Fragment książki Leona Petrażyckiego WSTĘP DO NAUKI PRAWA I MORALNOŚCI
Rozdział III
O TWORZENIU POJĘĆ I TEORII OGÓLNYCH
§ 4. Tradycyjne metody tworzenia pojęcia prawa i innych pojąć ogólnych
Poza nieporozumieniem co do sfery istnienia zjawisk prawnych oraz nieznajomością właściwej metody ich badania, stworzenie naukowej teorii prawa doznaje stąd jeszcze przeszkody, że panuje dotychczas niejasność co do właściwych metod tworzenia pojęć i teorii ogólnych i stosuje się tu, zwłaszcza przy tworzeniu pojęcia prawa i innych pojęć ogólnych, zabiegi, nie nadające się zupełnie do rozstrzygnięcia tych zagadnień w sposób naukowy.
Nie są to zresztą nieporozumienia występujące tylko w nauce prawa; zachodzą one również w innych dziedzinach badania, hamując rozwój całego szeregu nauk, a dają się odczuć najsilniej w naukach tak zwanych humanistycznych i społecznych: w nauce o moralności (etyce), o zjawiskach estetycznych (estetyce), o społeczeństwie (socjologii), o gospodarstwie społecznym (ekonomii politycznej), o państwie i innych zjawiskach społeczno-psychicznych. We wszystkich tych naukach panuje dokoła ich pojęć ogólnych taki sam niemal chaos, niepewność i walka, jak w nauce o prawie: w szczególności moraliści wciąż jeszcze „szukają definicji swego pojęcia moralności", i tak samo trudzą się dotąd, również bez wyniku, estetycy nad pojęciem zjawiska estetycznego, socjologowie — nad pojęciem społeczeństwa, ekonomiści — nad pojęciem gospodarstwa, teoretycy państwa — nad pojęciem państwa itd.
Pragnąc zrozumieć istotę tych sporów, usiłowań i niepowodzeń oraz zająć stanowisko świadomie krytyczne wobec odpowiedniej literatury w dziedzinie prawa i innych nauk, należy wyjaśnić, na czym polegają tradycyjne metody tworzenia pojęć ogólnych. Istoty tych metod, jak się to okaże z dalszego wykładu, nie uświadamiają sobie w znacznym stopniu nawet sami badacze, którzy je stosują.
Sądzi się zwykle, że chcąc utworzyć pojęcie prawa, należy dokonać przeglądu zjawisk prawnych, porównać je między sobą w celu znalezienia cech wspólnych im wszystkim, a następnie porównać je z innymi zjawiskami, zwłaszcza zaś pokrewnymi, aby wyodrębnić spomiędzy ogółu cech wspólnych takie, które by były zarazem specyficzne dla zjawisk prawnych (przy tym w myśl tradycji usiłuje się zwykle znaleźć cechy odróżniające prawo od „obyczajów", moralności i religii, por. wyżej str. 36, uw.); zjawisko to występuje mutatis mutandis i przy tworzeniu innych pojęć ogólnych w dziedzinie prawa. Podobnie moraliści, teoretycy państwa, ekonomiści itp. przy określaniu swoich pojęć centralnych i innych wychodzą zwykle z założenia, że należy zbierać i oglądać odpowiednie przedmioty dla znalezienia cech im wszystkim wspólnych itd. — i postępowanie to od-powiada doktrynie o tworzeniu pojęć ogólnych przez abstrakcję, powtarzanej tradycyjnie w popularnych podręcznikach logiki.
Mimo jednak że pogląd ten cieszy się powszechnym uznaniem w różnych dziedzinach nauki i poparciem odwiecznej tradycji, trzeba go uznać za niemożliwy do przyjęcia, a to z kilku ważnych względów.
Przede wszystkim reguła wymagająca przejrzenia przedmiotów, podpadających pod pojęcia ogólne, które tworzymy, i stwierdzenia w nich wszystkich cech jednakowych, stawia wymaganie niewykonalne i nie do pomyślenia ze względu na samą naturę pojęć ogólnych i klas.
Przez pojęcie ogólne czyli klasowe należy rozumieć ideę przedmiotów, które posiadają pewne cechy, to znaczy ideę tego wszystkiego, co daje się pomyśleć, jako posiadające określone cechy. Przez klasę (dział, rodzaj, gatunek itp.) należy rozumieć przedmioty odpowiadające takiej idei, tj. wszystkie przedmioty (rzeczy, zjawiska itd.), które posiadają lub mogą być pomyślane jako posiadające dane cechy. Np. idea wszystkich przedmiotów, mających białą barwę, stanowi pojęcie klasowe, mianowicie pojęcie klasy przedmiotów białych. A składają się na tę klasę wszystkie przedmioty, które tę barwę posiadają lub mogą być pomyślane jako tę barwę posiadające.
Nie należy sądzić, że pojęcia klasowe obejmują tylko przedmioty istniejące realnie, że zatem same klasy stanowią przedmioty realne, składające się z mniej lub więcej licznych przedmiotów jednostkowych. Przeciwnie, wiele pojęć klasowych obejmuje nawet wyłącznie przedmioty, które dają się tylko pomyśleć, a w naturze wcale nie istnieją. Takie są np. pojęcia geometrii: linie proste lub równoległe, koła, stożki itp. w znaczeniu geometrycznym, są to przedmioty możliwe do pomyślenia, lecz bynajmniej nie realne.
Co się zaś tyczy tych pojęć klasowych, którym odpowiadają zjawiska realne, to również nie należy sądzić, że odpowiednie klasy składają się tylko z mniejszych lub większych ilości przedmiotów istniejących w rzeczywistości (i posiadających cechę klasową), że np. zakres klasy przedmiotów białych wypełniają przedmioty białe, istniejące w rzeczywistości. Przeciwnie, jakkolwiek licznie mogłyby w danej chwili istnieć w naturze przedmioty posiadające cechę klasową, można mimo to stwierdzić o nich, że wszystkie razem stanowią zaledwie nieskończenie małą cząstkę klasy. Albowiem obok nich należą jeszcze do tej samej klasy: te wszystkie przedmioty (mające cechę klasową), które istniały w przeszłości, jakkolwiekby ta daleko sięgała, choćby w „nieskończoność" — dalej te wszystkie, które istnieć będą w przyszłości, niezależnie od tego, ile miliardów lat będzie ta przyszłość trwała oraz ile miliardów takich przedmiotów (np. białych kwiatków, białych gwiazdek śniegu ...) powstanie w każdym roku, a wreszcie te wszystkie, które nie istniały ani istnieć nie będą, lecz mogą być wyobrażone jako istniejące — w ogóle więc wszystkie przedmioty możliwe do pomyślenia, o ile im się w myśli ową cechę przypisuje.
Wynika stąd jasno, że kto zaleca w charakterze metody naukowej tworzenia pojęć klasowych procedurę, polegającą na obejrzeniu przedmiotów należących do danej klasy, stwierdzeniu cech wspólnych wszystkim tym przedmiotom itd., ten musi mieć błędny pogląd na istotę wytworów umysłowych, o których tworzeniu mówi, albo też nie uwzględniać właściwości tych wytworów, gdy uzasadnia lub powtarza za innymi omawiany przez nas przepis metodologiczny. I oczywiście, ani prawnicy, usiłujący ustalić pojęcie prawa, ani moraliści, pragnący rozwiązać to samo zadanie w stosunku do moralności itp., nie wykonywają w rzeczywistości i wykonać nie mogą prac tak niemożliwych, jak stwierdzanie cech wspólnych wszystkim zjawiskom prawnym czy moralnym itp., za pomocą przejrzenia tych zjawisk, stwierdzenia braku niektórych z tych cech w zjawiskach klas pokrewnych lub za pokrewne uznawanych itd. Możliwe jest wykonanie zaledwie nieskończenie małej cząstki tej pracy, bez jakiejkolwiek nadziei doprowadzenia jej nie tylko do końca, lecz nawet, dajmy na to, do połowy lub do setnej części. Faktycznie praca się sprowadza do zbadania kilku norm- prawa, wyobrażanych przez badacza, do porównania ich z kilkoma wyobrażanymi normami moralnymi, przepisami religijnymi itp.; a jednak wynik takiego badania ogłasza się nie w tej formie, że w kilku, stosunkowo bardzo nielicznych normach prawa i moralności, jakie wzięto pod uwagę, ujawniły się takie a takie cechy wspólne itd., lecz w formie bez porównania mniej skromnej — jako tezę o takim zakresie, jak gdyby autor istotnie „widział" i porównał ze sobą wszystkie zjawiska prawne, wszystkie zjawiska moralne itp.
W literaturze niektórych nauk można znaleźć wskazówkę metodologiczną, aby przy tworzeniu poszukiwanego pojęcia brać za punkt wyjścia przedmioty takie, które należą „niewątpliwie" do danej klasy, np. do prawa, następnie zaś, po stwierdzeniu ich cech wspólnych, przejść do badania przedmiotów bardziej wątpliwych; a pewne podręczniki logiki radzą zaczynać od badania okazów „wzorowych" klasy określanej, porównywać je z egzemplarzami wzorowymi klas jej przeciwstawianych itd. Lecz jakkolwiekbyśmy starannie wybrali owe okazy przedmiotów klasy definiowanej i innych klas, mimo to jednak stwierdzenie istnienia jakiejś cechy wspólnej wszystkim wybranym egzemplarzom jednej klasy i stwierdzenie braku tej cechy w egzemplarzach wybranych z klas innych dzieli cała przepaść logiczna od udowodnienia, że dana cecha istnieje we wszystkich innych przedmiotach klasy określonej i nie istnieje we wszystkich przedmiotach innych klas.
Może się tu nasunąć pytanie, jak mogła podobna niekonsekwencja, podobnie jaskrawa niezgodność przesłanek i wniosków, ukryć się przed uwagą badaczy. Otóż przesądy mocno zakorzenione zawsze oślepiają, nie pozwalają widzieć tego, co się nie zgadza z utrwalonym przekonaniem. W przypadku omawianym przyczynia się do tego szereg okoliczności.
Co się tyczy logików, mają oni zwyczaj rozumować bardzo abstrakcyjnie i formułować przepisy bardzo uogólnione, nie myśląc o konkretnej, faktycznej możliwości ich zastosowania; w literaturze logicznej można by znaleźć niejeden przykład żądań zupełnie niewykonalnych, a to nawet w dziele tak doskonałym pod wieloma względami i mającym na ogó!
charakter tak rzeczowy i praktyczny, jak System logiki M i 11 a . Najlepszą częścią tej znakomitej pracy jest dział poświęcony metodzie indukcyjnej. Lecz gdy się zastanowić nad istotą sformułowanych przez autora zasad indukcji, np. zasad, wymagających dla wniosku o związku przyczynowym stwierdzenia jednej jedynej różnicy między kilkoma badanymi zjawiskami, to stanie się rzeczą jasną, że o faktycznym ich zachowaniu nie może być nawet mowy (co zresztą w tym wypadku nie pozbawia wartości samych zasad: należy je tylko pojmować cum grano salis, a więc nie kusić się o rzeczy niemożliwe do osiągnięcia, o znalezienie zjawisk, różniących się od siebie tylko jedną cechą, a zgodnych we wszystkich innych cechach, których może być wiele miliardów, lecz starać się jedynie o to, aby wszystkie pozostałe, nieuniknione różnice, nie były różnicami istotnymi dla danej sprawy). Największa powaga wśród logików współczesnych, Sigwart, krytykując w wielu kierunkach naukę Milla o indukcji, dyskwalifikuje również sformułowane przez niego zasady indukcji, nie dlatego jednak, aby żądały za wiele, lecz dlatego, że żądają za mało, sam zaś formułuje wymagania tak surowe, że wymagania Milla muszą się wydać w porównaniu z nimi bardzo skromne i umiarkowane.
Co się tyczy wymagania stwierdzenia cech wspólnych przy tworzeniu pojęcia ogólnego, należy zaznaczyć, że zasada ta stale powtarzana i poparta powagą odwiecznej tradycji wytwarza u wierzących w nią to właśnie przekonanie, jakoby chodziło o jakąś niewielką, a w każdym razie możliwą do obejrzenia liczbę egzemplarzy. Wyraża się to nieraz mniej lub więcej jasno w samym jego sformułowaniu. Por. Wundt, Logik t. II, cz. I, str. 13: „Abstrakcja uogólniająca polega na tym, że w granicach pewnej liczby przedmiotów lub faktów, poddawanych analizie porównawczej, odrzuca się cechy różne u poszczególnych jednostek, a wyodrębnia się cechy wspólne całej grupie i czyni się z nich cechy pojęcia ogólnego...". Rzecz jasna, że Wundt wyobraża sobie „całą grupę" jako coś w rodzaju niewielkiej kolekcji przedmiotów, stada zwierząt lub tp. Absurd jeszcze większy, jeśli wolno mówić o różnych stopniach tej wielkości logicznej, stanowi żądanie stwierdzenia przez oględziny braku pewnych cech u wszystkich przedmiotów, nie należących do danej klasy. Lecz o tym niezbędnym uzupełnieniu logicznym tradycyjnej zasady o ustalaniu cech wspólnych za pomocą abstrakcji zapomina się zwykle przy formułowaniu samej zasady (por. np. przytoczoną tezę Wundta); i w ogóle w podręcznikach logiki nauka o tworzeniu pojęć zamyka się nieraz, rzecz dziwna, w granicach zagadnienia cech wspólnych, a zagadnienie specyficzności cech klasy albo się pomija, albo się usuwa w cień (taką lukę posiada między innymi doktryna Milla o pojęciach ogólnych). Jeżeli zaś konieczności wyszukania właśnie cech wyróżniających nie pomija się całkowicie, to niedorzeczność wymagania zasadniczego pozostaje nie zauważona dzięki temu, że owe „inne przedmioty", od których trzeba wyodrębnić daną klasę, pojmowane są również jako suma przedmiotów niezbyt wielka, a w każdym razie ograniczona, lub też jako kilka „grup" przedmiotów również ograniczonych.
Jeżeli się zwrócimy do uczonych nie będących logikami i zapytamy, dlaczego np. prawnicy lub teoretycy państwa nie uświadamiają sobie błędów popełnianych przy swoich próbach określenia prawa lub państwa, nie widzą, jak dalece ich twierdzenia co do cech wspólnych i odróżniających tych klas są pozbawione uzasadnienia — to trzeba wskazać na ten moment nie pozbawiony znaczenia, że uczeni ci nie są logikami i wskutek tego idą za tradycją, nie troszcząc się zbytnio o to, czy jest słuszna. Poza tym w dziedzinie prób zdefiniowania takich pojęć, jak prawo, moralność, państwo, jakkolwiek sporna jest treść tych pojęć, utrwaliły się pewne tradycje i szablony, wskazujące, jakie przedmioty z danej klasy należy mieć na oku, aby się w klasie zmieściły, oraz jakie przedmioty spoza klasy trzeba pozostawić poza nią. Poprzednie próby określenia danego pojęcia rozbiły się na pewnych przedmiotach — i oto wypada przezwyciężyć te właśnie Scylle i Charybdy. Stąd wytwarza się takie nastawienie myśli, że znika całe nieprzejrzane i niezliczone mnóstwo przedmiotów, należących do klasy określanej; nie zwracają też uwagi badacza jeszcze liczniejsze zastępy innych przedmiotów, chociażby nawet należących do klas pokrewnych, a więc wymagających zbadania, aby stwierdzić w nich wszystkich brak cech obranych za cechy klasowe; a zamiast nich wszystkich pozostają na scenie umysłowej i grają na niej rolę czynną tylko owe osławione Scylle i Charybdy, co stały się powodem tylu juz katastrof w dziejach nauki. Ominąć je szczęśliwie byłoby już dostatecznym triumfem.
W tych zaś dziedzinach, gdzie pozornie panuje porządek, gdzie pojęcia są ustalone i uznane przez wszystkich za poprawne, tam powtarza się za innymi definicje tradycyjne; pytania, jak te definicje zostały ustalone, czy można je uznawać za uzasadnione naukowo, na jakich podstawach naukowych są one, lub raczej powinny być oparte — wcale nie powstają, aż do chwili, gdy przypadkowo ujawni się jakaś Scylla i Charybda; wówczas dopiero kończy się śpiączka metodologiczno-naukowa i rozpoczyna się walka z ujawnionym nieprzyjacielem (nieprzyjaciół tych zresztą należałoby ze stanowiska naukowego uznać raczej za sprzymierzeńców, gdyż zasada administracyjna „wszystko jest w porządku", niedobra już w swojej dziedzinie, w nauce musi być uznana za całkiem niewłaściwą).
Lecz przypuśćmy dla uproszczenia dalszych rozważań, że badacze faktycznie nie ograniczają się do przeglądu kilku wzorowych przedmiotów klasy określanej i klas innych i dokonywają całej pracy, którą przepisuje tradycyjna reguła tworzenia pojęć, albo że nie ma żadnego uchybienia logicznego i naukowego w formułowaniu, na podstawie przeglądu kilku przedmiotów klasy określanej i klas innych, takich twierdzeń, które wymagałyby wykonania nieskończe-nie trudnego zadania przeglądu całkowitego. Nawet przy takich założeniach istnieją podstawy dostateczne, by uznać metodę tradycyjną za najzupełniej niewłaściwą.
Powstaje bowiem pytanie: na jakiej podstawie, według jakich sprawdzianów dobiera się, w celu znalezienia cech wspólnych i specyficznych, pewne przedmioty, jako należące do klasy określanej, inne zaś, jako należące nie do niej, lecz do innych klas, a w szczególności do klas „pokrewnych"? Skąd wiadomo np. przy tworzeniu pojęcia prawa i przed wykonaniem tego zadania, że te a te zjawiska są zjawiskami prawnymi, a tamte są zjawiskami nie prawnymi, lecz, dajmy na to, moralnymi? Wszak chodzi jeszcze o znalezienie cech, na których podstawie można by w sposób uzasadniony naukowo zaliczać pewne zjawiska lub nie zaliczać ich do prawa lub moralności, tymczasem zaś okazuje się, rzecz dziwna, że przed znalezieniem i uzasadnieniem naukowym takiego sprawdzianu badacze już wiedzą, że te a te zjawiska są prawem lub nawet „niewątpliwie prawem", inne zaś nie są prawem lub nawet „niewątpliwie nie należą do prawa, lecz do moralności" lub tp.
Może rzecz ma się tak, że badacze, mając zamiar dowieść, że zjawiska prawne posiadają pewną cechę wspólną, np. cechę a, dobierają specjalnie przykłady, w których istnieje lub nawet występuje w sposób szczególnie jaskrawy, powiedzmy „wzorowy", owa cecha a, następnie zaś dowodzą, że we wszystkich tych zjawiskach (poprzednio dobranych) cecha ta jest rzeczywiście obecna; może tak samo postępują moraliści, teoretycy państwa i inni, i może ta sama metoda bywa stosowana przy dobieraniu przykładów z innych klas, przeciwstawnych klasie określanej?
To pytanie i to przypuszczenie nie zostało tu wysunięte po raz pierwszy. Już w dziełach innych autorów można spotkać pogląd, że przy tworzeniu pojęcia zjawisk pewnego rodzaju badacze istotnie przystępują do tego zadania z poglądem poprzednio już ustalonym co do cech zjawisk tego rodzaju, i że ten sposób postępowania jest jedynie możliwy i właściwy; w czynności tworzenia pojęć tkwi związane z samą jej naturą błędne koło logiczne, co nie przeszkadza temu, że dalsze badania mogą potwierdzić pojęcie tak utworzone i dać mu uzasadnienie naukowe
Z powodu tego poglądu należy zaznaczyć co następuje.
Polecana tu metoda tworzenia i uzasadniania pojęć ogólnych sprowadza się w swej istocie do łatwego triumfu, jakim jest znalezienie i udowodnienie czegoś, co było już do znalezienia przygotowane (tak postępują kuglarze — z wielkim powodzeniem, jeśli widzowie nie zauważyli, na czym sztuczka polega). Na czym jest oparta wiara w to, że kontynuowanie tej czynności i obejmowanie nią coraz nowych przedmiotów ma się przyczyniać do sprawdzenia i uzasadnienia w sposób naukowy pojęcia tak ustalonego — tego zupełnie zrozumieć nie można. Sprawdzanie, czy każdy nowy przedmiot posiada tę cechę, według której został wybrany, musi zawsze prowadzić do wyniku dodatniego — to rzecz oczywista, lecz to niczego nie potwierdza, prócz chyba „przenikliwości" badacza, który dokonywa w dalszym ciągu podobnych manipulacji nie orientując się wciąż jeszcze co do ich natury.
Jeżeli prawdą jest, że przy tworzeniu i uzasadnianiu pojęć ogólnych nie można uniknąć błędnego koła, to wypada wyrzec się całkowicie tworzenia i uzasadniania pojęć naukowych. Taka rezygnacja równałaby się, jak widać z rozważań poprzednich (str. 25 i n.), uznaniu za słuszny całkowitego sceptycyzmu naukowego, oznaczałaby zniweczenie nauki jako takiej; lecz od najsmutniejszych nawet wniosków nie ma ratunku ani w błędach logicznych, ani w okłamywaniu siebie i innych.
Czy rzecz ma się tak istotnie, czy też może błędna jest sama doktryna tworzenia pojęć przy pomocy błędnych kół, to się okaże z dalszego wykładu.
Tu dla wyjaśnienia, jakie postępowanie stosowane jest faktycznie w nauce przy tworzeniu pojęć prawa, moralności itp., należy stwierdzić przede wszystkim, ze postępowanie to nie polega bynajmniej na systematycznym gwałceniu zasad logiki przez tworzenie błędnych kół, lecz ma charakter zupełnie inny.
W prawoznawstwie (a poza nim również w innych naukach humanistycznych i społecznych) tworzenie i uzasadnianie pojęć ogólnych, podobnie jak inne czynności naukowe, odbywa się zwykle, niestety, bez należytego uświadomienia sobie zasad metodologii naukowej, a nawet bez żadnego zastanowienia nad tym, jak należy rozstrzygać tego rodzaju zadania i uzasadniać naukowo swoje wnioski. Dlatego też możliwe tu są i nieuniknione liczne i różnorodne błędy i naiwności logiczne, a w ich liczbie również błędne koła. Mimo to dobieranie materiału faktycznego dla tworzenia i uzasadniania pojęć klasowych na podstawie tych cech, które mają wejść w skład pojęcia, nie stanowi nie tylko zasady powszechnej, lecz nawet zwykłego i typowego szablonu; postępowanie takie zdarza się tylko jako błąd indywidualny wśród wielu innych niewłaściwych zabiegów myślowych, różnych u poszczególnych uczonych. Jeżeli się podda baczniejszej analizie (psychologicznej) punkt wyjścia i przebieg procesu myślowego w tych wypadkach, gdy prawnicy, moraliści, teoretycy państwa itp. nie zadowalają się sformułowaniem takiej lub innej definicji prawa, moralności, państwa, społeczeństwa czy innych pojęć ogólnych bez wszelkiego umotywowania i usprawiedliwienia naukowego, lecz próbują uzasadnić poprawność sformułowanego przez nich określenia, to nietrudno jest stwierdzić następujący stan rzeczy.
Sprawdzianem, na którym opierają się oni przy doborze okazów klasy określanej i klas jej przeciwstawianych, bywa zwykle i w sposób typowy ich przyzwyczajenie do oznaczania pewnych przedmiotów jedną, innych zaś inną nazwą. Prawnicy np., usiłując znaleźć cechy odróżniające prawo od moralności i innych pokrewnych mu (ich zdaniem) zjawisk, mają już istotnie z góry kryterium do zaliczania jednych przedmiotów do prawa, innych do moralności, i stosują to kryterium z wielką pewnością; niemniej nie używają tu zwykle cechy poszukiwanej i mającej wejść do pojęcia (choć niekiedy bywa i tak), lecz opierają się po prostu na tym, że pewną formę (np. dotyczącą wykonania umowy kupna) przyzwyczaili się uznawać za prawną, to znaczy tak ją nazywać, a pewną inną (np. dotyczącą miłości bliźniego) przyzwyczaili się nazywać moralną. W podobny sposób odbywa się tworzenie i uzasadnianie pojęcia moralności w filozofii moralnej, pojęcia państwa w teorii państwa itp.
Że ten właśnie sprawdzian, nie zaś opisane wyżej błędne koło, decyduje zwykle o wyborze właściwych (zdaniem danego badacza) wzorów konkretnych tego, co ma być określone, widać już choćby stąd, że np. teoretycy państwa, prawnicy itd. natrafiają nie tylko na przykłady, potwierdzające ich definicję, lecz również na takie, które te definicje obalają, nie chcąc się zmieścić w ich formułkach; wielu prawnikom np. sprawia znaczne trudności okoliczność, że prawo międzynarodowe, które uznają za prawo, tj. prawem nazywają, nie posiada cech, które oni chcieliby przypisać prawu w sposób ogólny (przymus zorganizowany, pochodzenie od władzy państwowej lub tp.). Przeważającą treść rozważań, podawanych i przyjmowanych jako „uzasadnienie" niezliczonych definicji, stanowi zwykle walka z tego rodzaju trudnościami, próby udowodnienia, że niezgodność jest „tylko pozorna" itp. .
Rzecz jasna, że gdyby tworzenie pojęć i uzasadnianie definicji opierało się na błędnych kołach, na dobieraniu materiału faktycznego według cech, mających wejść w skład pojęcia, to by takie trudności nie powstawały. Badacze nie napotykaliby przedmiotów opornych względem swych klas, lecz same tylko posłuszne i zgodne z definicjami.
Właściwa natura sprawdzianu, według którego pewne przedmioty przytacza się jako okazy klasy definiowanej, inne zaś przeciwstawia się tamtym jako należące do klas obcych, pozostaje zwykle nieznana samym autorom i uchodzi uwadze czytelników. Mówi się zazwyczaj nie, że pewien przedmiot „nazywa się" tak a tak, np. normą prawną, inny zaś inaczej, np. przykazaniem moralnym, lecz że dany przedmiot „jest" normą prawną lub, przeciwnie, normą moralną, że „należy niewątpliwie" do takiej a takiej klasy.
Zjawisko to zrozumiałe: na gruncie przyzwyczajenia do oznaczania pewnych przedmiotów pewnymi nazwami, powstaje tak mocne skojarzenie wyobrażeń tych przedmiotów z nazwami, że mimo woli powstaje złudzenie, jakoby zachodziło tu nie nasze subiektywne przyzwyczajenie językowe, lecz coś obiektywnie właściwego samym przedmiotom, jakaś cecha samych przedmiotów; pod wpływem tego złudzenia wydaje nam się, że pewne zjawiska są same przez się, są niewątpliwie, z samej swej natury prawem itp. Takie zamaskowanie właściwej natury sprawdzianu, który się zwykle stosuje do wyboru przykładów konkretnych, stało się też zapewne przyczyną nieporozumień co do metody tworzenia pojęć ogólnych, nasunęło podejrzenia błędnego koła itp.
Niekiedy sprawdzian językowy bywa stosowany świadomie lub też zdradza się jasno w samej formie wykładu. Oto np. w obronie zaliczenia pewnego zjawiska do klasy określanej lub, przeciwnie, do przeciwstawianej, wysuwa się nieraz takie argumenty, jak: „tego nikt nie nazwie prawem" albo „to by było sprzeczne z terminologią powszechnie ustaloną", itp.
Aby zrozumieć należycie tradycyjne metody rozważań o istocie prawa i zdać sobie sprawę w ogólności z charakteru, treści i losów nauki o prawie, należy koniecznie wziąć pod uwagę, prócz wyżej omówionych, jeszcze jedną sprawę.
Wyraz „prawo" ma faktycznie dwie odrębne sfery zastosowania: jedną względnie obszerną — w języku potocznym, w zwykłej mowie powszedniej, i drugą, w stosunku do tamtej bardzo ciasną — w terminologii zawodowej ludzi, mających do czynienia specjalnie z ustawami, sądami, procesami itp., w języku fachowym sędziów, prokuratorów, adwokatów, słowem prawników w ogóle.
Przysłuchując się rozmowom ludzi dorosłych lub dzieci, bawiących się w jakąś grę, np. w piłkę, szachy, warcaby, karty, przekonalibyśmy się łatwo, że gry te roją się wprost od „praw" wszelakiej treści, że grający przypisują sobie i swym partnerom mnóstwo rozmaitych praw, które bywają zwykle szanowane i bezspornie zachowywane, czasem zaś kwestionowane i naruszane (por. np. prawo do bicia króla asem, damy królem, obcego koloru atutem, prawo domagania się kolejności w wychodzeniu, w rozdawaniu kart, prawo żądania, aby karty były rozdane powtórnie w razie odkrycia ważnej karty lub innej jakiejś nieprawidłowości itp., itp.); żadne jednak z tych niezliczonych praw nie zasłużyłoby na nazwę prawa w sali posiedzeń sądowych i w ogóle ze stanowiska terminologii zawodowej prawników. Tak samo rzecz się ma z niezliczonymi „prawami" zaproszonego szanownego gościa w stosunku do gospodarzy, z prawem do miejsca honorowego niekiedy pierwszego przy stole oraz do innych oznak uwagi i szacunku, z prawami przyznawanymi sobie nawzajem, przez kolegów (np. w szkole), przyjaciół, zakochanych, na tle stosunków koleżeńskich, przyjacielskich, miłosnych, np. z prawem do wierności, do szczerości, do tysięcy różnych usług i dowodów miłości itp., itp. Na każdy tysiąc wypadków stosowania wyrazu „prawo" w zwykłej mowie potocznej przypadłoby bodaj nie więcej, lub może nawet mniej niż jeden wypadek użycia tego wyrazu ze stanowiska terminologii zawodowej.
Prawnicy kierują się zwyczajami zawodowej terminologii prawniczej również w swoich próbach rozstrzygnięcia pytania, czym jest prawo . Uznają za prawo, za „prawo niewątpliwe", to wszystko i tylko to, co się przyzwyczaili nazywać prawem jako prawnicy. Wszystko inne stanowi z ich punktu widzenia nie-prawo, „niewątpliwie nie-prawo". Co się zaś tyczy odmiennego stosowania wyrazu „prawo" w języku potocznym, to prawnicy zwykle go nie dostrzegają lub nie biorą go pod uwagę; jeżeli zaś przypadkiem z nim się spotkają, to uznają je za zjawisko nie zasługujące na uwagę lub za niewłaściwe użycie wyrazu, za błędne nazywanie prawem tego, co w istocie prawem nie jest.
W rzeczywistości jeden zwyczaj terminologiczny przeciwstawia się tu drugiemu, z nim niezgodnemu, i nie mamy żadnych podstaw, aby uznawać potoczny zakres stosowania wyrazu „prawo" za błędny. Jeżeli prawnik uważa za rzeczywiste prawo to, co się sam przyzwyczaił prawem nazywać, to zaś, co nazywają prawem nieprawnicy, uznaje nie za prawo, lecz za coś niewłaściwie tak nazywanego, to stanowiska takiego nie można usprawiedliwić ani uzasadnić, lecz tylko wyjaśnić przyczynowo jako swoiste zjawisko psychiczne. Zapoznaliśmy się już wyżej z błędem, któremu łatwo się poddajemy pod wpływem przyzwyczajeń terminologicznych, a który polega na tym, że nasze własne przyzwyczajenie do nazywania pewnych przedmiotów określoną nazwą przekształca się w naszej świadomości w coś właściwego samym przedmiotom, tak jakby te przedmioty były z samej swej natury tym, czym je nazywamy, np. „stołami", „krzesłami", „prawem". Pod wpływem tego błędu stosowanie przez innych tejże nazwy do przedmiotów, których nie zwykliśmy nią oznaczać, może nam się łatwo wydać przyznawaniem tym przedmiotom czegoś, co im nie jest z natury właściwe. Albo też wytwarza się zjawisko takie, że ową terminologię cudzą, niezgodną z naszymi nawyknieniami, pojmujemy i kwalifikujemy jako oznaczanie nazwą, naszej zaś własnej (pod wpływem wskazanego trwałego skojarzenia) tak nie kwalifikujemy, lecz uznajemy ją za coś bardziej poważnego i istotnego, za właściwą i wiarogodną wiedzę, że dane przedmioty są czymś (np. prawem) same przez się, inne zaś są czymś innym (np. moralnością, lecz w żadnym razie nie prawem).
Jakkolwiek bądź prawnicy opierają się przy wyborze konkretnych przykładów prawa dla celów definicji na nawyknieniach terminologii zawodowej, „prawniczej", te zaś bardzo obszerne dziedziny, do których stosuje wyraz „prawo" język potoczny, zaliczają do nie-prawa, do „obyczajów", „przepisów konwencjonalnych" itp. I tenże sam sprawdzian, to znaczy sprawdzian nawyknień terminologicznych zawodowych, stosuje prawoznawstwo przy formowaniu innych pojęć ogólnych.
Zaznaczyć należy, że moment ten stanowi godną uwagi właściwość nauki o prawie, odróżniającą ją od nauki o moralności i innych nauk społecznych, które nie są związane z żadnym określonym zawodem społecznym i nie poddają się wpływom jakiejkolwiek terminologii praktyczno-zawodowej, lecz przy określaniu swych pojęć najwyższych (np. pojęć moralności, społeczeństwa, zjawiska gospodarczego) oraz dalszych absolutnie lub względnie od nich zależnych, opierają się na przyzwyczajeniach terminologicznych mowy potocznej.
Jakie z tej właściwości prawoznawstwa płyną konsekwencje, to się okaże z dalszych rozważań. Tymczasem możemy bądź co bądź stwierdzić, że podejrzenie, rzucane na ogół badaczy, pracujących nad definicjami prawa, moralności itp., jakoby dopuszczali się dziwnych i błędnych logicznie manipulacji w postaci dobierania przedmiotów według cech z góry przygotowanych, aby następnie z triumfem odnajdywać te cechy w tychże przedmiotach, nie jest uzasadnione i opiera się na nie dość uważnym badaniu istotnego stanu rzeczy.
W rzeczywistości tworzenie pojęć i uzasadnianie wysuwanych definicji (o ile autorowie je w ogóle podejmują) opiera się na przyzwyczajeniach językowych, ogólno-potocznych lub zawodowych. Stosowanie tych sprawdzianów łączy się często z mylnym pojmowaniem ich istoty, z błędnym przekonaniem, jakoby dobór przedmiotów oparty był na ich cechach obiektywnych, siła subiektywnego przyzwyczajenia do oznaczania nazwą wytwarza złudzenie, że dane przedmioty „niewątpliwie" posiadają odpowiednią naturę itp.; natomiast same sprawdziany nie tylko wolne są całkowicie od niedorzecznego obracania się w błędnym kole, lecz nie zawierają w sobie w ogóle żadnego naruszenia zasad logiki ludzkiej, żadnego absurdu logicznego.
Jednakże, uznając nienaganność logiczną samych tych sprawdzianów, można i należy mimo to postawić pytanie, czy sprawdziany te, tj. przyzwyczajenia terminologiczne potoczne lub zawodowe, odpowiadają zadaniom tworzenia naukowych pojęć klasowych i nadają się do poprawnego rozwiązania tych zadań.
Poprawna odpowiedź na to pytanie brzmiałaby, naszym zdaniem, jak następuje.
1. Rozważania na temat, jakie przedmioty są oznaczane pewną nazwą, np. nazwą prawa, moralności, gospodarstwa, wartości, pracy itp., w poszczególnych sferach językowych, a więc w języku potocznym, w dziedzinie pewnego zawodu specjalnego lub tp., mogą mieć charakter najzupełniej poważny i naukowy, a nawet odpowiadać najzupełniej swemu zadaniu, to znaczy rozstrzygać w sposób naukowy zagadnienia poprawnie postawione, jeżeli samo zagadnienie ma charakter lingwistyczny, dotyczy wyrazów, jako swoistych znaków symbolicznych, a mianowicie terminów ogólnych i ich stosowania. Wskutek tego np., gdy językoznawca, układający słownik, przeprowadza w stosunku do wyrazów „moralność", „moralny", „prawo" lub tp. badania nad dziedziną ich stosowania i wyniki osiągnięte umieszcza w swym słowniku pod odpowiednimi wyrazami, to postępowanie jego jest całkowicie poprawne i niczego innego wymagać od niego nie można. W takim słowniku pod wyrazem „prawo" należałoby, jak widać z uwag poprzednich, wskazać na ujawniający się tu dualizm językowy, na istnienie dwóch różnych co do wielkości dziedzin stosowania tego wyrazu (oczywiście, nie kwalifikując żadnej z tych dwóch odmiennych terminologii jako błędnej, opartej na nieznajomości właściwej istoty prawa)
2. Dokonywanie podobnych badań, niezależnie od tego, czy dotyczą one języka potocznego, czy też jakiegokolwiek specjalnego (np. prowincjonalnego, klasowego, zawodowego), bez świadomości, że się rozstrzyga zagadnienia językoznawcze, lecz przeciwnie, z przekonaniem, że się dokonywa właściwych badań naukowych, tworzenia i uzasadniania pojęcia centralnego lub innego pojęcia klasowego dla nauki o prawie, moralności, państwie itp. — opiera się na nieporozumieniu i stanowi pomieszanie dwóch najzupełniej różnych zagadnień, dwóch odrębnych dziedzin poznania ludzkiego; należy bowiem odróżniać zagadnienia, mające za przedmiot wyrazy, czyli nazwy od zagadnień, mających za przedmiot zjawiska, dla których tworzą się w różnych dziedzinach językowych takie lub inne nazwy (odmienne w różnych językach, a nieraz nawet w różnych warstwach jednego narodu.)
Czynność ustalania pojęć, mających być pojęciami podstawowymi dla nauk mniej lub więcej obszernych, dla ich działów i dalszych systematycznych poddziałów, ma do spełnienia niezmiernie ważne zadanie stworzenia i określenia takich klas przedmiotów, które by się nadawały do wypowiedzenia o nich twierdzeń naukowych i systematycznego ustosunkowania wzajemnego tych twierdzeń.
Tych zagadnień nie rozwiązują, a nawet wcale nie dotykają rozważania na temat, co bywa oznaczane pewną nazwą w tej czy innej dziedzinie językowej, niezależnie od tego, czy tą dziedziną będzie język jakiegoś narodu, czy też specjalne narzecze lub żargon jakiejś dzielnicy, grupy zawodowej lub tp.
Dlatego też, gdyby się nawet prawnikowi udało odpowiedzieć poprawnie na pytanie „co to jest prawo?" w znaczeniu: „czym jest to, co prawnicy zwykli nazywać prawem?", mimo to zagadnienie, bez którego rozwiązania niemożliwe jest stworzenie nauki o prawie, pozostałoby jeszcze nierozstrzygnięte. Ustalona na tym gruncie odpowiedź nadawałaby się do umieszczenia w słowniku językowym pod wyrazem „prawo", lecz nie stanowiłaby definicji pojęcia centralnego, na którym można by oprzeć naukę o prawie.
W rzeczywistości nawet takiej odpowiedzi, wyjaśniającej zakres stosowania wyrazu „prawo" w zawodowym języku prawniczym, nie udało się dotąd jeszcze znaleźć; i to byłoby rzeczą najzupełniej zrozumiałą i naturalną, gdyby nawet inne błędy nie stały na przeszkodzie należytemu poznaniu zjawisk prawnych — ze względu na samą istotę zagadnienia, jakie usiłują rozwiązać prawnicy.
Mianowicie istota tego zagadnienia polega na tym, aby znaleźć cechy wspólne i specyficzne tych wszystkich przedmiotów, które w zawodowym języku prawniczym nazywane są prawem. Otóż w stosunku do tego zagadnienia można i należy przewidywać z góry, nawet przed bliższym zbadaniem samych przedmiotów, że w takiej formie wyłącza ono możliwość wszelkiego rozwiązania, gdyż równa się żądaniu znalezienia czegoś, co nie istnieje, zawiera w sobie sprzeczność wewnętrzną.
Samo postawienie podobnego zagadnienia możliwe jest tylko na gruncie wiary, że przyzwyczajeniom zawodowym do stosowania nazwy „prawo" odpowiada obiektywnie odrębna klasa zjawisk jednorodnych; lecz taka wiara jest ze stanowiska naukowego naj- zupełnej nie uzasadniona.
Terminologia zawodowa przystosowuje się w sposób naturalny do specjalnych potrzeb i celów praktycznych, właściwych danej odrębnej dziedzinie życia praktycznego. Ze stanowiska takich potrzeb i celów mogą mieć znaczenie i wartość jednakową, oraz wymagać jednakowego do siebie stosunku praktycznego (postępowania) przedmioty najbardziej różnorodne w swych cechach obiektywnych, przedmioty zaś jednorodne mogą mieć znaczenie różne i wymagać różnego do siebie stosunku praktycznego. Do tego się przystosowuje odpowiednia terminologia praktyczna, łącząc rzeczy różnorodne i rozdzielając jednorodne, i kierując się przy tym wyłącznie względami dogodności ze stanowiska danej potrzeby i celu. Oto chociażby ze stanowiska kulinarnego, kucharskiego, najróżnorodniejsze rośliny lub nawet części roślin różnych rodzajów i gatunków bywają łączone w jedną grupę i otrzymują wspólną nazwę, np. „jarzyn", „włoszczyzny" łub tp., a to dlatego, że wszystkie są cenione jako materiał do przyrządzania potraw lub do jakichś specjalnych celów kulinarnych (np. jako przyprawy); niezliczone zaś rośliny wspólnego z nimi rodzaju są z grupy wyłączane i nie otrzymują tej nazwy: jedne dlatego, że są niesmaczne; inne dlatego, że wymagałyby bardzo
długiego gotowania lub zabiegów tak zawiłych, że skutek odżywczy lub gastronomiczny nie opłacałby tych trudów; trzecie dlatego, że są kłujące, szorstkie lub tp., czwarte dlatego, że wywołują rozstrój żołądka, bóle głowy lub tp.; piąte dlatego, że opierają się ich użyciu jakieś miejscowe zwyczaje, przesądy, nie-znajomość ich właściwości, itp., itp. Gdyby się znalazł uczony botanik, który by podjął zadanie określenia odrębnego gatunku roślin, odpowiadających nazwie kulinarnej „jarzyna", to oczywiście wysiłki jego byłyby daremne, jakkolwiekby wiele pracy poświęcił na oglądanie, badanie budowy itp. przedmiotów nazywanych „jarzynami" oraz porównywanie ich z innymi przedmiotami „pokrewnymi"; samo zagadnienie przez niego podjęte stanowi swoistą contradictio in adjecto, zawiera w sobie żądanie znalezienia czegoś, co nie istnieje. Ofiarą takiego samego nieporozumienia padłby zoolog, który by postawił sobie za zadanie określenie odrębnego gatunku zwierząt, nazywanego ze stanowiska kulinarnego lub myśliwskiego „zwierzyną", itd.
Zważywszy na taki charakter nazw, powstałych na gruncie specjalnych zainteresowań praktycznych, ze stanowiska obiektywnego badania naukowego zjawisk różnych klas nie należy obdarzać zawodowych tradycji terminologicznych takim zaufaniem, jakiego udziela nauka o prawie zawodowej terminologii prawniczej, lecz przeciwnie, zachowywać względem nich jak największą nieufność i krytycyzm. Nie tylko bowiem nie możemy uważać za rzecz konieczną i oczywistą, aby utartym terminom zawodowym odpowiadały odrębne grupy przedmiotów jednorodnych co do ich właściwości, lecz nawet należy przypusz-czać, że rzecz ma się odwrotnie.
W szczególności w stosunku do pojęcia prawa w znaczeniu prawniczym oraz innych pojęć klasowych nauki o prawie, wobec dzisiejszej struktury tej nauki (tj. wobec uzależnienia ogólnej nauki o prawie i specjalnych dyscyplin prawniczych od utartej ter-minologii zawodowej) można przewidywać a priori, że te pojęcia nie tylko nie istnieją jeszcze jako pojęcia utworzone i uzasadnione naukowo, lecz nawet nie mogą być znalezione i poprawnie zdefiniowane; istnieje tylko system wyrazów, imion, ściśle mówiąc — przyzwyczajeń do oznaczania nazwami, przystosowanych historycznie do pewnych potrzeb i dogodności specjalnych, różnych zupełnie od zadań naukowych poznania i wyjaśnienia zjawisk. I z tego stanowiska fakt, że prawnicy bezskutecznie dotąd „szukają definicji dla swego pojęcia prawa" oraz dla innych pojęć ogólnych prawoznawstwa, staje się naturalny i zrozumiały.
W ogóle, niezależnie od innych okoliczności, które stawiają nauce o prawie w jej rozwoju przeszkody, jakich nie napotykają inne szczęśliwe nauki, rolę fatalną grała w dziejach tej gałęzi wiedzy ludzkiej i gra dotychczas zależność jej od specjalnego zawodu społecznego i od specjalnej dziedziny działalności zawodowej — jurysprudencji praktycznej, od tzw. „praktyki", tj. praktyki sądowej itd.
Zależność ta nie pozwala nauce o prawie badać i poznawać prawdy jako takiej, wprowadza do jej rozważań obce względy i punkty widzenia, pozbawiając je obiektywnego charakteru naukowego, zacieśnia jej horyzont naukowy, przyćmiewa i mąci jej wzrok w różnych kierunkach i w różny sposób.
Na kierunek zainteresowań i wybór tematów wpływają w nauce o prawie nie tyle sprawdziany i względy naukowe, ile wzgląd na to, że pewne zagadnienia mają „znaczenie praktyczne", wartość dla praktyki sądowej itp., inne zaś w braku takich kwalifikacji nie są godne umieszczenia w systemie nauki i ściślejszego badania; pociąga to za sobą nieuchronnie rozwój nierównomierny i kalectwo w budowie systemu nauki.
Zagadnienia, wysunięte pod wpływem takich dążności, rozstrzyga się znów nie na gruncie obiektywnych danych naukowych i bezstronnego obiektywnego do nich stosunku, lecz z różnymi odchyleniami pod wpływem dążności praktycznych, świadomych lub nieświadomych, oraz odpowiadających im nawyknień myślowych.
Nic tak się nie sprzeciwia zadaniom poznania prawdy, jak pomieszanie stanowiska poznania tego co jest w jego cechach obiektywnych (stanowiska teoretycznego w znaczeniu ogólnym) z jakimkolwiek praktycznym punktem widzenia, w rodzaju naszych gustów lub poglądów na to, co jest praktyczne lub niepraktyczne, pożądane lub niepożądane itp. Jakkolwiekby się nam coś wydawało „niepraktyczne", niecelowe, niemądre, np. wyznaczanie obowiązków lub praw zwierzętom, wykonywanie jakichś czynności bez jakiegokolwiek celu, albo z wyłącznym ce- wyrządzenia sobie przykrości — wszystko to nie powinno wywierać wpływu na nasze twierdzenia, cz> zjawiska takie występują czy nie.
Wszak nie wszystko, co się czyni, jest praktyczne i celowe, a skądinąd znów wiele rzeczy, mających sens rozumny, wydaje się komuś „niepraktycznymi", bądź dlatego, że stosując bez namysłu swój „praktyczny" punkt widzenia i zaniechawszy badania naukowego, nie zrozumiał istoty rzeczy, bądź też dlatego, że jego kryteria praktyczne mają zbyt niską miarę; te zwierzęta, które lubią najadłszy się leżeć w ciepłej kałuży, uznałyby za wielce niepraktyczne lub nawet niedorzeczne, a przeto też za nieprawdopodobne, lub nawet z pewnością nie istniejące, wiele z tych rzeczy, które się czyni i które są nawet całkiem rozumne ze stanowiska innych gustów i poglądów, np. zajmowanie się nauką.
Błędy, polegające na pomieszaniu stanowiska teoretycznego i praktycznego, zdarzają się w różnych naukach, dotyczących człowieka i jego postępowania; między innymi uchybienia takie, bardzo niebezpieczne pod względem naukowym i metodologicznym, napotkać można w literaturze filozoficzno-moralnej. 'j Lecz specjalnie typowe i charakterystyczne są błędy te dla prawoznawstwa współczesnego, w którym powstaje z nich pewnego rodzaju swoista „metoda", a odpowiednie stanowiska i sprawdziany praktyczne nie wyróżniają się zwykle ani wzniosłością, ani sze- | rokim horyzontem. Nowy kierunek, zwany „praktycznym" lub „praktyczno-dogmatycznym", który powstał i zapanował w prawoznawstwie w drugiej połowie ubiegłego stulecia pod wpływem znanego | prawnika Iheringa, wysunął hasło „trzeźwego" kierowania się potrzebami „praktyki", uznał za właściwe nie dbać o uzasadnienie obiektywne i logiczne, lecz o to, aby badania i ich wyniki były celowe, prak- ] tyczne ze stanowiska interesów życiowych i ich ochrony, aby odpowiadały potrzebom „praktyki", S czyli stosowania w sądach itp.; co się zaś tyczy „po- <)
jęć" logiki" itp- — uznano, że nadawanie im znaczenia" decydującego byłoby objawem formalizmu i zacofania. Już przedtem, zanim te hasła rozpowszechniły się i utrwaliły w prawoznawstwie, obiektywizm naukowy w badaniach nad prawem cierpiał z tego powodu, że prawnicy nie umieli uwolnić się przy rozważaniu zagadnień naukowych od stanowi-ska zawodowo-praktycznego i właściwych mu na- wyknień myślowych; nowa doktryna, oczywiście, nie mogła się nie przyczynić do zaostrzenia i utrwalenia tej sytuacji, wielce nienormalnej ze stanowiska naukowego
Za warunek zasadniczy rozwoju i postępu nauki o prawie, jeśli celem jej jest obiektywnie badać, poznawać i wyjaśniać zjawiska prawne, należy uznać uwolnienie tej nauki od zależności względem zawodowej jurysprudencji praktycznej i jej sposobów myślenia.
Podstawowy akt emancypacyjny, deklarację wolności i niezależności, stanowić tu powinno zastąpienie „pojęcia prawa w znaczeniu prawniczym" przez pojęcie prawa w znaczeniu naukowym, to znaczy przez pojęcie, odpowiadające zadaniu poznania i wyjaśnienia tego co jest, niezależnie od nawyknień ję-zykowych zawodowo-prawniczych, jakkolwiekby te nawyknienia były zakorzenione i dogodne w swojej właściwej dziedzinie. Po zdobyciu takiej samodzielnej i poprawnej podstawy naukowej należy poddać następnie rewizji dalsze pojęcia, absolutnie lub względnie zależne od centralnego.
Gdy w ten sposób nauka o prawie przestanie być jakimś dodatkiem do jurysprudencji praktycznej, od niej zależnym, wówczas będzie mogła zdobywać bez przeszkód prawdę istotnie naukową, a w szczególności i tę prawdę, której potrzebuje dla świadomego wykonywania swych zadań sama jurysprudencja praktyczna, jako czynność specjalna o wielkim znaczeniu społecznym.
Wyjaśnienia wymaga tu przede wszystkim pytanie, czym jest prawo w znaczeniu zawodowo-prawniczym; musi być usunięta owa dziwna i nienormalna sytuacja, że jurysprudencja praktyczna służy czemuś niewiadomemu, stosuje coś, z powodu czego wymawia się lub wyobraża instynktownie wyraz „prawo", nie znając znaczenia tego wyrazu, tak, iż gdyby ktoś obcy zapytał prawnika o sens tego słowa, które wymawia co chwila, to dopuściłby się mimowolnej lub świadomej niedelikatności .
Istotnie, gdy przestaniemy ulegać bezkrytycznie zawodowym nawyknieniom stosowania wyrazu „prawo" i staniemy na gruncie niezależnego tworzenia pojęć klasowych i klas dla celów naukowych, to się przekonamy, że istnieje pewna klasa zjawisk, która pozostaje w takim samym stosunku do tego, co prawnicy zwykli nazywać „prawem", jak klasa „roślin" do „jarzyn" w znaczeniu kulinarnym, innymi słowy, że wyrazowi „prawo" w znaczeniu prawniczym odpowiada pewna grupa eklektyczna, suma odmian, wyodrębnionych z pewnych względów praktyczno- życiowych z właściwej klasy „prawo", ustalonej niezależnie od terminologii prawniczej; i wówczas sprawa sprowadzi się do wyjaśnienia, jakie to wybrane odmiany tej klasy oznaczane bywają w zawodowym języku prawniczym wspólną nazwą „prawo", oraz na czym polega zasada wyboru i wyróżnienia jednych odmian i wyłączenia innych. Na te pytania, jak zobaczymy na właściwym miejscu, nietrudno jest od-powiedzieć, skoro się zna istotę i cechy klasy zjawisk, z której ułamków składana jest owa zajmująca nas grupa eklektyczna, i odpowiedź na pytanie, czym jest „prawo w znaczeniu prawniczym", zamyka się w formule dość prostej i krótkiej. Mianowicie, gdy się w utworzonej klasie zjawisk dokona pewnych podziałów ważnych również ze stanowiska badania teoretycznego zjawisk prawnych, wówczas można na to pytanie odpowiedzieć, wyliczając te (nieliczne) odmiany, które z łatwych do wyjaśnienia powodów wywołują jednakowy do siebie stosunek praktyczny prawoznawstwa zawodowego i wskutek tego oznaczane bywają tą samą nazwą. Zamiast tej formuły można też użyć innej, polegającej na wskazaniu wykrytej i określonej klasy zjawisk i wyliczeniu odmian, które należy z niej wyłączyć. W tenże sam sposób można dalej wyjaśnić znaczenie innych zawodowych terminów prawniczych, np. odpowiedzieć na pytanie, czym jest w znaczeniu prawniczym „przestępstwo", „dłużni , oraz w jakim stosunku pozostaje „przestępstwo" w znaczeniu prawniczym do przestępstwa ze stano-wiska naukowego badania zjawisk (oraz w znaczeniu ogólnoludzkim, o czym patrz niżej); wszystkie te i tym podobne pytania i odpowiedzi można też uznać za godne kwalifikacji, cenionej w najnowszej literaturze naszej nauki, a mianowicie, że mają one „znaczenie praktyczne".
Uwagi powyższe o terminologiach zawodowych i praktycznych w ogóle, a w ich liczbie o zwyczajach terminologicznych zawodowo-prawniczych, nie mają zastosowania do języka potocznego i tych jego wyrazów, których się używa nie w zakresie jakiejś jednostronnej potrzeby lub działalności praktycznej, lecz w dziedzinie orientacji ogólnej wśród zjawisk świata zewnętrznego i wewnętrznego, na tle odpowiednich rozmów, wymiany wrażeń, wiadomości, poglądów itp. Za pomocą procesów, które przypominają w pewnej mierze proces „doboru naturalnego" w pojmowaniu darwinizmu, a których wyjaśnieniem wypadnie nam się zająć z powodu zagadnienia genezy i rozwoju prawa, na gruncie tej powszechnej wymiany wrażeń, wiadomości i poglądów poszczególne nazwy ulegają swoistemu przystosowaniu, jeśli wolno tak się wyrazić „nieświadomie genialnemu" — do należytej orientacji wśród zjawisk i do poprawnego formowania i komunikowania innym wiadomości; nie odbywa się tu wytwarzanie jednakowych nazw dla eklektycznych grup przedmiotów, lecz ustalanie właściwych nazw klasowych i klas.
W gruncie rzeczy terminologie praktyczne nie wytwarzają się też przypadkowo i nie są pozbawione swoistej „mądrości". Lecz, jak się już wskazało wyżej, właśnie wskutek przystosowywania się tu nazw do potrzeb i wygody jednostronnej, mającej znaczenie decydujące w danej dziedzinie praktycznej, nazwy te rozdzielają rzeczy obiektywnie jednorodne, a łączą rzeczy obiektywnie różnorodne, wyodrębniając grupy eklektyczne o wspólnym znaku konwen-cjonalnym (imieniu) tak, jak to się wydaje dogodne ze stanowiska danej potrzeby specjalnej i jej zaspokojenia. Przeciwnie, te terminologie, które się wytwarzają na tle powszechnej wymiany wyobrażeń i sądów o różnych przedmiotach, nie jako wyniki jednostronnego nacisku jakiejkolwiek potrzeby praktycznej, lecz jako krystalizacje niezliczonych przeżyć miliardów najrozmaitszych jednostek (pod względem wieku, przynależności społecznej, zajęcia, zainteresowań, kierunku uwagi... ) na gruncie najrozmaitszych zetknięć z tymi przedmiotami przy najróżno- rodniejszych okolicznościach i „oświetleniach" — wskutek tego właśnie muszą mieć inny zupełnie charakter: nie są znakami dla grup eklektycznych, jedno- stronnie-subiektywnych, przystosowanych do specjalnych celów praktycznych, lecz terminami klasowymi, odbijającymi obiektywną jednorodność i różnorodność przedmiotów.
Z tej samej przesłanki ogólnej (bardzo ważnej na ogół dla sprawy badania i wyjaśniania życia społecznego i historii), mianowicie z przesłanki nieświadomie celowego przystosowania społecznego, otrzymujemy dla terminologii praktycznych wniosek dedukcyjny o ich dążeniu do tworzenia grup eklektycznych, bezwartościowych ze stanowiska obiektywnego badania zjawisk według ich podobieństw i różnic, dla terminologii zaś typu przeciwnego — twierdzenie dedukcyjne o treści przeciwnej.
Dlatego też, jeżeli dany nam jest znak słowny, mający dwa zakresy stosowania — jeden zawodowy, drugi zaś ogólny, potoczny — i możemy przypuszczać, że istnieje odpowiednia klasa przedmiotów jednorodnych i od innych odrębnych, to z tego stanowiska zasługuje na zaufanie raczej terminologia potoczna, niż zawodowa.
Mamy zatem podstawę do przypuszczenia, że gdyby prawnicy przy swych próbach tworzenia pojęcia prawa i innych pojęć nie uważali specjalnej terminologii prawniczej za jedynie poprawną i godną uwagi, języka zaś potocznego za rzecz niegodną uwagi i uwzględnienia, to badania ich znalazłyby się w sytuacji pomyślniejszej, nie tak beznadziejnej jak dzisiejsza.
I nie tylko pod tym względem nauka o prawie, a nawet nauka w znaczeniu ogólnym, znalazłaby się w tym wypadku w sytuacji lepszej od dzisiejszej. Nawet nie znając tego działu nauki, w którego granicach leży, pośród dziedzin nauk pokrewnych, wła-ściwa dziedzina badania nauki prawa, można przewidywać a priori, drogą rozumowań dedukcyjnych, że w dziedzinach tych musi panować z winy prawo- znawstwa ogólny nieład naukowy, rozszerzający się poza granice samego prawoznawstwa. W celu utrzymania w tej dziedzinie należytego porządku systematycznego i poprawnego podziału dziedzin badania między poszczególnymi naukami, a w tej liczbie między nauką o prawie i nauką o moralności, jest rzeczą konieczną w każdym razie, aby rozgraniczenie dziedzin było dokonywane na jakiejś podstawie jednolitej. Teraz natomiast mamy tu sytuację dziwną i nienormalną, że nauka o moralności określa, lub przynajmniej próbuje określać swoją dziedzinę badań i jej granice według jednego sprawdzianu, którym jest język potoczny, a nauka prawa, jej sąsiad najbliższy, czyni to samo, kierując się sprawdzianem zupełnie innym- Gdyby tu chodziło o sąsiedztwo i podział gruntu w znaczeniu literalnym, fizycznym, to mógłby stąd powstać szereg wcale poważnych nie-bezpieczeństw; w najlepszym razie wypadłoby zapewne udać się do sądu osoby trzeciej i prosić o zastosowanie sprawdzianu trzeciego, neutralnego. Ponieważ jednak chodzi o idealne dziedziny myśli ludzkiej, i moraliści na ogół mało się interesują tym, co robią prawnicy, a prawnicy jeszcze mniej tym, co myślą moraliści, więc wydaje się, że w stosunkach między tymi naukami wszystko się dzieje jak najlepiej; lecz jest to tylko złudzenie: w rzeczywistości nie tylko brak porządku systematycznego w nauce, ale nawet być go nie może wobec istotnej różnicy stanowisk obu sąsiadów.
Obok działania „praw" (tendencji) ogólnych, ustalonych dotąd dla dwóch przeciwnych typów terminologii, należy zresztą oczywiście uwzględnić możliwość działania w konkretnych wypadkach różnych czynników, które komplikują proces nieświadomego przystosowania empirycznego i wprowadzają do odpowiednich wytworów językowych rozmaite modyfikacje i powikłania.
Tam np., gdzie działają uporczywie różne złudzenia optyczne w znaczeniu ścisłym lub przenośnym, jak np. w dziedzinie zjawisk „wschodu i zachodu słońca", w dziedzinie rzutowania „obowiązków" na różne wyobrażane istoty (w prawie i moralności), przyzwyczajenia wyobrażeniowe i terminologiczne odbijają w sobie i utrwalają te błędy (ze stanowiska naukowego nieraz bardzo istotne), zwłaszcza jeśli to nie sprawia szkody z punktu widzenia potrzeb życia praktycznego lub działalności zawodowej.
Zjawiskiem dość powszechnym, które komplikuje terminologię zarówno potoczną, jak zawodową, jest dalej używanie wyrazów poza sferą ich pierwotnego stosowania dla wyrażenia przez nie różnych podobieństw, mniej lub więcej niejasno uświadamianych, jakie łączą inne przedmioty z tymi, które nazwy pierwotnie oznaczają, czyli używanie wyrazów metaforyczne, przenośne, obrazowe.
Stosowanie przenośne terminów można zresztą najczęściej łatwo rozpoznać, tym łatwiej, im bardziej określone jest właściwe znaczenie, oraz im „głębsza przepaść" (większa różnica) dzieli znaczenie metaforyczne wyrazu od ścisłego (por. np. użyte w tej chwili wyrażenie „głębsza przepaść"). Lecz nieraz znaczenie przenośne wyrazu utrwala się, staje się zwykłym, i w ten sposób jednego i tego samego wyrazu używa się w dwóch znaczeniach lub więcej. Poza tym możliwe są jeszcze różne inne drogi tworzenia się nazw dwuznacznych i wieloznacznych; bądź co bądź jest rzeczą niewątpliwą i powszechnie znaną, że mamy niemało terminów o dwóch lub więcej znaczeniach (termini aequivoci). W życiu powszednim może to nie sprawiać szczególnej szkody, nie przeszkadzać zrozumieniu cudzej mowy, a nawet subtelnych odcieni jej znaczenia, na podstawie okoliczności rozmowy, związku użytego wyrazu z innymi itp. Lecz tam, gdzie się próbuje tworzyć pojęcia naukowe w zależności od nawyknień terminologicznych, mogą i muszą powstawać na gruncie dwuznaczności błędy istotne, bezowocne usiłowania objęcia wspólną definicją wszystkiego, co się oznacza pewną nazwą itp.
Teren szczególnie podatny do wytwarzania się tego rodzaju powikłań językowych, a na ogół najbardziej niepodatny do rozwoju nawyknień językowych, na których można by się oprzeć przy obiektywnym badaniu zjawisk, stanowi dziedzina zjawisk psychicznych, a także tych zjawisk, w których czynniki psychiczne grają rolę mniej lub więcej istotną, jak np. dziedzina postępowania ludzkiego, zjawisk społecznych itp. — dziedzina przedmiotów absolutnie i względnie psychologicznych (por. wyżej str. 27 i n.).
W tej dziedzinie bowiem działa pewien czynnik, znacznie utrudniający wytwarzanie się ścisłych terminów dla oznaczania określonych klas, w postaci faktu, wspomnianego już wyżej, że każdy człowiek może obserwować te tylko procesy psychiczne, które zachodzą w jego własnej psychice. W dziedzinach, gdzie oznacza się nazwami jakiekolwiek przedmioty fizyczne, np. kamień, drzewo, siekierę, stół oraz różne ich części lub cechy obiektywne, możemy widzieć przedmiot, na widok którego ktoś inny wypowiada pewną nazwę; możemy w ogóle sprawdzić drogą obserwacji, co inni tak lub inaczej nazywają, np. poprosić przy sposobności, aby nam wskazano palcem, co ma się w pewien sposób nazywać; tak samo my ze swej strony możemy pokazać innym lub dać im w inny sposób możność sprawdzenia przez obserwację, czemu nadajemy pewną określoną nazwę. Przeciwnie, gdy chodzi o oznaczanie nazwami zjawisk psychicznych, nie można wyjaśnić sobie nawzajem i ustalić przedmiotu nazwy przez pokazanie lub inne środki bezpośredniego sprawdzenia. Wskutek tego uzgodnienie i utrwalenie zakresu nazw łączy się tu nieuchronnie z elementem domysłu, z niezliczonymi nieporozumieniami i w ogóle z takimi trudnościami i komplikacjami, które wykluczają możliwość pomyślnego wytworzenia się systemu nazw, posiadających mniej więcej jednakowy dla wszystkich zakres stosowania, jak to zachodzi w dziedzinie przedmiotów fizycznych.
Przez dokładniejsze zbadanie kwestii, w jaki sposób możliwe tu jest w ogóle wyrobienie się jednolitego systemu terminologii, chociażby słabo rozwiniętego i niedoskonałego, jakie czynniki i okoliczności grają tu rolę surogatów, zastępujących do pewnego stopnia te czynniki, które w innych dziedzinach sprowadzają nawyknienia językowe do jednego wiarogodnie i ściśle określonego mianownika itp. (por. wyżej str. 102 i n.), dałoby się ustalić szereg twierdzeń o tym, w jakich poszczególnych dziedzinach nazw absolutnie i względnie psychologicznych oraz z jakich przyczyn terminologia zasługuje mimo wszystko w pewnym stopniu i w pewnych kierunkach na zaufanie, i z jakich powodów stan rzeczy w innych dziedzinach powinien być gorszy lub zupełnie zły itd. Mamy np. podstawę do przypuszczenia, że te terminy psychologiczne mowy potocznej, które mają charakter stosunkowo bardziej konkretny i specjalny (mniej ogólny i abstrakcyjny), jeżeli zwłaszcza odpowiednie zjawiska psychiczne związane są z określonymi i charakterystycznymi zjawiskami fizycznymi, bądź towarzyszącymi im mniej lub więcej stale (np. „gniew" „strach", „radość"), bądź też je poprzedzającymi (np. „głód", „pragnienie") — zasługują na ogół na uwagę i zaufanie ze stanowiska psychologii naukowej; natomiast w dziedzinach o charakterze przeciwnym można przewidywać całkowity brak określonych ter
no minów lub istnienie terminów o znaczeniu bardzo mglistym i nieokreślonym. Np. wyraz „uczucie" stosuje się w mowie potocznej do najbardziej różnorodnych aktów psychicznych lub ich zespołów, najczęściej zaś do tych przeżyć najrozmaitszego typu, których mówiący nie uświadamia sobie jasno, nie zna bliżej i źle wyodrębnia; wskutek tego częste używanie tego wyrazu w rozmowach i rozważaniach świadczy raczej o niejasności wyobrażeń psychologicznych, o niezdolności mówiącego do zorientowania się w nich itp., niż o istnieniu i treści odrębnej klasy zjawisk psychicznych lub w ogóle o posiadaniu przez ten wyraz jakiegoś określonego znaczenia.
Wskutek okoliczności wskazanych oraz wielu innych, których wyliczenie i badanie szczegółowe zajęłoby tu zbyt wiele miejsca, a dla naszego celu byłoby zbędne, te nawet dziedziny nauki, gdzie tworzenie pojęć odbywa się na gruncie ogólnej terminologii potocznej, nie zaś jakiejkolwiek specjalnej, praktycznej, bynajmniej nie są wolne od różnych trudności i nieporozumień. Pochodzi to stąd, że przekonanie badaczy, jakoby przedmioty oznaczane przez nich pewną nazwą miały istotnie jakąś naturę odrębną, w wielu konkretnych wypadkach nie odpowiada rzeczywistości. Dotyczy to szczególnie nauk, operujących pojęciami i terminami absolutnie lub względnie psychologicznymi, nauk tak zwanych humanistycznych i społecznych (w tradycyjnej terminologii niemieckiej Geisteswissenschafteri).
Lecz gdyby nawet takie komplikacje wcale się nie zdarzały, gdyby wszystkie nazwy, mające pozory terminów klasowych, były nimi rzeczywiście (co też zachodzi niewątpliwie w olbrzymiej liczbie wypadków), mimo to jednak należałoby uznać, że metoda tworzenia pojęć, polegająca na badaniu, czym jest przedmiot tak a tak nazywany, opiera się na niezrozumieniu, jak należy stawiać i rozstrzygać odpowiednie zagadnienia.
Toteż nawet w stosunku do niezliczonej ilości pojęć ogólnych, które się udało, dzięki nieświadomej mądrości języka, ustalić i zdefiniować w dziedzinie nauk społecznych i innych przez udzielenie trafnej odpowiedzi na pytanie, co się tak lub inaczej nazywa, i które nie budzą żadnych wątpliwości ani sporów, gdyż nie wpadają w żadnym kierunku w kolizję z nawyknieniami językowymi — należy mimo to stwierdzić, że pojęcia te nie mają charakteru naukowego, nie posiadają legitymacji naukowej.
Niektóre z nich, choć zgodne całkowicie z terminologią ogólnie stosowaną, nie odpowiadają, być może, istocie i zadaniom nauki lub tych jej gałęzi, do których się dostały z przyczyn i względów języ-kowych, a przeto powinny być zastąpione przez inne, bardziej odpowiadające istocie rzeczy.
Inne, być może, będąc w zgodzie z terminologią ustaloną, stanowią zarazem, ze względu na zakres i treść swą, wytwory obiektywnie trafne lub nawet idealnie doskonałe ze stanowiska danej nauki, tak dalece, że najbardziej genialne badanie naukowe nie mogłoby dać w wyniku nic doskonalszego i najsurowsza krytyka naukowa nie zdołałaby w nich znaleźć żadnej obiektywnej wady. Jednak i takie zalety nie mogą same przez się podnieść ich do godności pojęć naukowych, nie wystarczają za ich legitymację naukową.
Trafność obiektywna pewnej idei a jej naukowość są to dwie rzeczy zasadniczo różne. Myśli obiektywnie trafne udaje się czasem osiągnąć przypadkiem, zgadując na chybił-trafił. Jeżeli na pytania, czy istnieje nieśmiertelność duszy, czy możliwa jest autogeneza życia, czy dane zjawisko ma naturę fizyczną lub psychiczną, czy pewien określony fakt zaszedł w dziejach lub nie — ktoś zacznie odpowiadać na los szczęścia raz „tak", raz „nie", to z konieczności wypowie w jednym lub w drugim wypadku twierdzenie obiektywnie prawdziwe. Wiadomo, że dzieci nieraz wywołują zdumienie, wypowiadając na tle różnych skojarzeń myślowych zdania obiektywnie trafne. Kto by nie pożałował czasu na poszukiwania w archiwach dawnych druków, czy nie wy-powiedziano gdzie przypadkiem myśli, które można by ogłosić za „poprzedniczki" tych lub innych głębokich teorii lub cennych odkryć naukowych czasów najnowszych, ten natrafiłby nieraz istotnie na poszczególne powiedzenia, odpowiadające mniej lub więcej swą treścią wynikom myśli naukowej, a nieraz wieloletnich badań metodycznych wielkich myślicieli i uczonych doby współczesnej; i powiedzenia podobne można by znaleźć nawet w pracach pozbawionych wartości naukowej lub w utworach takiej epoki, w której nie było i nie mogło być poważnych podstaw naukowych do wypowiadania takich twierdzeń (wobec czego miały one charakter lekkomyślnych domysłów i fantazji).
Idąc tą drogą, drogą poszukiwania podobnych w treści wypowiedzi pisarzy dawnych, przedstawiciele małostkowej i zawistnej krytyki literackiej starali się zmniejszyć zasługi Darwina, Adama Smitha i innych wielkich uczonych i myślicieli. Jest to zjawisko z wielu względów nieodpowiadające istocie i godności nauki.
Jaskrawa niesprawiedliwość tkwi w tym, że różne tezy, na swój czas nienaukowe, lekkomyślne lub w każdym razie naukowo nie uzasadnione, które wskutek tego nie zasłużyły w odpowiednim czasie na uwagę, dziś, dzięki powstanu teorii naukowej, dzięki naukowemu ustaleniu i uzasadnieniu podobnej tezy, otrzymują ex post charakter jakiejś mądrości i zasługi; i światło prawdy, zaczerpnięte od późniejszego twórcy teorii istotnie naukowej, stosuje się jako środek pomniejszenia i zaprzeczenia rzeczywistej i wielkiej zasługi naukowej tego właśnie uczonego, dzięki któremu dawniejszy pisarz małej miary wyrósł do godności „poprzednika".
Charakter naukowy nadaje twierdzeniu nie przypadkowa trafność, nie sama trafność obiektywna w ogóle, lecz tylko świadome uzasadnienie me- todyczno-naukowe.
Dlatego też takie pojęcia obiektywnie trafne, które dostały się do nauki dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, że język w sposób nieświadomie trafny oznaczył odrębnym terminem pewną klasę przedmiotów, mającą również wartość obiektywną dla nauki, i że uczeni, idąc ślepo za językiem i sądząc, że zadanie tworzenia poprawnego pojęcia klasowego polega na określaniu tego, co się w pewien sposób nazywa, operują faktycznie w tym wypadku poprawnym terminem klasowym — takie pojęcia nie stanowią pojęć naukowych, lecz tylko obiektywnie trafne, dopóki nie została dokonana samodzielna praca naukowa, metodyczna i krytyczna, nad wyodrębnieniem i określeniem właściwej klasy przedmiotów niezależnie od wszelkiej sugestii obcej. W dodatku należy jeszcze wziąć pod uwagę, że przed dokonaniem tej pracy i potwierdzeniem tą drogą obiektywnej trafności pojęć, wytworzonych pod wpływem języka, nie można nawet wiedzieć, czy dane pojęcia są obiektywnie trafne.
Dlatego też wypowiedzianą wyżej tezę, że prawnicy przy tworzeniu pojęcia prawa i przeprowadzaniu granicy między swoją dziedziną a dziedziną nauki o moralności powinni by raczej kierować się tym samym sprawdzianem co moraliści, czyli terminologią potoczną, nie zaś zawodową — należy rozumieć tylko w znaczeniu względnym: oznaczałoby to mniejsze z dwojga złego, byłoby wyborem drogi, która w dążeniu do osiągnięcia obiektywnej trafności przedstawia szanse dodatnie, nie zaś ujemne.
Z zasadniczego stanowiska naukowego należy stwierdzić dobitnie również i w stosunku do języka potocznego, jakkolwiek wielka jest jego nieświadoma „genialność" w dziedzinie tworzenia klas: nauka powinna być suwerenną pod każdym względem i w każdym kierunku i żadne wskazówki zewnętrzne nie stanowią dla niej autorytetu: powinna tworzyć i uzasadniać myślą własną te wytwory umysłowe, które jej są potrzebne, i w tym celu opracowywać metody świadomie krytyczne oraz swoje własne sprawdziany poprawności i środki uzasadniania.
§ 5. Tworzenie pojąć klasowych i sprawdziany poprawności pojęć i sądów teoretycznych
Pragnąc rozstrzygać w sposób naukowy zagadnienia, polegające na tworzeniu pojęć klasowych, które mają być pojęciami centralnymi i podstawowymi dla caiych nauk lub dla ich działów i odgałęzień, należy nie tylko odróżniać zasadniczo te zagadnienia od kwestii, co się w pewnej dziedzinie językowej jak nazywa, i unikać starannie mieszania odpowiednich punktów widzenia, odpowiednich danych itp., jako w samej swej istocie najzupełniej odmiennych, lecz przede wszystkim należy uwolnić się całkowicie od wszelkich, własnych lub cudzych nawyknień do oznaczania nazwami przedmiotów należących do badanej dziedziny i całkowicie usunąć na bok kwestie terminologiczne. Klasa i jej pojęcie z jednej strony, a nazwa klasy z drugiej strony, są to rzeczy najzupełniej różne i nie mające ze sobą nic wspólnego, wystrzegać się więc należy pilnie, aby do zagadnień, dotyczących klas i pojęć klasowych, nie wplątywać kwestii wyrazów, imion i oznaczania przedmiotów nazwami.
Czym są klasy i pojęcia klasowe, określiliśmy już poprzednio (str. 74). Z definicji tej widać, że wszelka idea, odpowiadająca schematowi: „wszystko, co posiada cechę a", stanowi pojęcie klasowe, a wszystkie przedmioty możliwe do pomyślenia (niezależnie od istnienia ich w rzeczywistości), które odpowiadają takiej idei (wszystkie przedmioty posiadające cechę a) stanowią klasę. Np. „wszystko, co jest białe", „przedmioty czarne", „rzeczy okrągłe", „przedmioty długości metra", „ptaki znoszące złote jaja" — są to klasy, odpowiednie zaś idee są pojęciami klasowymi.
Wynika stąd:
1. że tworzenie pojęć klasowych i klas nie zawiera samo w sobie żadnych świadomych lub nieświadomych błędnych kół (por. wyżej str. 80); podstawiając w miejsce a w formule „wszystko, co posiada cechę a" jakąkolwiek cechę, nie popełniamy błędnego koła ani jakiegokolwiek błędu logicznego w ogóle;
2. że tworzenie pojęć klasowych nie wymaga bynajmniej dokonywania przeglądu jakichkolwiek odpowiadających im przedmiotów dla stwierdzenia, że wszystkie posiadają jakieś cechy wspólne. Przy po-prawnym pojmowaniu istoty pojęć klasowych i poprawnej metodzie ich tworzenia okazuje się to nie tylko niewykonalne, lecz najzupełniej zbyteczne, pozbawione sensu. Podstawiając w naszym schemacie jakiekolwiek cechy i tworząc w ten sposób pojęcia klasowe, przez to samo już, bez żadnych dalszych zabiegów osiągamy to, że wszystkie przedmioty odpowiadające naszym pojęciom klasowym będą posiadały cechy wspólne — a to dlatego po prostu, że do danej klasy będą należały tylko te przedmioty, które posiadają to, co obraliśmy za cechę klasy. Np. wszystkie przedmioty odpowiadające utworzonemu przez nas pojęciu „przedmioty białe",będą posiadały w sposób nieunikniony wspólną cechę białości, a to nie dlatego, żebyśmy przed utworzeniem tego pojęcia wykonali niemożliwą i niedorzeczną pracę obejrzenia wszystkich przedmiotów białych, lecz dlatego, że skoro się utworzyło pojęcie „przedmioty białe", należy zaliczać do tej klasy, oczywiście, nie przedmioty czarne lub inne, lecz białe i tylko białe. Należy tu zaznaczyć, że wartość pojęć klasowych jako pewnego typu narzędzi myślenia, wykrywania i stosowania prawd polega, jak się to okaże jaśniej z dalszego wykładu, w znacznej mierze na tym, że pojęcia te obejmują również zjawiska przyszłe, dotąd nieistniejące i przez to niemożliwe do zbadania, a wskutek tego stanowią środki przewidywania skutków, jakie wywołać mogą różne możliwe czynniki i oddziaływania, a w tej liczbie różne działania świadome. Ze stanowiska reguły tradycyjnej, która wymaga oglądania przedmiotów, mających należeć do klasy, dla stwierdzenia, że wszystkie posiadają cechy wspólne, pojęcia miałyby poniekąd znaczenie wyłącznie retrospektywne, wspomnieniowe.
3. Nie jest również potrzebne dla tworzenia pojęć wykonanie pracy (jeszcze bardziej niemożliwej, jeśli można mówić o stopniach niemożliwości), polegającej na przejrzeniu wszystkich innych przedmiotów, chociażby tylko „pokrewnych", w celu stwierdzenia cech specyficznych klasy, których inne przedmioty nie posiadają. Przy właściwym pojmowaniu istoty pojęć klasowych i metody ich tworzenia ta praca również okazuje się nie tylko niewykonalną, lecz najzupełniej zbyteczną i pozbawioną sensu. Podstawiając w naszym schemacie jakiekolwiek cechy i tworząc przez to pojęcia klasowe, osiągamy przez to samo, bez żadnych dalszych prac, że wszystkie przedmioty, odpowiadające naszym pojęciom klasowym, będą posiadały cechy specyficzne — a to dlatego po prostu, że wszystkie przedmioty posiadające cechę, którąśmy obrali za cechę klasy, będą należały do danej klasy, że przeto poza jej granicami pozostaną tylko przedmioty tej cechy nie posiadające, a więc od przedmiotów naszej klasy odrębne. Np. wszystkie przedmioty odpowiadające utworzonemu przez nas pojęciu „przedmioty białe" będą się z konieczności odróżniały barwą od wszelkich przedmiotów innych, a to nie dlatego, żebyśmy dokonali niemożliwej i niedorzecznej pracy obejrzenia wszystkich innych przedmiotów lub choćby tylko przedmiotów „pokrewnych", np. jasnoszarych itp., lecz dlatego, że skoro utworzyliśmy klasę „przedmioty białe", powinniśmy zaliczać do tej klasy wszystko co jest białe, a nie zaliczać do niej żadnych przedmiotów nie białych.
4. Dwa twierdzenia poprzednie wykazują, że przy poprawnym rozumieniu i tworzeniu pojęć klasowych nie mogą wcale powstawać owe trudności i niepowodzenia, których zwalczanie stanowi główną pracę badaczy, usiłujących bezowocnie ustalić pojęcia prawa, moralności, państwa i wiele innych, a które polegają na tym, że wypada stwierdzać istnienie przedmiotów, „sprzecznych" z wysuwanymi definicjami, np. „norm prawa", nie posiadających cechy ogłoszonej za cechę wspólną „wszystkim normom prawa", albo „obyczajów", posiadających cechę ogłoszoną za cechę odróżniającą „prawo" od „obyczajów"; że jedne przedmioty nie chcą się zmieścić w formule definicyjnej, wypada więc dociągać je do niej gwałtem, za pomocą różnych operacji, bardzo śmiałych i bolesnych pod względem logicznym, inne zaś, nieproszone, same się wtłaczają do ram pojęcia, zmuszając do użycia różnych rozpaczliwych środków, aby im drogę zagrodzić. Przyczyną tych trudności jest brak należytego zrozumienia, na czym polega istota pojęć klasowych i właściwa metoda ich tworzenia oraz (jak powiedziano już wyżej) utożsamianie zagadnienia tworzenia pojęcia z określeniem tego, co w myśl nawyknień językowych pewnej sfery bywa oznaczane pewną nazwą.
Jeżeli, biorąc za punkt wyjścia wyrazy i zakres !ch stosowania, zaczniemy zbierać kolekcje przedmiotów nazywanych w pewien sposób, oraz przedmiotów nazywanych inaczej, a następnie szukać cech, obecnych we wszystkich okazach pierwszej grupy i nieobecnych we wszystkich okazach drugiej, to w rezultacie, oczywiście, nieraz musi się zdarzyć, że formuła, wytworzona na podstawie jednych przykładów, nie będzie stosowna dla innych przykładów, w których używa się tego wyrazu. Gdy się zaś tworzy pojęcia klasowe nie według wyrazów i zwyczajów ich stosowania, lecz na podstawie cech przedmiotów, według schematu wyżej wskazanego, wówczas, rzecz jasna, nie mogą się znaleźć żadne przedmioty „sprzeczne" z tak tworzonymi pojęciami.
W ogóle samo tworzenie pojęć, gdy się je należycie rozumie, nie napotyka żadnych szczególnych przeszkód ani trudności i nie wymaga dla ich usunięcia lub obejścia ani żadnych finezji „epistemologicznych" czy innych, ani jakichkolwiek świadomych lub nieświadomych uchybień logicznych. Zamiast dokonywania przeglądu nieprzejrzanej ilości przedmiotów w celu utworzenia jednego pojęcia (w czym się już zawiera pogwałcenie zasad ogólnych logiki ludzkiej), w rzeczywistości wystarcza rzut oka na jakikolwiek jeden przedmiot, aby mieć materiał dostateczny do utworzenia w sposób logicznie najzupełniej poprawny mnóstwa pojęć klasowych — przez podstawianie w ogólnym schemacie definicyjnym najrozmaitszych cech danego przedmiotu (np. przedmioty takiej a takiej formy, takiej a takiej objętości, wagi, składu, barwy itp., itp-)- Nie potrzeba nawet w tym celu oglądać lub badać czegoś konkretnego. Skądkolwiek i z jakiegokolwiek powodu mogą nam przyjść na myśl wyobrażenia jakichś cech, możemy je przyjąć za cechy klasowe i utworzyć w ten sposób pojęcia klasowe i klasy
Lecz tu powstaje zagadnienie, wychodzące poza granice zasad ogólnych logiki ludzkiej, mające jednak wielkie znaczenie ze stanowiska nauki i metodologii naukowej.
Bynajmniej nie wszystkie pojęcia klasowe i klasy, nienaganne z ogólnego stanowiska logicznego, mogą mieć wartość dla nauki. Takie np. pojęcia klasowe i klasy, jak „cygara w cenie 50 groszy" lub „wagi 10 gramów", jak „zwierzęta o długich nogach i krótkim ogonie", nie uchybiają logice; wartość ich naukowa byłaby jednak więcej niż wątpliwa.
I oto powstaje pytanie: jakie są warunki i sprawdziany wartości pojęć klasowych (zakładając ich poprawność ogólno-logiczną) ze stanowiska zadań naukowego poznania i wyjaśnienia zjawisk?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz