piątek, 15 maja 2020

Czy wyjdziemy z pandemii mądrzejsi?


Poczucie krańcowości, przekonanie, że oto rzeczywistość, którą znamy dobiega kresu, towarzyszące pierwszym tygodniom strachu przed koronawirusem – zniknęło niemal zupełnie.
Nie tylko nie umarliśmy, ale też najbardziej nawet przerażeni wiedzą już chyba, że nie umrą, w każdym razie nie na Covid-19. Uciążliwości nadal są uciążliwe, lęk nadal jest lękiem, a politycy nadal są tylko politykami – naturalna jednak dla naszego społeczeństwa reakcja wyporu już to wszystko zamiotła na bok, ukryła za brzękiem grilli i oczekiwaniem, że będzie jak dawniej.
Hej prorocy sprzed tygodni…
A przecież jeszcze miesiąc temu można było przeczytać tak wiele z jednej strony o bankructwie liberalizmu i globalizacji, z drugiej o kryzysie państwa opiekuńczego, z trzeciej przewidywania o ogromnych zmianach światowej ekonomii, z czwartej o trzęsieniu ziemi mającym przeorać całe życie polityczne nie tylko Polski, ale całego świata zachodniego.
Prawda, niewiele przecież mogło się wydarzyć, skoro wszyscy siedzieli/siedzą zamknięci – ale skoro nakaz samoizolacji okazał się tak skuteczny, to oznacza, że nigdy nic realnie nie mogło się wydarzyć, a zatem i zmienić.
Stąd też od początku należało wzruszać ramionami na wszelkie proroctwa w duchu „…bo jeśli nie, to ulica…”, „ulica nie pozwoli…”, „ulica się ruszy…”, „…ulica obali”. Ciężko bowiem stwierdzić po jakich ulicach chadzają piszący takie rzeczy – ale zwrócić należy uwagę, że rzeczona „ulica” nie ma chwilowo mocy obalającej, bo obecnie przebywać na niej praktycznie nie wolno. Co więcej zaś, Polacy (często wbrew własnym wyobrażeniom) – nie mają niemal ŻADNEGO potencjału buntu społecznego.
Najważniejszy z tematów
Za całe życie publiczne w III RP z powodzeniem wystarczają więc włączone telewizory i dostęp do internetu, dzięki którym np. zupełnie marginalna i w gruncie rzeczy idiotyczna kwestia jak i kiedy mają odbyć się wybory – zwolniła polityków od konieczności zajęcia stanowisk wobec sprawy jedynie ważnej dziś, czyli skali i skutków ograniczeń wprowadzonych w Polsce z naruszeniem prawa i obrazą zdrowego rozsądku w skutek paniki spowodowanej koronawirusem.
Dzięki temu politycy mogą zatem kłócić się o swoje ulubione bzdury, a w debacie nijak nie wybrzmiały (poza głosami dosłownie kilku publicystów) żadne pytania, wątpliwości i sprzeciwy wobec polityki rządu dotykającej wszystkich Polaków, o skutkach dalece wykraczających poza to kto co tam będzie w jakimś Pałacu podpisywał.
A przecież faktycznie to korona-panika była i jest najważniejsza. Nie ma nic ważniejszego od kwestii jak zabezpieczyć przed nią na przyszłość naszą ochronę zdrowia, jak chronić ludzi, ale i jak zorganizować państwo po pandemii, jakie mechanizmy wdrożyć w gospodarce. Słowem – jakie wnioski wyciągnąć z całej sytuacji, już nie licytując się czy mieliśmy do czynienia z humbugiem czy też nie. Tymczasem nic takiego nie wybrzmiało ani przez chwilę, w każdym razie nie ze strony dotychczasowych graczy tej pseudo-demokracji i antypraworządności.
Grobowa cisza
Znacznie ciekawsza wydaje się więc lista tych milczących niż tych, którzy mają coś do powiedzenia. Że niczego do zaproponowania w sprawie potrójnego kryzysu – zdrowotnego, ekonomicznego i prawno-państwowego nie mają politycy, tego można się było spodziewać. Wyraźnie natomiast rzuciła się w oczy absencja trzech innych podmiotów:
– Komisji Europejskiej,
– Konferencji Episkopatu Polski,
– Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”.
I kwestia które z tych gremiów wyjdzie na swoim milczeniu najgorzej – pozostaje jednym z ciekawszych zagadnień otwartych na pokryzysowie…
Że swoją całkowitą nieprzydatność okazały schyłkowa forma (dez)organizacji naszego Kontynentu oraz emblematyczna dla aktualnej państwowości w Polsce centrala związkowa – to też nie dziwi bardziej od zastępczości kłótni politycznych. Rozczarowującą jednak pozostaje dezercja hierarchii kościelnej.
Bo oto, kiedy wiernym katolikom ograniczano dostęp do liturgii – Episkopat milczał. Kiedy w Wielkim Tygodniu zamykano przed spragnionymi pociechy kościoły – Episkopat milczał. Kiedy w rażący sposób rząd raz po razie łamał konkordat – Episkopat milczałA naraz odezwał się „w trosce o demokrację”, włączając do idiotycznych sporów partyjniaków. Zaprawdę, oto jest Kościół Wojujący naszych czasów…
Nieobecność struktur europejskich, bierność Kościoła, brak efektywnych struktur samoorganizacji społeczeństwa czy to po stronie pracodawców, czy pracobiorców, całkowita jałowość i alienacja dyskursów nazywanych politycznymi – cały wielki (skalą, bo chyba raczej nie planem…) eksperyment inżynierii społecznej, w którym uczestniczymy prowadzony jest więc na jednostkach i najwyżej rodzinach, bez oparcia o jakiekolwiek dotychczasowy struktury i przy ich praktycznej nieobecności.
Czy oznacza to więc, że są one już zupełnie zbędne, czy że powstaje realna luka, świadomościowa, organizacyjna, ideowa, która mogłaby zostać zapełniona? A jeśli tak, to przez kogo i w jaki sposób?
Czy naprawdę powstaje luka społeczno-polityczna?
Jak wspomniano, nie było, nie ma i niemal na pewno nie będzie żadnego „wystąpienia ulicy”. To w dzisiejszych realiach niemal przesądzone i nawet pogłębiający się kryzys ekonomiczny sam z siebie nie wykrzesze z Polaków pasji, by o cokolwiek się czynnie upominać. Co innego jednak ewentualny świat narzekania w internecie, a nawet może wyborów – tu już naszych rodaków zachęcić być może by się dało. Jeśli więc domniemana luka w systemie politycznym (której powstania spodziewa się dziś tak wielu) rzeczywiście powstanie – będzie zapewne zatykana na dwa sposoby:
1. Poprzez próbę odnowienia paradygmatu liberalnego, w duchu propozycji Grzegorza Hajdarowicza, czyli stworzenia jeszcze bardziej radykalnej .Nowoczesnej, nie będącej jednocześnie autoparodią jak tamta, z hasłami uwolnienia przedsiębiorczości, zniesienia barier i pomstowaniem na skutki blokady, w rodzaju wzrostu biurokracji itp.
Poniekąd strach przed obejściem od tej strony zdradzają rządowe ustępstwa w kolejnych wersjach nieszczęsnej Tarczy niby to jakoś sugerujące „uelastycznienie kodeksu pracy” i tym podobne rozwiązania mającym pokonać kryzys przez odgórne narzucenie powrotu do rynku pracodawcy, próbę walki z recesją priorytetem podaży, nie popytu i poprzez większą restrykcyjność budżetową/kredytową.
2. Przez odwołanie się do populizmu w duchu sprawiedliwości społecznej, z silnym akcentem na rzecz osłon socjalnych, polityki zatrudnienia, wzmocnienia ochrony zdrowia, dbałości o emerytów itd. oraz wyrzekaniem, że pomoc poszła do kapitalistów, a nie naprawdę pokrzywdzonych/pracowników, wzywaniem do ochrony popytu/konsumpcji, jeszcze miększą politykę kredytową, odejście od fikcji niby-to-równoważonego budżetu, a w wersji najbardziej konsekwentnej – żądanie bezpośredniej, jawnej i stymulująco-osłonowej interwencji państwa w gospodarkę.
I od tej strony rząd próbuje się zabezpieczać – oczywiście na swój sposób, czyli dalej obiecując, bez większego zainteresowania skąd weźmie na obiecanek spełnianie.
Który z tych pomysłów może zatrybić – oba, żaden? A może żaden nie wyjdzie poza etap analiz?
Ochrona zdrowia ofiarą III RP
Nie wiemy jeszcze czy i na który z takich projektów przychodzi, być może, czas. To, co jest natomiast już odczuwalnym faktem – było zapowiadane przez wszystkich znających się na rzeczy i ostrzegających, że III RP przewróci się kiedyś o swoje błędy i zaniedbania w polityce zdrowotnej. I tego właśnie jesteśmy świadkami. Trzecia Polska nie tylko się potknęła, ale nadal leży i niemrawo czołga się w błocku, które wcześniej pod nią narobiono.
Całe państwo stanęło, cała niemal gospodarka uległa zwinięciu ze strachu, że poddane trzem dekadom chaotycznej niby ekonomizacji szpitale nie wytrzymają starcia z chorobą trochę tylko groźniejszą (jak się już potwierdziło) od grypy. Czy trzeba lepszego dowodu kompromitacji III Rzeczypospolitej?
Z jednej strony mamy bowiem rozdęty i drogi biurokratyczny system NFZ, mający wszystkie wady budżetowania ochrony zdrowia, a żadnej z zalet tego rozwiązania. Z drugiej widzimy zaś kapitulację szpitalnictwa prywatnego, którego tylko nieliczne placówki w ogóle wzięły udział w walce z pandemią. Co więc jeszcze musiałoby się zdarzyć, żebyśmy naprawdę dokonali poważnych zmian w finansowaniu i organizacji naszych służb medycznych, ich strukturze własnościowej i administracyjnej, filozofii działania i kondycji finansowej?
Zamiast jednej, ogólnonarodowej polityki zdrowotnej – mieliśmy wszak dotąd małe, a przeciwstawne taktyczki a to państwa, a to samorządów różnych szczebli, a to uczelni, a to podmiotów prywatnych, które właśnie okazały swoją całkowitą nieprzydatność w starciu z koronawirusem.
Zbankrutowały dotychczasowe priorytety, bo to właśnie m.in. ich skutkiem są panika i chaotyczne restrykcje czasu epidemii. Wszak, jak powtarza rząd, ograniczenia są konieczne, bo musimy chronić ochronę zdrowia przed nadmiernym obciążeniem. A przecież obecna słabość, brak mocy przerobowych, niedostatek personelu w szpitalach to nie przypadek, chwilowa słabość czy efekt pandemii – ale planowy skutek wielu lat „reform”, traktujących publiczną ochronę zdrowia jak jedno więcej przedsiębiorstwo, którego zadaniem jest nieprzynoszenie (zbyt dużych) strat i uczestnictwo w powszechnej spirali wszechzadłużania, a nie leczenie ludzi.
Gospodarka na Tarczach
To zresztą nie jedyna słabość państwa polskiego uwypuklona przez koronakryzys. Kiedy rządy europejskie przejmowały na siebie obowiązkowy wypłaty wynagrodzeń pracowników objętych kwarantanną, za jednym zamachem zapewniając im podstawy codziennej egzystencji i realnie odciążając pracodawców – w Polsce układa się zwłoki resztek naszej gospodarki na Tarczach. I tak jest niemal ze wszystkim, czego by się przy okazji pandemii nie tknąć – słabość ochrony zdrowia to efekt „reform” politycznych.
Sytuacja pracowników, ale i pracodawców – to skutek skupienia się na dekoracyjnych kłótniach partyjnych bez naprawiania istoty chorego systemu społeczno-ekonomicznego niszczącego Polskę. Oczekiwane już powszechnie tragiczne skutki kryzysu zastają zaś nasz kraj bezbronny, bo przez 30 lat w ogóle nie dopracował się żadnej własnej, a sensownej polityki przemysłowej, zadowalając się gospodarką opartą na słabiuteńkim kapitale, zagranicznych montowniach i manufakturkach tłukących półfabrykaty dzięki taniej sile roboczej, zdominowanym przez zagraniczne podmioty cienkim handlu i usługach oraz dolewającym do tego wszystkiego benzyny z cukrem sektorze bankowym, rozdzielającym na Polskę przydział pieniędzy robionych z brudnego powietrza. To jak ma nas nie zaboleć?
Odpowiadając na pytanie: czy wyjdziemy z obecnego załamania mądrzejsi – najłatwiej można by rzucić NIE, bo przecież nie takie doświadczenia niczego nas nie nauczyły. Można by też zauważyć, gdyby np. rzeczywiście chodziło o wypracowanie jakichś pierwszych, modelowych zasad postępowania wobec pandemii – nauka z obecnych wydarzeń dla wszystkich rządów i społeczeństw płynęłaby bez wyjątków i bez wątpienia jedna: Żeby nigdy, przenigdy tego więcej nie powtarzać.
Niestety, można też być pewnym, że skoro w ogóle postawiono cel tak nierealny i pozbawiony sensu jak „przeciwdziałanie zarażeniom” relatywnie silnie zaraźliwej, natomiast mało śmiertelnej (zwłaszcza w skali populacji) choroby i nikt nie zaprotestował, nie nazwał tego wprost bzdurą – to cały ten dziwaczny eksperyment będzie powtarzany. Dlaczego i po jaką cholerę – nadal nie wiadomo.
Czy jednak chociaż zdobędziemy się na jakikolwiek odruch życia choćby w wycinku życia społecznego, jak polityka zdrowotna? Polityka rynku pracy? Struktura gospodarki? Albo chociaż polityka?
Bo jeśli nie – to może faktycznie, nadal chodźmy w maseczkach. Zwłaszcza w tych, które mamy na oczach.
Konrad Rękas
Xportal.pl
https://chart.neon24.pl/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przebudzenie

Marsze Polaków za pokojem – 19 października w  Rzeszowie  , 26 października w  Szczecinie  budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...