadali się z liderami Konfederacji w wieku 40+, 50+, 70+.
Nie jest to więc międzypokoleniowe napięcie, lecz przejaw niechęci czy też lekceważenia dla doświadczenia endeckich działaczy, mogących się pochlubić sporym dorobkiem nie tylko politycznym, ale również kulturowym, którego należałoby życzyć „narodowcom” z Konfederacji.
Ich wyborcza taktyka to droga na skróty – zawsze zawodna i zawsze donikąd. Tą droga poszli narodowcy cztery lata temu w wyborach do sejmu pod szyldem Kukiz’15. Czy cokolwiek zyskała na tym prawica narodowa, czy powiększył się jej dorobek polityczny i intelektualny? Poza tym, że kilku panów zdobyło diety poselskie, reszta ma jedynie poczucie straconego czasu i marnotrawienia wciąż istniejących możliwości politycznych.
Cztery lata, które upłynęły od ostatnich wyborów, niczego nie nauczyły „młodych narodowców”. Mając potencjał ilościowy w postaci 100 tysięcy uczestników Marszu Niepodległości, powtarzają taktykę „niesamodzielnych” sprzed czterech lat.
Na szczęście pojawiły się próby jednoczenia prawicy narodowej, podejmowane przez środowiska dawnego LPR i nie reprezentowane dotychczas w tzw. debacie politycznej niszowe grupy, fundacje i stowarzyszenia. Im nie idzie o powtórkę z Kukiz’15 i pensje poselskie, ale o budowę struktur prawicy narodowej i wyzwolenie mentalności Polaków ze zniewolenia fałszywym mitem transatlantyzmu i globalnego liberalizmu.
Oby to były próby udane, na które czeka elektorat nie tylko endecki, ale również ten zawiedziony PiS- em czy nie akceptujący Konfederacji. [Nie będą. – admin]
prof. Anna Raźny
Myśl Polska, nr 29-30 (14-21.07.2019)
http://mysl-polska.pl/

Szokujące sceny z paryskiego Panteonu! Hordy imigrantów wdarły się do mauzoleum gdzie pochowani są wielcy Francuzi

Kilkuset imigrantów i lewaków wdarło się do jednego z najbardziej „świętych” miejsc Francji, by domagać się legalizacji pobytu. Po brutalnych starciach policji udało się usunąć bandę z paryskiego Panteonu.

Paryski Panteon został opanowany przez około 700 nielegalnych imigrantów i lewaków, którzy określają się jako „czarne kamizelki”. Domagali się oni legalizacji pobytu „praw takich jakie mają Francuzi”, „mieszkań dla wszystkich” i spotkania z premierem Francji Edouardem Phillipe. [… a co z darmowymi samochodami i dostępem do kobiet? – admin]
Ta sama grupa miesiąc wcześniej okupowała lotnisko Charles De Gaulle, gdzie krzyczeli m.in „Francja nie jest dla Francuzów”, „Każdy ma prawo tu być”.
Bandy z Panteonu usunęła dopiero siłą policja. W pobliżu największego dla Francuzów mauzoleum starcia ze służbami trwały kilka godzin. Ponad 50 osób zostało rannych.
Panteon zbudowany w XVIII wieku jako Kościół św. Genowefy blisko 150 lat służy jako miejsce pochówku najwybitniejszych Francuzów. Znajduje się tam m.in grobowiec Marii Skłodowskiej-Curie, Woltera, Wiktora Hugo, Jana Jakuba Rousseau, marszałka Jeana Lannesa, przywódcy ruchu oporu z czasów II wojny światowej Jeana Moulina.
https://nczas.com (tamże więcej wideoklipów)

Rzadko na moich wargach

Rzadko na moich wargach
Rzadko na moich wargach –
Niech dziś to warga ma wyzna –
Jawi się krwią przepojony,
Najdroższy wyraz: Ojczyzna.
Widziałem, jak się na rynkach
Gromadzą kupczykowie,
Licytujący się wzajem,
Kto Ją najgłośniej wypowie.
Widziałem, jak między ludźmi
Ten się urządza najtaniej,
Jak poklask zdobywa i rentę,
Kto krzyczy, iż żyje dla Niej.
Widziałem, jak do Jej kolan –
Wstręt dotąd serce me czuje –
Z pokłonem się cisną i radą
Najpospolitsi szuje.
Widziałem rozliczne tłumy
Z pustą, leniwą duszą,
Jak dźwiękiem orkiestry świątecznej
Resztki sumienia głuszą.
Sztandary i proporczyki,
Przemowy i procesyje,
Oto jest treść Majestatu,
Który w niewielu żyje.
Więc się nie dziwcie – ktoś może
Choć milczkiem słuszność mi przyzna –
Ze na mych wargach tak rzadko
Jawi się wyraz: Ojczyzna.
Lecz brat mój najbliższy i siostra,
W tak czarnych żałobach ninie,
Ci widzą, że chowam tę świętość
W najgłębszej serca głębinie.
Ta siostra najbliższa i brat ten,
Wybrani spomiędzy rzeszy,
Ci znają drogi, którymi
Moja Wybrana spieszy.
Krwawnikiem zarosłe ich brzegi,
Łopianem i podbiałami:
Śpieszę z Nią razem, topole
Ślą swe westchnienia za nami.
Przystajem na cichych mogiłach,
Słuchamy, azali z ich wnętrza
Taki się głos nie odezwie,
Jakaś nadzieja najświętsza.
Zboża się złocą dojrzało,
A tam już widzimy żniwiarzy,
Ta dłoń swą na czoło mi kładzie
I razem o sprzętach marzy.
A potom, podniósłszy głowę
Do dalszej wstając podróży,
Woła: „Miej radość w duszy,
Bo tylko radość nie nuży.
Podporą ci będzie i brzaskiem
Ta ziemia tak bujna, tak żyzna,
Nią ci Ja jestem na zawsze
Twa ukochana Ojczyzna”.
Jakiś złośliwy złoczyńca
Pszeniczne podpala stogi,
U bram się wije niebieskich
W rozpaczy człowiek ubogi.
Jakaś mordercza zaraza
Z głodem zawiera przymierze,
Na przepełnionych cmentarzach
Krzyże się wznoszą świeże.
Jakoweś głuche tętenty
Wskroś przeszywają powietrze,
Kłębią się gęste chmurzyska,
Czyjaż to ręka je zetrze?
Jakaś olbrzymia rzeka
Wezbrała krwią i rozlewa
W krąg purpurowe swe nurty,
Zabiera domy i drzewa.
Jakoweś idą pomruki –
Drży niepoznana puszcza,
Dęby się groźne ozwały,
Cóż to za moc je poduszcza?
A nad tą dolą – niedolą
Poranna nieci się zorza,
Na pieśń mą, Ojczyzny pełną
Spływa promienność jej Boża.
W mej pieśni, bogatej czy biednej –
Przyzna mi ktoś lub nie przyzna –
Żyje, tak rzadka na wargach,
Moja najdroższa Ojczyzna.
Autor: Jan Kasprowicz

Najmierniejszy barak w obozie

Obraz Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej utrwalony w naszym stereotypowym myśleniu o historii jest podwójnie fałszywy. Z jednej strony po 1989 r. coraz mocniej narzuca się narrację stygmatyzującą PRL jako zło, i to czyste.

Ma to podkreślać zbawczy charakter demoliberalizmu i okcydentalizmu (zachodniactwa): Jałta była „dziejową niesprawiedliwością”, za to dziejowa sprawiedliwość zostałaby wymierzona, gdyby Polska wskutek II wojny światowej wylądowała w bloku atlantyckim i zamieniła się w kontynentalny odpowiednik „USS Britain” czy „USS Japan” (którym tak bardzo stara się być dzisiaj, pod rządami obozu postsolidarnościowego).
W rezultacie tej bezkrytycznej demonizacji PRL stawia się dzisiaj w Polsce pomniki incydentom samobójczym, głupim, a także haniebnym (jak działalność szpiegowska Polaków na rzecz amerykańskiego wywiadu czy najemnictwo dla US Army), podciągając je pod pojemną kategorię „antykomunizmu”.
Z drugiej strony, demonizacji PRL przeciwstawia się inny stereotyp, sięgający korzeniami jeszcze czasów jej istnienia. Podkreśla on, że powojenny system polityczny miał łagodniejszy charakter, niż w innych krajach bloku wschodniego. Miarkowały go właściwa Polakom awersja do ideologizowania, a nawet bylejakość i lenistwo, zaś odgórnie narzucone zasady działania reżimu często skutecznie sabotowały nasz chłopski rozum, cwaniactwo i kombinatorstwo. W konsekwencji w kraju panował klimat nie tyle grozy i terroru, ile raczej absurdu, w którym jednak dało się żyć łatwiej niż pod cięższymi dyktaturami w innych „demoludach”. W porównaniu ze swoimi sąsiadami Polacy mieli więc choć skromne powody do zadowolenia, co znalazło wyraz w powiedzeniu o „najweselszym baraku w obozie”.
Standardowa krytyka PRL jest nic nie warta, ponieważ sprowadza się właściwie do pomstowania, że w tym okresie w Polsce „nie było demokracji” (tylko rządy dyktatorskie, fałszowanie wyborów, represje wobec opozycji antysystemowej i tak dalej). To oczywiście prawda, ale fakt ten stanowił podstawową zaletę ówczesnego systemu politycznego.
Odsuwając na bok brednie o moralnej czy cywilizacyjnej wyższości CIA nad KGB, powinniśmy się cieszyć, że wskutek wojny Polska znalazła się w bloku wschodnim, a nie w zachodnim, że „żelazna kurtyna” na cztery i pół dekady odgrodziła nas od zachodniego demoliberalizmu i jego wpływów, bo dzięki temu nasz kraj pozostaje dziś nie aż tak zdegenerowany jak Europa Zachodnia, a społeczeństwo nadal bardziej zachowawcze od tamtejszych.
Oburzać się o wyjątkowo jakoby opresyjne metody sprawowania władzy przez „komunę” mogą tylko ludzie, którzy zwyczajnie nie wiedzą, że na przykład Republika Federalna Niemiec pod względem stopnia inwigilacji opozycji antysystemowej, a V Republika Francuska pod względem brutalnego postępowania z aktywistami opozycji antysystemowej ani nie ustępowały PRL w tamtym okresie, ani nie ustępują jej dzisiaj, po tylu latach.
Ustanowienie po wojnie fasadowego pluralizmu trzech partii (PZPR, ZSL i SD) z trwałym ośrodkiem kierowniczym należy ocenić jako lepszy i zdrowszy model polityczny, niż choćby system dwupartyjny z prawdziwymi mechanizmami parlamentarnymi i alternacją władzy, o którego niszczycielskim charakterze możemy się przekonać na przykładach Wielkiej Brytanii i USA, a coraz bardziej niestety także dzisiejszej Polski.
O państwie w takim stopniu narodowym jak PRL, o jej militaryzmie, a nawet o jej stopniu suwerenności (sic!) możemy dziś jedynie pomarzyć w państwie uczonym przez Zachód multikulturalizmu, rozbrojonym i rozpuszczającym się powoli w strukturach międzynarodowych.
O tych zaletach PRL pisałem już nieraz. Ale ich pomijanie nie jest wcale większym – ani mniejszym – błędem, niż wychwalanie Polski Ludowej jako „najweselszego baraku w obozie”. PRL była bowiem państwem marnym i źle rządzonym, nie dlatego, że wchodziła w skład bloku wschodniego, a właśnie na jego tle.
Krytykowanie PRL, bo nie było w niej dolarów, bo miała gospodarkę upaństwowioną zamiast równie wolnorynkową co Botswana, bo leżała w strefie sowieckiej hegemonii zamiast na Księżycu itp. jest intelektualnie miałkie i merytorycznie nic nie wnosi (a celuje w nim, niestety, prawica), ponieważ opiera się na podstawianiu fikcyjnej rzeczywistości w miejsce obiektywnie wówczas istniejących realiów.
Ta krytyka, którą można umownie określić jako „antykomunistyczną” [1], zupełnie nie dostrzega natomiast, że w bloku wschodnim, nawet przy obowiązujących w nim, odgórnie narzuconych wzorcach politycznych, nie wszystko bynajmniej musiało wyglądać tak, jak wyglądało w PRL. Przypadki sąsiednich państw tego samego obozu dowodzą możliwości wyboru lepszych rozwiązań, których peerelowska elita wprowadzić albo nie umiała, albo nie chciała. A właściwie, w różnych okresach i momentach miejsce miało jedno i drugie.
Rzucającą się w oczy cechą PRL był brak dynamizmu w polityce zagranicznej. Właściwie należałoby chyba mówić o braku własnej polityki zagranicznej w ogóle (i III Rzeczpospolita tę cechę po PRL odziedziczyła). Na dobrą sprawę jedyną liczącą się samodzielną inicjatywą dyplomatyczną Polski z tego okresu pozostaje „plan Rapackiego” (zamiany Europy Środkowej w strefę bezatomową), ogłoszony na forum ONZ w 1957 r. Poza tym wyjątkiem obecność PRL na arenie międzynarodowej znamionowały bezwład i inercja, ciągnące się przez kolejne dekady aż do końca jej istnienia.
Otóż wbrew przekonaniu rozpowszechnionemu w literaturze pisanej na modłę antykomunistyczną nie istniały żadne obiektywne mechanizmy czy reguły skazujące na takie ubezwłasnowolnienie państwa wciągnięte po II wojnie światowej do sowieckiej strefy wpływów. Nie istniała też nigdy „doktryna Breżniewa”, którą tak naprawdę ukuli sobie autorzy zachodni na podstawie pojedynczego przypadku Czechosłowacji.
Jak wiadomo, Jugosławia wyłamała się z bloku wschodniego już w 1948 r., a więc jeszcze przez jego formalną instytucjonalizacją przez powołanie RWPG (1949) i Układu Warszawskiego (1955). Chiny uczyniły to samo w latach pięćdziesiątych. Rumunia za rządów Gheorghego Gheorghiu-Deja w 1958 r. usunęła ze swojego terytorium wojska sowieckie. Jego następca, Nicolae Ceauşescu, poszedł o krok dalej: w 1968 r. sprzeciwiał się planom interwencji w Czechosłowacji i odmówił udziału w niej Rumunii, a gdy Związek Sowiecki i jego sprzymierzeńcy rozpoczęli sierpniową inwazję na Czechosłowacką Republikę Socjalistyczną, głośno potępił działania Moskwy przy aplauzie swojego narodu. Albania pod przywództwem Envera Hodży nie tylko zaś skrytykowała inwazję na CSRS, jak Bukareszt, ale wystąpiła z jej powodu z Układu Warszawskiego.
Przykłady wymienionych krajów, częściowo mniejszych i słabszych od Polski, każą krytycznie ocenić elitę rządzącą PRL, która nie umiała zdobyć się choćby na autonomizację naszego państwa w ramach bloku.
Ekonomia
Drugim, obok obumarłej polityki zagranicznej, zasadniczym problemem PRL był nieefektywny model ekonomiczny. I znów – nie chodzi o prymitywny zarzut, że stanowił przeciwieństwo zachodniego kapitalizmu. Ale nawet w ówczesnej Europie Wschodniej, gdzie rozstrzygnięcie wojny oznaczało odgórne narzucenie zasad ustroju gospodarczego, niektóre państwa umiały sobie poradzić lepiej od Polski. Należała do nich w pierwszej kolejności Niemiecka Republika Demokratyczna. Timothy Garton Ash, zwiedziwszy oba kraje, w 1981 r. porównał politykę ekonomiczną NRD i PRL, na wyraźną niekorzyść tej drugiej:
„W NRD zawsze przywiązywano dużą wagę do warunków pracy. Robotnicy od wielu lat korzystają tam ze wszystkich tych uprawnień, jakich domagano się w sierpniu w Polsce. (…) Bez względu na wszystkie trudności gospodarcze NRD wciąż jeszcze jest w stanie – i będzie w dającej się przewidzieć przyszłości – zaspokajać podstawowe potrzeby konsumpcyjne obywateli.
W porównaniu z haniebnie zaniedbanym prywatnym sektorem rolnictwa w Polsce i w porównaniu z fatalnie zarządzanymi gospodarstwami państwowymi, rolnictwo w NRD, niemal w całości skolektywizowane, funkcjonuje skutecznie. NRD ma najwyższy standard życia w Europie Wschodniej. Przemysł przebył po cichu wiele etapów reformy, dla których wdrożenia w Polsce potrzebne były gwałtowne przewroty.
Gierek szykował się do wielkiego skoku, kombinując zachodni kapitał z zasadami stalinowskiej gospodarki, i pchał dolary oraz zachodnioniemieckie marki w nienasycone paszcze Huty Katowice albo Ursusa II, tymczasem w NRD ostrożnie przekazywano nowo utworzonym kombinatom prawo podejmowania decyzji ekonomicznych. Firmy takie, jak Carl Zeiss w Jenie, korzystają dziś z daleko posuniętej autonomii. Same zawierają umowy z zagranicą i stosują zachodnie metody zarządzania (zwłaszcza potężne bodźce materialne), aby napędzać produkcję.” [2].
Dla jasności dodajmy, że cytowana książka została napisana z pozycji jednoznacznie antykomunistycznych, a autor za jej opublikowanie otrzymał bezterminowy zakaz wjazdu do NRD.
Być może ktoś zechce wyjaśnić ekonomiczną sprawność NRD mityczną „niemiecką rzetelnością”, podobno z natury nieosiągalna dla innych narodów, a osobliwie dla Polaków. Przypomnijmy zatem, że w epoce socjalizmu na efektywną i, co ważne, samodzielnie projektowaną politykę gospodarczą umiały się zdobyć również Węgry. Było to zasługą Jánosa Kádára, który sprawował w tym kraju władzę przez ponad trzy dekady (1956-1988), czyli przed zdecydowaną większość okresu istnienia ustroju socjalistycznego. Przytoczmy najpierw zestawienie PRL i Kádárowskich Węgier, poczynione przez Waltera Laqueura (1921-2018), teoretyka amerykańskiego neokonserwatyzmu i historyka o jednoznacznie antykomunistycznych poglądach:
„Porównanie Kádára i Gomułki ujawnia pewne podobieństwa ich wcześniejszych losów, lecz wykazuje też duże rozbieżności polityki prowadzonej przez nich po 1956 roku. Gomułka doszedł do władzy na fali protestów przeciwko Moskwie, podczas gdy Kádára zainstalowała w jego własnym kraju armia radziecka.
Okoliczności, w jakich Kádár objął rządy, trudno nazwać szczególnie pomyślnymi, niemniej w dziesięć lat później Węgry były bez wątpienia krajem bardziej wolnym niż inne. O ile Gomułka stopniowo skłaniał się ku przywracaniu ścisłej kontroli i ku tłumieniu wszelkich dążeń demokratycznych, o tyle Kádár prowadził politykę bardziej liberalną – usunął ze stanowisk czołowych stalinowców, odideologizował życie codzienne oraz skoncentrował się na rozwoju gospodarki i na podwyższaniu poziomu życia.
Po 1963 roku wszyscy ci komuniści z Czechosłowacji, NRD i Polski, którzy pragnęli poszerzania zakresu wolności, zaczynali kierować wzrok na Budapeszt, ponieważ to właśnie Węgry w swym otwarciu na Zachód i w swych reformach gospodarczych poszły o wiele dalej niż którekolwiek z państw ich bloku. Rządy Kádára, z początku najbardziej kruche w całej Europie Wschodniej, stały się z czasem jednym z najbardziej stabilnych reżimów” [3].
Stabilność swoich rządów zawdzięczał zatem Kádár między innymi sukcesom ekonomicznym, te zaś śmiałej (jak na warunki sytuacji), choć zarazem wyważonej polityce gospodarczej. W latach 1956-1958 na Węgrzech sprywatyzowano połowę państwowych gospodarstw rolnych. Zamiast preferować autarkię, jak inne państwa obozu, dążono do zwiększenia wymiany handlowej, zarówno z innymi krajami socjalistycznymi, jak i z blokiem zachodnim.
W efekcie kondycja gospodarcza Węgier w chwili rozpadu bloku wschodniego była najlepsza wśród państw Europy Środkowej. Badania opinii publicznej przeprowadzone w ostatnich latach wykazały zaś, że János Kádár oceniany jest przez Węgrów jako najlepszy przywódca ich kraju w XX wieku, dystansując zarówno Viktora Orbána, jak i admirała Horthy’ego czy Habsburgów.
Tymczasem peerelowski model ekonomiczny, powstały jako rezultat rozbicia znacznie bardziej zrównoważonego modelu gospodarki „trójsektorowej” z lat 1945-1948 oraz dokonanej w okresie stalinowskim skrajnej centralizacji zarządzania gospodarką i jej upaństwowienia, okazał się odporny na próby usprawnień.
Elity rządzące PRL konsekwentnie unikały jego reformy, nawet w momentach, gdy jej dokonanie wymuszał głęboki polityczny kryzys systemu. Pierwszy taki kryzys przypadł na lata „odwilży” po śmierci Stalina i osiągnął apogeum w roku 1956 – roku krwawych walk ulicznych w Poznaniu; roku, w którym stacjonujące w Polsce wojska sowieckie ruszyły na Warszawę, po czym zostały zmuszone do powrotu do baz; roku, gdy władze PRL po raz pierwszy wyraźnie przeciwstawiły się Moskwie, a milion ludzi na placu Defilad – nie sztucznie spędzonych aktywistów partyjnych, lecz zwykłych Polaków – oklaskiwał Władysława Gomułkę; roku „polskiego października”.
Na fali takich nastrojów zrodziło się powszechne w kraju oczekiwanie zasadniczych zmian w ustroju ekonomicznym. Samo pojęcie „model gospodarczy”, które zaczęło się wtedy często pojawiać na łamach prasy jako pewna nowość, nabrało magicznego wydźwięku, ponieważ sugerowało, że mogą istnieć modele gospodarcze inne niż jedyny słuszny.
Aby jakoś skanalizować te nadzieje, rozbudzone na wielką skalę przez przełom październikowy, ekipa Gomułki ogłosiła, iż dla przygotowania reformy gospodarki powoła Radę Ekonomiczną przy Radzie Ministrów, co też rzeczywiście uczyniła w lutym 1957 r. Kierownictwo nad pracami Rady objął specjalnie w tym celu ściągnięty z emigracji Czesław Bobrowski (1904-1996), wybitny sanacyjny ekonomista, cieszący się w kraju pewną popularnością jako twórca powojennego Planu Odbudowy Gospodarczej („trzyletniego”) i gospodarki trójsektorowej z lat 1945-1948.
Bobrowski skompletował w Radzie zespół złożony z najlepszych ekonomistów ówczesnej Polski i energicznie zabrał się do pracy… która w całości poszła na marne. Bo przedłożone rządowi w maju 1957 r. „Tezy Rady Ekonomicznej w sprawie niektórych kierunków zmian modelu ekonomicznego” zostały uprzejmie zignorowane („ani uchwalone, ani odrzucone”, jak dowcipnie wyraził się popaździernikowy nowy-stary premier Józef Cyrankiewicz) i nigdy już do nich nie wracano.
Oczekiwane z nadzieją reformy gospodarcze nie nastąpiły. Cała ta historia – odpowiadania przez władze PRL na kryzys gospodarki inercją – powtórzyła się potem w latach osiemdziesiątych, kiedy kraj odczuł ciężar załamania wywołanego błędną polityką gospodarczą ekipy Edwarda Gierka. Raz jeszcze rząd wezwał na pomoc Czesława Bobrowskiego, który zgodził się stanąć na czele utworzonego w 1981 r. nowego ciała eksperckiego – Konsultacyjnej Rady Gospodarczej. Tym razem jednak Bobrowski postawił warunek, że Rada będzie mogła swobodnie publikować swoje materiały, na co uzyskał zgodę.
Na nic się to nie zdało. Do 1987 r. KRG opracowywała i ogłaszała kolejne raporty, których poziom merytoryczny doceniano nawet w USA, ale cóż z tego, skoro władze nie słuchały zawartych w nich wniosków i postulatów.
Polski system polityczny po 1956 r.
cechowało generalne dążenie elit rządzących do unikania zmian, niezdolność ich dokonywania, czy nawet szerzej rozumiana niezdolność do działania. Wąskie horyzonty i źle pojmowaną zachowawczość kręgów rządowych nietrudno wytłumaczyć, skoro ze sceny politycznej PRL systematycznie eliminowano stronnictwa mające jakiekolwiek własne koncepcje.
W 1956 r. stronnictwem takim była partyjna frakcja „puławian”. Jej działacze opowiadali się za umiarkowaną liberalizacją systemu (ale nie totalną, co miało o tyle dużą wagę, że nie groziło politycznym samobójstwem narodu podobnym do tych na Węgrzech w 1956 r. i w Czechosłowacji w 1968 r.). Ponadto odpowiedzialność za zbrodnie okresu stalinowskiego przypisywali czynnikowi zewnętrznemu, czyli stronie sowieckiej, i taką tezę chcieli wprowadzić do obiegu publicznego. Liberalizacja systemu politycznego, choćby częściowa, oznaczałaby oczywiste korzyści dla społeczeństwa.
Korzyści przyniosłoby też zajęcie przez władze PRL bardziej krytycznego stanowiska wobec Związku Sowieckiego, ponieważ musiałoby za sobą pociągnąć zmniejszenie jego wpływów w Polsce. Realizacja obu tych postulatów zostałaby dobrze przyjęta przez ogół obywateli, spowodowałaby wzrost poparcia ludności dla systemu i wzmocniła jego legitymizację polityczną, w sumie okazałaby się więc korzystna także dla rządu.
Program grupy puławskiej nie doczekał się jednak urzeczywistnienia, ponieważ w rywalizacji o kontrolę nad aparatem państwowym i partyjnym pokonała ją frakcja „partyzantów” skupiona wokół generała Mieczysława Moczara, po czym wyparła ze struktur władzy.
Usuwanie „puławian” trwało przez całe lata sześćdziesiąte, czego przykładami były w 1962 r. pozbawienie Antoniego Alstera stanowiska wiceministra spraw wewnętrznych na skutek zabiegów Moczara czy w 1967 r. zdymisjonowanie Leona Kasmana, wieloletniego redaktora naczelnego „Trybuny Ludu”, najważniejszego organu prasowego PZPR.
Ale „Żydy” zostały wycięte przez „Chamów” tylko po to, by ci ostatni podzielili ich los. Moczarowcy dążyli do mocniejszego unarodowienia PRL, jej transformacji w duchu patriotycznym, i również dawali wyraz niechęci do Sowietów.
Bogaty w wydarzenia rok 1968 pomieścił w sobie demonstracyjną rozprawę z niedobitkami stronnictwa puławskiego i jednocześnie zakończoną porażką próbę przejęcia kierownictwa w partii przez „partyzantów”. Był to początek końca grupy moczarowskiej: w schyłkowym okresie swoich rządów zaczął ją rugować Gomułka, mszcząc się za próbę pozbawienia go władzy, a ostatecznie zniszczył w latach siedemdziesiątych Gierek.
Walka z moczarowcami
nie ograniczyła się już do zwykłej czystki politycznej; sięgnięto w niej po metody mafijne. Jeszcze w styczniu 1969 r. Gomułka usunął z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ideologa tej frakcji, pułkownika Tadeusza Walichnowskiego. Zaraz po przewrocie pałacowym z grudnia 1970 r., który wyniósł do władzy Edwarda Gierka, generał Grzegorz Korczyński – numer dwa po Moczarze w środowisku „partyzantów” – został w kwietniu 1971 r. zesłany w charakterze ambasadora do Libii, gdzie po kilku miesiącach zmarł w niewyjaśnionych do końca okolicznościach.
W tym samym roku w atmosferze oskarżeń o kradzież i przemyt złota i dewiz zwolniono ze służby państwowej generała Ryszarda Matejewskiego, dyrektora generalnego w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, którego następnie aresztowano i skazano na dwanaście lat więzienia. Była to kara, ale nie za przestępstwa: Matejewski po przejęciu władzy przez Gierka pozostał wtyczką Moczara w MSW i pomógł mu zorganizować nieudaną próbę przejęcia władzy w partii, jaka miała miejsce w maju 1971 r. w Olsztynie.
Kto ostał się na scenie politycznej PRL po rozgromieniu „puławian” i moczarowców? Generał Franciszek Szlachcic, ale nie na długo. Szlachcic należał początkowo do „partyzantów”, lecz opuścił Moczara dla Gierka. Był współorganizatorem i głównym wykonawcą Gierkowskiego przewrotu z grudnia 1970 r., za co Gierek wynagrodził go w lutym 1971 r. stanowiskiem Ministra Spraw Wewnętrznych. To on udaremnił majową próbę obalenia Gierka przez Moczara podjętą w Olsztynie i on przeprowadził w MSW czystkę wymierzoną w moczarowców.
Jego kariera polityczna została złamana już w grudniu tego samego roku, kiedy po zaledwie dziesięciu miesiącach utracił stanowisko ministra. Spotkało go to za słynną wypowiedź o herbacie, w której zasugerował publicznie, że Polska powinna mieć bardziej zrównoważone relacje z Zachodem i Wschodem oraz nie uprawiać serwilizmu wobec Związku Sowieckiego.
Sceną polityczną PRL rządziła reguła eliminacji z niej polityków i stronnictw przejawiających bardziej niezależne myślenie i wolę działania, toteż nic dziwnego, że z biegiem czasu zanikała w niej jedna z podstawowych cech efektywnego systemu rządów, jaką jest jego zdolność do wyłaniania silnego, jednostkowego przywództwa.
Gierek był słabszym przywódcą niż Gomułka, a Jaruzelski już tylko jego cieniem, bezbarwnym administratorem. Pogłębiający się kryzys przywództwa politycznego w PRL sprawił, iż zabrakło go właśnie wtedy, gdy było ono najbardziej potrzebne – w chwili wielkiego sprawdzianu historycznego, jakim okazała się dekompozycja Związku Sowieckiego i bloku wschodniego pod koniec lat osiemdziesiątych.
W rezultacie system polityczny PRL implodował: ujawnił swą wewnętrzną pustkę, po czym się w nią zawalił, rozsypał w nicość. Nie było to standardem w latach tak zwanych przemian ustrojowych.
W 1989 r. w kilku innych państwach Europy Środkowej i Wschodniej władzę wciąż sprawowali silni przywódcy, po rozpadzie bloku wschodniego zdecydowani bronić niezależności swoich krajów przed „reformami” zlecanymi przez Waszyngton, mającymi przygotować te państwa do prostego wchłonięcia przez blok zachodni. Nie zgadzali się oddać władzy na żądanie zagranicy.
Todor Żiwkow w Bułgarii – jeden z najbardziej nacjonalistycznych polityków w dawnym obozie – został jej pozbawiony siłą, drogą przewrotu pałacowego, poprzedzonego spiskiem partyjnych „technokratów” i „reformistów” (spieszących się, by na czas zmienić pana), podobnie Erich Honecker w NRD, a Nicolae Ceauşescu w Rumunii został nie tylko obalony tą samą metodą, ale również zamordowany. Ich upadek był pogrzebem „narodowej drogi do socjalizmu” i zarazem drogi ustroju socjalistycznego do unarodowienia.
Jaruzelski tymczasem dobrowolnie oddał władzę demoliberałom z „opozycji demokratycznej” popieranej przez zagranicę. Jak wiadomo, sposób przekazania władzy w dogorywającej PRL wyznaczył model transformacji ustrojowej również dla Czechosłowacji i Węgier, których elity rządowe i opozycyjne wzorowały się na scenariuszu polskim.
Innymi słowy, to indolencja i brak wizji przywódczej wykazane w decydującym momencie przez kręgi rządzące PRL sprawiły, że w państwach naszego regionu zapanował ostatecznie importowany z Zachodu demoliberalizm. Historia nie tylko Polski mogłaby potoczyć się inaczej, gdyby władzę w Warszawie sprawowali przywódcy na tyle pewni siebie, samodzielni i zarazem zachowawczy, by zamiast burzyć dotychczasowy system polityczny, wysunęli program przetransformowania go w sensowniejszym kierunku, jak miało to miejsce w Chinach, Wietnamie czy Kambodży (gdzie nawet przywrócono monarchię!).
Politykę PRL cechowały inercja i wewnątrz-systemowy oportunizm; jej elity polityczne podlegały ciągłej selekcji negatywnej. A dlaczego? Bo złagodzenie systemu politycznego w 1956 r. sprowadziło się do tego, że miejsce po tępym fanatyzmie ideologicznym okresu stalinowskiego zajął pierwiastek – typowo polskiej – miernoty i nijakości, który z biegiem czasu tylko się nasilał, a o którego zgubnych skutkach alarmował niegdyś w swej syntezie dziejów Polski wielki konserwatywny historyk Michał Bobrzyński.
Bo miernota zabija i niszczy – i błędem jest uważać ją za mniej szkodliwą tylko dlatego, iż robi to powoli i niepostrzeżenie, zamiast brutalnie i widowiskowo.
Adam Danek
[1] Jak ktoś to celnie ujął, „antykomunizm” na prawicy jest tym samym, co „antyfaszyzm” na lewicy.
[2] Timothy Garton Ash, „Niemieckość NRD”, przeł. Anna Szafranek, Londyn-Warszawa 1989, s. 119-120. Przeł
[3] Walter Lacqueur, „Historia Europy 1945-1992”, przeł. Roman Zawadzki, Londyn 1993, s. 347.
Myśl Polska, nr 29-30 (14-21.07.2019)
http://mysl-polska.pl

Bitwa pod Mątwami – warto, czy nie warto

Wielokrotnie na łamach tych kronik pisałem o bitwie pod Mątwami, dzisiejszy felieton będzie kompilacją poprzednich artykułów na ten temat.

W związku z kolejnymi rocznicami bitwy na inowrocławskich portalach odżywa dyskusja na temat tego czy warto o niej przypominać i czy to niechlubne i krwawe wydarzenie powinno być jakoś upamiętnione.
W bitwie poległa śmietanka polskiego rycerstwa, najlepsi żołnierze Stefana Czarnieckiego i chyba coś im się od Ojczyzny należy.
Na początek przypomnę okoliczności bitwy i sytuację w kraju w tamtym okresie.
Cóż się działo tego feralnego 1666 roku? Kto z kim walczył i o co w tym wszystkim chodziło?
Bitwa pod Mątwami miała miejsce 13 lipca 1666 roku nad Notecią pod Inowrocławiem starły się wojska królewskie Jana Kazimierza w sile ok.17-21 tysięcy żołnierzy jazdy, dragonii, piechoty i 30 dział pod faktycznym dowództwem świeżo mianowanego hetmana polnego koronnego Jana Sobieskiego wspomaganym przez dwóch innych wybitnych dowódców: hetmana wielkiego koronnego Stanisława Rewerę Potockiego i hetmana polnego litewskiego Michała Kazimierza Paca z wojskami zbuntowanego przeciw królowi byłego hetmana polnego koronnego, księcia Jerzego Sebastiana Lubomirskiego wspomaganego przez marszałka związkowego Adama Ustrzyckiego, dowodzącego pospolitym ruszeniem z Wielkopolski Krzysztofem Grzymułtowskim, pospolitym ruszeniem z Małopolski Stanisławem Warszyckim i Achacym Pisarskim w łącznej sile ok.15- 16 tysięcy żołnierzy i 10 działek.
Książę Jerzy Lubomirski przywódca rokoszu przeciw królowi był jeszcze niedawno przed bitwą hetmanem polnym koronnym, bohaterem walk z armią rosyjsko-kozacką, niezwykle zdolnym i ambitnym człowiekiem, odważnym żołnierzem, świetnym kawalerzystą, zręcznym politykiem, brakuje słów aby opisać wszystkie jego przymioty.W 1660 roku pod Słobotyszczami wspólnie ze Stanisławem Rewerą Potockim pobili blisko stutysięczną armię rosyjsko- kozacką dysponując czterokrotnie mniejszymi siłami, po czym wrócił pod Cudnów gdzie pobił i zmusił do poddania pięćdziesięciotysięczne oddziały Wasyla Szeremietiewa.
Wielokrotnie wykazywał się talentem wielkiego wodza i taktyka. Generalnie był przeciwnikiem polityki prowadzonej przez króla Jana Kazimierza i jego dwór. Podczas walk z Rosjanami i kozakami, Węgrami Rakoczego i Szwedami podczas potopu wykazał się talentem wielkiego wodza i odwagą m.i.n podczas bitew pod Zborowem (1649 r ) i Beresteczkiem (1651 r) i król wiele mu zawdzięczał, jednak wieloletnie waśnie, spory i procesy sądowe doprowadziły do tego że książę, największy oportunista królewskiej polityki został pozbawiony wszystkich godności, urzędów i majątku.
Wygnany za granicę tam szukał poparcia wśród wrogów Rzeczypospolitej. Z 800 najemnikami wrócił do kraju w 1665 roku i szybko zdobywał poparcie wśród wojska i szlachty, które bardzo ceniło sławnego dowódcę. Latem 1665 roku gromadząc spore siły rozpoczął walki prowadząc politykę szarpanej wojny podjazdowej. Unikał walnej bitwy i stosując wiele wybitnych, wysublimowanych sztuczek kawaleryjskich wygrywał dużo drobnych potyczek.
Natomiast król Jan Kazimierz dysponując większymi siłami dążył do walnej bitwy, która rozstrzygnęła by losy tej bratobójczej wojny na jego korzyść.
5-6 lipca wojska Lubomirskiego stanęły obozem nad zabagnioną doliną Noteci od Pakości do Mątew w sile 10 000 wojsk zaciężnych i 6 000 pospolitego ruszenia. Po stronie rokoszan były siły pospolitego ruszenia z województwa Inowrocławskiego i Kujawsko- Brzeskiego.
Król Jan Kazimierz, wbrew wizerunkowi przedstawionemu w „Potopie” naszego wielkiego pisarza Henryka Sienkiewicza, nie był dobrym władcą ani jako polityk, ani jako dowódca wojskowy.
Chluby mu nie przyniosła wyprawa pod Zbaraż, która omal nie stała się jego ostatnią. Dał się zaskoczyć przeciwnikowi pod Zborowem i zamiast ratować załogę twierdzy w Zbarażu sam znalazł się w śmiertelnym okrążeniu i tylko fortel z przekupieniem chana krymskich tatarów wspomagających Chmielnickiego, pozwolił im wydostać się z pułapki. Następna wyprawa pod Żwaniec zakończyła się z podobnym skutkiem. Potem był potop szwedzki i przegrany i opuszczony przez wszystkich Jan Kazimierz zbiegł na Śląsk. Uratował go słynny wódz Stefan Czarniecki, który prowadząc wojnę szarpaną skutecznie wykrwawił siły przeciwnika.
Wielkim przełomem w wojnie ze Szwedami stało się oblężenie świętego dla każdego Polaka klasztoru jasnogórskiego. Roznieciło to w narodzie żar nienawiści do protestanckiego agresora. Skruszeni magnaci, szlachta i wojsko wracali pod skrzydła prawowitego władcy a ziemie zdobyte przez Szwedów z taką łatwości stały się dla nich i ich sojuszników śmiertelną pułapką.
Król, w podzięce za cudowną odmianę, złożył we Lwowie słynne śluby, w których deklarował m.in. poprawę bytu chłopów. Jednak gdy wielkimi krokami zbliżało się zwycięstwo, raczył zapomnieć o przelanej przez nich krwi i swoich przyrzeczeniach. Pamięć wielokrotnie nie była najsilniejszą stroną Jana Kazimierza i nie dopisywała mu w wielu podobnych sytuacjach.
Zniszczenia poniesione przez Rzeczypospolitą podczas krwawych wojen na kilku frontach były niczym wobec spustoszeń, jakie rządy tego króla przyniosły w sferze politycznej i ustrojowej. W 1657 roku podpisał fatalne dla kraju traktaty welawsko- bydgoskie zwalniające Prusy z lenna, późniejszego sprawcy rozbiorów Polski i ośrodkiem zjednoczenia Niemiec. Także w polityce wewnętrznej popełniał kardynalne błędy: kierowany względami czysto osobistymi i zazdrością doprowadził do skłócenia największych magnatów i dowódców wojskowych. Uporczywie odmawiał buławy wielkiej Radziwiłłowi, następnie hetmanem polnym uczynił jego politycznego wroga, co popchnęło księcia do zerwania sejmu i później do knowań ze Szwedami. Podobnie postąpił z księciem Lubomirskim, czy podkanclerzym Hieronimem Radziejowskim których skazał na infamię.
„Żaden król tyle nie przyczynił państwu, ile ten stracił przez złe i gwałtowne rady i podejrzenia. Rzadki senator , który by nie miał osobistej urazy”- mówił wojewoda łęczycki Jan Leszczyński.
Ciągle marzył o koronie szwedzkiej i cenił ją wyżej od polskiej, nie interesował się w ogóle sprawami państwowymi. Doznawał niepowodzeń nawet w drobnych sprawach i tym bardziej nie udawało mu się odnieść sukcesu w przypadku przedsięwzięć o wielkim, często nawet dziejowym znaczeniu. Nie powiodło się stworzenie Rzeczypospolitej trzech narodów. Ukraina uległa podziałowi. Nie udało się przeprowadzić reform państwowych. Chodziło o zniesienie „liberum veto”, głosowanie sejmowe większością głosów,, ograniczenie władzy hetmanów, wybór następcy za życia króla.
Dwór chciał zagwarantować koronę Polski jednemu z książąt francuskich. Uznano to za zamach na wolność szlachecką i szlachecka opozycja łatwo storpedowała plany reform mówiąc że dążą one do wprowadzenia królewskiego absolutyzmu.I właśnie te królewskie plany doprowadziły do wybuchu największego w dziejach rokoszu pod przywództwem księcia Jerzego Lubomirskiego.
Król miał fatalną opinię i już współcześni odczytywali jego inicjały :Initium Calamitatis Regni – Początek Klęski Królestwa.
Wystąpienie Lubomirskiego było w jego rozumieniu rozpaczliwą próbą ratowania Rzeczypospolitej.
W takich okolicznościach doszło do tej najbardziej krwawej bitwy domowej w naszych dziejach.
12 lipca podjazdy królewskie dotarły w rejon Mątew, w pobliżu oddziały rokoszan w sile ok. 800 żołnierzy strzegły długiego, wąskiego, głębokiego brodu przez Noteć z jednym drewnianym mostem. Po krótkiej walce most i bród został opanowany przez wojska królewskie i jeńcy wzięci do niewoli.
W odpowiedzi rokoszanie pod dowództwem Grzymułtowskiego w sile ok. 2000 przeprawili się przez Noteć, przedostali się pod sam obóz królewski i wzięli do niewoli kilkudziesięciu żołnierzy.
Nazajutrz król zarządził pościg za wrogiem. Około 2:30 oddziały wyruszyły z obozu, a około 6;00 odziały litewskie we mgle przeprawiły się na drugi brzeg i rozpoczęły się pierwsze walki harcowników (pojedyncze pojedynki ). Około godziny 8:00 na wzgórze w Kruszy Duchownej przybył król i hetmani, zwołano Radę Wojenną. Litwinom Paca udało się w boju zepchnąć wojska rokoszan – jazdę pod dowództwem rotmistrza Jana Zarudnego. Zarudny po odwrocie schronił się za wzgórzem mątewskimi wysłał gońców do Pakości z informacją o przeprawie wojsk królewskich.
Król powiadomiony o pierwszym sukcesie posłał posłów do Lubomirskiego z wyrazami szacunku i przyjaźni. Wraz z posłami przeprawiało się około dwustu dragonów, regiment rajtarii z działkami, nieco później pułk jazdy Modrzejewskiego w sile około 500, dwa tysiące ośmiuset dragonów, dwa pułki jazdy Sieniawskiego i na końcu ciężka jazda polska Sobieskiego, który przeprawiał się na samym końcu.
Tymczasem Zarudny ukryty na pobliskich wzgórzach doczekał się znacznych posiłków, które niedostrzeżone dołączyły do jego oddziału. Podeszły znaczne oddziały jazdy (pospolite ruszenie i część chorągwi konfederackich) pod dowództwem Grzymułtowskiego, Pisarskiego i Borka. Za nimi dołączały kolejne chorągwie pod wodzą Polanowskiego i  Ostrzyckiego.
Rotmistrz Zarudny nie mogąc doczekać odpowiedzi od Lubomirskiego wydał rozkaz pędzenia koni rokoszan, które znajdowały się w odległości ok. 7 km od obozu i miały się znaleźć za mątewskimi wzgórzami. Tumany kurzu które temu towarzyszyły błędnie utwierdziły wojska królewskie w przekonaniu o odwrocie rokoszan. Spokojnie więc kontynuowały przeprawę, a te które były już po drugiej stronie, nieudolnie z powodu braku sprzętu i dowództwa (było na końcu przeprawy) próbowało założyć obóz na nowym brzegu.
Jazda Sieniawskiego i Sobieskiego przeprawiająca się jako ostatnia nie miała miejsca na rozwinięcie szyku bojowego, ściśnięta na wąskiej przeprawie i popychana przez ciągle przeprawiające się oddziały weszła w centrum i aby nie stratować własnych dragonów wysunęła się przed nieukończone szańce, uniemożliwiając tym samym użycie broni palnej, gdyż raziła by ona własne wojska.
Źle zorganizowana przeprawa, dezorganizacja na polu bitwy, brak rozeznania w terenie i przede wszystkim brak dowództwa na czele wojsk królewskim zaważył na dalszym przebiegu bitwy i jej rozstrzygnięciu.
Tymczasem uszykowane w trzech rzutach wojska jazdy zaciężnej i część pospolitego ruszenia, ustawione w szyku tatarskim, niepostrzeżenie dla wojsk koronnych, gotowe już były do ataku. I choć książę Lubomirski z ostatnią grupą pospolitego ruszenia nie dotarł jeszcze pod Mątwy, to Mateusz Borek widząc ogromne zamieszanie w ustawieniu wojsk królewskich wydał rozkaz do ataku, pociągając za sobą chorągwie konfederatów. Spontaniczna szarża rokoszan spotęgowana pochyłością wzgórza mątewskiego była piorunująca i kompletnie zaskoczyła wojska królewskie.
Zaskoczona furiackim atakiem jazda królewska rzuciła się do odwrotu tratując własnych dragonów, którzy zdążyli oddać tylko jedną salwę bez szkody dla przeciwnika. Sytuację próbował jeszcze ratować Sobieski rzucając się do szarży na czele dwóch chorągwi jazdy, ale szybko rozbity sam musiał uciekać przez przeprawę ratując życie. Ustrzelono pod nim konia, zepchnięto z mostu i cudem wyciągnięty przez towarzyszy z bagnistej topieli na przeciwny brzeg uciekał pieszo w panice, gubiąc części zbroi i uzbrojenia, wściekle ostrzeliwany przez przeciwników, jako faktyczny wódz królewskiej wyprawy.
Do ucieczki porwała się też jazda litewska, a na polu bitwy pozostali jedynie dragoni, na których spadł cały impet uderzenia.Szybko też zostali rozbici, gdyż ze względu na sytuację na polu bitwy strzelać mogły tylko regimenty na lewym krańcu ugrupowania i to nie mogło skutecznie powstrzymać rokoszan. W czasie panicznego odwrotu osłanianego przez przybyłą na kruszańskie wzgórza artylerię królewską, która oddała 83 z racji odległości niecelne strzały, udało się części wojska przeprawić z powrotem na bezpieczny brzeg.
Jan Kazimierz próbował zorganizować odsiecz dla walczących oddziałów, ale bród był kompletnie zatarasowany przez uciekających. W takiej sytuacji król zarządził walny odwrót zostawiając walczące za rzeką oddziały samym sobie.
Rozstrzygnięcie boju nastąpiło błyskawicznie w ciągu 15 minut. Przyparte do bagnistej doliny Noteci królewskie wojska nie były w stanie się bronić i próbowały się poddać: rzucając broń i wołając o pardon.
I wtedy nastąpiła rzecz niesłychana, pomijana w podręcznikach historii: bezlitosna, okrutna, krwawa rzeź. Rozjuszona szlachta dając upust swojej niechęci i nienawiści do tych którzy podnieśli rękę na ich przywileje, mordowała bestialsko poddających się przeciwników, pastwiąc się nawet okrutnie nad zwłokami poległych i pomordowanych, których ćwiartowano.
Rokoszanie korzystając z takich samych mundurów jak żołnierze królewscy (różnili się tylko białą chustą przewiązaną pod łokciem) przeprawiali się skrycie na brzeg królewski i bliska mordowali oficerów korony. Tak zginął będący w pobliżu króla dowódca jazdy kozackiej pułkownik Czopa, zabity strzałem z pistoletu w czoło.
Większość ciał miała po 7-10 cięć szablami, były nawet zwłoki z 30-40 ranami, pojedyncze lub podwójne cięcia należały do rzadkości.
Straty były olbrzymie.według różnych źródeł zginęło ok. 4000 żołnierzy królewskich, w tym 400 oficerów, a po stronie rokoszan około 200!.
Pod Mątwami legł KWIAT POLSKIEGO RYCERSTWA, słynna chorągiew Czarnieckiego, najlepsi żołnierze Rzeczypospolitej, zaprawieni w wojnach kozackich, szwedzkich, węgierskich i moskiewskich, które rozstrzygali na swoją korzyść, a tu ponieśli śmierć w bratobójczej bitwie i rzezi po niej na terenie obecnego Inowrocławia. Elita polskiego rycerstwa poległa i została wymordowana w bagnach Noteci.
Jesteśmy im winni hołd i pamięć, nie możemy ich zostawić jak ich król (którego piękny, acz fałszywy wizerunek pozostawił nam Henryk Sienkiewicz – ale taki był mu potrzebny do odpowiedniego literackiego budowania ducha w narodzie).
A faktycznie KRÓL BEZCZYNNIE PATRZYŁ NA RZEŹ SWOICH ODDZIAŁÓW, KTÓRYM Z RACJI ZATARASOWANIA MOSTU I BRODU NIE MÓGŁ UDZIELIĆ JAKIEJKOLWIEK POMOCY POZA NIECELNYM OSTRZAŁEM.
Także późniejszy wielki hetman koronny i król Polski musiał przełknąć gorzką pigułkę i przyjąć surową lekcję dowodzenia i taktyki prowadzenia walki. Tutaj przegrał z kretesem i w dużej części ponosi winę za tę bezprecedensową klęskę. Błędy w przygotowaniu przeprawy, nie rozpoznaniu okolicy, braku organizacji i dowodzenia podczas samej przeprawy i początku bitwy można w większości przypisać właśnie jemu, a to było przyczyną doznanego pogromu.
Był jednak zdolnym uczniem i potem były wielkie triumfy: pod Chocimiem, Wiedniem i Parkanami i nieśmiertelna sława wielkiego wodza, wybawcy Europy i chrześcijaństwa.
Tutaj jeszcze parę zdań poświęconych naszemu wielkiemu hetmanowi i królowi, mniej znanych, a bardzo ciekawych.
Podczas potopu szwedzkiego przez jakiś czas walczył po stronie Karola Gustawa. Aktywnie uczestniczył w buntowaniu chorągwi przeciw prawowitemu władcy.Został nawet uwieczniony na sztychu podczas składania na ręce generała Wittenberga wiernopoddańczej przysięgi, a według anonimowego autora „Pamiętnika towarzysza chorągwi pancernej”  wspólnie ze Szwedami oblegał nawet jasnogórską świątynię, symbol polskiego oporu.
Miejmy nadzieję, że to nieprawda, ale to że walczył po ich stronie jest faktem bezspornym, choć wstydliwym. Jako jeden z ostatnich magnatów, dopiero gdy fortuna wojenna odwróciła się od Karola Gustawa powrócił pod sztandary Jana Kazimierza. Później wielokrotnie już po stronie królewskiej wielką odwagą i bohaterstwem próbował odkupić dawne winy. W walkach przeciwko Kozakom i Rosjanom w słynnej kampanii 1660 roku potwierdził walory wielkiego dowódcy i taktyka i był już zadeklarowanym stronnikiem dworu. Wtedy za jego politycznymi wyborami stała już Marysieńka, mająca na niego olbrzymi wpływ.
Mówienie o zdradzie nie ma jednak większego sensu, podczas najazdu Szwedów Wielkie Księstwo Litewskie uginało się pod carską przemocą, Rzeczypospolitą nękała Moskwa i Kozacy. Ciężko było walczyć z wielkimi siłami na kilku frontach. Wydawało by się cyniczne odstępstwo części szlachty, magnatów i wojska miało zdroworozsądkowe podstawy. Poddanie się najsilniejszemu z przeciwników, na dodatek krewniakowi rodzimego króla stwarzało realną szansę poskromienia pozostałych wrogów i uniknięcia najazdów z ich strony.
Dlatego Karol Gustaw opanowywał nowe tereny naszego kraju niemal bez walki. Do szwedzkiego obozu przechodzili więc między innymi Jan Sobieski czy wielki hetman litewski Janusz Radziwiłł. Ten ostatni pomijany w godnościach przez króla liczył na wykrojenie udzielnego księstwa pod szwedzkim protektoratem.
Sam król przegrany i opuszczony przez niemal wszystkich uciekł i ukrył się na Śląsku.
Dopiero wielki wódz Stefan Czarniecki ze swoją wojną podjazdową i bezmyślne zaatakowanie przez Szwedów Sanktuarium na Jasnej Górze zjednoczyło Polaków w obronie naszej odwiecznej świętości i doprowadziło do zdecydowanego zwrotu w wojnie.
Wielu znakomitych żołnierzy Czarnieckiego pogrzebały bagna naszej Noteci, jemu samemu historia oszczędziła tego tragicznego przeżycia, zmarł kilkanaście miesięcy wcześniej.
Sobieski niemal wprost ze swego wesela z Marysieńką (Maria Kazimiera de la Grange d’Arqien – dworka królowej Francji Marii Ludwiki Gonzagi) wyruszył w bitewne pole przeciw przywódcy rokoszu, swojemu dawnemu przyjacielowi i dowódcy, Jerzemu Lubomirskiemu.
Targały nim wielkie sprzeczności i wątpliwości, to pod jego bokiem nabierał wojennego doświadczenia, od niego uczył się dowodzenia i taktyki. Wielokrotnie walczyli obok siebie, wspólnie gromiąc wrogów Rzeczypospolitej i odnosząc wielkie wojenne sukcesy.Teraz mieli stanąć przeciwko sobie. Sobieski uchylił się od uczestnictwa w sądzie sejmowym, który skazał Lubomirskiego na konfiskatę dóbr, infamię i utratę godności, ale zgodził się przejąć po nim wielkie marszałkostwo.
W bitwie przegrał z niedawnym dowódcą sromotnie. Przeżył wielki wstyd i upokorzenie gdy zmykał z pobojowiska gubiąc broń i części zbroi jak prosty wojak. Jak na wielkiego hetmana widok to był żałosny. Na domiar złego dwór obarczył go odpowiedzialnością za klęskę i zamierzał pozbawić urzędów na rzecz Lubomirskiego, którego zamierzano powrócić do łask.
Przed kompromitacją i utratą godności uratowała Sobieskiego podwójna śmierć ; królowej i zaraz po niej sprawcy rokoszu księcia Lubomirskiego.
Potem miały nadejść dla Jana dni wielkiej chwały.
Bitwa lub jak kto woli rzeź pod Mątwami to bez żadnej przesady nasza tragedia narodowa.
To jedna z najczarniejszych,najbardziej krwawych i najtragiczniejszych kart w dziejach Polski i regionu.
Po bitwie nie ma dziś śladu, na pobojowisku znajdują się dziś Zakłady Chemiczne tzw. Mątwy II
Na polu w Kruszy Zamkowej podczas budowy kolei wąskotorowej do inowrocławskiej cukrowni odkryto po latach w zbiorowej mogile wiele zmasakrowanych szczątków ludzkich kości. Nie ma dzisiaj żadnej nawet najmniejszej pamiątki, żadnego śladu tego przerażającego wydarzenia i czas najwyższy aby to naprawić. Ku przestrodze, do czego mogą doprowadzić wewnętrzne kłótnie,spory, waśnie i po to aby upamiętnić bezsensowną śmierć wielu najlepszych synów Rzeczypospolitej.
Czas najwyższy nadrobić zaległości Ojczyzny wobec tej śmietanki swojego rycerstwa, oddać im hołd i cześć.
Nie ma żadnego znaku
Nic potoków przelanej krwi nie przypomina
Wielką ofiarę
w naszych sercach spowiła mroźna zima
Czy zasłużyli na to
wielcy Rzeczypospolitej rycerze?
Za tak okrutne podziękowanie od Ojczyzny
nawet zagon kwiatów nad Notecią się nie zbierze?
Nie stanie tu żaden kamień pamięci?
Szkoda, oni ponieśli męczeńską śmierć
Jak wszyscy święci razem wzięci.
(…)

czwartek, 26 września 2019

ZDRADZIECKI ALBION URATOWANY – za cenę Szkocji

Opolczyk – WordPress.com
domniemana wielka Lechia – blog polski
Obrazy mogą być objęte prawami autorskimi.
STAROŻYTNE MAPY » Abraham Ortelius Atlas (Abraham Ortelius) 1570
To jest STAROŻYTNA MAPA opublikowana w Atlasie Map Starożytnych przez flamndzkiego kartografa Abrahama Orteliusza, którego Wiarygodność możemy porównać do Wiarygodności Mikołaja Kopernika.
Ja tylko STWIERDZIŁEM – i mam na to Dowód – że jako Pierwsi posłużyli się tą mapą Europy Grecy w roku 529 p.n.e., natomiast ta mapa pochodzi z PROTESTU Traktatu w Tarencie w r. 37 pne. Istniał węc TRZECI potentat polityczny, który ten Traktat ZAPROTESTOWAŁ na rzecz Pomejusza II, któremu przyznał Hiszpanię Sycylię i Pelopnez, oraz Persji, której przyznał całą Azję, ale DO JEZIORA ARALSKIEGO jako Granicy z Wielką Lechią.
Roman Żuchowicz – „Wielka Lechia. Źródła i przyczyny popularności teorii pseudonaukowej okiem historyka” – recenzja i ocena
„W polskim Internecie roi się od pseudonaukowych tekstów o „turbosłowianach” i rozległym Imperium Lechitów. Z tymi szkodliwymi opowieściami postanowił się rozprawić zawodowy historyk. Czy przekona zwolenników teorii o Wielkiej Lechii?”
Wodzowie Żuli Rosyjskich, Roman Żuchowicz i Radosław Patlewicz, ROZPRAWIAJĄ SIĘ z Wielką Lechia na płaszczyźnie NAUKOWEJ, podkeślając Absurdalność wersji, że Starożytni Polscy pokonali Aleksandra Macedońskiegi i Juliusz Cezara oraz że w roku 45 p.n.e. WAWELANIE ZDOBYLI RZYM.
Ja te sprawy omawiam szczegółowo w Wandaluzji: http://forum.wandaluzja.pl/viewtopic.php?p=10706#10706// wykazując, że w r. 339 p.n.e. Macedończycy i Epiroci rozgromili Lechitów i Scytów pod Wiedniem, w wyniku czego młodociany Aleksander został Królem Krakowskim a jego matka Olimpiada Kanclerzycą. Równocześnie w Hedebach-Szlezwiku powstała mennica, która wybiła STO monet Filipa II Macedońskiego i JEDNĄ Aleksandra.
Dynastia Polskich Ptolomeuszy w Koninie-Goplanii-Gepidii została obalona przez sojusz Juliusza Cezara z ARIOVISTEM czyli Leszkiem Chytrym. Obraz WJAZD LESZKA CHYTREGO I LUBRANA DO ALEKSANDRII TROJAŃSKIEJ czyli Troi na Złotym Rogu: http://wandaluzja.pl/index.php?p=p_265&sName=pod-akcjum// ZGADZA SIĘ z mapą Orteliusa. Według SRACZA NIEMIECKIEGO to Polski Faraon kazał napełnić stali zbożem i odpłynął do AMERYKI.
Wawelanie to trawestacja Wandalów. Jest SZCZEGÓŁOWY opis zdobycia Rzymu przez Wandalów. Ja ten opis odnosiłem do najazdu na Italię Radagajsa, który zniszczył pod Mediolanem legiony galijskie, ale zginął podczas odwrotu pod Florencją. Wytłumaczyłem to, że został postawiony przed sądem wojennym za zbyt BRAWUROWY atak na mury Rzymu.

Izraelski minister o mieszanych małżeństwach

Izraelski minister oświaty Rafi Perec powiedział, że mieszane małżeństwa Żydów z nie-Żydami, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, to „drugi holocaust”.
Asymilacja Żydów ze społeczeństwami, których żyją, poprzez małżeństwa zagraża, zdaniem ministra, bytowi narodu żydowskiego.
Autentyczność wypowiedzi Pereca na posiedzeniu gabinetu w dniu 1 lipca potwierdził osobisty rzecznik ministra przewodzącego partii Żydowski Dom. Słowa ministra, który był głównym rabinem izraelskich sił zbrojnych (IDF) padły z okazji ogłoszenia przez byłego amerykańskiego dyplomatę Dennisa Rossa „raportu o stanie społeczności żydowskich na świecie”.
Premier Izraela, Benjamin Netanjahu stwierdzając, że mniej interesują go poglądy i sympatie polityczne amerykańskich Żydów niż problemy demograficzne, także zaakcentował, że etniczna jedność narodu żydowskiego leży w sferze troski rządzących.
Wypowiedzi, które, jeśli padłyby z ust polityków jakiegokolwiek innego kraju, z miejsca zostałyby uznane za „rasistowskie” i pochwalające etniczną jednorodność nie spowodowały jednak większego oburzenia w Izraelu i nie poskutkowały dymisjami.
W takich kategoriach nie postrzega ich także odnoga żydowskiej, paramasońskiej loży B’nai B’rith czyli Liga Przeciwko Zniesławieniu (ADL), której zadaniem jest „walka z antysemityzmem”.
Liga, która ostro interweniuje w podobnych przypadkach w innych krajach, dopatrzyła się w tej wypowiedzi jedynie „trywializowania holocaustu” oraz… obrażania społeczności żydowskiej.
Minister Perec jako lider partii Żydowski Dom odnowił narodowo-religijną koalicję partyjną z partią Unia Narodowa. Razem tworzą one Unię Partii Prawicowych, która wspomoże rząd premiera Benjamina Netanjahu, którego partia Likud nie była by zdolna do stworzenia samodzielnego gabinetu.
Na podstawie: Interia.pl
http://autonom.pl

Przebudzenie

Marsze Polaków za pokojem – 19 października w  Rzeszowie  , 26 października w  Szczecinie  budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...