Ludzie narzekają na korpo, jednak i tak najgorszym pracodawcą jest polski prywaciarz. Albo inaczej: był polski prywaciarz, bo akcesja do UE, a przede wszystkim ostatni wzrost sprawiły, że niewielu jest takich, którzy u szczególnie zasłużonego prywaciarza chcieliby pracować. Ale do meritum:
Pracowałem kiedyś 2 tygodnie w pewnej firmie. Moja kariera tam trwała tam tak krótko, ponieważ byłem wtedy studentem, nie miałem rodziny na utrzymaniu i mogłem swobodnie porzucić pracę. Inni nie mogli.
Krótki opis:
Firma „X” zajmowała się produkcją wysokoprzetworzonego jedzenia. Właściciele i „dziedzice” prowadzili życie na poziomie. Nie był to poziom jakiegoś Mercedesa w leasingu tylko hajlajf: rejsy z rosyjskimi modelkami wzdłuż wybrzeży Alaski, kosztowne hobby związane z awiacją, kosztowne rozwody itp.
W 2004 roku płacili 4 PLN/h za pracę w chłodni. Nie można było mieć ze sobą zegarka (nawet nie wiecie, jak to dehumanizuje), a podczas 8h pracy przysługiwała jedynie jedna 15-minutowa przerwa. Praca była trzyzmianowa, 7 dni w tygodniu. Często zdarzało się, że ktoś 2h przed rozpoczęciem zmiany dowiadywał się, że nie jest jednak potrzebny. To boli, szczególnie w niedzielę rano.
Praca odbywała się w dwóch zakładach – nazwijmy je „A” i „B”, oddalonych od siebie o 35 kilometrów. Ludzie mieszkający bliżej zakładu „A” pracowali w zakładzie „B” i odwrotnie. Kontrracjonalnie? Otóż nie. Firma oferowała darmowy transport. Transport zawsze się spóźniał, więc brygadziści nie pozwalali schodzić z taśmy. Firma zyskiwała więc codziennie kilka godzin darmowej pracy.
Człowieka można tak upodlić, że jakąkolwiek zmianę na plus jest w stanie uznać za przełom. Kiedy w planach był zakład „C”, w zakładzie „A” zasłyszałem: „nie uwierzysz, jakie teraz będziemy mieli luksusy. Podobno ci z „C” nie będą musieli sami prać fartuchów”.
Ciężki był los zwykłego pracownika, ciężki był los jakiegokolwiek managera. W ramach optymalizacji kosztów firma stała się zakładem pracy chronionej. Cóż mieli począć brygadziści, którzy „nie mieli kim pracować”?
Bodaj w 2010 firma pozyskała inwestora z zagranicy. Wdrożenie kilku bardzo prostych zmian w zakresie zarządzania sprawiło, że firma mogła osiągnąć te same rozmiary produkcji przy likwidacji jednej zmiany.
Włodarze firmy mieli bardzo dobre kontakty w środowisku politycznym w miejscowości. Niejednokrotnie zdarzało się, że radny, który nie uzyskał wystarczającej liczby głosów, zostawał doradcą firmy.
Firma działa do tej pory: gros pracowników to osoby skierowane przez lokalny PUP.
Po 2 tygodniach pracy w tej firmie zrozumiałem, czemu tak wiele osób głosowało na Andrzeja Leppera.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz