wtorek, 1 września 2026

Oznaki upadku państwa

Przejdź do treści

                Aktualizacja strony została wstrzymana…

Oznaki upadku państwa

W filozofii dziejów świata stwierdza się, że państwa, imperia i kultury przechodzą przez te same fazy: narodziny, rozwój, szczyt siły, słabnięcie, ciężkie choroby i upadek. Kontynuuje się w dużej mierze jedynie dorobek techniczny i cywilizacyjny. Przez jaką fazę przechodzi teraz państwo polskie? Niestety, wiele wskazuje na to, że wchodzimy w fazę ciężkich chorób, głównie liberalnej „brukselki”. Pomijam tu stan gospodarki, o której wszyscy mówią i piszą, chcę zwrócić uwagę bardziej na sytuację umysłową, moralną i duchową.

1. Głębokie zaćmienie intelektualne

Długie tysiące lat liczne państwa kształtowały – mimo ustawicznych walk, wojen i nieszczęść – także dorobek umysłowy, intelektualny i tradycję wyższego poziomu. Wypracowano wielkie idee: Boga, transcendencji, cudu osoby ludzkiej, poezji dziejów, nieskończoności, piękna świata, nadziei idealnego królestwa… A dziś u nas i w Europie wszelka wizja duchowa zanika, wyższe idee są negowane, a nawet zwalczane, siła i godność czystego intelektu są wprost wyśmiewane. Znaczna część elit czy pseudoelit nurza się w nierozumie, namiętnościach, irracjonalizmie, w zaślepiałych emocjach, przy czym – żeby było „oryginalnie” – głosi, że nadeszła epoka rozumu i jego czci. Mało kto czyta coś, co wymaga wysiłku intelektualnego, wielu żyje tylko manipulacjami myśli w obrazach TV i internetu, kwitnie pornografia, nawet dla dzieci. Co drugi z „nowoczesnych” uważa się za nieomylnego i wszechwiedzącego. Literatura jest przeważnie fikcyjna i nierealistyczna. Często przypomina ową piosenkę z czasów PRL o wiejskim kosiarzu: „Choć mu oczy pot zalewa, to on, kosząc, sobie śpiewa”, tak jakby przy tak ciężkiej pracy fizycznej można było śpiewać o chwale ideologów. W życiu umysłowym na potęgę szaleją ciemnota, oszustwo, obłuda, fałszowanie języka (obscurando), pełnia ogłupiania (za prof. T. Gerstenkornem) i – można dodać – bardzo urodzajne chamstwo. Co gorsza, dla niektórych partii parlamentarnych postawy takie nie są żadną przeszkodą do współpracy, jakby tego nie dostrzegają. I to jest symptom upadku.

Źywe państwa i kultury dawały zawsze następnym pokoleniom pewnego rodzaju wiano w postaci samoświadomości, kultury, języka, logiki wielkich idei, systemu praw, kodeksu etycznego, godności i w ogóle gramatyki życia społecznego. Dziś państwa skrajno liberalne burzą całą tradycję wyższą, wyrzucają ją na śmietnik historii, na jej miejsce stawiają antywartości i nie troszczą się wcale o pokolenie następne, to są ludzie tylko „dnia dzisiejszego”. U nas obrazuje to dobrze wyprzedaż Polski za bezcen, byle dopiąć jednoroczny budżet. Nie operują kategorią przyszłościowości. Jeśli coś przekazują, to jedynie – samoczynnie – pewne dziedzictwo techniki. I to jest także oznaką upadku humanistycznego.

Państwa najdawniejszej przeszłości – mimo wielkich trudności, walk i nieszczęść – formowały zasady służby społecznej, ofiary, pracy, twórczości, podtrzymywania życia i w ogóle budowania wyższego świata, posiadającego duszę ludzką. Dziś natomiast jawi się już szeroko ucieczka od twórczości całoludzkiej, pogarda wysiłku i pracy, zwłaszcza fizycznej, nieodpowiedzialny świat burzenia, ubóstwianie przyjemności, rozkoszy, a także rozrywki i zabawy, zrywanie głębszych więzi społecznych na rzecz indywidualizmu i jakaś taka mitologizacja życia, jakoby nic nie było ściśle rzeczywistego. Istotnie, życie się odrealnia głównie przez odrzucenie Boga. Ludzkość więc jakby powtarza ową scenę upadku z Edenu, ulega pokusie świata fałszywego i zwodniczego: „Owoce tego drzewa (tego świata) pięknie wyglądają, są smaczne do jedzenia i do zdobycia wiedzy (o wszystkim)” (Rdz 3, 6) – ale takie drzewo świata jest w środku spróchniałe i puste.

Obecny stan intelektualny w Polsce oddaje, niestety, tekst Barbary Kudryckiej, minister nauki i szkolnictwa wyższego, z 24 stycznia 2013 roku. Postuluje się w nim, żeby wykładowcy nie zdradzali swych poglądów ani światopoglądowych, ani religijnych, ani historycznych, a właściwie to i naukowych. Powinni jedynie referować poglądy innych, ale zawsze zgodne z poprawnością polityczną. W sprawie katastrofy smoleńskiej – co to ma do światopoglądu? – należy bezwzględnie przyjmować raporty MAK i Millera. W ogóle jest wielkie materii pomieszanie. Tekst minister nie wykazuje żadnej znajomości, co to jest metodologia naukowa, przede wszystkim mieszana jest metodologia przyrodnicza z humanistyczną. W tej drugiej istotną rolę odgrywają założenia systemowe i filozoficzne. I mylnie jest rozumiany światopogląd, jest on mylony z systemem. Jeśli wykładam problem istnienia Boga, to dla poprawności metodologicznej muszę powiedzieć, że wychodzę z pozycji teistycznej. Jeśli mówi o tym ateista, to musi też podać swoje stanowisko. Nie ma wiedzy humanistycznej – a może i innych – bez założeń systemowych, tylko powinno się te założenia wyłożyć i określić ich zakres i rolę.

Swoiste kuriozum stanowi zdanie, że „ojciec Rydzyk nie jest fundamentem demokracji w Polsce”. To ministerstwo teraz ma określać słuszność lub niesłuszność poglądów? Przecież to gorzej niż za Stalina, który dawał wytyczne, jak tłumaczyć powstanie języka lub rolę jednostki w historii. W tym przypadku wszystko zależy od rozumienia demokracji. Jeśli demokrację rozumieć tak jak przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Jan Dworak, tzn. że partnerami są tylko ateiści publiczni w państwie, a nie wierzący katolicy, to o. Rydzyk nie jest takim „demokratą”. Ale jeśli demokrację rozumieć jako równouprawnienie wierzących i niewierzących, to właśnie o. Rydzyk jest demokratą i naucza tej demokracji w przeciwieństwie do przewdoniczącego Dworaka. Czy już w ministerstwie nauki nie ma kogoś po dobrych studiach uniwersyteckich?

2. Rewolucja samoniszcząca

Liberalizm niesie ze sobą ideologię samozniszczenia. Jej zaczątek wystąpił już w marksizmie, choć sam Marks tego nie przewidział. Oznacza ona, że ideologia prawdziwie postępowa musi ciągle niszczyć przeszłość, aż zniszczy ją całkowicie. Pokazała to dobrze maoistowska tzw. rewolucja kulturalna (1966-1976) w Chinach, kiedy to chciano zburzyć resztki dawnej kultury i świadomości społeczno-politycznej, a także i swoją pierwszą kulturę marksistowską. Po drogach i ulicach chodziły watahy marksistów „prawdziwie postępowych” i wołały: precz z kulturą, precz z religią, precz z przeszłością narodową, precz z miłością społeczną, a zatem: niszcz, burz, bij, zabijaj, a stworzysz nowy, szczęśliwy świat komunistyczny. I w imię postępu zostały zamordowane setki tysięcy niewinnych ludzi. Podobnie było w Kambodży. Historia jest często wstrząsana podobnymi rewolucjami, a nowożytne są jakby udoskonalonym potomstwem rewolucji francuskiej.

Podobną rewolucję podjął teraz postmarksistowski liberalizm, któremu też towarzyszy przelew krwi, choć nie na ulicach, a tylko w rzezi nienarodzonych, w eutanazji, w niedowładzie służby zdrowia i w in vitro. I tak różne grupy ludzi „postępowych” chcą zburzyć u nas cały tysiącletni dorobek państwa polskiego, razem z Kościołem. Tyle wysiłków, tyle prac, tyle walk o przetrwanie, tyle przelanej krwi w walkach o wolność, tyle cierpień, tyle ofiar dla Narodu, tyle dzieł wychowania, kultury, talentów, literatury, języka, ducha, tyle dzieł miłości i piękna budowy domu naszego… I to wszystko ma być zburzone, odrzucone i podeptane? Mamy się wyrzec naszej tożsamości, wolności i samorządności na rzecz jakichś złych i pomylonych rzeczników bezdusznych ideologii? Przecież skrajny liberalizm doprowadzi niechybnie przez kontrę do totalitaryzmu.

Jest to już nie tylko żądza – rozwijająca się ciągle – zniszczenia, Kościoła, jak mówią: „rzymskiego”, lecz także dążenie do zniszczenia Polski. A co może znaczyć druk urzędowy z podpisem premiera nr 1066 z dnia 18 stycznia 2013 r., będący projektem ustawy o możliwości wzywania obcych sił do Polski, może tak jak kiedyś komuniści węgierscy i czechosłowaccy, no i polscy wzywali Sowietów na pomoc w ciemiężeniu swoich braci? „Dotyczy to – czytamy – sytuacji, w których Rzeczpospolita będzie potrzebować międzynarodowej pomocy w postaci interwencji odpowiednich służb w przypadkach ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego” („Do Rzeczy”, 11-17.02.2013). Czy przypadkiem nie chodzi tu o pacyfikacje marszów „Solidarności”, w obronie Telewizji Trwam i niepodległościowych 11 listopada? Nasza bowiem policja i wojsko mogą odmówić rozpędzania siłą takich demonstracji, a przede wszystkim mogą nie chcieć używać broni palnej. A może PO nie zechce oddać władzy nawet po przegranych wyborach, bo tak i jej może nakazać UE? Polacy bowiem mogą chcieć utrzymać żywy i mocny Kościół katolicki, który jest solą w oku ateistom unijnym i światowym. Wszystko jest możliwe, bo niektórzy ludzie u nas wypowiadają się i piszą bardzo groźnie o Kościele i pozostają bezkarni.

3. Społeczny odruch samobójczy

Dawne ludy i narody tętniły życiem, choć często walczyły między sobą. Dziś trend walki i zabijania przybrał charakter społecznego samobójstwa na kształt społecznej i państwowej eutanazji: broń masowej zagłady, rzeź nienarodzonych, zabijanie niepełnosprawnych, eugenika, umyślne zmniejszanie populacji, celowo nieskuteczne ratowanie chorych i starych i szeroka eutanazja, słowem – państwa stają się niemal klinikami antynatalistycznymi i eutanazyjnymi. Idzie się jeszcze dalej: likwiduje się źródła życia – płciowość, małżeństwo, rodzinę, płodność, i szerzy się bezżenność, małżeństwa homoseksualne, media uczą najrozmaitszych sztuk zabijania, słowem – życie ludzkie traktuje się na równi ze zwierzęcym albo jeszcze niżej, bo niektóre zwierzęta są pod ścisłą ochroną i bywają płodzone dosyć naturalnie, przez inseminację, człowieka natomiast coraz częściej produkuje się „na szkle” (in vitro). Przy czym zwolennicy tych rzeczy są z reguły nielogiczni i perfidni. Oto Komitet Praw Dziecka przy ONZ każe likwidować „okna życia”, bo „dzieci nie będą znały swoich rodziców”, lepiej już wyrzucić je na śmietnik. A jednocześnie Komitet ów popiera mocno in vitro, gdzie utajnione jest ściśle pochodzenie nasienia – u nas przeważnie sprowadzanego z banków skandynawskich – a i komórka jajowa bywa dla rodzącej obca. Kto jest wtedy ojcem i matką? Jeden mężczyzna może być ojcem setek czy więcej dzieci i pozostaje anonimowy. Trzeba też zwrócić uwagę, że ten typ „produkcji” niszczy całkowicie osobowość dziecka, jego geneza jest przestępcza, nie ma ono żadnych więzi z innymi, nie ma krewnych ani prawdziwych rodziców i staje się absolutnie ksenofobiczne w stosunku do wszystkich. A czy z kolei ono będzie miało swoje dzieci, czy in vitro będzie musiało być kontynuowane? Aż do całkowitego szaleństwa?

I jeszcze dwie migawki z mentalności. Pierwsza to rozpusta młodych, choćby mieszkanie studentki i studenta w jednym pokoju bez ślubu. Rodzice boją się zwracać uwagę swoim dzieciom, bo w dzisiejszej mentalności mogą je stracić. Druga migawka to sprawa perfidii liberałów, jakże oni się chwalili, że są wielkimi ksenofilami (miłośnikami obcych) wobec szlachetnego posła Johna Godsona, metodysty i Murzyna. Ale kiedy on opowiedział się za nauką Biblii w sprawach seksu i rodziny, to ci wielcy liberałowie zaczęli wołać, żeby go wyrzucić i z PO, i z Polski. To też są oznaki zmierzchu normalnego państwa.

4. Duży spadek demograficzny

Ciekawe, że już wybitny historyk grecki i rzymski z II wieku przed Chrystusem – Polibiusz (zm. ok. 118), zauważył, że Grecy i Rzymianie mają coraz mniej dzieci w miastach nie z powodu ubóstwa, lecz z powodu luksusu, chęci wygodnego życia i hedonizmu. W upadających bogatych społeczeństwach upadły obyczaje przodków, pojawiły się: styl życia bardzo wygodny, szukający samych przyjemności i bez ciężkiej pracy, żądza zdobywania pieniędzy i ziemi, luksusowe urządzanie domów i siedzib, wyrafinowane, także homoseksualne formy życia, nieustanne ucztowanie i pasjonowanie się walkami zabijających się gladiatorów. Masowo wyzwalano się z obowiązków rodzinnych, zwłaszcza wychowywania dzieci, i kierowano się niechęcią do zawierania małżeństw, a zawarte chętnie rozwiązywano. Taki Marek Antoniusz, jeden z triumwiratu, był w ciągu 18 lat pięć razy żonaty, zupełnie jak dziś niektórzy prezydenci, premierzy czy aktorzy. Jednocześnie rozwinął się pewnego rodzaju feminizm. Wzrosła bardzo rola kobiet w życiu politycznym opierająca się nie tyle na racjach państwowych, co raczej pełna intryg, rozgrywek, nienawiści, złośliwości, osobistych animozji i podżegań do mordów politycznych (por. M. Jaczynowska, Historia starożytnego Rzymu, Warszawa 1979, s. 190 nn).

Coś takiego właśnie dokonuje się dziś w Europie Zachodniej. Tym razem jednak spadek demograficzny jest zamierzony przez inżynierów „nowego życia”. Na przykład prof. Dennis L. Meadows powiedział w roku 1973: „Jeżeli chodzi o Polskę, to sądzę, że macie zbyt duży przyrost ludności, 15 milionów gwarantowałoby równowagę” („Nasz Dziennik”, 17-18.11.2012). Jeżeli chodzi o Grecję i Rzym, to tam ubytek ludności był wyrównywany przez napływ ludów sąsiednich i nabór niewolników. U nas rolę tę odgrywają również imigranci z krajów ubogich lub totalitarnych oraz pracownicy okresowi, jednak z czasem wszyscy przybysze przekształcają społeczeństwo autochtoniczne tak, że po dłuższym czasie staje się ono już w całości inne. I to jest proces upadku.

Jest też charakterystyczne, że społeczeństwo żyjące w luksusach, a o malejącej demografii, traci też silną armię, słabi są żołnierze i brakuje wielkich wodzów. Rzym w takiej sytuacji musiał angażować w wielkiej mierze barbarzyńców i brać na najwyższych dowódców Germanów, takich jak Arbogast (IV w.) – Frank, Ardabur Aspar (V w.) – Alan, Ricimer (V w.) – Sweb i inni. I tak przy zbyt niskiej populacji państwa giną gospodarczo, politycznie, kulturowo i biologicznie.

5. Upadek religijności

Duszą konkretnych społeczeństw, siłą duchową, motywacją i bazą moralności była i jest religia, choćby poszczególne większe społeczności miały swoją religię. Wielu ludzi uważa, że dziś mimo wszystko religijność się rozwija, ale obawiam się, że jest to rozumowanie „bohaterskie”. Faktycznie jest źle i coraz gorzej. Religia i religijność rozwijały się, ożywiały i personalizowały człowieka w czasach ciężkich, w czasach kataklizmów, wojen, klęsk i nieszczęść, były natchnieniem dla literatury i sztuki, a także mądrością życiową. Jednak w okresie dekadencji moralnej społeczeństwa, zwłaszcza warstw wyższych, bardzo się spłycają, stają się folklorem tradycji i przegrywają w starciu z potężnymi dziś mediami ateizującymi, z wrogą kulturą, sztuką, literaturą, propagandą i ogólną mentalnością. Dziś to, co religijne, w życiu bieżącym jest odsuwane z góry na bok, nawet studenci teologii nie chcą, żeby im mówić na tematy religijne, wolą takie tematy jak seks, sport, technika, podróże, historia innych religii.

Przy tym jest wielka niekompetencja w omawianiu tematów religijnych. Weźmy temat Kościoła. Samo zainteresowanie Kościołem bardzo cieszy. I jego krytyka, nawet surowa, byłaby bardzo pożyteczna. Ale, niestety, jest ona prowadzona w ogólności z zaciekłą nienawiścią, arbitralnością. Tak wielu wypowiedzi i sądów głupich, niekompetentnych i bzdurnych nie słyszałem na żaden inny temat społeczny, może z wyjątkiem skrajnego feminizmu. Dziwne zatem, że liberalistycznym poglądom na Kościół ulega coraz więcej duchownych, którzy chcą się popisywać w mediach „postępowością”. Na przykład pewien znany dominikanin, mający przecież wykształcenie filozoficzne i teologiczne, rozumie Kościół katolicki nie jako ukształtowany autorytatywnie w swym rdzeniu przez Chrystusa, Objawienie i Apostołów, lecz jako pewien klub dyskusyjny, gromadzący w sobie wierzących, inaczej wierzących i niewierzących, a każdy z nich miałby mieć taki sam autorytet jak Chrystus. Z dysputy nie ukształtuje się żaden Kościół, nawet w sferze czysto ziemskiej. Poza tym dyskutuje się twórczo tylko z ludźmi dobrej woli, choćby byli ateistami, według ks. abp. Marka Jędraszewskiego „Z diabłem się nie dyskutuje” (Aspekt Polski, nr 184). Niezły popis niekompetencji dali też K. Bem i J. Markowski („Gazeta Wyborcza”, 16-17.02.2013), którzy proponują, by biskupi napisali na Wielki Post taki list, w którym opisaliby swoje rzekome błędy i grzechy, zrównali się z najgorszymi mętami społecznymi i przeszli do posługiwania w domach opieki społecznej, wtedy byliby „prawdziwymi biskupami”. Czy takie pisanie jest mądre?

Co do Kościoła, to z naszej strony trzeba powiedzieć jeszcze jedno. Otóż zaznaczają się dwa stanowiska co do dyscypliny społecznej w Kościele. Według jednych, Kościół ma być jak kosz na śmieci, gromadzący wszystko w sobie bez wspólnego mianownika, a według drugich – Kościół ma mieć silny odruch wymiotny, by wyrzucać z siebie natychmiast każdego grzesznego lub błądzącego, zwłaszcza duchownych. Otóż Kościół – co wspaniale określili św. s. Faustyna i bł. Jan Paweł II – jest przede wszystkim Chrystusem Miłosiernym, który chce zbawiać każdego, przede wszystkim grzeszników, ale przez ścisłą komunię miłości jednoczącej. W rezultacie, kto u nas walczy nienawistnie z Kościołem, jak KRRiT, to walczy w konsekwencji z całym społeczeństwem polskim.

6. Ogólny upadek moralności społecznej

Łamanie norm etycznych zawsze było i zapewne będzie, ale w przeszłości, nawet w marksizmie, uważano to za zło i kryto się z tym. Dziś natomiast w ideologii panującej i w sferach „wyższych” sytuację odwrócono i albo zło uznaje się za dobro, albo w ogóle odrzuca się wszelkie obiektywne normy etyczne. Podobnie przewartościowano po cichu także kategorie prawne. Na przykład ogólnie przyjmowano pierwszeństwo większości przed mniejszością w życiu społeczno-politycznym. I tak wypowiedział się niedawno były prezydent Lech Wałęsa. Ale okazało się, że on już nie chwyta zasad „dzisiejszej demokracji”, w której właśnie mniejszość musi być chroniona i ma pierwszeństwo przed większością. Musiał się zatem mocno zdziwić, gdy cały świat „postępowy” zawył, kiedy powiedział, że heteromałżeństwa mają pierwszeństwo przed związkami gejowskimi. Zresztą i ogół naszych polityków nie wie, że w „demokracji” dzisiejszej to mniejszości i nawet „jednostki egzotyczne” mają pierwszeństwo przed większością i całością.

Tymczasem łamanie norm etyki klasycznej dokonuje się dziś na ogólną skalę i niemal we wszystkich dziedzinach: w gospodarce, w handlu, w polityce, w bankowości, w kulturze, sporcie, nauce, budownictwie, służbach społecznych, urzędach, samorządach itd. Ot, np. w pewnym mieście na Śląsku – w Nysie, są trzy gimnazja. Samorząd SLD chce jedno rozwiązać z powodów finansowych. Wybiera najlepsze. A dlaczego? Bo nosi imię Armii Krajowej i wychowuje w duchu patriotycznym. I nie ma odwołania. Państwo upadające już z niczym sobie nie radzi, a trochę i nie chce sobie radzić, bo ma być liberalne, czyli „wszystko wolno”. Jak mówi Jarosław Kaczyński, rząd nawet nie respektuje Konstytucji w kilku punktach. I to jest właśnie jeszcze jeden symptom zmierzchu państwa polskiego.

Odrodzenie społeczeństwa polskiego w całości będzie bardzo trudne. Wprawdzie od pradawna były postacie, które potrafiły odrodzić swoje państwa, jak Gudea, władca królewski Lagaszu w Sumerze (2144-2124 przed Chr.), Ur-Nammu, król sumeryjskiego Ur (2113-2096 przed Chr.), faraonowie egipscy Amenemhatowie (od 1976 do 1896) i Amenofis IV Echnaton (1351-1335 przed Chr.), jak Solon (ok. 635-560 przed Chr.) i Perykles (ok. 500-429 przed Chr.) w Atenach, jak cesarz indyjski Aśoka (ok. 264 – ok. 227 przed Chr.), jak Shi Huangdi („Pierwszy Cesarz”, 259-210 przed Chr.) w Chinach, jak Gajusz Juliusz Cezar (100-44 przed Chr.) i jego siostrzeniec Oktawian August (44 – przed Chr. – 14 po Chr.) i wielu innych na świecie, ale byli to ludzie bardzo wybitni, uzdolnieni, przy tym monarchowie, stratedzy i wodzowie, mający za sobą silne zaplecze. U nas nawet geniusz nie będzie miał zaplecza, bo wszystko jest rozbite i zbałamucone, a wybory to gra wielce bałamutna w dzisiejszej sytuacji medialnej.

***

U nas w Polsce jest jeszcze jeden symptom słabości i niemocy społecznej, a mianowicie rezygnacja katolików z kształtowania normalnego i sprawiedliwego państwa. Zostawili oni państwo innym. I doszło do tego, że czterej członkowie KRRiT mogą przeciwstawić się, postępując niesprawiedliwie, ogółowi społeczeństwa katolickiego, kpiąc sobie z jego praw obywatelskich. Z ich wypowiedzi, działań, złośliwości i pogróżek wynika jasno, że nie przyznają oni – z błogosławieństwem prezydenta, premiera i rządzących ateistów społecznych, a także niewątpliwie i ośrodków zagranicznych – miejsca na multipleksie Telewizji Trwam i to pod perfidnym pretekstem, że jest to tylko sprawa o. Tadeusza Rydzyka, a nie Kościoła polskiego i wszystkich polskich katolików. Wiadomo, że przecież ateistyczni stratedzy UE chcą, żeby Kościół w Polsce został wyciszony, obezwładniony, a ostatecznie zniszczony, gdyż w nowoczesnym państwie nie ma miejsca na żywy Kościół. Przy tym i nasze władze i różni politycy uważają nas, katolików, za niemrawców i idiotów, którzy nie rozumieją życia społecznego i politycznego i o nic się nie upomną w sposób zorganizowany. Toteż wszyscy ateiści społeczni, liberałowie, socjaliści kpią sobie z nas publicznie i ciągle bezkarnie nas opluwają, o wszelkie zło oskarżają kłamliwie i odbierają nam coraz więcej należących się nam uprawnień. Okazuje się, że dały się ogłupić niewielkim grupom oszołomów nie tylko społeczeństwa Niemiec, Rosji, Chin, Kambodży, ale czynią to samo i polscy katolicy.

Przychodzą na myśl słowa św. Pawła skierowane niewątpliwie i do nas: „Znosicie to, że was ktoś bierze w niewolę, że was objada, wyzyskuje, że was z góry traktuje, że was policzkuje” (2 Kor 11, 20). Potrzeba nam zatem działań także pozasłownych. Jeżeli dziś oddamy należącą się nam z prawa naszą katolicką telewizję, to jutro będziemy musieli opuścić także wszystkie szkoły i uczelnie, a pojutrze będziemy musieli zredukować nasze media do minimum i w ogóle nie będzie nam wolno, właśnie jako katolikom, brać żadnego udziału w całym życiu publicznym, bo do tego ostatecznie wszystko zmierza.

Ks. prof. Czesław S. Bartnik

Za: Nasz Dziennik, Piątek, 22 marca 2013, Nr 69 (4608) | http://www.naszdziennik.pl/wp/27539,oznaki-upadku-panstwa.html

sobota, 29 listopada 2025

Przebudzenie



Marsze Polaków za pokojem – 19 października w Rzeszowie , 26 października w Szczecinie budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodują strach i przerażenie wśród rządzących.

Przebudzenie Polaków jest czymś, czego się oni najbardziej obawiają, albowiem nie uda się im zrealizować do końca planu, którego początek miał miejsce w ubiegłym wieku w Magdalence (patrz: Taśmy z Magdalenki).

Polacy przespali zniszczenie polskiego przemysłu – jego rozgrabienie i w konsekwencji utratę wielu milionów miejsc pracy. Wywołało to przymusową emigrację za chlebem ponad pięciu milionów Polaków, którzy obecnie zastępowani są Ukraińcami. Dramatyzm sytuacji ukazuje Tomasz Piekielnik w swojej najnowszej audycji na YouTube.

Przebudzone „śpiochy”

W tym stanie rzeczy rządzący wybudzają „śpiochów” związanych z służbami specjalnymi. Spuszczają ze smyczy szczekające kundle w celu niszczenia wizerunku ludzi wzywających do pokoju. Uderzają bezzasadnymi pomówieniami w liderów ruchu antywojennego: Grzegorza Brauna, Mateusza Piskorskiego, Tomasza Jankowskiego oraz wielu innych ludzi sprzeciwiających się wpychaniu Polaków na wojnę z Rosją.

Rozbawiły mnie posty jednego z obudzonych „śpiochów”, który zarzuca w mediach społecznościowych koniunkturalizm Piskorskiemu, więźniowi politycznemu III RP, w związku z jego uczestnictwem na mitingach organizowanych przez ugrupowanie Brauna. Przecież nie kto inny jak właśnie Grzegorz Braun był tym człowiekiem, który wspierał przebywającego w areszcie Mateusza Piskorskiego! To niby jak ma zachować się człowiek honoru – Mateusz Piskorski? Jeżeli zaprasza go do udziału w organizowanych spotkaniach pan Grzegorz Braun. Ma odmówić w nich udziału?! Jest po prostu lojalny wobec swojego przyjaciela. Bo tak się zachowuje każdy przyzwoity człowiek, odpłaca się dobrem za otrzymane w przeszłości dobro. Za wsparcie w trudnej chwili.

Zdrowy „koniunkturalizm”

Ponadto, a może co najważniejsze, pomiędzy Braunem i Piskorskim istnieje bardzo silna więź ideologiczna, która wynika z instynktu samozachowawczego. Sprowadza się on do uzasadnionych obaw, strachu, przed totalnym zniszczeniem Polski. W wyniku wojny z Rosją, nota bene mocarstwem nuklearnym.

Każdy z obu wymienionych panów posiada dzieci, którym chciałby zapewnić godziwą przyszłość, a nie spopieloną wybuchami jądrowymi ojczyznę. Jeżeli to ma być tym „koniunkturalizmem”, to jest to najpiękniejszy „koniunkturalizm”, za którym sam się opowiadam. Życzył bym sobie i wszystkim Polakom, aby w ławach sejmowych obok Brauna, zasiedli: Mateusz Piskorski, Przemysław Piasta, Tomasz Jankowski, Jan Engelgard, Adam Śmiech, Sebastian Pitoń, Maciej Wiśniowski, Jarosław Augustyniak, Wojciech Olszański, Marcin Osadowski oraz wielu innych odważnych Polaków, połączonych wspólnym celem, jakim jest niedopuszczenie do udziału Polski w wojnie, do której chcą wepchnąć nas rządzący lokaje zaoceanicznych interesów.

Areszty dla przeciwników wojny

Politolog, były wykładowca akademicki, Mateusz Piskorski, to doświadczony polityk Samoobrony. Jest on charyzmatycznym mówcą, potrafiącym przyciągać słuchaczy swoją autentycznością, wiedzą, elokwencją i elegancją klarownych wypowiedzi. Jest więc cennym partnerem politycznym dla Konfederacji Korony Polskiej. I jednocześnie zagrożeniem dla obecnie panującego systemu. Stąd też tchórzliwi, koncesjonowani w Magdalence politycy, których dziś znamy z tego, że są przestępcami, wtrącili go do aresztu. Bez przedstawienia konkretnych zarzutów czy też dowodów winy!!!

Obecnie przetrzymywani są w areszcie twórcy ruchu kamrackiego założonego w 2021 roku. Polscy patrioci, liderzy Kamratów: Wojciech Olszański i Marcin Osadowski. Są oni autorami hasła „To nie jest nasza wojna”, będącego odpowiedzią na prowojenną politykę elit postokrągłostołowych., sprawujących nieprzerwanie władzę w Polsce od 1989 roku (zob. Teatr demokracji. Kulisy Magdalenki i Okrągłego Stołu).

Jeden nurt antywojenny

Przypomnieć trzeba, że oskarża się tych patriotów o posługiwanie się „językiem nienawiści” itp. Nic bardziej błędnego, ponieważ właśnie tego typu, podobnym językiem posługują się współcześni raperzy, którzy w ten sposób wyrażają swoje emocje. I jakoś nikt nie zamierza wsadzać ich za to do aresztu. Chodzi więc o politykę, o strach, rządzących obawiających się języka prawdy. Bezsprzecznie, wyrażanej językiem knajackim, językiem stadionowym – za to skutecznym, łatwo trafiającym do serc i umysłów patriotycznej młodzieży.

Pomimo starań zainstalowanej od 1989 roku agentury, przebija się do świadomości Polaków dramatyzm obecnej sytuacji. Dzięki wysiłkowi ludzi z Konfederacji Korony Polskiej, środowiska „Myśli Polskiej”, Wbrew Cenzurze, Góralskiego Veta – Sebastiana Pitonia oraz Kamratów Wojciecha Olszańskiego i Marcina Osadowskiego obecnie przebywających w areszcie, następuje integracja Polaków w jeden nurt antywojenny! Następuje przebudzenie będące solą w oku zdrajców Narodu Polskiego!

Być może w przyszłości nastąpi rozliczenie odpowiedzialnych za wpychanie Polaków do nie naszej wojny z Rosją oraz kundli wspierających tę zaoceaniczną klikę.

Eugeniusz Zinkiewicz
https://myslpolska.info/

1612 – klęska zamiast polsko-moskiewskiej unii



W Rosji 4 listopada obchodzi się jako Dzień Jedności Narodowej, czyli rocznicę wygnania załogi polskiej z Kremla w 1612 roku. U nas uznaje się to święto za „antypolskie”, co jest uproszczeniem.

Obraz Ernsta Lissnera z 1938 roku „Polska załoga Kremla kapituluje przed księciem Pożarskim w 1612 roku”.

Jednak zarówno w Rosji, jak i w Polsce rzadko mówi się o sprawie chyba najważniejszej – w latach tych mogła zrealizować się wielka unia polsko-moskiewska, która stworzyłaby najpotężniejsze państwo Europy a może i świata. W Polsce bitwę pod Kłuszynem (1610) i wejście polskiej załogi na Kreml traktuje się jako wielkie zwycięstwo nad Moskwą i powód do złośliwej satysfakcji – podbiliśmy Moskwę?

Tyle, że w tamtym czasie walczyły ze sobą dwie koncepcje polskiej polityki wobec Moskwy – hetmana Stanisława Żółkiewskiego i króla Zygmunta III.

Pierwsza zakładała wielki układ o unii polsko-moskiewskiej, której gwarantem byliby rosyjscy bojarzy z księciem Wasylem Golicynem (tego, który doprowadził do detronizacji cara Wasyla Szujskiego). Unia miała być wzorowana na unii polsko-litewskiej, a łącznikiem miał być królewicz Władysław (późniejszy polski król Władysław IV), który miał zasiąść na carskim tronie. Bojarstwo nie chciało samodzierżawia, podobało mu się polskie rozwiązanie ustrojowe, chcieli tylko gwarancji dla prawosławia, których hetman Żółkiewski, wielki statysta i wizjoner, chętnie udzielił. Biograf hetmana, Jerzy Besala, pisze:

„Dwudziestego siódmego sierpnia 1610 roku w połowie drogi między obozem polskim a Moskwą stanęły dwa olbrzymie, wspa­niale przystrojone namioty, w których ustawiono ołtarze z krzy­żami i obrazami świętych. Pierwsi uklękli bojarzy – miało ich przybyć z Moskwy aż dziesięć tysięcy – i przez pocałunek „w krest” złożyli przysięgę „na poddaństwo królewiczowi Władysła­wowi”. Następnie uczynił to Żółkiewski, kładąc rękę na Ewan­gelii, dalej jego pułkownicy, rotmistrze i inne znaczne w armii polskiej persony. Przez Rosję przetoczyła się fala zapewnień o wierności dla nowego cara.

Nowy układ oparty był na umowie smoleńskiej, z lutego 1610 roku, i zawierał większość warunków Moskwy. Deklarowano w nim przyjaźń i jedność obu państw, skierowaną przeciw ze­wnętrznym wrogom, wspólną obronę przed srogim Półksięży­cem. Wojsko polskie miało być opłacone ze szkatuły moskiew­skiej, ale za to wszystkie zamki, zajęte przez Polaków, miały wrócić do Rosji. Hetman zobowiązał się rozbić armię Szalbierza [Dymitra Samozwańca II] i pojmać go; nie posiadał przy tym prawa wkroczenia do stolicy carów bez zezwolenia bojarów, tak samo jak i Jan Piotr Sapieha. Kwestię przejścia królewicza na prawosławie i inne sprawy reli­gijne przełożono do czasu bezpośredniego spotkania Dumy boja­rów z królem polskim”.

Plan był wielki, ale miał też wielu wrogów. Był mu przeciwny sam król Zygmunt III, który chciał po prostu „zdobyć” Moskwę, narzucić jej cara (co prawda tego samego królewicza Władysława) i zmusić do przejścia na katolicyzm. Zamiast unii miał być dyktat.

O ile Żółkiewski był przeciwny wejściu polskiej załogi na Kreml, bo przeczuwał, czym to się może skończyć, Zygmunt III do tego doprowadził.

Zachowanie Polaków na Kremlu i w Moskwie przechyliło szalę na niekorzyść obozu bojarów z księciem Golicynem, za to na korzyść nieprzejednanych wrogów unii z Polską. Czynnik religijny, który hetman Żółkiewski chciał całkowicie zneutralizować, wysunął się na plan pierwszy. Pobyt Polaków na Kremlu, naznaczony licznymi ekscesami, zakończył się sromotną klęską, upadł plan nie tylko Żółkiewskiego, ale i króla Zygmunta III. Przegrała też Polska jako taka, bo zamiast dokonać wielkiego geopolitycznego i cywilizacyjnego przełomu – wyhodowała sobie na Wschodzie śmiertelnego wroga.

Jak już wspomniałem, nie tylko w Polsce, ale i w Rosji o tym aspekcie ówczesnej rzeczywistości nie mówi się wiele. Chociaż jest jeden wyjątek – b. minister kultury Rosji Władimir Medyński mówi o tym w swoich programach, twierdząc, że gdyby plan Żółkiewskiego i Golicyna się powiódł, powstałaby wielka struktura polityczna, która związałaby na trwale Rosję z Zachodem, a granice tego tworu sięgnęłyby Oceanu Spokojnego. Medyński nie przesądza, czy byłoby to dla Rosji dobrze czy źle, ale byłoby na pewno inaczej. Przy okazji uznaje on hetmana Żółkiewskiego za wybitnego polityka, choć być może z punktu widzenia rosyjskiego myślenia o swojej historii – za polityka niebezpiecznego. Dlaczego? Bo mógł skierować historię Rosji na zupełnie inne tory, pozbawiając ją tego, czego doświadczyła w wiekach późniejszych.

A co w Polsce? U nas ta rocznica jest prawie wyłącznie okazją do prostackiego triumfalizmu, leczenia kompleksów i dawania ujścia skrajnej rusofobii. Praktycznie nikt nie zna albo nie przyjmuje do wiadomości tego, o czym napisałem wcześniej.

Jan Engelgard

Ilustracja:

Będziemy gośćmi w swoim domu?



W ciągu września i października br. polską granicę przekroczyło 98,5 tys. Ukraińców w wieku 18–22 lat – średnio 1600 dziennie. To efekt zniesienia zakazu opuszczania kraju przez młodych mężczyzn w czasie wojny.

„Polska”

Władze wyjaśniają, że celem jest umożliwienie młodym Ukraińcom podjęcia nauki lub pracy za granicą, co może przynieść korzyści całemu społeczeństwu poprzez późniejszy transfer wiedzy lub kapitału. To wykładnia oficjalna, ale nie sposób nie dostrzec drugiego dna tej decyzji. Kijów świadomie buduje w Polsce zalążek nowej, licznej diaspory – politycznego, gospodarczego i kulturowego zaplecza Ukrainy w samym sercu Unii Europejskiej.

Historia zna wiele takich przypadków. Izrael od dekad opiera swoją siłę na diasporze. Irlandia traktuje emigrantów nie jak utraconych obywateli, lecz jak zewnętrzne skrzydło narodu. Turcja poszła dalej – stworzyła urząd do mobilizacji Turków w Niemczech i Holandii.

Ukraina chce iść podobną drogą. Zwłaszcza że jej sytuacja jest wyjątkowa: kraj w stanie wojny, z ogromnym odpływem ludności, potrzebuje nowych kanałów wpływu, także poza swoimi granicami. Polska jako największy sąsiad i główny ośrodek wsparcia wojennego, staje się naturalnym miejscem budowy tego zaplecza.

Młodzi, mobilni, często wielojęzyczni. Zakładają własne i przejmują polskie firmy, pracują w polskich instytucjach, wchodzą w struktury organizacji pozarządowych. To tu płyną pieniądze, tu powstają ukraińskie media, tu rośnie różnorodne zaplecze. Stają się częścią polskiej przestrzeni publicznej.

Skoro proces ten nabiera tempa, potrzebne są jasne zasady gry:

– kto finansuje ukraińskie organizacje pozarządowe w Polsce,

– jak wygląda rejestr organizacji transgranicznych,

– jakie prawa i obowiązki mają obywatele Ukrainy przebywający tu długoterminowo,

– jak chronić równowagę narracyjną w sferze pamięci i kultury.

Jeśli tego nie zrobimy, nie zauważymy momentu, gdy rola gospodarza zamieni się w rolę gościa we własnym domu.

Byłoby naiwnością udawać, że to proces spontaniczny i apolityczny. Państwo ukraińskie doskonale rozumie, że diaspora to miękka siła – bezpieczna, tania i długofalowa. Wpływy bowiem mierzy się nie tylko terytorium, lecz i obecnością. Zełenski, pozwalając młodym mężczyznom wyjeżdżać, nie zrezygnował z nich – wysłał ich w misję. Misję pokojową, kulturalną, ekonomiczną – ale też polityczną. To tworzenie Ukrainy globalnej – jak mówi sam Zełenski. A więc wspólnoty obejmującej nie tylko mieszkańców kraju, ale też miliony za granicą z zadaniem bycia „ambasadorami sprawy ukraińskiej”.

Leszek Miller
Za: X
https://myslpolska.info/

Dlaczego Europa angażuje się w wojnę na Ukrainie

Niedawno opublikowany artykuł w amerykańskim magazynie ‚Amerikanets’, zatytułowany ‚Dlaczego Europa angażuje się w sprawę Ukrainy’, ujawnia, że trwająca wojna na Ukrainie nie jest bynajmniej jedynie konfliktem geopolitycznym, lecz raczej zobowiązaniem gospodarczym i przemysłowym Unii Europejskiej (UE) i jej państw członkowskich. 

Dla przywódców UE wydaje się to być sytuacją ‚wszystko albo nic’. Dlaczego?

Podczas gdy w Stanach Zjednoczonych od dawna toczy się otwarta debata na temat zasadności dalszych miliardów dolarów pomocy dla Kijowa, Europa prezentuje się jako zjednoczony front. Ta jedność, według raportu ‚Amerikanets’, nie jest wyrazem autentycznego przekonania, lecz raczej wynikiem instytucjonalnego interesu własnego. W Brukseli ugruntowała się klasa administracyjna, która coraz bardziej czerpie swoją legitymację polityczną z trybu kryzysowego.

Wojna pozwala UE na centralizację władzy, tworzenie nowych funduszy i struktur zamówień publicznych, a tym samym rozszerzanie swoich wpływów gospodarczych – poza demokratyczną kontrolę państw członkowskich. Nacisk na zwycięstwo Ukrainy służy zatem nie tylko celom moralnym czy celom polityki bezpieczeństwa, ale przede wszystkim samozachowaniu europejskiej biurokracji.

Wojna w celu złagodzenia kryzysu gospodarczego

W artykule czytamy, że wojna stała się dla Unii Europejskiej narzędziem łagodzenia kryzysu gospodarczego. W szczególności Niemcy od lat zmagają się z kryzysem przemysłowym, który rozpoczął się jeszcze przed wybuchem konfliktu. Artykuł wskazuje na spadek produkcji w przemyśle maszynowym i motoryzacyjnym od 2018 roku, a także na malejącą konkurencyjność w porównaniu z Azją i USA.

Wojna na Ukrainie dała państwom europejskim możliwość sztucznego generowania boomu gospodarczego za pomocą masowych programów obronnych.

Według raportu, od 2021 roku wydatki państw członkowskich UE na obronę wzrosły o ponad 50 procent. Kwoty te miałyby zostać przeznaczone nie tylko na zbrojenia, ale także jako instrument wsparcia gospodarczego. Autor opisuje rodzaj ‚oszczędnej gospodarki wojennej’, w której państwa przyznają kontrakty zbrojeniowe krajowym korporacjom, aby zachować miejsca pracy i struktury przemysłowe. W szczególności Niemcy i Francja zrestrukturyzowały swoje gałęzie przemysłu, przekształcając dawne zakłady motoryzacyjne w fabryki zbrojeniowe.

Wzrost gospodarczy w Niemczech możliwy tylko dzięki kontraktom zbrojeniowym

Według ‚Amerikanets’, jednym z przykładów jest niemiecki koncern Rheinmetall, który rozbudowuje swoje linie produkcyjne, aby produkować czołgi i amunicję na dużą skalę. Raport cytuje wewnętrzne obliczenia, z których wynika, że bez rozbudowy zbrojeń niemiecki produkt krajowy brutto odnotowałby realny spadek od 2022 roku. Zamiast tego, dzięki masowym inwestycjom w sektor obronny, rząd może pochwalić się skromnym, ale dodatnim wzrostem.

Strategiczna restrukturyzacja pojawia się również na poziomie UE. Tekst odnosi się do tzw. ‚modelu duńskiego’, zgodnie z którym ukraińskie firmy mają produkować broń bezpośrednio w strefach objętych działaniami wojennymi, korzystając z europejskich subsydiów. Stworzyłoby to sieć zależności przemysłowych i politycznych: Ukraina stałaby się jednocześnie odbiorcą pomocy finansowej i centrum produkcyjnym europejskiego przemysłu zbrojeniowego.

Zawieszenie broni zagroziłoby możnym

Autor interpretuje tę ścisłą współzależność między wojną a gospodarką jako długofalowy rozwój. Europa stworzyła strukturę, która czerpie korzyści z kontynuacji konfliktu. Nagłe zawieszenie broni zagroziłoby tej dynamice. Artykuł stwierdza, że elity polityczne i gospodarcze w Brukseli i Berlinie mają ‚więcej do stracenia niż do zyskania’, gdyby wojna nagle się zakończyła.

Konkluzja artykułu jest równie jasna: zaangażowanie Europy w zwycięstwo Ukrainy nie jest jedynie wyrazem solidarności politycznej, ale także próbą stworzenia nowego fundamentu przemysłowego – wspieranego stałymi wydatkami wojskowymi. W tym sensie wojna staje się ekonomiczną liną ratunkową w czasach stagnacji produkcji i spadku konkurencyjności. Pokój byłby ‚gospodarczo kontrproduktywny’ dla UE; położyłby kres subsydiom, kontraktom i określonym narracjom politycznym.

ZB: Kosztowne jest zachowanie wzrostu PKB w Europie, niebezpieczne i przynoszące zniszczenia i śmierć. Faktycznym celem jest utrzymanie się przy władzy wąskiej grupy ludzi reprezentujących międzynarodowy kapitał, grupy ludzi skrajnie egoistycznych i niekompetentnych, którym obojętny jest los mieszkańców ich państw i tym bardziej życie Ukraińców i Rosjan. Trzymajmy więc kciuki za jak najszybsze zwycięstwo rosyjskiej armii, które zakończyłoby tę śmiertelną politykę.

Opracował: Zygmunt Białas

https://zygmuntbialas.wordpress.com

Czego się nie robi dla Polski?



Kiedy dziadkowi w ogródku wyrosła rzepka, postanowił „schrupać ją z kawałkiem chlebka”. Tak samo postąpił obywatel Tusk Donald, kiedy minęły mu dwa lata przewodzenia swemu vaginetowi, nazywanego szumnie „Radą Ministrów”.

Jak wiadomo, vaginets obywatela Tuska Donalda od samego początku miał charakter koalicyjny, co sprawia, że podobny on jest trochę do Arki Noego – każdego zwierzęcia jest tam po parze, żeby mogły się rozmnażać.

Niestety vaginet, wbrew zachęcającej nazwie, rozmnażaniu najwyraźniej nie sprzyja. Raczej przeciwnie. Oto wchodząca w skład koalicji 13 grudnia partia Nowoczesna, której wizytówką jest pulchniutka Katarzyna Lubnauer oraz sprawiająca wrażenie przepracowanej Paulina Hening-Kloska, narobiła długów na ponad 2 miliony złotych, a ponieważ nikt nie chce ich spłacać, nie było innej rady, jak podjąć uchwałę o rozwiązaniu tej formacji.

Sic transist gloria – jak mawiali starożytni Rzymianie, ale skoro już wiemy, jak Nowoczesna zakończyła swoje istnienie, warto przypomnieć, jak je rozpoczęła. Oto 18 czerwca 2015 roku, kiedy było już wiadomo, że wybory prezydenckie wygrał Andrzej Duda i że Polska, po zresetowaniu przez prezydenta Obamę swego poprzedniego resetu w stosunkach z Rosją, ponownie przechodzi pod kuratelę amerykańską, odbyła się w Warszawie Międzynarodowa Konferencja Naukowa „Most” – w 25 rocznicę uruchomienia pierwszego transportu Żydów rosyjskich do Izraela.

W konferencji wzięli udział przedstawiciele najważniejszych ubeckich dynastii z Polski i grupa ważnych ubeków z Izraela. Pretekstem były rocznicowe wspominki kombatanckie, ale tak naprawdę chodziło o wciągnięcie przez Amerykanów naszych ubeków na listę „naszych sukinsynów” – a ubecy izraelscy mieli to wobec Amerykanów żyrować. Amerykanie chyba mieli wątpliwości, czy w ogóle warto wciągać naszych ubeków na wspomnianą listę – ale kiedy ubecy się uwinęli i powstała partia polityczna „Nowoczesna” z panem Ryszardem Pertu na fasadzie i zanim jeszcze pan Ryszard zdążył otworzyć usta, by nam powiedzieć, jak będzie nam przychylał nieba, już naród obdarzył tę partię 11 procentami zaufania, to i Amerykanie się przekonali, że stare kiejkuty to i owo potrafią. Uznali więc, że lepiej mieć ich na oku, niż żeby hulali nie wiadomo gdzie – i na listę „naszych sukinsynów” ich wciągnęli.

Wkrótce zresztą pan Ryszard partię swoją porzucił wraz z dwiema Joannami: Joanną Schmidt i moją faworytą, Joanną Scheuring-Wielgus, no a teraz Nowoczesna zlała się z Platformą Obywatelską, podobnie jak Inicjatywa Polska obywatelki Nowackiej Barbary, w której przytulisko znalazła Wielce Czcigodna Katarzyna Maria Piekarska, „istota czująca”, którą w swoim czasie Leszek Miller zwabił do swojego rządu na stanowisko wiceministra spraw wewnętrznych.

Obecnie tedy koalicję 13 grudnia tworzy Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda, która po polsku nazywa się „Koalicją Obywatelską”, Lewica i PSL oraz szorująca po dnie Polska 2050, którą zamierza wkrótce definitywnie porzucić obywatel Hołownia Szymon.

Z tej okazji obywatel Tusk Donald zapowiedział zainwestowanie w Centrum Operacji Satelitarnych. Co to konkretnie ma być – dokładnie nie wiadomo, więc zaczęły krążyć fałszywe pogłoski, że ma to być kontynuacja wcześniejszej penetracji przestrzeni kosmicznej przez sektę „Antrovis”, której wyznawcy – między innymi obywatelka Labuda Barbara, która poza tym piastowała stanowisko ministra w Kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w sposób nie zwracający niczyjej uwagi – latali w kosmos na miotłach, odbywając bliskie spotkania III stopnia m.in. z Wenusjanami. Te fałszywe pogłoski, zwłaszcza perspektywa bliskich spotkań III stopnia z Wenusjankami, wywołały zrozumiałe poruszenie nie tylko w środowisku Volksdeutsche Partei, więc obywatel Tusk Donald liczy na to, iż do najbliższych wyborów uda mu się uciułać jeszcze trochę procentów.

Z kolei Naczelnik Państwa przewodniczył Konwencji Prawa i Sprawiedliwości i w wygłoszonym przemówieniu nieubłaganym palcem wytknął odywatelu Tusku Donaldu i jego Volksdeutsche Partei, że oni tylko „gadają” podczas gdy on i PiS – „robią”. A co robią? Realizują hasło: róbmy sobie na rękę!

Taki program polityczny nakreślił jeszcze przed wojną Konstanty Ildefons Gałczyński w nieśmiertelnym wierszu „Nocna rozmowa z matką” . Syn zwierza się matce: „sen mam prześliczny mamo – że przystępuję do g… arzy i z nimi robię to samo” – a kiedy matka pyta: „a na czym, ach na czym polega robota, w którąś się wplątał” – syn odpowiada w krótkich żołnierskich słowach: „by rzec prawdę, z pustego w próżne przelewamy, a sobie na konto.”

Na program partii to by zupełnie wystarczyło – ale tuż przed Konwencją opublikowany został prowokacyjny sondaż, w którym Volksdeutsche Partei wysunęła się na pierwsze miejsce z wynikiem 28 procent, a PiS spadło na miejsce drugie z wynikiem 23 procent z hakiem. Najgorsze były wieści o wynikach Konfederacji; Konfederacja Sławomira Mentzena uzyskała wynik na poziomie 12 procent, a Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna – prawie 10 procent!

Toteż Naczelnik Państwa zaproponował, żeby rodzice, którym urodzi się trzecie dziecko, dostali od rządu bon mieszkaniowy w wysokości do 100 tysięcy złotych, a na dziecko drugie – w wysokości do 40 tysięcy złotych. Ten pomysł dowodzi, że PiS niezmiennie stoi na nieubłaganym stanowisku, że wyznawców trzeba pozyskiwać obietnicami przekupywania ich ich własnymi pieniędzmi.

Abstrahując na razie od katastrofalnego stanu finansów państwowych, kiedy to w budżecie na przyszły rok zaplanowany został deficyt na poziomie 271 mld złotych, to nawet gdyby budżet był zrównoważony, realizacja takiego pomysłu, podobnie jak innych wynalazków w rodzaju „800 plus” oznacza, że rząd najpierw musi odebrać te pieniądze rodzicom tych dzieci w podatkach i innych haraczach, by potem im je przekazać, nawiasem mówiąc – w rozmiarze uszczuplonym – bo z tych pieniędzy trzeba będzie utrzymać aparat biurokratyczny, który będzie je rozdzielał i kontrolował, czy przypadkiem nikt nie oszukuje.

Co z tego wynika? Ano to, że tego rodzaju programy tworzone są wyłącznie dla dobra biurokratycznych gangów, które oblazły nasz nieszczęśliwy kraj na podobieństwo insektów, a Nasi Umiłowani Przywódcy traktują państwo i obywateli, jako żerowisko – tak samo, jak to było w wieku XVIII.

Toteż na uwagę Sławomira Mentzena, że właśnie dlatego nie chce mieć nic wspólnego z PiS-em, bo nie chce przykładać ręki do ostatecznej dewastacji państwa, zareagował Wielce Czcigodny Jacek Sasin, wytykając mu, że nigdy nie rządził, więc nie wie, że w służbie Polsce najważniejsze jest, by wypić i zakąsić.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Ceny w Polsce wyższe niż w Niemczech!



Niemieckie Centrum Ochrony Konsumenta sprawdziło w ostatnich dniach października ceny w polskich i niemieckich sklepach. W efekcie badań eksperci wskazali, że obecnie w przypadku wielu produktów ceny w Polsce wyższe niż w Niemczech. 

Co jest droższe i dlaczego? Czy Polacy zaczną jeździć na zakupy do Niemiec?

Przez lata Polskę uznawano za zakupowy raj dla Niemców. Tanie jedzenie, tania chemia, a do tego pełne bazary w przygranicznych miejscowościach. Wszystko to przyciągało klientów z zachodu. Dziś jednak ten obraz staje się przeszłością.

Eksperci porównali w ostatnich dniach października ceny 32 produktów spożywczych i 18 artykułów drogeryjnych w wybranych sklepach po obu stronach granicy. Wyniki zaskoczyły nawet badaczy. W wielu przypadkach ceny w Polsce wyższe niż w Niemczech!

Jeszcze dekadę temu różnice były ogromne. Niemcy przyjeżdżali do Polski po mięso, nabiał, słodycze, alkohol i kosmetyki, oszczędzając nierzadko połowę tego, co musieliby zapłacić u siebie. Dziś sytuacja wygląda odwrotnie. W raporcie Centrum Ochrony Konsumentów czytamy, że takie produkty jak jaja, cukier, olej słonecznikowy czy banany są w Polsce przeciętnie o 20% droższe niż w Niemczech. Jeszcze większe różnice odnotowano przy warzywach i nabiale. Mozzarella kosztuje o 41% więcej, pomidory o ponad 50%. Natomiast aż o 58% więcej niż po niemieckiej stronie.

Zmieniły się również ceny egzotycznych owoców. Awokado, które przez ostatnie lata taniało w całej Europie. Natomiast Polsce podrożało tak bardzo. Dlatego kosztuje dziś średnio o 34% więcej niż w niemieckich supermarketach.

Nie wszystko jednak zdrożało. Część podstawowych artykułów nadal pozostaje tańsza nad Wisłą. Według analizy mleko w Polsce kosztuje średnio o 23% mniej niż w Niemczech, mąka o 24%, a cytryny niemal o 29% mniej. Największa różnica dotyczy mięsa drobiowego: kilogram filetów z piersi kurczaka w polskich sklepach jest nawet o 44% tańszy niż w niemieckich.

W praktyce jednak takie przykłady stają się coraz rzadsze. Kiedy porówna się całe koszyki zakupowe, różnice cen zacierają się niemal całkowicie. Jak wynika z testu przeprowadzonego w Lidlu, identyczny zestaw 22 produktów kosztował w Polsce 120,45 zł, a w Niemczech 28,14 euro. Po przeliczeniu kursu różnica wynosiła zaledwie kilkadziesiąt groszy – mniej niż koszt przejazdu przez granicę.

Największe zaskoczenie przyniosły jednak ceny artykułów drogeryjnych. Jeszcze kilka lat temu to Niemcy kupowali w Polsce tańsze kosmetyki, dziś sytuacja jest odwrotna. W drogeriach Rossmanna, które działają zarówno w Polsce, jak i w Niemczech, produkty tej samej marki potrafią kosztować w Niemczech nawet o połowę mniej. Dla przykładu, popularny szampon czy żel pod prysznic kosztuje w Polsce ok. 14–15 zł, podczas gdy w niemieckim Rossmannie często nie przekracza 2,50 euro. Różnice sięgają nawet 40% w przypadku środków czystości, lakierów do włosów czy płatków kosmetycznych.

To sprawia, że coraz więcej Polaków z regionów przygranicznych zaczyna odwiedzać niemieckie sklepy, odwracając dawny trend zakupowy. Jak zauważa rzeczniczka Verbraucherzentrale, „dziś to Polacy coraz częściej szukają okazji w Niemczech, szczególnie w drogeriach i marketach sieciowych, gdzie ceny są stabilniejsze i często niższe niż w polskich odpowiednikach”.

Jedyną kategorią, która wciąż przyciąga niemieckich klientów do Polski, pozostają paliwa i papierosy. Benzyna i olej napędowy są w Polsce średnio o 20% tańsze, głównie dzięki niższym podatkom i korzystnym kursom walutowym. Karton papierosów kosztuje w Polsce około 40 euro, czyli mniej więcej połowę tego, co w Niemczech.

Poza tym jednak różnice się zacierają. Niemieccy kierowcy, którzy dawniej regularnie przekraczali granicę, dziś często rezygnują z wyjazdu – oszczędności są zbyt małe, by pokryć koszt dojazdu.

Ceny w Polsce wyższe niż w Niemczech. Dlaczego ceny w Polsce rosną szybciej?

Eksperci wskazują kilka przyczyn tego zjawiska. Po pierwsze, inflacja w Polsce była w ostatnich dwóch latach znacznie wyższa niż w Niemczech. Po drugie, polski rząd stopniowo wycofuje dopłaty i ulgi, które wcześniej sztucznie obniżały ceny podstawowych produktów. Do tego dochodzą rosnące koszty energii, transportu i pracy. W Polsce płace rosną szybciej niż wydajność. To przekłada się na wyższe ceny detaliczne.

Nie bez znaczenia jest także struktura rynku. Niemieckie sieci handlowe mają większą siłę negocjacyjną wobec producentów i mogą utrzymywać niższe marże. W Polsce konkurencja między sieciami jest mniejsza. Natomiast rynek drogerii i chemii gospodarczej mniej zrównoważony, co skutkuje wyższymi cenami.

Jeszcze kilka lat temu to Niemcy chętnie odwiedzali polskie targowiska i markety w Słubicach czy Gubinie. Dziś coraz częściej można spotkać Polaków, którzy jadą do Frankfurtu nad Odrą czy Görlitz, by zrobić zakupy. W praktyce oznacza to, że granica przestała być linią tanich okazji dla Niemców.

Niemieccy eksperci podsumowują badanie jednym zdaniem: „Polska przestała być tanim krajem zakupów. Różnice, które kiedyś napędzały handel przygraniczny, dziś niemal zniknęły”.

Autorstwo: Joanna Baran
Źródło: PolishExpress.co.uk
https://wolnemedia.net/

Oznaki upadku państwa

Przejdź do treści                 Aktualizacja strony została wstrzymana … Facebook-f   Twitter   Google-plus-g   Instagram   Youtube Menu O...