CZĘŚĆ TRZECIA Rola duszy w gospodarstwie.
9. O duszy ludzkiej.
Mogłoby się zdawać, że przez oddzielenie procesu psychicznego ludzkiego od pracy fizycznej wpadliśmy w sprzeczność z własnem niedawnem twierdzeniem o ważnej roli duszy. Czyż bowiem proces czysto wewnętrzny, nie pokonywający oporów zewnętrznych fizycznych, pozbawiony charakteru siły roboczej, może brać udział w pracy? Wszak "myślenie" hamuje nawet oddziaływanie własną siłą fizyczną na świat zewnętrzny i to, tem silniej, im bardziej "pochłania" człowieka. Praca ludzka, której nie towarzyszy wysiłek psychiczny, stale bywa fizycznie wydajniejsza. To jedna strona, jest zaś i druga, jeszcze cięższa, dodatniego wpływu procesu psychicznego na wyniki pracowania.
Skoro wydajność sił ciała nie dochodzi w czasie pracowania do maximum, które można osiągnąć, pracując przy tak minimalnym udziale procesu psychicznego, jakie jest właściwy zwierzętom, - to czemże można wyjaśnić produkcyjność człowieka większą od produkcyjności zwierząt, i wydajność społeczeństw czynniejszych duchowo większą od mniej pod tym względem czynnych? W końcu staje się niezrozumiałym w samej zasadzie jakikolwiek wpływ czynnika, któremu odmówiliśmy znaczenia siły. Nie - siła nie może wpływać na siły. Powiedzą nam zapewne, że produkcyjność człowieka można wytłumaczyć automatyzmem psychologicznym, ale słuszne to objaśnienie nie ma w tej chwili żadnego znaczenia, a nawet szkodziłoby, zamącając czystość pierwiastków, którą chcemy utrzymać dla dokładnego zdania sobie sprawy z procesu twórczego.
Automatyzm psychiczny - to wynik zlania się dwu pierwiastków, które odzieliliśmy od siebie, aby je wówczas dopiero łączyć, gdy rola każdego stanie się jasną. Czynność automatyczna - to już działanie dwoma pierwiastkami, z których jeden jest siłą, drugi był początkowo nie siłą, bo jedynie świadomym procesem psychicznym, ale właśnie dla tego, że był nie siłą, nie mógł się i później przeobrazić w siłę, gdy stał się prostym odruchem.
Proces psychiczny, toczący się automatycznie, może więc tylko nie hamować rozporządzalnych sił ciała ludzkiego, ale ich powiększyć w żaden sposób nie jest w stanie - i o tem należy pamiętać.
Skądże zatem płyną siły, pokonywające tak znaczne opory, że już, na oko sądząc, nie będziemy ich przypisywać ciałom ludzkim?
Przez takie postawienie kwestyi wiążemy nareszcie zagadnienie podstawowe ekonomii: twórczość ludzką z ogólnem zagadnieniem człowieka, które było przedmiotem dwu naszych poprzednich tomów "Nauki o cywilizacyi" i zbliżamy się do odsłonięcia idei, zapowiedzianej na wstępie, a wyłożonej gruntownie zwłaszcza w "Teoryi człowieka i cywilizacyi". Zagadka człowieka i jego skutecznej twórczości związana jest jaknajściślej z zagadką duszy ludzkiej, ta zaś znowu z zagadką społeczeństwa oraz zjawisk, ujmowanych pod mianem cywilizacyi.
Od najgłębszej starożytności dusza była przedmiotem podziwu dla myślicieli. Nie tylko teologowie, ale i filozofowie nazywają człowieka jestestwem cudownem. Wszystkie religie nauczają o nadziemskiem pochodzeniu duszy, albowiem subtelne umysły prędko odczuły i zrozumiały, ze tak obcą ciału, jaką bywa dusza ludzka, nie może ona być bezpośredniem dziełem czystej przyrody, na równi z ciałem naszem.
I doprawdy, nie może nie wzruszać i nie budzić podziwu to wczesne, a powszechne wśród umysłów subtelniejszych, a zarazem całkiem intuicyjne rozpoznanie przez samego człowieka nadprzyrodzoności w sobie; rozpoznanie, że się jest czemś nie tylko zgoła innem, niż zwierzę, ale czemś zasadniczo więcej, niż zwierzęciem.
W takich warunkach prosta logika zmusiła ludzi głęboko myślących do zastanawiania się nad pytaniem: skądże się bierze w nas owa cząstka, której nie mają zwierzęta, owa istność nadzmysłowa, która w nas czuje, myśli, chce i działa po ludzku? Skoro ona obca ciału i obca wszelkim innym żywym jestestwom, do których jesteśmy fizycznie (anatomicznie) podobni, - więc musi przybywać skądś z poza ciał, a nawet z poza przyrody i musi wnikać w nas w jakiś tajemniczy sposób od zewnątrz, choć nie od przyrody.
Rozumnym wnioskiem, jaki się musiał każdemu porządnemu umysłowi nastręczyć, stała się koncepcya nadziemskości duszy. Istność obca ciału, a obecna i czynna w człowieku, istność niecielesna i niemateryalna, musi być gościem "z zaświata", z poza ziemi, a może nawet z poza gwiazd, z nieba i, jako pierwiastek niemateryalny, jako tchnienie (dech, duch) ze świata niewidzialnego, wstępuje w ciało ludzkie z chwilą narodzin.
Zaiste, nie mylono się w adoracyi tego utworu, bo to istotnie coś zupełnie obcego wszystkim siłom niższym ziemskim, jeśli pod mianem "ziemski" będziemy rozumieli widomy dla zmysłów świat materyi nieożywionej, oraz cały świat jestestw ożywionych, słowem świat, którym zajmuje się przyrodoznawstwo. Mylono się tylko w tem jednem, że przypisywano duszy ludzkiej pochodzenie nadziemskie i metafizyczne, było to jednak nieuniknionem następstwem niedostrzeżenia, że prosta psychika zwierzęca, w warunkach sprzyjających, może się w sposób, niesprzeczny z jej naturą, skomplikować w coś nowego dla świata ziemskiego i pozornie sprzecznego z całą naszą wiedzą przyrodniczą. Niedocieczono, skąd się bierze dusza ludzka, bo niedoceniono zjawiska dobrze znanego i pospolitego w świecie ludzkim, które należycie zrozumiane, ukazuje, że to wszystko, co w naszej ludzkiej naturze wykracza ponad właściwości zwierzęce, - jest to wynik skomplikowania się poziomej natury ziemskiej i zwierzęcej pod wpływem słowa, mowy, w człowieczość. Nie docieczono, że warunkiem człowieczości jest związek organizmów, ale nie w prostą gromadę, lecz w społeczeństwo. Niezrozumiano, że dusza ludzka idzie z narodu.
Na ziemi stał się cud; powstał - nie człowiek myślący, mądry i coraz potężniejszy, ale powstało społeczeństwo, czyli lud, powstała gromada związana jedną mową w związek dziwnie ścisły i o skutkach nieznanych na ziemi poza takim związkiem, - związek tem różniący się od zwykłej gromady zwierzęcej, że obdarzony zdolnością rozwijania się, i rozradzania przez reintegracye, - czego w żadnej nieludzkiej gromadzie nie mamy przykładu.
Na ziemi stał się cud; powstały rozrastające się i podległe interpsychicznemu rozwojowi, a także podziałowi, wielkie całości psychofizyczne, zwane pospolicie ludami, a później, w miarę wyższego rozwoju tych całości, narodami, w naszej zaś teoryi cywilizacyi nazwane realnościami D, indywidualnościami o stopień wyższemi od indywidualności C, (organizmy) o dwa zaś stopnie wyższemi od indywidualności B, czyli od jednokomórkowców. Powstały całostki wielkie, posiadające własne ciało i własnego ducha czyli własną psychikę, której dusze ludzkich osobników stanowią cząstki składowe i nieodłączne.
"Dusza narodu" to wcale nie przenośnia retoryczna lub poetycka, za co ją do niedawna miano, - to zupełnie realna i rozległa sprawa psychoficzna, której granice wyznacza język narodu oraz ta cała część przyrody kraju, która różni się w czemkolwiek od przyrody krajów, obcych względem narodu. Owa przyroda staje się przez ludzi już jakgdyby ciałem narodu oraz tego wszystkiego, co przez duszę narodu zostało stworzone. Dusza zaś narodu może być znowu uważana za duszę kraju. Każdy osobnik ludzki ma w sobie jej cząstkę i taką, jaką wziął w siebie (Teor. czł. i cyw., roz. 30. s. 214). Każdy jest widzem duszy narodu, ale ogląda ją tylko od wewnątrz., więc w sobie (Teor. czł. i cyw. 33 s. 234-5), we własnej duszy i tyle, ile jej w sobie wzbudził pod wpływem narodu.
Na ziemi stał się cud; powstał człowiek myślący, mądry i coraz potężniejszy, ale tylko dla tego powstał, że "indywiduum" ©, zawsze dotychczas będąc osobnikiem izolowanym, albo członkiem rodziny izolowanej, przeobraziło się we fragment nieodłączny wielkiej całości naturalnej, której na imię lud, naród, albo społeczeństwo.
Przyrodnicy wmawiali w nas długo, że człowiek jest najdoskonalszą latoroślą kręgowców, że stoi na jakimś szczycie drabiny rozwojowej zwierząt przynajmniej kręgowców, wreszcie, że jest najpóźniejszym wśród nich typem. Wszystko to nieprawda! Udowodniliśmy to w Prolegomenach, w rozdz. 20 - 24 (1. c. str. 134 -183). Aby dojść do tego przeświadczenia, trzeba było wziąć się do szukania rozwiązania zagadki człowieka, związanej najściślej z zagadką duszy ludzkiej, na innej drodze, nie przyrodniczej wyłącznie, ale również i nie na humanistycznej, bo i ta zawodziła sama jedna.
Obraliśmy własną drogę. Postanowiliśmy rozpatrzeć wszystkie trzy zagadki łącznie: człowieka, duszy i zjawisk społecznych, ujmowanych zwykle pod mianem cywilizacyi. Oparliśmy się na najszerszym materyale i krok za krokiem, na drodze ostrożnej analizy doszliśmy w dwóch ogniwach badań naszych do wyników, którym nikt dotychczas nie zarzucił nieścisłości naukowej. Z tego powodu czujemy się uprawnieni oprzeć się i tutaj na osiągniętych rezultatach.
Niestety, nie możemy nawet kusić się o rozwinięcie na tem miejscu teoryi człowieka, wyłożonej gruntownie we wspomnianych pracach, byłoby to bowiem niedokładnem powtórzeniem obfitej i zwartej treści prac, których niniejsza jest prostym dalszym ciągiem. Wypada tylko powołać się na dowodzenia tam wyłożone i poprzestać na niezbędnych przypomnieniach.
Zagadka człowieka i duszy koncentruje się w pytaniu, co przodka człowieka uczyniło cząstką społeczeństwa, czyli ukrywa się na terenie różnicy, która się wytworzyła między człowiekiem, a zwierzęciem. Poszukując źródła różnicy przekonaliśmy się naprzód, że przyczyna społeczeństwa i cywilizacyi nie leży w gromadnym trybie życia, jak to dawniej przypuszczano, albowiem żywot zwierząt gromadny, nawet gdy się ciągnie niezmiernie długo, nie prowadzi rodu zwierzęcego do takiego zróżnicowania funkcyi osobników, jakie cechuje gromady ludzkie. Żywot gromadny jest tylko tłem, na którem zjawisko człowieka, społeczeństwa i cywilizacyi może wystąpić, ale nie on je wywołał. Przyczyna zjawisk społecznych nie spoczywa w żadnej z form życia gromadnego, a więc musi spoczywać w materyale. Człowiek musi się czemś różnić od materyału niespołecznego. Gdy zaś powstał z materyału napewno niespołecznego, przeto znowu koncentruje się w pytaniu: co przodka człowieka uczyniło materyałem społecznym?
Długo uchodziło za rzecz pewną, że przyczyną społeczną są wysoko rozwinięte władze umysłowe, czyli, mówiąc poprostu - dusza, jednak szereg metodycznie przeprowadzonych badań przekonał nas, że jest odwrotnie
(Nauka o Cywiliz., Prolegomenach r. 15). To samo bowiem okazało się z wielkim mózgiem ludzkim. Wolno go uważać już tylko za skutek przyczyny uczłowieczającej, która mózg nieczłowieczy przeobraziła w człowieczy.
Po szeregu badań, zawartych w sześciu rozdziałach Prolegomenach, których tu nawet w największem streszczeniu przedstawić nie możemy w sposób taki, aby to było użytecznem, odkryliśmy ową przyczynę. - Odsyłam w tym względzie uważnego i gruntownego czytelnika do części trzeciej mych Prolegomenach, mianowicie do rozdziałów 14 do 19, których tytuły potrosze objaśnią treść.
Okazało się, że przyczyną społeczną czyli niezbędnym, a podstawowym warunkiem pojawienia się społeczeństwa może być tylko coś, co oddziaływa na zmysły osobników, ale wychodzi nie od przyrody zewnętrznej, lecz od innych osobników (Teor. człow. i cywil, r, 5, l. 33). Jest nią społeczna wibracya powietrza, rozwinięta z sygnalizacyi zwierzęcej (tamże s. 36). Nie-łącznik (sygnalizacya zwierzęca) stał się łącznikiem (mową ludzką).
Stanęliśmy znowu przed faktem zagadkowym i z różnych względów metodycznych domagającym się ostrożnego rozwikłania.
Dokonało się to w części w Prolegomenach (rozdziały 20-24), a ostatecznie w Teoryi człowieka i cywilizacyi w szeregu badań systematycznych, zawartych przeważnie w rozdziałach następujących:
6. Dlaczego tylko przodek człowieka stał się materyałem społecznym? Co mamy sądzić o wyjątkowości tego faktu?
7. Różnica między mową ludzką, a sygnalizacyą zwierzęcą (odpowiedzi główne: zwierzęca dziedziczy się, jest gotową wewnątrz osobnika i konieczną fizyologicznie, ludzka nie jest ani jedna, ani powszechna, ani wrodzona. Jest ona także konieczna, ale nie fizyologicznie. Trwa gotowa tylko zewnątrz osobników i nie dziedziczy się).
10. Rola i znaczenie mowy ludzkiej w sprawie poznania (przez mowę ziszcza się obszerny i złożony proces psychiczny nie ograniczony ciałem osobnika. Proces psychiczny człowieka jest tylko fragmentem obszernej sprawy psychicznej. Osobniki ludzkie składają się na obszerny system psycho-fizyczny. Zmysły osobnicze wspólnem narzędziem ludzkich postrzeżeń. Homo sapiens nie jest możliwy bez społeczeństwa).
11. Narzędzie do przyjmowania cudzych czuć zmysłowych.
12. Poznanie i myślenie ludzkie zjawiskiem ściśle społecznem, nie zaś osobniczem.
14. Co łączność społeczna czyni z osobników ludzkich? (definicya duszy ludzkiej, ludźmi jesteśmy tylko przez inter-psychiczność naszą).
20. Rozwój człowieka duchowy nie jest rozwojem organizmu. Rola narzędzi sztucznych. (Jednostkę ludzką cechuje nierównowaga cielesności z psychicznością (s. 135). Dopiero przez narzędzia sztuczne człowiek doprowadza do równowagi fizyczność swoją, nie wystarczającą do czynu, z psychicznością, która się wyraża w woli jego. Przyrodnicy starali się objaśniać narzędzia sztuczne prostym rozwojem człowieka, ale napróżno).
41. Pojemność psychiczna człowieka i zwierzęcia (Człowiek bogactwo wyobrażeń zawdzięcza uproszczonej technice myślenia. Rola wyrazów (306).
42. Siły-wyrazy, jako bodźce, wyzwalające napiętą energię fizyołogiczną (Twórczość społeczna. Co ujarzmia zapas sil fizyologicznych i przeobraża w siłę twórczą?)
Powszechnie wiadomo, że niema zgody co do pytania: skąd się w nas bierze poznanie i co się na nie składa. Jedni filozofowie za jedyne źródło poznania uważają zmysły (sensualiści), inni samo tylko myślenie (intelektualiści). Jest jeszcze stanowisko trzecie, akceptujące oba źródła. Nie zajęliśmy żadnego z tych stanowisk, o ile chodzi o poznanie ludzkie. Uznaliśmy je za wynik zbiorowego postrzegania zmysłowego, możliwy tylko dzięki mowie i żywotowi pośród ludzi. Każdy z nas człowieczeństwo swoje zawdzięcza jedynie należeniu do społeczeństwa. "Gdyby go od urodzenia izolować od wszelkich wpływów ludzkich, wtedy, choć nawet urodził się człowiekiem, stałby się próżną łupiną człowieka"... "człowiek izolowany od innych ludzi znalazłby się w tem samem położeniu, w jakiem jestestwo, obdarzone oczami, znalazłoby się w jaskini, zupełnie pozbawionej światła. Praktycznie stanęłoby na równi z jestestwami zupełnie nie posiadającemi oczu. Podobnie, jak "widzenia" nie może być tam, gdzie brak zmiennych fal świetlnych, tak "myślenia" ludzkiego nie może być tam, gdzie brak fal mowy ludzkiej, a więc po za społeczeństwem.
Dusza ludzka czyli pełne pasmo procesu psychicznego, toczącego się w osobniku, okazała się. zjawiskiem nadorganicznem, więc społecznem. Podstawę jej odkryliśmy w istnieniu fizycznego łącznika między ciałami ludzkiemi, niedostępnego dla wzroku, bo dostępnego jedynie dla słuchu. Łącznik ten umożliwia materyalne oddziaływanie z odległości ludzi na ludzi, a właściwie dusz na dusze. Jest on czynnikiem tak niezmiernej wagi, że najlepiej go scharakteryzujemy, nazywając go niezbędnym warunkiem istnienia dusz ludzkich, a nadto twórcą pośrednim tych, które działają, wytworem zaś tych, które działały, a których działanie już minęło.
Czynnikiem tym i łącznikiem jest, powtarzamy, ogół wibracyi powietrznych "mówionego", na wyższych zaś szczeblach rozwoju społecznego, jeszcze i ogół pisanego, prócz tego zaś wszystko, co może być wyrazem, działającym na zmysły ludzkie, czyli forma myśli, uczuć lub woli ludzkiej.
Dzięki temu pośrednikowi między organizmami, ludzie jednego narodu stanowią jedną całość, niby jednostkę biologiczną wyższego rzędu, złączeni są bowiem mnóstwem nici zupełnie fizycznych. Wszyscy ludzie jednej mowy stanowią wielką całość interfizyologiczną. Bez takiego łącznika, bez tych nici fizycznych między ludźmi nie byłoby wcale charakterystycznych indywidualności duchowych, a rzecz prosta, również wzajemnych oddziaływań duchowych, istniałyby tylko jednakowe indywidualności, izolowane, jak zwierzęce i ograniczone wyłącznie do władania własnem ciałem (organizmem), jako jedynem narzędziem psychizmu zwierzęcego.
Nie potrzebujemy się tu rozwodzić nad jaskrawa różnicą między małą niby-duszą zwierzęcą, ściśle zamkniętą w ciele zwierzęcem, więc prawie jednakową u wszystkich normalnych osobników jednogatunkowych, - a rozległemi i otwartemi, a urozmaiconemi do najwyższego stopnia duszami ludzkiemi Nie potrzebujemy dla tego, że przedmiot ten gruntownie został już rozwinięty i uzasadniony w dziele, na które powołaliśmy się przed chwilą. Tutaj chodzi o podkreślenie myśli, że dzięki mowie i sumie mówionego, brzmiącej ciągle i nieprzerwanie w narodzie wszelka dusza ludzka osobnicza jest integralną cząstką rozległej wszechduszy społecznej, rozlanej po wszystkich ciałach, połączonych jedną mową, zwierzęca zaś to tylko drobna i skończona całość, zamknięta w granicach organizmu i w każdym organizmie tego gatunku jednaka.
Ludzka więc, to z konieczności utwór poniekąd nadorganiczny, to tylko fragment duszy narodu, bo powstał wprawdzie na gruncie maluchnej duszy zwierzęcej, czyli rozwinął się na gruncie ustroju zwierzęcego, ale budowa jej czyli jakość nie zależy już wcale od gatunkowej budowy ciała, u wszystkich ludzi prawie jednakowej, lecz jedynie od położenia osobnika w społeczeństwie, albo, co na jedno wychodzi, w środowisku społecznem, które nie we wszystkich miejscach jest jednakowe. Dusze ludzkie formują się w jaskrawe indywidualności pod wpływem innych dusz właśnie tylko dzięki trwaniu materyalnego pośrednika miedzy organizmami.
10. O materyalnej władzy dusz ludzkich. Rola narzędzi sztucznych.
Powszechnie powtarzamy, ze dusza rządzi siłami ciała, w którem niejako mieszka. Co to znaczy? Znaczy to, że ciało jest niejako narzędziem i sługą duszy. I to jest prawda. "Osobnikiem" myślącym, czującymi i chcącym po ludzku - jest nic ciało nasze, lecz właśnie dusza, ale ponieważ dusza nie może przejawiać się na zewnątrz inaczej, jak przez czynności ciała, - przeto faktycznie ciało spełnia materyalnie nakazy duszy. Jeżeli pragnę np. aby drzwi w trzecim pokoju zostały zamknięte, a siedzę na krześle, muszę sobie rozkazać, abym wstał, przeszedł przez dwa pokoje, ujął drzwi za klamkę - i zamknął je. Moja myśl i wola wykona tedy pewną pracę fizyczną, ale siłami ciała swego, więc jakgdyby siłami przyrody.
Łatwo jednak dostrzedz, że władza dusz ludzkich nie ogranicza się do władania własnem ciałem. Dusze ludzkie władają również ciałami innych ludzi, należy tylko pamiętać o tem, że władają jedynie dla tego, iż pozostają w fizycznej, a właściwie społeczno - fizycznej łączności z temi ciałami. Bez owej fizycznej łączności - nie miałyby nad innymi ludźmi władzy.
Na czemże polega owa łączność? Oto na istnieniu mowy, złożonej z wyrazów. Co zaś za korzyści daje nam ona, łatwo ocenimy, gdy powtórzymy doświadczenie z drzwiami.
Jeżeli pragnę, aby drzwi w trzecim pokoju zostały zamknięte, to nie potrzebuję koniecznie sam wstawać z krzesła, aby dokonać tej czynności. Mogę ograniczyć się do zakomunikowania swego pragnienia innej osobie za pomocą mowy dla niej zrozumiałej. Wówczas ona sama, pobudzona wolą moją, która stała się następnie jej wolą, zamknie drzwi za mnie. Moja tedy myśl i moja wola wykona pewną pracę fizyczną, ale już siłami innego człowieka.
W tym punkcie wypada zwrócić jednak uwagę na to, że skutku nie byłoby, gdybym tylko pomyślał, aby drzwi zostały zamknięte. Nie sama więc myśl, ani sama wola moja zniewoliły innego osobnika do wykonania pracy. Uczyniły to w małej części siły fizyczne mego ciała, więc praca moja, pokonywająca fizyczne opory (mówienie), następnie zaś dopiero przeważnie siły obce, czyli obca praca ludzka. Ten tylko zachodzi osobliwy stosunek między zużyciem sił moich i cudzych, że moja praca (wydatek mych sił) była tu nader drobna w stosunku do pracy wykonanej. Mianowicie myśl moja i wola zniewoliły naprzód moje własne organy cielesne do wykonania szeregu wysiłków wewnętrznych cielesnych, stanowiących, gdy je razem ujmiemy, wyrażenie się, wypowiedzenie się. Gdym wyrażał życzenie (lub rozkaz) wydałem naprzód pewną ilość siły fizyczne], potrzebnej na pokonanie oporów wewnętrznych w mcm ciele, następnie zaś zewnętrznych, albowiem aparatem mowy poruszyłem powietrze, wywołując w niem seryę drgań akustycznych, które doszły do ucha osobnika słuchającego i oddziałały fizycznie na jego aparat słuchowy, a następnie na organy wewnętrzne. Nie dusza więc moja, lecz za pobudką duszy praca fizyczna mego ciała dała wynik fizyczny zewnątrz mego ciała i ta praca wywarła wpływ fizyczny na ciało drugiego osobnika, nastrojonego do odbierania urozmaiconych bodźców fizycznych tego rodzaju, jakie zewnątrz mego ciała wywołałem.
Ta tylko zaszła ekonomia dla mnie, że sam wydałem niezmiernie drobną ilość energii fizycznej, i to bezpośrednio nieprodukcyjnej, t. j. nie wpływającej na przyrodę zewnętrzną, pozaludzką, lecz tylko na przyrodę społeczną (na innego człowieka); drugi dopiero osobnik wydał tyle pracy fizycznej, ile jest potrzeba do zamknięcia drzwi. Mówiąc krótko: wyręczyłem się siłami cudzemi, ale na tej samej zasadzie, na jakiej "ja" psychiczny wyręczam się ustawicznie fizycznemi siłami własnego ciała mego.
Po oddzieleniu zatem pracy fizycznej ludzkiej w nowem, naszem jej pojmowaniu, został nam w twórczym fizycznie procesie społecznym wcale nie sam proces psychiczny ludzki (dusza). Został bowiem jeszcze fizyczny łącznik miedzy duszami, wykryty w badaniach naszych, a nieuwzgledniany należycie ani w psychologii ani w socyologii, tem mniej zaś w ekonomii.
Zostało mówienie - jako fizyczna praca i mowa (mówione, powiedziane), jako fizyczne narzędzie dusz, zdolne poruszać inne ciała ludzkie i pobudzać je do działania.
Indywiduum ludzkie, dzięki takiej łączności fizycznej z innemi, może zatem wykonywać pracę fizyczną siłami innego indywiduum, byleby to ostatnie zostawało z pierwszem w zgodności woli. Innemi słowy, jedna dusza może pobudzać inne dusze do oddziaływania na ich ciała podobnie łatwo, jak sama oddziaływa na organy własnego ciała, zniewalając je do wykonywania pracy produkcyjnej. Możliwe to jest dla tego, że własne jej ciało jest już tylko drobną składową cząstką tej wielkiej całości, którą nazywamy narodem, że między osobnikami zachodzi interpsychiczna łączność.
Działalność organizmu ludzkiego wcale nie ogranicza się tedy do władania tylko własnemi siłami fizycznemu Dusza osobnicza - może władać, za pomocą mowy, siłami fizycznemi nie jednego, ale wielu ludzi - i to w tak przedziwny sposób, że małym wydatkiem sił własnego ciała - może wykonywać prace, wymagające bardzo wielkich fizycznych wysiłków. Władza ta staje się prawie nieograniczoną. Jedno słówko, jeden rozkaz, nikły wydatek sił jednego ciała, - może przecież poruszyć do zgodnej i określonej pracy równie łatwo dwóch ludzi, jak dwustu i więcej. Wówczas jedna dusza, jedna myśl i wola pobudziły siły fizyczne setek, a nawet tysięcy ludzi do wykonania w ciągu np. godziny, tak wielkiej sumy pracy, której ciało rozkazującego nie byłoby w stanie wydać przez całe życie.
Na tym prostym przykładzie okazuje się, jak ważną rolę w gospodarstwie materyalnem może odgrywać jedna dusza, z pozoru ograniczona do posługiwania się siłami tylko jednego ciała, własnego. Ponieważ łącznik społeczny czyni z niby oddzielnych ciał ludzkich jedno wielkie ciało żywe złożone, ciało społeczne, przeto władza duszy odpowiednio wpływowej - może rozciągać się choćby na cały naród, dzięki owemu ekonomicznemu pośrednikowi fizycznemu, który łączy wszystkich z wszystkimi.
Jednak nie byłoby wcale znaczniejszego bogactwa, gdyby działalność duszy kończyła się na prostem przekazywaniu pracy fizycznej innemu człowiekowi. Ciała ludzkie czy to połączone, czy izolowane, wydawałyby bowiem zawsze jednako ograniczoną sumę pracy, wytwarzałyby zawsze ograniczoną ilość dzieł, gdyż same są fizycznie ograniczonem źródłem energii fizycznej. Wyręczanie się w pracy ludzi ludźmi, ciał ciałami ludzkiemi wcale nie powiększyłoby ilości sił rozporządzalnych. Przeciwnie, zmniejszyłoby nawet ich sumę przez ubytek użyteczne] działalności tych jednostek, które tylko wyręczają się pracą innych. Łącznik "społeczny" wywołuje skutki bezporównania donioślejsze od omówionych w rozdziale poprzednim.
Posiadając trwałość i ciągłość bezporównania dłuższą od żywotów ludzkich, łączy on bezustannie pokolenia dorastające ze starzejącemi się i zapewnia własną długotrwałość, a zarazem rozwój, znikomym, jak ciała ludzkie, myślom uczuciom i dążeniom osobników, co znaczy, że zapewnia istnienie i rozwój myślom, uczuciom i dążeniom społecznym. Osobniki, zawsze znikome i krótkotrwałe, stapia w niezmiernie długowieczny naród.
Mowa przenosi ustawicznie doświadczenie jednych indywiduów na inne, czyli rozwija dusze. "Mówione", wziąwszy początek niegdyś w rodzinie, stojącej zaledwie nieco wyżej od poziomu zwierzecego, z biegiem tysiącoleci rozrosło się w wielkie i cenne środowisko, otaczające ludzi od kolebki aż do zgonu i pozwalające podmiotom ludzkim rozwijać się ustawicznie. "Doświadczenie" ludzkie, przechowujące się w owem środowisku, w sumie mówionego, przenosi się zawsze do pewnej liczby głów nowych - i tam staje się pod postacią "wiedzy" i "wiary" w słowa innych, podstawą do działań i doświadczeń coraz nowych i coraz innych. Ciała umierają, ale dusze odradzają się w coraz większej pełni władz swych. Niezatracalność doświadczenia przodków jest też głównym powodem istnienia, nieprzerwanego rozwoju oraz mnożenia się narzędzi sztucznych. Czem zaś są narzędzia sztuczne - to było już szeroko rozważone w dziele, na któreśmy się powoływali. Wystarczy więc ogólne powtórzenie, że one stanowią najrzeczywistsze uzupełnienie ciał ludzkich, ważne z powodu ich nieogarnionej rozmaitości, a odrzucalności, skutkiem czego pomnaża ją i potęgują własności i przymioty fizyczne ciał ludzkich.
W narzędziach sztucznych dusze ludzkie zdobyły obce ciałom siły przyrody i uzupełniły wątłe siły samych ciał własnych. Jedne narzędzia odgrywają role specyalnych członków ciała, jakdyby przedłużenie oraz zróżnicowanie ręki lub nogi (młot, cęgi, dłuto, nóż, pędzel, łyżwy, samochody, okręty), inne grają rolę subtelniejszych zmysłów (lupa, luneta, drobnowidz, ciepłomierz, mikrofon, odczynniki chemiczne i t. d.), jeszcze inne takich części ciała, i o takich własnościach, których żadne jestestwo żywe nie mogłoby posiąść na drodze prostej ewolucyi, ze względu na ograniczone własności fizyczne materyi żywej (tygle do topienia metali, piece hutnicze, naczynia przechowujące kwasy i żrące substancye, materye wybuchowe i broń palna, płyty fotograficzne). Z tych powodów narzędzia odrzucalne, uzupełniając ciało - pozwalają indywiduom wykonywać przedmioty, których człowiek samemi rękami nigdyby nie był w stanie wytworzyć, a które jednak wchodzą poważnie w skład bogactwa społecznego.
Odrzucalność tych uzupełnień ciał ludzkich ma dla nas szczególną wagę. Człowiek bowiem może zmieniać dowolnie specyalne uzdolnienia swego ciała (niejako kształty jego i własności fizyczne), zatrzymując je tylko tak długo, jak długo jest to dla niego potrzebne lub pożądane. Poza tem pozostawia go ciągle jednakim i pozwala mu korzystać z urozmaiconych do nieskończoności dóbr powszechnych.
Gdy orzeł ma wzrok bystry na wielką odległość, człowiek z lunetą przewyższa go, ale tylko wówczas, gdy chce tego. Nie potrzebując już sondować wzrokiem przestrzeni odległej, odrzuca dalekowidz i może patrzeć przez mikroskop, zdobywając przez to widnokręgi, niedostępne dla orła. Na cóż zdałyby się człowiekowi najdelikatniejsze narzędzia specyalne, gdyby nie mógł się ich pozbywać? Wówczas zostałby, jak zwierzę, specyalistą wprawdzie, ale bardzo ograniczonym. Dzięki odrzucalności - może być uniwersalnym w bardzo rozległych granicach, pozostając zawsze podstawowo podobnym do innych ludzi, więc mogąc dzielić z nimi mnóstwo wspólnych myśli, uczuć i dążeń.
Jeżeli więc łącznik zapewnia ciągłość ludzkiemu doświadczeniu, jeżeli dzięki łącznikowi, osobnik może czerpać z nagromadzonego doświadczenia przodków dowolną jego ilość oraz jakość, jeżeli na podstawie tego doświadczenia może przeobrażać, uzupełniać i uzdatniać swoje ciało do czynności najrozmaitszych, to musimy się z tem zgodzić, że to wszystko, co stanowi bogactwo materyalne zawdzięczamy owemu łącznikowi, nie zaś zaletom własnych ciał naszych, w których się rodzimy wszyscy niemal jednakowi.
Przecież nawet nasze dusze zawdzięczamy tylko łącznikowi, bo tylko przezeń czerpiemy je z duszy innych, bo w sumie wszystkich dusz w narodzie spoczywa suma przechowanego doświaczenia całej długiej przeszłości narodu. Przez ten łącznik jesteśmy, każdy z osobna, czynną cząstką narodu, a zarazem uczestnikiem dóbr, będących dziełem jego.
Im ten łącznik społeczny jest wszechstronniej rozwinięty oraz głębiej wplata się w życie wielkiej liczby jednostek, tem owe jednostki są wszechstronniej i potężniej rozwinięte, tem lepiej i sprawniej funkcyonuje czynne ciało narodu. Gdy zaś wszystkie czynne narzędzia sztuczne są literalnie uzupełnieniami ciała społecznego, gdy na to ciało składają się nie tylko ciała ludzkie, ale właśnie wszystkie narzędzia, oczywiście nie wyłączając motorów mechanicznych i najbardziej skomplikowanych machin, gdzież więc tajemnica większej produkcyjności społeczeństw najbardziej rozwiniętych?
W potędze sumy ich dusz. Potęga ta wspiera się na narzędziach materyalnych, odrzucalnych, któremi, przy drobnym stosunkowo udziale wysiłków fizycznych cielesnych, osobniki ludzkie przeobrażają wedle swej woli przyrodę czystą w bogactwo swoje materyalne. Rozporządzając lepiej rozwiniętemi i liczniejszemi narzędziami, naród włada doskonalszem i potężniejszem ciałem, które sobie zbudował. Zaprzęga on większą ilość sił martwych do służenia sobie.
Mówiąc krótko, ludzie i narody w chwili działania twórczego literalnie ożywiają swym duchem pewną ilość materyi obcej, zewnętrznej oraz pewną ilość sił zewnętrznych i czynią z nich realne uzupełnienie swego żywego ciała, posłuszne skinieniom duszy.
Każdy osobnik ludzki może wprawiać w działanie rozumem swoim za pośrednictwem organów swego ciała pewną ilość i jakość t. zw. martwych sił przyrody, ilość i jakość zależną całkowicie od jakości jego władz duchowych.
W ten sposób w machinie, (zbudowanej przez ludzi), działa wcale nie "praca ludzka" siłami przyrody zewnętrznej (np. motoru i palącego się węgla pod kotłem parowym), ale wprost dusza ludzka (więc rozum ludzki) pracą przyrody, przy minimalnym stosunkowo udziale fizycznej pracy ciała ludzkiego.
Cała tajemnica wytwarzania bogactwa na tem polega, że dusza małym nakładem pracy organizmu ludzkiego zniewala do działania na korzyść ludzką wielką ilość sił przyrody, czyli wyręcza się ekonomicznie pracą sił przyrody.
Cudu jednak tego dokazują nie ciała, jako organizmy, lecz ciała ludzkie, jako siedliska dusz, władające nietylko siłami fizycznemi, własnemi, tkwiącemi w ciałach ludzkich, ale jeszcze siłami, równie naturalnemi, tylko obcemi, tkwiącemi niejako w przedłużeniu tych ciał, więc w narzędziach sztucznych, jak również jeszcze w przyrodzie, podległej oddziaływaniu owych narzędzi sztucznych.
11. Bogactwo dziełem dusz. Druga kategorya bogactwa.
Początkowo, pod wpływem klasycznych teoryi pracy bogactwo ludzkie przedstawiało się nam, jako dzieło pracy ludzkiej. Teraz widzimy, że daleko prościej i słuszniej możemy je poczytywać wprost za dzieło dusz. Cóż bowiem znaczy fakt, że do wykonywania dzieł tych niezbędną jest praca, czyli pokonywanie fizycznych oporów, - gdy ona stanowi tylko środek, nie zaś przyczynę. Przyczyną bogactwa są tylko dusze, boć owe dzieła ludzkie, stanowiące bogactwo, służą tylko duszom, nie zaś ciałom. Tej nieogarnionej rozmaitości dzieł ludzkich - potrzebują nie ciała nasze, ale jedynie dusze - i to między innemi tłumaczy nam, dla czego zwierzęta ani nie wytwarzają rzeczy analogicznych bogactwu ludzkiemu, ani ich potrzebują. Jeżeli więc my swe bogactwo ustawicznie wytwarzamy, pożądamy go, i potrzebujemy go, to właściwie zarówno wytwarzamy, jak pożądamy oraz zużywamy to wszystko jedynie tylko jako dusze, jako ludzie, jako jestestwa, obdarzone innemi i szerszemi aspiracyami, ale też zarazem szerszemi władzami od zwierząt.
Bogactwo lubią nam przedstawiać ekonomiści głównie pod kątem widzenia ilościowym, jako pewną masę wartości lub użyteczności, a spuszczają z uwagi wzgląd na jego jakość. Tymczasem właśnie tylko ogromna rozmaitość tej masy bogactwa nadaje jej wartość oraz użyteczność. Bogactwo jednorodne i jednokształtne nie byłoby wcale bogactwem i nie da się nawet pomyśleć! Ponieważ zaś owa rozmaitość form płynie bezwarunkowo nie z pracy, lecz z ducha i z rozmaitości dusz, więc mamy prawo orzec, że jest dziełem nie pracy, lecz ducha i musimy je wiązać w związek przyczynowo-celowy tylko z duchem.
Cala ta nie dająca się wyliczyć przerozmaitość dzieł, razem składających się na całą sumę bogactw ludzkich, płynie z ducha i służy duchowi, choć trzeba przyznać, że ze swej strony tylko owa różnorodność bogactwa podtrzymuje całą rozmaitość naszych myśli, uczuć, dążeń i działań ludzkich. W ten sposób, mamy w narodzie kompleks realny przedmiotów i podmiotów, istniejący jedynie tylko przez ich ścisłą współzależność. I nie dość, że ten związek materyi z duchem istnieje; ów kompleks rozwija się pod postacią bezustannego procesu stawania się, zagłady i znowu stawania się, ale nie bezładnego, lecz przeciwnie, ściśle uporządkowanego.
Z tak dostrzeżonego stosunku płynie niemałej wagi konsekwencya. Oto trzeba się pogodzić z uznaniem równoległości obu zjawisk, to znaczy przedmiotów i podmiotów, i skoro przedmiot nazwaliśmy bogactwem, to i przyczynę oraz warunek jego istnienia oraz powstawania, mamy prawo nazwać również tem imieniem. Obok bogactwa form materyalnych dostrzegamy więc w społeczeństwie istnienie źródła duchowego, z którego owe formy biorą początek, źródła - ale zarazem i celu, dla którego owe formy istnieją. Siły czysto cielesne, którym ekonomiści tak ważną przypisali rolę, stanowią w powstawaniu tych form - samo tylko narzędzie, którem się duch posługuje, albo podstawę, na której się wspiera fizyczna działalność ducha. Reprezentują one w akcie stwarzania raczej czystą przyrodę, aniżeli cośkolwiek więcej. Reprezentują przyrodę ślepą, siłę mięśni, niewładną nic tworzyć, władną tylko niszczyć, dopóki sama sobie zostawiona. Dopiero władze ducha są ową potęgą, która powołuje do istnienia ogół tych form materyalnych. Póki tych władz niema - bogactwo materyalne nie zjawi się; póki rozmaitość tych władz niewielka, małą również musi być rozmaitość form bogactwa. Więc to wszystko, co powstaje jako dzieło ludzkie, płynie z tej dziwnej potęgi, która stanowi ideę tych wszystkich form, prawdziwą ideę twórczą, całkiem realna, nie tę metafizyczną, o której Bergson prawi. Bogactwa form materyalnych bez równego bogactwa form idei - być nie może. Więc też świat idei, rozpinający się w narodzie na niemilknącej tkance "mówionego", jest drugiem jego bogactwem, albo raczej pierwszem, bo niezbędnem do tego, aby drugie, materyalne powstawało.
Widzimy teraz, jak słuszną była powściągliwość w określaniu roli człowieka w twórczości gospodarczej.
Gdyśmy określali bogactwo mianem "więcej, niż przyrody" (roz. 3), odstąpiliśmy wówczas od kwalifikowania samego człowieka, aby przez prędkość nie popełnić omyłki. Dostrzegliśmy jedynie w jego działałności coś, co powołuje do istnienia bogactwo, a nie płynie ze zwykłej natury zwierzęcej. Nie nazwaliśmy tego "coś" pracą ludzką, lecz działalnością ciała i duszy,
Poprzednio jednak nie było zbyt jasnem, jak to dusza może wprzęgać przyrodę do pracy. Teraz rozumiemy, że najzupełniej to wystarcza, jeśli dusza ma władzę nad własnem ciałem, bo przez nie nabiera władzy nad zewnętrzną przyrodą.
Dopiero więc analiza "pracy" klasyków upewniła nas, że osobniki ludzkie stanowią najrzeczywistszą mieszaninę "przyrody" z bogactwem. Należą mianowicie zrazu do czystej przyrody jako produkty czystego życia, jako dzieła przyrody, jako organizmy, zrodzone na drodze fizyologicznej. Bogactwem społecznem - stają się dopiero po wytworzeniu się w nich specyalnie ludzkiego elementu psychicznego.
Przez sam fakt narodzin i cielesnego rozwoju są surową materyą społeczną; czynnikiem społecznym stają się dopiero przez ducha, który się w nich formuje w ciągu życia.
Powiedzieliśmy, że twórcą dusz jest Naród przez mowę. Zgodzić się z tem łatwo, albowiem tylko owa trwała i płynna struktura, która oplata wszystkich, przeobraża ustawicznie struktury psychiczne osobników jedne pod wpływem drugich. Treść albo jakość duchowa dzieci (będących materyałem uniwersalnym na ludzi), urabia się przedewszystkiem przez mówienie z wychowawcami. Nowy człowiek, nawet wówczas, gdy przynosi ze sobą pewne skłonności dziedziczone, staje się duchowo tem, czem go uczyni bezpośrednie jego otoczenie ludzkie. Z nieprzejrzanej struktury mówionego, wibrującej w narodzie i będącej źródłem życia duchowego, każdy osobnik czerpie (przez obcowanie społeczne) tę tylko drobną cząstkę, która krąży w jego sferze i dlatego drobna zrazu i niezróżnicowana dusza dziecka, materyał bardzo plastyczny i niemal uniwersalny czyli wszechludzki, kształtuje się wyłącznie na obraz i podobieństwo dusz otaczających. Świat pozostałych wpływów jest mu zgoła jeszcze obcy i nieznany i dopiero później zaczyna przeobrażać i rozwijać strukturę psychiczną, uformowaną już do pewnego stopnia w środowisku rodzinnem. Należy wszakże o tem pamiętać, że ów łącznik, jako struktura czysto fizyczna, nie jest wcale tem samem, czem struktura kategoryi psycho-fizycznej, czyli, że mówione nie zawiera w sobie wcale myśli lub uczuć, lecz tylko ich symbole, że tedy obce myślenie i uczuwanie wcale nie przenosi się w innego człowieka, lecz tylko wzbudza w nim myśli i stany psychiczne i wzbudza tylko takie, które mogą się. ułożyć z materyału duchowego, już uformowanego w osobniku i które układają się istotnie w sposób konieczny i dostateczny, ale indywidualny. Z osobnika do osobnika nie przenikają nigdy ani gotowe myśli obce, ani ściśle takie same, jakie były w mówiącym, lecz tylko układają się możliwie podobne. Mamy tu oddziaływanie konkretnych i rozmaitych dusz, ale przez szablonowy łącznik, więc podobne w zasadzie do oddziaływania stałych czynników środowiska naturalnego na wszelkie jestestwa żyjące. Jakiś czynnik przyrody, np. promienie świetlne, działają wprawdzie jednakowo w danej chwili na wielką liczbę jestestw różnych, działają jednakowo i szablonowo, ale mimo to, efekty jednakowego bodźca muszą być w każdym gatunku organizmów i w każdym nawet osobniku różne, poprostu z powodu ich wewnętrznej niejednakowości. W tych warunkach staje się oczywistem, że strukturę psychiczną osobnika ludzkiego, czyli duszę jego urabia pośrednio otoczenie ludzkie, bezpośrednio jednak łącznik społeczny. Gdyby nas urabiały otaczające osobniki - musielibyśmy być do nich podobni, że zaś wpływ ich jest tylko pośredni, utrzymuje się z jednej strony pewna niezależność od nich czyli indywidualność, z drugiej pewna przeciętność ogólnoludzka, płynąca z szablonowości czynnika, kształtującego bezpośrednio.
12. Druga kategorya kapitału.
Kiedyśmy stwierdzili istnienie dwóch bogactw zupełnie odrębnych, ale doskonale określonych, mianowicie istnienie
- materyi społecznej
- i potęgi społecznej,
nadto, kiedyśmy w nieokreślonej "pracy człowieka" (albo "industry") rozróżnili dwa jej składniki odrębne, (mianowicie przyrodę czystą, równą siłom fizycznym, oraz potęgę społeczną, czyli oddziaływanie duszy), i kiedyśmy się przekonali, że klasyczna "praca ludzka", zależnie od przewagi w niej tego drugiego elementu, może być w bardzo niejednakowym stopniu produkcyjna, możemy teraz powrócić do kwestyi kapitału, odłożonej na bok do czasu, póki nie określimy sobie dokładnie pracy ludzkiej.
W rozdziale 2-im było powiedziane, że wyrazem kapitał najpowszechniej oznaczane bywa takie dobro ludzkie, które jest potrzebne lub użyte do wytwarzania nowych dóbr ludzkich. Różnica więc między zwykłem materyalnem dobrem ludzkiem (=bogactwem), a kapitałem polega na tem, że kapitał zużywa się na to, aby się pojawił w nowej formie jakiegoś bogactwa.
Jeżeli ta ogólna definicya nie jest mylna, to obecnie zjawiają się nam z konieczności także dwa rodzaje kapitału.
Stosując klasyczna definicyę kapitału do "potęgi społecznej", musimy nazwać kapitałem również tę cześć władz duchowych (rozumu, uczuć i woli) narodu lub osobnika, która jest potrzebna lub użyteczna, w chwili pracowania, do wytwarzania nowego bogactwa, do wytwarzania bądź nowej materyi społecznej (=bogactwa materyalnego), bądź też nowej potęgi społecznej (=dóbr duchowych).
Zwracaliśmy już uwagę (rozdz. 2) na okoliczność, że niemal każde dobro ludzkie materyalne może być przeobrażone w kapitał, ten zaś równie łatwo w proste dobro ludzkie. Kapitał mieni się w oczach, niby go niema - i nagle zjawia się choć nic realnie nie przybyło. Gdy "dobro ludzkie" czyli "bogactwo" nie znika póty, póki rzecz sama nie znika, nie tak jest z kapitałem. Ten może przestać istnieć, choć rzecz nie znika. Rzecz traci tylko charakter kapitału, nie ginąc wcale, lub odwrotnie, nabywa nagle tego charakteru, nie powstając zgoła, gdyż była już przedtem, jako bogactwo.
To wszystko stosuje się do bogactwa duchowego, czyli do potęgi społecznej. Dopóki osobnik nie oddaje się pracy produkcyjnej, póki reprezentuje jedynie pewną sumę bogactwa duchowego, póty sam będzie tylko bogactwem. Kapitałem (duchowym) staje się jego bogactwo duchowe dopiero z chwilą oddawania się pracy produkcyjnej materyalnie lub duchowo. Ale i wówczas, bez względu na doniosłość i rozległość całego bogactwa, które w swej osobie reprezentuje, ta tylko jego część nabiera znaczenia kapitału, która jest potrzebna i użyteczna w jego pracowaniu. Reszta pozostaje nadal prostem bogactwem.
Podobnie, jak materya społeczna może być albo tylko bogactwem, albo jeszcze i kapitałem, tak samo może być potęga społeczna albo tylko bogactwem, albo także jeszcze kapitałem. Stwierdzamy tedy istnienie dwóch kategoryi kapitału, których rola i ważność nie są jednakie.
Kapitał bowiem duchowy tem różni się od materyalnego, że jest pierwszym i niezbędnym warunkiem bogactwa materyalnego, a nawet wogóle bytu społecznego.Biorąc rzecz przyrodniczo, odgrywa on literalnie rolę życia, samego. Gdyby bowiem bogactwa duchowego nagle nie stało, albo gdyby przestało być czynną i twórczą siłą społeczną, czyli kapitałem, wówczas zdarzyłoby się ze społeczeństwem to samo, co się zdarza z organizmem, gdy zawieszają się w nim czynności życiowe odtwórcze i twórcze. Stałoby się trupem. Stagnacya w odtwarzaniu się bogactwa duchowego pociągnęłaby rychło zupełną stagnacyę w odtwarzaniu się materyalnego. Przemiana materyi w społeczeństwie zostałaby zawieszona i rozwój społeczny ustąpiłby miejsca zjawisku szybkiej dezorganizacyi, którego kresem byłoby doszczętne rozłożenie się bogactwa materyalnego w prostą przyrodę, z drugiej zaś strony zanik dusz w narodzie do rozmiarów i znaczenia zwierzęcych.
Pierwszorzedność bogactwa duchowego (potęgi społecznej) w tem się zaznacza, że gdy utracone nagle bogactwo materyalne (materya społeczna) może być względnie łatwo odtworzone w narodzie, w którym nie wygasły mądrość, wiedza, uczucia i wola, - odwrotny stosunek obu bogactw byłby niemożliwy.
I w tej nieodwracalności stosunku obu bogactw do siebie odsłania się najjaskrawiej z jednej strony słuszność, z drugiej wszakże niedokładność dawnego twierdzenia, że źródłem bogactwa jest "praca ludzka". Najogólniej ten wyraz biorąc, jest to prawdziwe z uwagi, że każdej, choćby najprostszej pracy ludzkiej towarzyszy choćby drobna szczypta "potęgi społecznej", następnie, że bierzemy wówczas sumarycznie wszelkie prace ludzkie, bez ich szczegółowego oceniania. Ale gdy weźmiemy pod uwagę, że praca pracy nie równa, że pewnym pracom towarzyszy i przewodniczy niezmiernie wielka ilość kapitału duchowego, (wiedzy i mądrości), gdy innym zaledwie tak minimalna jego ilość, jakiej potrzebują zwierzęta, to zrozumiemy jak dalece wyniki społeczne różnych prac "ludzkich" mogą i muszą być odmienne.
Źródłem bogactwa materyalnego jest tedy nie "praca ludzka", ale twórcza część duszy ludzkiej, czyli kapitał duchowy, połączony z pracą fizyczną ludzką w jedno działanie na przyrodę.
Takiem połączeniem bogactwa duchowego (potęgi społecznej) z pracą fizyczną ludzką (z materyą społeczną) w kapitał społeczny jest każdy osobnik ludzki, czynny produkcyjnie, ale, rzecz zrozumiała, czynne osobniki ludzkie reprezentują mieszaninę tych pierwiastków w niejednakowym i najrozmaitszym wzajemnym stosunku. W jednych osobnikach działa drobna ilość "bogactwa duchowego", w innych bardzo wielka, stąd społeczna doniosłość prac jednego i drugiego może się różnić niezmiernie. Da się to wyrazić w języku ekonomicznym w ten prosty sposób, że osobniki ludzkie reprezentują bardzo rozmaitej wielkości kapitały duchowe, a bardzo jednakowe siły fizyczne.
Dopiero, gdy się to zważy, wówczas odsłoni się w całej nagości, powiem wręcz prostactwo i niedokładność metody, która każe oceniać i mierzyć wartość pracy osobników (t. j. doniosłość społeczną pracowników) samą długością trwania ich pracy, t. j, ilością czasu, poświęconego na pracowanie.
Metoda taka mogłaby być dobrą wówczas, gdyby chodziło o interesowanie się samym wydatkiem sił fizycznych, rzeczywiście dość jednakowych u wszystkich osobników. Ale gdy metoda ta pomija udział w "pracowaniu" indywidualnej potęgi, u jednych nader drobnej, u innych bardzo wielkiej, to zgodzić się musimy, że grzeszy ona krańcową niedokładnością. Uwzględnia bowiem to właśnie, co mogłoby być, jako jednakowe, lub prawie jednakowe, pominięte, pomija zaś to, co samo jedno stanowi o stopniu twórczości, o wydajności pracy oraz o różnicach indywidualnych. Metoda owa dopuszcza się zaś tak ważnego pominięcia pomimo, że na wszelką twórczość społeczną (z wyjątkiem tylko prostej pracy mięśniowej wyrobników), składa się zwykle drobna odsetka sił fizycznych ludzkich, bardzo zaś wielka i niejednakowo wielka, procesów duchowych.
Do tej ważnej kwestyi wrócimy jeszcze na innem miejscu, gdzie to będzie wiązać się z doniosłem zagadnieniem, którego tu jeszcze nie poruszamy, tymczasem zaś, możemy zamknąć ogólne uwagi nad bogactwem duchowem przypomnieniem, że i o wielkości narodu, o realnej mocy jego, a równocześnie o wielkości jego bogactwa materyalnego decyduje wcale nie ilość osobników, nie ilość dusz, lecz ich wielkość oraz jakość. I nie tylko to. Decydującą okolicznością będzie tu jeszcze wielkość kapitału duchowego, czynnego w narodzie. Można bowiem wyobrazić sobie naród, posiadający bardzo znaczną ilość osobników bardzo bogatych duchowo, ale biernych. Wówczas ów naród, bez względu na wielkość swego ogólnego bogactwa duchowego, będzie reprezentował drobny kapitał czynny i może produkować mniej, niż inny naród, znacznie uboższy duchowo, ale za to czynniejszy i bardziej twórczy. Pierwszy będzie wielkością, pogrążoną w stagnacyi, złotem, zamkniętem w skrzyni, drugi małością wprawdzie, ale twórczą, żywotną, więc wzrastającą w siły. Ten będzie jakgdyby mądrym próżniakiem, zjadającym szybko swe bogactwo, tamten niezbyt głęboko uczonym, ale wykwalifikowanym pracowitym dorobkiewiczem, prędko przychodzącym własnemi siłami do potęgi.
Że takie różnice między narodami zdarzają się - o tem świadczy historya na licznych swych kartach, o ile chodzi o przeszłość, ekonomia zaś polityczna, o ile chodzi o teraźniejszość.
13. Głód społeczny.
Poznaliśmy w najprostszym, choć najniezbędniejszym zarysie doniosłą rolę wibracyi mówionego, szczególnego środowiska społecznego, w którem kąpie się niejako człowiek od kolebki aż do zgonu i które nie tylko skraca, lecz wprost niweczy fizyczne odległości między indywiduami. Dzięki mowie i pismu dusze obcują ze sobą bez względu na przestrzeń i czas, kosztem niewielkiego wydatku pracy fizycznej. Obcują nawet z pokoleniami i osobnikami minionemi. Co zaś najważniejsza, one same istnieją tylko dzięki "mówionemu" i władają nietylko siłami innych ciał ludzkich, ale jeszcze siłami martwej przyrody.
Tak szeroka władza czyni z ogółu coś jakgdyby jedno wielkie ciało, a zarazem wielką duszę, splecioną z dusz indywidualnych - władającą narzędziami sztucznemi oraz temi siłami przyrody, które podlegają wpływowi owych narzędzi. Śmiało możemy powtórzyć, że to naród, przez dusze czynnych w nim osobników, stwarza bogactwo z czystej przyrody swego kraju.
Można śmiało utrzymywać, że to myśl rozumna, krzewiąca się w narodzie przetwarza przyrodę w bogactwo. Ale nie sama myśl, dokonywa tego, boć za sprężynę całego procesu twórczego, który wciągnął w swój wir nawet martwe siły przyrody, musimy poczytać sumę dążeń ludzkich czyli aktów woli. Bez woli - bez chcenia, myśl nicby sama nie zdziałała, to jasne.
Lecz zachodzi nowe pytanie, na pozór niezbyt ważne, lecz w gruncie rzeczy ciekawe: czemu to myśl i wola tworzą cośkolwiek? Przecież czysta żądza tworzenia nie może być prawdziwą i zrozumiałą przyczyną ustawicznych i świadomych wysiłków fizycznych, które składają się na pracę twórczą. Przecież do pracy, zwłaszcza natężonej, nikt nie porywa się dla samego pracowania, a choćby dla tworzenia. Chociaż nawet bywa często, że pracujemy dla samej przyjemności, jaką daje pracowanie, to jednak daleko częściej pracowanie stanowi przykrość. Czemuż nawet w takich razach pracujemy? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy, wciągając do naszego rozważania trzeci psychiczny składnik duszy - czucie, przeobrażone na stopniu społecznym w znacznej części w uczucia ludzkie.
Jeżeli prawdą jest, że często pracujemy dla samej przyjemności pracowania, to o wiele częściej, a nawet z zasady - zawsze pracujemy dla uniknięcia przykrości, czyli pobudzani chęcią pozbycia się uczucia przykrego, poniekąd cierpienia. Aby to w pełni zrozumieć, dość zważyć, czem jest żywot zwierząt w stanie natury. Jest on nieustannem odczuwaniem potrzeb, dążnością do ich zaspokojenia oraz zaspakajaniem kosztem pewnych wysiłków. Jest mniej lub więcej świadomą walką z odczuwanym brakiem. Życie zwykłe, zwierzęce - to niekończący się szereg wysiłków, zmierzających do zastąpienia uczucia cierpienia przez uczucie zadowolenia. To przedewszystkiem dążenie do sytości.
Otóż stan społeczny w niczem nie może być ani gorszy ani lepszy od "stanu natury", boć różni się tylko skomplikowaniem i obszernością skali odczuć; on jest tylko najszerszem rozwinięciem zjawiska życia, a więc i czucia. A zatem sprowadzony do ostatecznych ogólników, musi być tem samem, różniąc się tylko podwójnością potrzeb.
Zwierzęca dążność do sytości, do zadowolenia fizyologicznego, będąc potrzebą ciała, nie milknie w żadnym osobniku ludzkim, choćby najbardziej uduchowionym. Druga dopiero dążność, rozpościerająca się nad tamtą, owa skomplikowana - jest już czysto-społeczną potrzebą duchową.
Zdawałoby się, że tę drugą łatwiej zaspokoić, ale to tylko pozór. Obie kategorye głodu jednako są nienasycone, gdyż pierwsza, głód fizyczny, lubo daje się względnie łatwo zaspokoić przez pokarm, to przecież odnawia się uporczywie w ciągu całego żywota, druga znowu ma to do siebie, że chociaż mogłaby, teoretycznie biorąc, znaleść kres, - nie znajduje zaspokojenia, - bo stale wzrasta.
Jednostki ludzkie dążą do stanu "sytości" społecznej przez cały żywot, ale dążą napróżno, bo kres jego w miarę zaspakajania, ustawicznie się oddala. Człowiek, choćby miało ciało syte, żyje w ustawicznej pogoni za zadowoleniem swych potrzeb i pragnień ludzkich i bez względu na stopień powodzenia rzadko znajduje uspokojenie, albowiem wciąż sięga po nowe zadowolenia, sięga zaś dla tego, że w miarę wspinania się wyżej - widzi szerzej i dostrzega coraz nowe i coraz liczniejsze przedmioty, godne pożądania.
To, co budziło zrazu tylko prostą ciekawość, uczucie miłe, po pierwszem zaspokojeniu staje się rychło pożądanem, więc brak tego wywołuje już lekką przykrość, której pragniemy się pozbyć przez nowe zadowolenie pożądania. Ale po krótkim względnie szeregu zaspokojeń staje się ono już potrzebą, której niezaspokojenie przyprawia o cierpienie.
Oczywiście owo cierpienie usiłujemy z tem większą energią usuwać, im jest dotkliwsze, ale, rzecz dziwna, zaspakajanie dalsze nie daje nam już tej sumy zadowolenia, co początkowo, bo przyzwyczajenie stępiło uczucie przyjemności. Przykrość z braku doznawanego zjawia się zawsze, ale żywe zadowolenie pierzchło; a więc jeżeli nie odczuwamy z tej strony braku, wnet zjawia się inna zupełnie ciekawość, nowe pożądanie, nie będące jeszcze głodem, bo dopiero zdrowym apetytem, ale będące zarodkiem przyszłych cierpień i radości. Jeżeli bowiem ów drugi apetyt dozna raz zaspokojenia, co da nam uczucie żywego zadowolenia, i jeżeli będzie się stale zaspokajać, - już przeobrazi się w potrzebę nową, której nie zaspokojenie przyprawi nas o prawdziwe cierpienie, natarczywie domagające się ukojenia.
Więc żołnierz marzy o stopniu podoficera, ale zostawszy nim, marzy o stopniu oficera; stawszy się kapitanem - radby być pułkownikiem i t. d. Jenerał marzy o buławie marszałka. Mieszczanka marzy o herbach, szlachcianka o wyższym tytule, hrabianka o księciu, handlarz o coraz większych "obrotach" i zyskach, posiadacz miliona o drugim milionie, drobny talencik o sławie, większy o pomniku. Każdy człowiek zdrowy krząta się. tak właśnie, jakby był wiecznie głodny, i jest on istotnie głodny tym głodem społecznym, który nigdy nie daje się nasycić. Sięgamy po coraz nowe zadowolenia, bo istotnie cierpimy brak idealny, tylko nie wszyscy rozumiemy, że dusza zawsze musi cierpieć (pragnąć czegoś), aby doznawać zadowoleń, zupełnie tak samo, jak ciało zawsze musi doznawać głodu, aby doznawało przyjemności jego zaspokajania. Różnica ta tylko, że dusza musi wynajdywać coraz nowe przedmioty, na których kanwie osnuwają się kontrasty czuć przyjemności i przykrości, pragnień i zadowoleń, gdy ustrój cielesny automatycznie dochodzi do czucia głodu. Głód społeczny sięga w najidealniejsze nawet sfery działalności. Artysta dąży do większej doskonałości, mędrzec bezinteresowny do poznania coraz trudniejszych zagadek, nawet dobroczyńca marzy o świadczeniu jeszcze więcej dobra. Na tle elementarnej walki o sytość toczy się więc na wyżynie bytu w cywilizacyi druga jej edycya, "szlachetniejsza", przejawiająca się już w formach skomplikowanych, tak rozwiniętych, że trudno w nich rozpoznać jej prototyp.
Różnie można taką walkę nazywać. Bywa ona walką o utrzymanie się na poziomie raz zdobytym, częściej bywa dążeniem naprzód, zdobywaniem tego samego, co mają inni. Sprężyną jej głód materyi społecznej lub potęgi społecznej, głód posiadania, władzy, wiedzy lub rozkoszy. Ponieważ zaś marzeniem każdego jest posiadanie więcej, (materyi lub potęgi), stąd nieustanne kolizye sprzecznych interesów i wysiłki.
Materyalne dobra, niby piłka w ręku dzieci, przechodzą z rąk do rąk i stają się przedmiotem pożądania ogólnego. Pogoń ta nie daje nikomu spocząć - i ona to nie pozwala na upraszczanie się cywilizacyi, na niwelowanie się zróżnicowań, lecz owszem, popycha do coraz nowych skomplikowań.
Ekonomiści szkoły Marxa potępiają całe te wyścigi, a zwłaszcza szczęśliwszych lub dzielniejszych, bo nie zdawali sobie sprawy z natury zjawiska społecznego. Ale kto głębiej urnie patrzeć w świat przyrody, ten nawet z punktu widzenia gospodarczego nie będzie pytał: co znaczą te wyścigi, i czem są bodźce do nich: cierpienie i rozkosz? Wystarczy, gdy wzniesie się na wyżynę filozofa przyrody. Wtedy bowiem ujrzy, że to, co żyje - usiłuje trwać. Żeby się alegorycznie wyrazić, Naturze nie chodzi o przyjemność osobnika, ale chodzi o jego byt, o trwanie. Więc, aby ciało usiłowało trwać - musi ono doznawać głodu i musi doznawać przyjemności w jego zaspokojeniu - bo tylko te uczucia instynktowne, nie pozwalają zginąć zwierzęciu. Otóż to samo jest z głodem społecznym. Naturze społecznej nie chodzi również o przyjemność indywiduów, ale tylko o byt utworu, który raz powstał. Bez tego głodu, bez tych cierpień duchowych, których doznajemy - nie byłoby cywilizacyi, duch nie dążyłby do tworzenia, Cywilizacya do rozwoju. Jest to więc poprostu także instynkt życia cywilizacyi. Zanikanie w osobniku dążności twórczej musi być przeciwne naturze zjawiska społecznego i dla tego obwarowane jest od dołu cierpieniem, a od góry perspektywą zadowolenia. To też indywidua, popadłe w obojętność i w bezpłodność społeczną, rychło wyprowadza poza nawias cywilizacyi, a nawet życia.
Dążność do stanu sytości społecznej i w tem jest podobna do zwykłego uczucia głodu fizyologicznego, że w okresie pełni sił i rozwoju narodu lub osobnika - nagromadza więcej, niż niszczy, wchłania od zewnątrz więcej, niż wydziela, czyli, potrącając zużyte, stanowi dążność wybitnie twórczą, stanowi czynnik, nagromadzający bogactwo społeczne obu kategoryi tak samo, jak w organizmie jest czynnikiem wywołującym rozrastanie się ciała.
14. O własności osobistej i wolności człowieka.
Na tle tylko co przeprowadzonych porównań świata przyrody i świata społecznego zjawia się natarczywie pytanie, do kogo mają należeć owoce pracy osobnika ludzkiego? Czy do niego samego, czy do społeczeństwa? Zjawia się kwestya prawa własności osobistej, prywatnej. Prawo to oddawna prawodawcy i ekonomiści poddawali uzasadnianiu, krytyce lub negacyi. Tłumaczono nam dobrotliwie, że własność prywatna powinna być uznaną, albowiem jest pobudka do pracy, wytrwałości, zabiegliwości, oszczędności. To znowu odnoszono się do niej, jako do źródła złego, albowiem rozwija chciwość, egoizm i t. d., wreszcie zarzucano, że ona to stała się źródłem podziału społeczeństwa na klasy, podstawą olbrzymich różnic w uposażeniu, źródłem wyzysku, nędzy i t. d., i t. d.
Zdaje się, że większość tych rozpraw byłaby zbyteczną, gdyby po rozwiązanie kwestyi zwrócono się do samej przyrody która je oddawna rozwiązała.
Pytanie: czy mamy prawo do całkowitych owoców swej pracy należy postawić przedewszystkiem na tle pytania: czy zwierzę ma takie prawo i czy człowiek, zostawiony na łonie czystej przyrody, ma je również?
Na tym punkcie niema żadnej wątpliwości. Wszystkie prawodawstwa zgadzają się, że dzieła czystej przyrody, będące dobrem niczyjem, każdy może brać darmo.
Tak biorą prawe zwierzęta, zostające na łonie czystej przyrody, tak bierze i człowiek, znajdujący się na łonie niczyjej przyrody.
Obdarzony temi samemi instynktami, radby brać zawsze darmo wszystko, czego zapragnie, ale tymczasem, przychodząc do społeczeństwa, t. j. przychodząc do rozumu z okresu dziecinnej nieświadomości, wszędzie natrafia na własność cudzą, na zakaz; wszędzie za to, co chce otrzymać od innych dla siebie, każą mu płacić zrazu prośbą (dopóki jest dzieckiem i nie umie pracować), później praca. Rychło powiadają mu, że chcąc mieć - trzeba tworzyć, czyli pracować użytecznie, bo gdybyśmy wszyscy chcieli brać darmo, (przemocą albo prośbą), prędko wszystkobyśmy zużyli i nie byłoby co brać, prócz przyrody. Rychło nicbyśmy wszyscy nie mieli.
Skąd taka różnica miedzy światem zwierzęcym, a ludzkim, że zwierzęta biorą darmo, ludziom zaś każą pracować? Różnicy żadnej niema. Polega ona na prostem złudzeniu, że zwierzę bierze coś darmo. Tak nie jest.
Ono za to co bierze, płaci tem, co ma, siłą i nawet nie wie o tem, że każdy jego wysiłek jest hojną zapłatą, bo życie całe upływa mu na zabiegach w celu podtrzymania życia. O ile zaś ma liczne chwile spoczynku, zadowolenia, rozkoszy, to równoważą się one chwilami niepokojów, odczuwań braku (głód, pragnienie), oraz cierpień. Praca zatem, to wcale nie wynalazek ludzki, jakby się zdawało. I zwierzęta na swój sposób pracują, a nawet ciężko pracują - cala różnica, że nie wiedzą o tem, gdy człowiek najczęściej ma świadomość swej pracy, a co więcej pracuje nie instynktowo, ale celowo. Zatem dopiero wiedza i umiejętność jest jego wynalazkiem i wespół z "pracą" dają mu to, za czem ludzie gonią.
Jedynie tylko niczyje może się stać mojem przez prosty akt wzięcia w posiadanie (siła własną). Poza tem, mojem może już być tylko to, co nie istniało wcale i co sam powołałem do istnienia, co sam stworzyłem.
Dzieła więc ludzkie charakteryzują się tem, że stanowią własność czyjąś, twórcy lub posiadacza, grupy twórców lub posiadaczów, albo wreszcie całego społeczeństwa. Gdy mojem może być przedewszystkiem to, co było niczyje, a następnie co sam stworzyłem, przeto prawo do całkowitych owoców swej pracy wydaje się być pierwszem społecznem prawem osobnika, opartem na prawach natury.
Francuska "Deklaracya praw człowieka i obywatela" z roku 1789 (artykuł drugi i siedmnasty) głosi, że "własność jest przyrodzonem prawem człowieka i obywatela, prawem świętem i nietykalnem".
Skoro jednak z obozu socyalistów syndykalistów i komunistów rozbrzmiewają donośne protesty, odmawiające osobnikowi bądź prawa do bogactwa osobistego, bądź prawa do kapitału osobistego, - wypada sprawdzić, kto się myli? Ku temu posiadamy obecnie jeden środek, ale pewny, od chwili gdyśmy się przekonali, że nawet sami
czwartek, 15 lipca 2021
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Przebudzenie
Marsze Polaków za pokojem – 19 października w Rzeszowie , 26 października w Szczecinie budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...
-
Sokrates – grecki filozof słynął ze swych opowieści dydaktycznych i innych moralnych rad z zakresu – dziś nazwalibyśmy to – stosunków międz...
-
Wiele się obecnie rozprawia o znaczeniu wszechoceanu, z drugiej zaś strony lądów – głównie Eurazji – w starciu o panowanie nad światem. Zas...
-
A to dopiero zakpiła sobie z obywatela Tuska Donalda Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje! Kiedy Naczelnik Państwa, co to najpierw patronował spr...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz