Kiedy na horyzoncie pojawiła się kandydatka na świętą męczennicę, dręczona przez siepaczy moskiewskich, w dodatku spod znaku prawosławnej cerkwi, którzy usiłowali zmusić ją do odstąpienia od unickiej wiary, lgnęli od niej jak muchy. I to nie byle kto: sam Juliusz Słowacki, Cyprian Norwid, a przede wszystkim księża Zmartwychwstańcy.
Słowacki poświęcił jej wzniosły poemat „Rozmowa z Matką Makryną Mieczysławską”. Spotkanie z męczennicą wywarło na nim wielkie wrażenie, choć ujrzał najpierw „prostą niewiastę, rzekłbyś gospodynię/ Siedząca sobie na szlacheckim dworze”, ale zaraz potem kogoś zacznie więcej: „Na twarzy jasne widziałem męczeństwo,/ Jakieś męczeństwo wielkie, boże, złote”.
W poemacie zawarł relację Makryny o doznanych krzywdach, którą zwieńczył górnym wyznaniem: „O, cudnie polski otwiera nagrobek/ Ten nowy pańskiej męczennicy żłobek”.
Podobne egzaltacje były udziałem wielu innych jej rozmówców. Szukali u Makryny rady, proroctwa, natchnienia. Stała się swego rodzaju przewodniczką stada. Dopiero z czasem poczęto z niepokojem odkrywać, że wiele szczegółów w jej opowieściach nie zgadza się z faktami, a wreszcie w kilkadziesiąt lat po jej śmierci zaczęto podważać jej wersję życiorysu, aż wreszcie zapomniano.
Tymczasem jej życie, pełne dramatycznych doświadczeń: maltretowana przez męża, carskiego oficera, potem podejrzana o oszustwo jako szafarka w kuchni dla ubogich, aresztowana, wreszcie odtrącona przez wszystkich uciekinierka, nim podała się za ofiarę religijnych prześladowań, to idealny materiał na krwisty portret literacki.
Wykorzystał te wątki jej losu Jacek Dehmel w zajmującej powieści „Matka Makryna” (2014). Połączył w niej trzy perspektywy narracji: zmitologizowaną przez bohaterkę wersję własnych przeżyć, w których jawiła się jako prześladowana mniszka; relację o jej rzeczywistych losach (w ramach rzeczywistości powieściowej) przed pojawieniem się w Poznaniu, a potem w Paryżu i Rzymie; opis jej związków z polską emigracją w Paryżu i podczas rzymskiej rezydencji.
Z tej ostatniej perspektywy obcujemy z bohaterką świadomą dokonanej mistyfikacji, która pilnuje się, aby nie podważyć swoich relacji, a jednocześnie doznaje przedziwnego przemieszania faktów i fikcji, coraz trudniej rozróżnialnych.
Te trzy ścieżki monologu Makryny (bohaterka jest jednocześnie narratorką) ujęte zostały w oryginalnej formie językowej, w której dźwięczą rozmaite wschodnie regionalizmy i specyficzne błędy popełniane przez opowiadaczkę.
Z tego ciekawego materiału, korzystając także z poematu Słowackiego jako wprowadzenia, skorzystała Irena Jun w swoim najnowszym monodramie. W pewnej mierze ten spektakl to rodzaj rozliczenia – przed laty bowiem Irena Jun grała całą „Rozmowę” Słowackiego (teraz cytuje tylko fragment), w którym poeta przedstawia zupełnie inny niż Dehmel, wyidealizowany obraz domniemanej męczennicy.
Zapewne decyzja o podjęciu pracy nad tym spektaklem nie przyszła łatwo, zważywszy na głęboką religijność aktorki – musiała przezwyciężyć swój naturalny respekt do służebnicy bożej (nawet w przebraniu), aby zmierzyć się z tym mocno splątanym życiorysem. Jednak pokusa była zbyt silna, aby ulec wyznawanym poglądom.
Nadto okazało się, że Makryna to postać niejednoznaczna. Wprawdzie oszustka, która wyprowadziła w pole setki swoich zwolenników, ale też kobieta, która niejedno upokorzenia przeszła. Jej zmyślone męczeństwo w tej perspektywie staje się odwetem za poniżenia i sposobem samoobrony.
Materiał literacki opracowała Irena Jun wzorowo, choć musiała zrezygnować z wątków pobocznych, a jeszcze świetniej rysunek postaci. Bohaterka pojawia się przed nami jako leciwa kobieta, która dźwiga swój niełatwy los podwójnego, czy nawet potrójnego życia, bo w powieści Dehmela obecny jest także wątek żydowski – Makryna jest ukazana jako żydowska dziewczyna Julka z wielodzietnej rodziny, która zyskuje szanse społecznego awansu dzięki opiece zakonnic, wykierowujących ją na służącą w szlacheckich dworach.
W opowieści artystki ciekawe są relacje tych Makrynowych wcieleń, a zarazem przeżyć – najpierw widać różnice między faktami i wyobrażeniami, ale z czasem w opowieści zarówno prawdziwe przeżycia, krzywdy i małe zwycięstwa, jak i te fikcyjne, „wypożyczone” od innych lub zgoła zmyślone, stają się równie rzeczywiste i z taką samą żarliwością opowiadane. Razy zadawane przez sadystycznego męża okrutnika bolą tak samo jak tylko w wyobraźni wybijane zęby przez prawosławnego prześladowcę. I jedno, i drugie zdarzenie zrównuje się w opowieści Jun, różnice się zacierają, ale stopniowo.
Nie wszystko jest w tych wyznaniach męczeńskie i tragiczne. Nie brakuje także momentów komicznych, kiedy na przykład Makryna przekręca nazwisko Juliusza Słowackiego, a do tego wyraźnie lekceważy jego talent. W powieści Dehmela więcej takich drobnych złośliwości pod adresem koryfeuszy emigracji (Norwid pisany jako „Norwit” itp.), ich swarach, intrygach i walce o rząd dusz.
Krążąc po foyer Teatru Studio, gdzie echo pobrzmiewa jak w kościele (albo klasztorze), mając za jedyny rekwizyt niewielkie schodki ze skrytką, które mogą służyć za konfesjonał albo klęcznik, i trzy wiszące z boku metalowe rury, wydające po uderzeniu przejmujące dźwięki tworzy Irena Jun przejmującą opowieść – teatr zbuntowanej pamięci nieszczęśliwej kobiety, która stała się ku własnemu zaskoczeniu bohaterką emigracji.
Choć chciała tylko przeżyć, świadomie podejmuje tę rolę, wciąż niepewna obrotu spraw. Ani na chwilę nie traci z pola widzenia ciężaru doznanych w życiu krzywd. Tych prawdziwych, i tych zmyślanych.
Tomasz Miłkowski
MATKA MAKRYNA wg poematu Juliusza Słowackiego „Rozmowa z Makryną Mieczysławską” i powieści Jacka Dehmela „Matka Makryna”, reż. i wykonanie Irena Jun, kostium Anna Maria Karczmarska, reż. światła Dariusz Zabiegałowski, foyer Teatru Studio, premiera 16 lutego 2018
* * *
Prymitywna, niewykształcona oszustka Makryna stała się dla Polaków (chciałem niemal napisać „polactwa”) postacią legendarną, uosobieniem romantycznego mitu Polski jako męczennicy gnębionej przez Rosjan.
Ileś lat później stał się taką postacią pewien obsługant akumulatorów…
Ileś lat później stał się taką postacią pewien obsługant akumulatorów…
Wikipedia podaje:
W 1845 roku przybyła do Paryża, gdzie podała się za przełożoną klasztoru bazylianek w Mińsku, zlikwidowanego na rozkaz prawosławnego biskupa Józefa (Siemaszki). Twierdziła, że razem z innymi zakonnicami została przez niego poddana torturom, zmuszana do ciężkich pracy, zesłana na Syberię, odmówiła jednak przejścia na prawosławie i zdołała zbiec do Poznania.
Sprawa Mieczysławskiej została szeroko nagłośniona przez polską prasę emigracyjną oraz pisma francuskie. Domniemana bazylianka przedstawiła swoją historię również na audiencji u papieża Grzegorza XVI.
Osiadła w Rzymie, gdzie cieszyła się ogromną popularnością i szacunkiem wśród polskich emigrantów. W 1849 roku została przełożoną utworzonego specjalnie dla niej klasztoru w Rzymie.
Rosyjska dyplomacja dwukrotnie wydawała noty zawierające sprostowanie faktów podawanych przez kobietę i dowodzące, że jej historia była całkowicie zmyślona. Zarówno jednak polska emigracja, jak i zachodnioeuropejska opinia publiczna dawały wiarę Mieczysławskiej.
Bohaterką poematu uczynił ją Juliusz Słowacki, a jej historię, jako przykład prześladowania unitów w Imperium Rosyjskim, podawali do lat 20. XX wieku wszyscy polscy autorzy piszący o historii unii brzeskiej.
Pierwszym badaczem, który w oparciu o dokumenty dowiódł fałszywości historii Mieczysławskiej, był ks. Jan Urban, autor wydanego w 1923 roku opracowania Makryna Mieczysławska w świetle prawdy.
(…)
Historię Makryny Mieczysławskiej przedstawił jako pierwszy w piśmie „Trzeci Maj” książę Adam Czartoryski. W opublikowanym przez niego artykule stwierdzono, że mniszka stała na czele żeńskiego klasztoru „sióstr miłosierdzia” w pobliżu Kowna, zajmującego się opieką nad ubogimi, wdowami i sierotami, jak również prowadzeniem szkoły dla polskich dziewcząt.
Działalność ta nie spodobała się prawosławnemu biskupowi wileńskiemu i litewskiemu Józefowi, głównemu organizatorowi likwidacji Kościoła unickiego w Imperium Rosyjskim (poza Królestwem Kongresowym, gdzie nadal istniała diecezja chełmska). Ponieważ mniszki odmawiały konwersji na prawosławie, zostały uwięzione w żeńskim klasztorze prawosławnym kilkadziesiąt mil od Witebska. Tam zmuszano je do ciężkiej pracy, zakuto w kajdany i regularnie poddawano chłoście, jednak kobiety nadal odmawiały odstąpienia od katolicyzmu. Wówczas biskup Józef zmusił je do pracy przy budowie swojej rezydencji przy monasterze; większość, wyniszczona ciężką pracą, zmarła. Jedynie Makrynie i trzem innym mniszkom udało się uciec, gdy w dniu święta wszyscy mieszkańcy prawosławnego klasztoru upili się.
[Nie ma potrzeby dodawać, że nie ma w powyższym słowa prawdy – admin]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz