Na tekst Karola Kilijanka prawdopodobnie nie zwróciłabym większej uwagi, gdyby nie fakt, że od kilku tygodni uczestniczę w dyskusji, toczącej się na kilku portalach i na Facebooku, na temat „kwestii kobiecej”. W dyskusji tej, niestety, padają prawie wyłącznie religijne i pseudo-empiryczne argumenty, brakuje w niej natomiast racjonalnego spojrzenia na rzeczywistość. Niestety, tekst Kilijanka dokładnie wpisuje się w tę właśnie manierę wielu dyskutantów przedstawiających się jako „prawicowi” i „katoliccy”. W swoim tekście posługuje się kilkoma figurami retorycznymi, które notorycznie pojawiają się w konserwatywnej publicystyce, a które zamiast wyjaśniać „zaczarowują rzeczywistość”.
Główne tezy Kilijanka są następujące: Autor wskazuje na problem kryzysu demograficznego, który jest faktem. Przedstawia i krytykuje pomysł państwa polskiego na przezwyciężenie tego kryzysu, czyli przyznawanie zasiłków na dziecko. Kilijanek uważa, że przyczyną obniżającej się dzietności nie są problemy materialne ludności, lecz kwestie duchowe. Jego zdaniem, problem demograficzny może zostać rozwiązany poprzez odnowienie duchowe, dzięki któremu „skromne, ciche i czyste” kobiety zaczną rodzić więcej dzieci.
Przyjrzyjmy się teraz bliżej jego tezom. Kilijanek słusznie wskazuje, że wzrost dobrobytu nie idzie w parze ze wzrostem dzietności, tylko dokładnie odwrotnie – obniża ją. Przyczyn takiego stanu rzeczy upatruje w „ideologii, która zamyka łona”, czyli w szalejącym materializmie, wygodnictwie i indywidualizmie. Ta „panująca ideologia ubezpładnia Polki”. I dalej: „Zaczęło się od upadku ducha i tylko na jego podniesieniu może się to zakończyć. Nawet mając w perspektywie pomoc finansową, małżeństwo nie zdecyduje się na kolejne dzieci, bo to nie jest modne, bo to przeszkadza w tzw. spełnieniu się, bo kobieta stanie się kurą domową” (na marginesie można zadać pytanie, czy upadek ducha nie przejawia się także w upadku języka, bo czy ideologia może kogokolwiek „ubezpładniać”? (sic!)). Środkiem zaradczym ma być „siła Kościoła, wycofanie się państwa ze sfery rodzinnej i powrót do wartości chrześcijańskich w życiu społecznym”, „silna rodzina pod władzą ojca, z którego należy zdjąć chomąto podatkowe” oraz „skromna, cicha i czysta kobieta, która zobaczy, że jej wartość to nie obnażone przesadnym dekoltem piersi i powabny makijaż, ale wianuszek dzieci dookoła jej nóg”.
Kilijanek bez wątpienia rysuje uproszczony, wręcz sprymitywizowany obraz współczesnego społeczeństwa . Posiadam w kręgu swoich znajomych wiele bezdzietnych kobiet i żadna z nich ani nie afiszuje się „przesadnym dekoltem”, ani nie charakteryzuje się szczególnie wybujałym materializmem. Przyczyny bezdzietności leżą dużo głębiej – dostrzeżenie ich oraz zrozumienie i zanalizowanie wymaga jednak kierowania się motywacjami poznawczymi, a te, niestety, są z zasady zbyt słabo rozwinięte u osób posiadających silne motywacje ideologiczne (motywacje ideologiczne w znaczeniu socjocybernetycznym obejmują także motywacje religijne).
Na pewno zgadzam się z tezą Autora w tej części, która mówi, że problemów demograficznych nie można sprowadzić do kwestii energetycznych (w pojęciu socjocybernetycznym), czyli finansowych. Nie zgadzam się jednakże z tezą zakładającą, że problem leży wyłącznie na płaszczyźnie duchowej (informacyjnej). Błąd ten popełnia wielu konserwatystów nierozumiejących istoty zjawiska modernizacji ekonomicznej, technicznej i społecznej, która dokonała się w ostatnich stuleciach. Kijanek nie jest tu żadnym wyjątkiem – jego niezrozumienie współczesnego świata nie jest więc niczym wyjątkowym.
Zacznijmy od przypomnienia, że już Malthus dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że postęp techniczny, ekonomiczny i społeczny prowadzi do ograniczenia dzietności. Malthus wskazał, że warstwy bardziej „ucywilizowane” rozmnażają się wolniej od warstw niższych, co stanowi poważny problem dla zapewnienia ciągłego postępu społecznego. A ponieważ był zwolennikiem takiego postępu, proponował, aby poprzez środki eugeniczne ograniczać dzietność warstw niższych. Jak wiemy z historii, jego teorie znalazły licznych zwolenników, i ciągle znajdują.
Kilijanek przyjmuje w punkcie wyjścia dokładnie to samo założenie co Malthus, ale oczywiście proponuje diametralnie inne rozwiązania. Ponieważ postęp społeczny sprowadza wyłącznie do rozbuchanego hedonizmu, środkiem zaradczym ma być zmiana wartości duchowych.
Paradoks polega jednak na tym, że wzrost ilości ludzi ściśle zależy od tegoż właśnie postępu. Wszyscy dobrze wiemy, że 6 miliardów ludzi nie dałoby się wyżywić w ramach struktur gospodarczych z epoki kamienia łupanego lub średniowiecznego społeczeństwa agrarnego. A teraz się da i, moim zdaniem, wbrew współczesnemu maltuzjanizmowi, można wyżywić jeszcze dużo więcej ludzi.
Rzecz jednak w tym, że nowoczesna struktura gospodarcza ściśle powiązana jest nie tylko z rozwojem techniki, ale także i stosunków społecznych. Patriarchalne, hierarchiczne, homogeniczne i statyczne struktury społeczne, które są tak bliskie sercu Karola Kilijanka, były ściśle związane z energetycznym metabolizmem średniowiecznych społeczeństw agrarnych. Biologiczne przetrwanie ludzi zależało od efektywnego wykorzystania ziemi, co wymuszało taką a nie inną organizację społeczną. Postęp, który dokonał się w nowożytności, w gruncie rzeczy sprowadza się do tego, że człowiek nauczył się pozyskiwać i odpowiednio wykorzystywać nowe źródła energii, co nie tylko służy jego przetrwaniu biologicznemu (energia jałowa i robocza), ale także wyzwoliło ogromne pokłady energii swobodnej, którą może wykorzystywać w różnoraki sposób. I to właśnie ta wyzwolona energia swobodna jest tym, czego współczesny człowiek za żadne skarby nie odda. I oczywiście, wiele osób używa jej na hedonistyczną konsumpcję, ale równie wiele osób rozwija swoje talenty, szuka dostępu do wiedzy, angażuje się społecznie itd. Zwiększenie indywidualnych zasobów energii swobodnej umożliwia każdemu rozwój „wyższych części duszy” – jedni z tego korzystają lepiej, inni gorzej, ale prawie każdy w naszym kręgu cywilizacyjnym ma większe możliwości np. studiowania filozofii i teologii, niż w tzw. krajach trzeciego świata. Zwiększanie się indywidualnych zasobów energii swobodnej budzi w ludziach „wyższe aspiracje”, co oczywiście przekłada się także na „kulturę rozrodczości”: przestaje ona podlegać wyłącznie czystej biologii, lecz staje się częścią kultury. Jednym słowem: coś za coś.
Czy należy jednak ludzi oskarżać o to, że chcą być istotami bardziej świadomymi i chcą mieć więcej kontroli nad własnym życiem? Przecież najprostszym sposobem na zwiększenie rozrodczości byłoby wyrzucenie biologii z programów szkolnych, a najlepiej w ogóle pozostawienie ludzie w stanie analfabetyzmu i wmawianie im, że dzieci przynoszą bociany. Takie istoty człekokształtne, które nie rozumiałyby związków przyczynowo-skutkowych między stosunkiem płciowym a pojawieniem się dziecka, na pewno nie próbowałyby ograniczać swojej płodności, a co najwyżej mogłyby mordować noworodki jak to czyniono w starożytnej Grecji.
„Wiedza to władza” mawiał F. Bacon. I tak dokładnie jest. Człowiek posiada coraz większą władzę nad samym sobą i dzięki temu może się rozwijać. To samo dotyczy kobiet. Także kobiety, jako byty wolne i rozumne, pragną zwiększać swoją energię swobodną a tym samym zwiększać kontrolę nad własnym życiem. Niestety, wielu mężczyzn prezentujących się jako „katoliccy konserwatyści” chętnie korzysta z dobrodziejstw postępu (nie słyszę pośród nich żadnych głosów postulujących przywrócenie pańszczyzny czy masowego powrotu na rolę), nie chce ich jednak przyznać kobietom. Wyemancypowany chłop pańszczyźniany, który zrzucił z siebie jarzmo pługa, chce intensywnie korzystać ze swojej energii swobodnej, i to na koszt kobiety, której energią swobodną chce dysponować on sam! A jeśli ona stawia mu opór, to obarcza się ją moralną odpowiedzialnością za wymieranie gatunku. Jakie to perfidne – zajadła feministka rzekłaby: jakie to męskie…
Niestety, większość katolickich antyfeministów nie chce dostrzec, że zdecydowana większość kobiet chce kontrolować swoją rozrodczość nie po to, by cały dzień leżeć na sofie i oglądać swoje paznokcie, tylko dlatego, że chce korzystać ze swojej energii swobodnej na dokładnie tych samych zasadach, co mężczyźni. Część z nich – dokładnie tak jak mężczyźni – spożytkuje swoją energię swobodną na rozrywkę, część na działalność społeczną, ale część będzie rozwijać „wyższe części swojej duszy”. Tak, kobiety nie chcą utonąć w pieluchach, tylko jako osoby wolne i rozumne chcą poznawać i zmieniać świat. A tę właśnie chęć wy mężczyźni świetnie rozumiecie, nieprawdaż?
Jeśli więc mężczyźni chcą, aby kobiety mogły zgodnie ze swoją ludzką naturą rozwijać wszystko to, co także u siebie chcą rozwijać oni sami, niech się zastanowią nad stworzeniem takiej nowoczesnej „kultury rozrodczości”, która pozwoli kobietom w równy sposób korzystać ze swojej energii swobodnej. Jak na razie nie widzę nawet zaczątków takiego myślenia u wielu przedstawicieli płci rzekomo bardziej racjonalnej, co świadczy o faktycznej dominacji u tych osobników motywacji witalnych (pozycji w stadzie, pozycji dla stada) albo ideologicznych (religijnych), a nie poznawczych.
Aby uniknąć możliwych nieporozumień pragnę podkreślić, że rozwój nauki i techniki zmusza nas do refleksji na temat moralnych aspektów ich zastosowania. W kontekście kwestii demograficznej dotyczy to między innymi problemu antykoncepcji. Kościół odrzuca antykoncepcję „sztuczną”, zezwalając na stosowanie tzw. naturalnych metod planowania rodziny. Istnieje jednak grupa radykalnych katolików, która odrzuca stosowanie nawet tych ostatnich metod, uznając, że jakakolwiek kontrola swojej rozrodczości jest już grzechem. Ich zdaniem, grzechem jest stosunek płciowy, którego celem nie jest spłodzenie dziecka. Jeśli więc małżonkowie podejmują współżycie mając pełną świadomość tego, że odbywa się ono w czasie tzw. dni niepłodnych, grzeszą. Nie zamierzam wnikać w teologiczne spory na temat tego, czy aktualne stanowisko Kościoła w tej sprawie jest spójne czy nie.
Podsumowując, chciałabym zwrócić uwagę, że zarówno wielu przedstawicieli hierarchii kościelnej, jak i wielu wiernych, jak np. Karol Kilijanek, nie wykazuje zbyt dużego zainteresowania pytaniem o miejsce postępu technicznego, naukowego, społecznego i ekonomicznego w Bożym dziele stworzenia. Tym samym nie zadają sobie pytania o przełożenie tegoż postępu na kwestię relacji między przedstawicielami obydwu płci. Tak długo jak będą posługiwać się anachronicznymi stereotypami dotyczącymi ról społecznych, nie będą w stanie wywierać skutecznego wpływu na kształt tegoż postępu.
Magdalena Ziętek
Źródło: http://myslkonserwatywna.pl/fakty-i-mity-kryzysu-demograficznego-polemika-z-tekstem-karola-kilijanka-pt-bledne-zalozenia-bledne-wnioski-tzw-polityka-prorodzinna/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz