środa, 3 czerwca 2020

Obcokrajowiec w Polsce.

Dla mnie Davis jest i będzie podejrzany. On był nominowany przez Brytyjczyków być „Polakiem” (taki jak nasz Radek z Oxford) by wykonywać pewne misje i zajmować miejsce eksperta w mediach na temat Polski.
„”Polska chce wstąpić do eurostrefy, ponieważ wyciąga wnioski ze swej historii i nie chce powtórki sytuacji, w której byłaby politycznie osamotniona” – pisze prof. Norman Davies w „Timesie”. ”
http://wiadomosci.onet.pl/swiat/norman-davies-polska-chce-wstapic-do-strefy-euro-bo-zna-historie/1mkwm
Obcokrajowiec w Polsce.
Norman Davies urodzony w 1939 roku w Bolton, przez przypadek trafił do Polski. Chcąc z przyjacółmi dotrzeć do Istambułu, podróżował przez Węgry gdzie tamtejsze służby bezpieczeństwa aresztowały ich i oszkarżyły o szpiegostwo. Przewieziono go do Jugosławi. W konsekwencji kilka lat póżniej Davies nie otrzymał wizy do Rosji, którą tak bardzo chciał zwiedzić. Zdołał dotrzeć do Polski, gdzie zacżał studiowac na UJ.
Zastanawiąjące jest co obywatej świata jakim był wtedy Norman Davies zobaczył w perelowskiej Polsce. Krajem wtenczas atrakcjyjnym nie byliśmy dla obcokrajowców, a już dla brytyjczyków, którzy II wojną światową pokazali jakimi są bezdusznym, bojaźliwymi ignorantami ( „dziwna wojna”, konferencja w Jałcie). Powodu tego zakochania według niektórych należy szukać w akademiku UJ. Według tej histori Davies był w pokoju z człowiekiem, który ostrzegł go przed SB i powiedział, żeby Davies nic mu nie mówił, bo owy kolego jest SB-ekiem. O, ironio! Podczas gdy Davies (zaznaczam, podobno) już z SB wspołpracował.”
„Davies a’la Sikorski.
Powracając do przytoczonego fragmentu książki „Zaginione Królestwa”. Myślę, że Davies jako historyk, jest fenomenem, bo ksiażkami takimi jak „Boże Igrzysko” pokazuje szeroko pojętemu Zachodowi, historię Polski. Choć według Pawła Zyzaka nie zachowuje w nich proporcji. poszczególne epoki w historii opisuje z różnym zaangażowaneim, jeden okres szczegółowo drugi bardziej ogólnie, przez co mogłoby się wydawać, że jest ten ogólnie opisany okres krótszy od innych. Tak czy inaczej, historykiem poza niektórymi błedami, jest dobrym. Pisarzem również bo jego książki czyta sie z przejęciem, i chęcią poznania dalszej historii.
Ale słowa, zamieszczone w tej książce są nie porównywalnie bardziej haniebne i bulwesujace, niż te dla Newsweek’a. Przełknę tą gorzką pigułkę z Newsweek’a i pominę niedoinformowanie Daviesa w temaci polskiej polityki, ale takich słów w książce historycznej nie jestem w stanie pominąć. Ksiązka historyczna z prawdziwego zdarzenia powinna byc opiniotwórcza, czyli nie narzucać nam, czytelnikom, zdania autora, ale pokazywać historię z każdej persepktywy, aby kazdy mógł sie w tej historii osadzić z własnym suwerennym zdaniem. Takich książek jest niewiele, niestety. „Zaginone Królestwa” do nich się nie zaliczają. Przez te właśnie słowa.
Z mojego punktu widzenia takie słowa w książce, która ma być podróżą po tytułowych zaginionych królestwach, są odrażające, nie godne historyka za jakeigo uważa się Norman Davies. Potworna gra historia, manipulacja faktami, i diabelskie przedstaiwenie, jakie serwuje nam Davies w tym rozdziale, zszokowłąo mnie i przeszylo mnie do szpiku kości. „Dziwności” tym słowom dodaje fakt, że w żadny z poprzednich rozdziałów Davies nie publikuje swojego zdania, nie ustosunkowywuję sie do danej historii. Treśc tych słów przypomina raczej wypowiedź Sikorskiego („Prezydent może być niski, ale nie powinien być mały”), niżeli historyczna rozprawę. Wstawka godna Michnika.”
„Nie wiem, czy doczytał Pan do końca rozdziału Gedanium. Oprócz cytowanych złośliwości pod adersem Kaczyńskich – nie wymienionych z nazwiska! dziwny to historyk, co przemilcza historyczne postaci – jest też porcja wazeliny dla małego chłopca z Gdańska, o jakże urozmaiconej genealogii. Ostatnie chyba zdanie rozdziału identyfikuje chłopaczka – to Donald Tusk! premier! – a brzmi jak panegiryk z lat 50-tych. Co ciekawie, książka pisana w 2010, nie wspomina o problemie dziadka z Wehrmachtu. Nie pasował do obrazka.
Dlatego odłożyłem cegłę, oddałbym, gdybym nie zgubił paragonu. Skąd mam wiedzieć, czy autor nie nakłamał o Burgundach, skoro nie potrafi nie kłamać o Polakach?
Poza wszystkim – nie wiem czy to wina autora, czy tłumaczy – język opowieści to straszliwe bleblanie. Wizygoci brali udział w jakiejś bitwie pod Wormacją… ale czy ją wygrali, czy przegrali? A co tam, otóż po tej rzezi… jakiej? Barceloną rządzili po kolei różnych przydomków Raymondowie… trudno ich spamiętać – ale autor tego nie ułatwia, linearna opowieść to nie dla niego, o nie, przecież zawsze można coś dopisać jak się przypomni. Chała, proszę państwa, chała i manipulacja. Nigdy więcej Normana Daviesa. Poczytajcie sobie Pipesa o Rosji i rewolucji, jak się powinno prowadzić narrację o historii.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przebudzenie

Marsze Polaków za pokojem – 19 października w  Rzeszowie  , 26 października w  Szczecinie  budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...