Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Przebudzenie
Marsze Polaków za pokojem – 19 października w Rzeszowie , 26 października w Szczecinie budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...
-
Koniec z pobłażaniem za brak maseczki – deklaruje minister zdrowia Łukasz Szumowski. Jak dodaje w rozmowie z money.pl, rozmawiał na ten tema...
-
Mija 76. rocznica Powstania Warszawskiego. To jeden z najbardziej tragicznych rozdziałów naszej polskiej historii. Na bezsensowną śmierć i k...
-
Sokrates – grecki filozof słynął ze swych opowieści dydaktycznych i innych moralnych rad z zakresu – dziś nazwalibyśmy to – stosunków międz...
„Pani Doktor, internista w miejscowym Centrum Medycznym zmagała się z przewlekłym kaszlem, który niepokoił zarówno Panią Doktor jak i współpracowników. Objawy Pani Doktor były tym bardziej niepokojące, że jej koleżanka, Epidemiolog w miejscowym szpitalu zmagała się z przeziębieniem. W połowie kwietnia podobne objawy, tj. kaszel, gorączkę i trudności w oddychaniu zaobserwowano u pozostałych pracowników szpitala. Wkrótce blisko 1000 pracowników szpitala zostało poddanych testom i odsuniętych od pracy do momentu uzyskania wyników. Spośród testowanych, u 142 osób, w tym u Pani Doktor i Pani Epidemiolog stwierdzono poważną chorobę dróg oddechowych, szpital prewencyjnie zamknięto i ogłoszono epidemię. Wdrożono środki bezpieczeństwa. Zainfekowani zostali odsunięci od pracy na kilka miesięcy na podstawie wyników testów PCR, które wskazywały na niebezpiecznego patogena. Podobne objawy oraz początek epidemii zaobserwowano w innych miastach.
Jaka choroba wystąpiła u w opisywanych przypadkach? Odpowiedź wydaje się oczywista: COVID-19 wywołany przez koronawirusa.
Niestety muszę wszystkich zmartwić: to nie COVID-19, to nie koronawirus, to nawet nie jest rok 2020.
Prezentowana sytuacja miała miejsce w Dartmouth oraz w Bostonie przeszło 10 lat temu (2007 r.). A jak to się skończyło?
Otóż po 8 miesiącach od wykonania testów PCR szpital przyznał się, że był to fałszywy alarm. Pracownicy cierpieli na zwykłe przeziębienie, które na podstawie testów PCR zostało zakwalifikowane jako choroba spowodowana pałeczką krztuśca, groźnym patogenem, który w latach 1940 powodował zakażenia u dzieci. Zdarzenie zostało opisane w The New York Times w artykule pod znamiennym tytułem: „Wiara w szybki test prowadzi do epidemii, której nie było” (Kolata Gina. 2007. Faith in quick test leads to epidemic that wasn’t) jako przestroga przed zbytnim poleganiem na testach molekularnych. Niestety w 2020 r. zapomniano o tej przestrodze i na podstawie wątpliwych metodycznie testów zamknięto gospodarki a z ludzi uczyniono niewolników.
Tymczasem już w 2007 r.przestrzegano przed nadmierną wiarą w wyniki testów PCR czyli testów opartych o łańcuchową reakcję polimerazy (ang. Polymerase Chain Reaction). Reakcja PCR polega na namnożeniu materiału genetycznego (DNA) w milionach kopii przy pomocy specjalnego enzymu, polimerazy DNA. W przypadku koronawirusa, którego materiał genetyczny stanowi RNA, stosuje się odmianę reakcji PCR tzw. RT-PCR, która w uproszczeniu polega na przekształceniu RNA wirusa w DNA (tzw. cDNA – komplementarne DNA), a następnie namnożeniu pozyskanego cDNA. Problem w tym, że PCR służy do namnażania czystego DNA, a więc uzyskanego z wyizolowanego wirusa tzn. takiego, który nie jest pobrany łącznie z tkankami ludzkimi. Jeżeli reakcji PCR poddamy materiał nieoczyszczony to namnoży się wszystko co możliwe, a więc zarówno materiał genetyczny koronawirusa, innych wirusów, a nawet człowieka. Nawet stosując reakcję specyficzną dla danego genu koronawirusa nie unikniemy namnożenia homologów genów koronawirusowych (czyli genów podobnych), które występują u innych wirusów, bakterii, a także u człowieka. Tym samym, pobierając materiał genetyczny w postaci wymazu z tkanek ludzkich nie mamy pewności co wykrył test. Czy jest to faktycznie gen wirusa czy może homolog ludzki, bakteryjny? Ponadto reakcja PCR nie pokazuje czy mamy do czynienia z cząstkami mogącymi wywołać infekcję czy jedynie z pozostałościami po zetknięciu się z koronawirusem lub wirusami podobnymi.
Artykuł z 2007 r. zwrócił uwagę, że metody molekularne, w tym PCR są technicznie wymagające i nie nadają się do szybkich testów będąc bardzo podatnymi na błędy. Należy mieć sporą wprawę w stosowaniu testów PCR oraz sporą wiedzę w interpretacji ich wyników. Warto zwrócić uwagę, że reakcja PCR jest trudna do standaryzacji, gdyż wyniki zmieniają się w zależności od laboratorium, typu termocyklera (urządzenie do PCR) a także użytych odczynników, w tym pochodzenia polimerazy DNA. W Dartmouth pospiesznie wyciągnięto wnioski z testów PCR. Każda kaszląca osoba była poddawana testom, które często dawały wyniki fałszywie pozytywne i wykrywały pałeczkę krztuśca. Nikt nie zaprzątał sobie głowy potwierdzaniem wyniku za pomocą tradycyjnych metod. Szpitale w New Hampshire i Vermont okazały się bardziej podejrzliwe. Wyniki testu PCR starano się potwierdzić hodowlą bakterii. Okazało się, że we wszystkich podejrzanych przypadkach bakterie nie wyrosły. Nie było epidemii tylko zwykłe przeziębienie.
Obecnie mamy do czynienia z podobną sytuacją jak ta opisana w 2007 r. w USA. Obserwujemy ślepą wiarę w testy PCR. Media, alarmującym tonem podają liczbę zakażeń wykrywanych każdego dnia. Tylko czy te zakażenia oznaczają chorobę? Czy jesteśmy pewni, że mamy do czynienia z koronawirusem? Żaden pojedynczy test nie może być uważany za dowód absolutny choroby, zwłaszcza test PCR. Z pewnością testy PCR nie mogą stanowić podstawy do ogłaszania epidemii, gdyż wówczas opierałaby się ona bardziej na wierze i strachu niż na naukowych podstawach.
Dla zainteresowanych link do oryginalnego artykułu w języku angielskim: