Rewolucja źdźbła słomy - Masanobu Fukuoki
Wstęp
Może to nie przypadek, że książka pt.: „Rewolucja źdźbła słomy" Masanobu Fukuoki ukazuje się teraz na polskim rynku wydawniczym. Chociaż napisana została ponad 30 lat temu w dalekiej Japonii, jej treść zamiast stracić, zyskała z czasem na wartości. Istnieje co najmniej kilka powodów uzasadniających powyższe stwierdzenie:
Narastający brak satysfakcji i radości z życia wśród ludzi uwikłanych w system cywilizacji konsumpcyjnej.
Niepohamowana żarłoczność tejże cywilizacji, która zmierza do całkowitej eksterminacji środowiska naturalnego, a co za
tym idzie, w konsekwencji zagraża nie tylko przyrodzie, lecz również samemu człowiekowi.
Zakłócenie systemu odpornościowego w organizmach ludzi i zwierząt (przede wszystkim hodowlanych), skąd coraz więcej chorób „cywilizacyjnych".
Rosnący efekt cieplarniany, którego oddziaływanie mogliśmy obserwować doskonale zimy (2006/2007 r.) zbliża nasze warunki klimatyczne do tych, które dawniej występowały w „ciepłych krajach". Efekt ten zakłóci metabolizm roślin tradycyjnie uprawianych na polskiej wsi. Z drugiej strony stworzy szansę zastosowania upraw uważanych przez nas za egzotyczne: oliwki, soja, a może nawet ryż i cytrusy.
Polskie rolnictwo (zwłaszcza obszary wschodnie) nie zostało jeszcze tak zniszczone nawożeniem chemicznym, jak to na Zachodzie Europy, czy w Japonii, dlatego wciąż mamy szansę bezpośrednio przestawić się na uprawy biologiczne unikając totalnej dewastacji gleby. Nie musimy powtarzać błędów rolnictwa przemysłowego, jakie popełniono na Zachodzie, w USA, czy byłym Związku Radzieckim.
Jakiekolwiek zmiany i konsekwencje niekontrolowanego rozwoju cywilizacyjnego spotkają nas w najbliższym dziesięcioleciu, pewnym jest, że bez „skazania się" na katastrofę, nie da się utrzymać na dotychczasowym poziomie dalszego wzrostu ekonomicznego gospodarki światowej.
Masanobu Fukuoka jest jednym z prekursorów „permakultury" - trwałej kultury nie zagrażającej życiu Planety. Termin „permakultura" stworzony został przez Billa Mollisona w latach 70-tych, autora obszernego dzieła poświęconego alternatywnemu, samowystarczalnemu gospodarowaniu („Permaculture, A Designers Mannual). Jako metoda eksperymentalna permakultura tworzy realną alternatywę wobec technicznej cywilizacji przemysłowej. Daje wizję życia wspólnotowego opartego na egalitarnych zasadach zgodnych z Prawami Natury. Powstające obecnie na całym świecie ekowioski i rolnicze wspólnoty, oparte o biologiczną produkcję żywności, oraz wykorzystanie odnawialnych źródeł energii, są praktycznym dowodem na to, że idee autora książki „Rewolucja źdźbła słomy" nie są utopijne.
Okazuje się zatem, że można żyć w harmonijnych społecznościach, opartych na współpracy,
a nie na rywalizacji, dzielić radość z ludźmi, zwierzętami i całym otoczeniem zamiast osiągać złudne materialne cele (świat
„gadżetów" lub spreparowane „sztuczne" wirtualne życie).
Należy wyjaśnić, że książka ta jest zbiorem wypowiedzi Fukuoki zredagowanym
i przetłumaczonym przez jego „studentów" mieszkających z nim na farmie w latach 70-tych.
Trudność przekładu polegała na tym, że tekst nie jest tłumaczony z języka oryginalnego. Tłumacz ma nadzieję, że choć w części oddał żywą, bezpośrednią ekspresj ę wypowiedzi Masanobu Fukuoki oraz jego specyficzne poczucie humoru. Zamieszczamy również Wprowadzenie z wydania angielskiego napisane przez tłumacza i współwydawcę pierwszego wydania Larrego Korna.
Książka jest jeszcze ciekawa z innego powodu, poza merytorycznym. Ukazuje żywą osobowość człowieka „oświeconego", aktywnie zaangażowanego w życie i utrzymującego się dosłownie z pracy własnych rąk. Łamie to pewien stereotyp orientalnego „guru",
który jedynie poucza innych co mają myśleć i co mają robić, sam utrzymuj ąc się jedynie z „dotacji" wiernych uczniów.
Autor polskiego tłumaczenia wraz z rodziną wybrał życie na wsi, bliżej Natury, uprawia biologiczny ogród, stara się również zainspirować innych do wkroczenia na ścieżkę większej samowystarczalności, odpowiedzialności za siebie i swoje
otoczenie. Organizuje również warsztaty i spotkania permakultury. Dzięki temu znalazł szczerą motywację do tłumaczenia „Rewolucji źdźbła słomy".
Na koniec dziękuję Wojtkowi Zborowskiemu za inspirację i pomoc w wydaniu książki, oraz mojej partnerce Monice Podsiadłej za udział w opracowaniu tłumaczenia.
[align=right:1ekw6vyd]Andrzej Młynarczyk
[/align:1ekw6vyd]
Wstęp do indyjskiego wydania książki Rewolucja źdźbła słomy.
Partap C. Aggarwal
Pierwszy raz dowiedziałem się o książce Fukuoki „Rewolucja źdźbła słomy" z amerykańskiej gazety „Mother Earth News" w końcu roku 1983. chociaż artykuł był krótki, miał w sobie wielką siłę i jakąś magię. Spowodował we mnie niezaspokojone pragnienie, aby zdobyć tą książkę i j ą przeczytać.
Mieszkałem wtedy we wspólnocie Rasulia (Friends Rural Center, Rasulia, India) i nie było wokół, w pobliżu żadnej księgarni.
Wobec tego napisałem do przyjaciółki w Londynie. Odpowiedziała od razu, ale wysłała książkę zwykłą pocztą. Taka przesyłka z Londynu do Indii może trwać 6 miesięcy, wobec czego poprosiłem jeszcze innego przyjaciela, aby przysłał mi kopię książki pocztą lotniczą i ta przesyłka przyszła szybko.
Nigdy nie zapomnę, jak po odebraniu przesyłki z rąk listonosza od razu usiadłem w cieniu odosobnionego drzewa i czytałem ją aż do zmierzchu. Dzięki temu, że w naszej chacie nie musieliśmy rozpalać ognia tego popołudnia, nie musiałem robić przerwy w czytaniu książki.
Prawdę powiedziawszy skończyłem ją czytać w nocy, przed pójściem do łóżka. Następnego ranka cały czas wszystkim o niej opowiadałem. Wieczorem zaprosiłem grupę przyjaciół aby podzielić się swoim odkryciem i razem czytać. Skończyliśmy ją czytać w ciągu 6 wieczornych sesji. Wszyscy byli poruszeni. Książka trafiła do naszych serc. Zaczęliśmy dzielić się treścią książki z naszymi gośćmi, którzy okazali 100% zainteresowania.
Wprowadzenie do indyjskiego wydania
Larry Corn
W Południowej Japonii na wyspie Shikoku, blisko małej wioski znajduje się wyjątkowe miejsce i wyjątkowa góra. Na górze tej Masanobu Fukuoka rozwinął metodę naturalnych upraw, która może odwrócić wyniszczający potencjał światowego, nowoczesnego rolnictwa. Jego metoda nie wymaga użycia maszyn, ani chemikaliów, minimalizuje również potrzebę plewienia. Pan Fukuoka nie przekopuje swoich gruntów, nie używa też na polach spreparowanego kompostu. Na swoich polach nie przetrzymuje wody w sezonie wzrostu ryżu tak, jak od wieków czynili hodowcy ryżu na Wschodzie. Grunty na jego polach uprawnych nie są orane od ponad 30 lat, a wciąż wysokość zbiorów jest porównywalna z tymi, jakie osiągaj ą najbardziej produktywne farmy japońskie. Jego metody gospodarowania wymagają o wiele mniej pracy, niż inne. Nie potrzeba w nich spalać paliwa, przez co nie powoduj ą żadnego zanieczyszczenia środowiska.
Kiedy pierwszy raz usłyszałem o Fukuoce, byłem sceptyczny. „Jak to jest możliwe, żeby uprawiać ryż i zimowy jęczmień corocznie, po prostu wyrzucając nasiona na powierzchnię nie zaoranego pola, a do tego osiągać wysokie plony? Musi być w tym coś więcej."
Od kilku lat mieszkałem wtedy z grupą przyjaciół na gospodarstwie w górach, na północ od Kioto. Używaliśmy tradycyjnych japońskich metod uprawy ryżu, żyta, jęczmienia, soi, a także warzyw.
Ludzie odwiedzający naszą farmę często opowiadali o projekcie Fukuoki. Żaden z nich nie pozostawał wystarczająco długo na jego farmie, aby opowiedzieć nam o detalach jego techniki, lecz to, co mówili, było naprawdę ekscytuj ące. Kiedy tylko następowała przerwa w naszych pracach, wędrowałem w inne części kraju, zatrzymując się na farmach i komunach biorąc udział w ich pracach.
Jedną z tych wycieczek poświęciłem na wizytę miejsca Fukuoki, aby zobaczyć rezultaty jego pracy na własne oczy i nauczyć się jak najwięcej. Nie wyobrażałem sobie zbytnio jak on wygląda, ale po wielu opowieściach o tym wielkim nauczycielu, byłem lekko zaskoczony widząc go ubranego w kalosze i strój roboczy, w jaki ubierają się inni zwykli japońscy farmerzy. Jednak jego rzadka, biała broda i pewne siebie zachowanie świadczyło, że spotkałem rzeczywiście wyj ątkową osobę.
Pozostałem na jego farmie kilka miesięcy już tego pierwszego razu, pracując na polach
i w cytrusowym sadzie. W czasie wieczornych dyskusji z innymi studentami, wolontariuszami powoli stawały się dla mnie jasne szczegóły naturalnych upraw i leżąca u ich podstaw filozofia gospodarza.
Sad Fukuoki znajduje się na zboczach góry wznoszącej się nad Zatoką Matsuyama. To jest właśnie „góra", na której adepci naturalnych upraw żyją i pracują. Większość z nich przyjeżdża tak jak ja, z plecakiem na ramionach, bez większych oczekiwań. Zostają na kilka dni lub tygodni, i z powrotem znikają u podnóża góry. Mieszka tu również bardziej stała grupa 4-5 osób, które pozostają na rok, lub dłużej. W ten sposób przebywało tu i pracowało bardzo wielu ludzi, mężczyzn i kobiet.
Nie ma tu nowoczesnych wygód. Wodę do picia przynosi się wiadrami ze strumienia, posiłki gotowane są na otwartym ogniu w chatkach, a wieczorem do oświetlenia służą świece i lampy naftowe.
Na górze rośnie wiele użytecznych, dzikich ziół i warzyw. Ryby, kraby i małże można łowić w pobliskich strumieniach, a oddalone o kilka mil Morze Wewnętrzne jest pełne jadalnych wodorostów.
Rytm prac zależy od pogody i sezonu. Dzień pracy zaczyna się około 8, później jest godzina przerwy na śniadanie (2, lub 3 godziny w czasie upalnego lata). Studenci wracają do swoich chatek przed zmierzchem.
Poza pracami rolniczymi są takie codzienne zajęcia jak: noszenie wody, rąbanie drewna opałowego, gałęzi, gotowanie, przygotowanie gorącej kąpieli, zajmowanie się gęśmi, karmienie kurczaków i zbieranie jajek. Trzeba też doglądać pszczelich uli, reperować stare,
a czasem wznosić nowe chatki, przygotowywać miso (pasta sojowa), oraz tofu (twarożek sojowy).
Pan Fukuoka przeznacza miesięcznie 10 tysięcy jenów (około 35 dolarów) na dodatkowe wydatki dla całej społeczności. Większa część z tej sumy jest przeznaczana na zakup sosu sojowego, oleju roślinnego, zapałek i innych niezbędnych rzeczy, których produkowanie
na małą skale jest nie praktyczne. Resztę swoich potrzeb studenci muszą zaspokajać polegaj ąc na zbiorach tego, co wyhodują, na tym, co jest osiągalne w najbliższym otoczeniu, lub na swojej pomysłowości. Nie bez przyczyny Fukuoka oferuje studentom tak proste, niemal prymitywne warunki, sam
z resztą żyje w ten sposób od wielu lat wierząc, że prostota życia budzi wrażliwość potrzebną rolnikowi do otwarcia się na Naturę.
W rejonie wyspy Shikoku ryż jest uprawiany w rozległych dolinach, a cytrusy na okalających wzgórzach. Farma Fukuoki zawiera 1,25 akrów pól ryżowych (około 1/2 ha) i 12,5 akra sadów cytrusowych. To wydaje się niewiele w skali Zachodniego rolnictwa, jednak wszystkie prace są tu wykonywane ręcznie z pomocą tradycyjnych narzędzi rolniczych. Wobec tego, utrzymanie tej relatywnie małej przestrzeni wymaga wielu rąk do pracy.
Fukuoka pracuje razem ze studentami na polach i w ogrodzie, lecz nikt dokładnie nie wie, kiedy pojawi się w danym miejscu. Ma on niezwykłą zdolność pojawiania się nagle w tych miejscach, gdzie studenci zupełnie go nie oczekują. Jest niezwykle energicznym człowiekiem, wciąż opowiadaj ącym o tym, lub owym.
Czasami zbiera studentów razem, aby porozmawiać na temat ich aktualnej pracy, często pokazuje w jaki sposób można ją wykonać łatwiej i szybciej. Innym razem opowiada o cyklu życia jakiegoś chwastu, lub chorobie grzybowej w sadzie, robiąc dygresję do swoich przeszłych doświadczeń.
Omawiając swoje sposoby upraw, uczy też fundamentalnych umiejętności niezbędnych dla rolnika. Podkreśla ważność odpowiedniego dbania o narzędzia i jest niestrudzony w demonstrowaniu ich użyteczności.
Jeżeli osoba nowoprzybyła spodziewa się, że „naturalne" uprawy polegają na tym, że my siedzimy w fotelu i patrzymy, a wszystko dookoła rośnie, Fukuoka szybko uświadamia, że jest wiele rzeczy, które trzeba wiedzieć i wykonać.
Mówiąc wprost, „naturalne" rolnictwo to jedynie polowanie i zbieractwo. Świadoma uprawa plonów stanowi kulturową innowację, która wymaga odpowiedniej wiedzy i stałego wysiłku. Fundamentalną różnicą pomiędzy uprawami Fukuoki a innymi, jest to, że współpracuje on
z Naturą, nie próbuje pobudzać jej stosując środki przymusu.
Wielu gości przybywa, by spędzić tu jedno popołudnie, mimo to, pan Fukuoka cierpliwie oprowadza ich po całym terenie. Bardzo często można go zobaczyć wspinającego się ścieżką w górę z grupą 10 lub 15 sapiących gości. Na początku nie było tak wielu odwiedzających. Całe lata, kiedy odkrywał swoją metodę, Fukuoka miał minimalny kontakt z otoczeniem.
Jako młody człowiek opuścił rodzinną wioskę i udał się do Yokohamy, gdzie po studiach otworzyła się dla niego kariera mikrobiologa. Stał się specjalistą do spraw chorób roślin
i przez kilka lat pracował w laboratorium jako inspektor rolniczy. Właśnie w tym czasie, będąc jeszcze dwudziestopięcioletnim młodym człowiekiem, Masanobu Fukuoka doświadczył samorealizacji, która stała się podstawą dla jego całego późniejszego życia i przewija się jako podstawowy temat tej książki. Porzucił swoj ą pracę naukową w mieście, powrócił do swojej rodzinnej wioski, aby potwierdzić praktycznie prawdziwość swoich doświadczeń.
Podstawowa idea przyszła do niego pewnego dnia, kiedy przemierzał ugór nie uprawiany przez lata. Nagle zobaczył zdrowe, kiełkujące ziarenka ryżu przebijające się przez gąszcz traw i chwastów.
Od tego momentu przestał utrzymywać wodę na swoim polu ryżowym. Przestał też wysiewać ryż na wiosnę, a zamiast tego wysiewał nasiona na jesieni, wrzucając je bezpośrednio na powierzchnię gleby, pomiędzy ubiegłoroczną słomę, która w naturalny sposób opadła
na glebę. Zamiast plewić pole, w celu pozbycia się chwastów nauczył się kontrolować ich ilość poprzez ściółkowanie słomą oraz uprawianie białej koniczyny.
Kiedy po pewnym czasie zauważył, że warunki gleby polepszyły się i zaczęła ona lepiej plonować, zabiegi uprawne ograniczył do minimum. Pozwolił w ten sposób na koegzystencję społeczności wielu roślin i zwierząt na swoich polach. Ponieważ większość ludzi z Zachodu, również rolników, nie ma większego poj ęcia
o płodozmianie ryżu i zimowego jęczmienia, a jest to temat często poruszany w książce, wydaje mi się stosownym powiedzieć kilka słów na temat tradycyjnego, japońskiego rolnictwa. Początkowo skiełkowany ryż był wsadzany
bezpośrednio w rozlewiskach rzek,
w sezonie deszczowym. Przystosowano też niektóre wzniesienia robiąc tarasy i zatrzymując w nich wodę górskich strumieni, nawet wówczas, kiedy sezon wylewu rzek już minął.
W metodzie tradycyjnej, używanej w Japonii do końca Drugiej Wojny Światowej sadzonki ryżu są umieszczane w specjalnie do tego przygotowanych rozsadnikach. Kompost
i naturalny nawóz jest rozsypywany na polu, które następnie jest nawadniane i gracowane do konsystencji płynnego błota.
Kiedy sadzonki mają około 8 cali wysokości są przenoszone ręcznie na pole. Pracując nieprzerwanie doświadczony rolnik może rozsadzić około 1,3 akra w ciągu dnia. Dlatego pracę tą przeważnie wykonuje wiele osób pracujących razem. Kiedy już sadzonki są wsadzone, pole jest lekko uprawiane motykami pomiędzy rzędami. Następnie ręcznie usuwa się chwasty i czasem zaściela.
Przez 3 miesiące pole pozostaje nawodnione. Woda stoi około 1 cala (2,5cm), lub więcej nad powierzchnią gruntu. Zbioru ryżu dokonuje się za pomocą sierpów. Dojrzały ryż jest związywany w wiązki i zawieszany na drewnianych lub bambusowych żerdziach na kilka tygodni, aby wysechł przed młóceniem. Od momentu przesadzania do zbiorów, praktycznie każdy cal pola jest ręcznie przepracowany co najmniej czterokrotnie. Kiedy zbiory ryżu są zakończone, pole znowu jest odchwaszczane, a powierzchnia gruntu jest formowana w podłużne pryzmy około stopy wysokości (ok. 30 cm) umożliwiające odpływ reszty wody. Ziarno ryżu lub jęczmienia jest zebrane na szczyt wzgórza i przykryte ziemią na okres zimowy.
Taka stała kolejność pracy była możliwa poprzez precyzyjnie ustawiony program i dbałość
o dobre nasycenie gleby organiczną materią bogatą w podstawowe składniki odżywcze.
Jest godnym podziwu, że używając tradycyjnych metod, japońscy rolnicy zbierali corocznie plony ryżu oraz zimowego jęczmienia na tym samym polu przez wieki, bez redukowania żyzności ziemi.
Chociaż pan Fukuoka dostrzega wiele zalet tradycyjnej metody, twierdzi, że aż tak wielki nakład pracy jest niepotrzebny. Sam mówi o swojej metodzie jako o „rolnictwie nie działania" i żartobliwie stwierdza, że dla „niedzielnego" rolnika możliwe jest wyhodowanie na cały rok wystarczającej ilości pożywienia dla jednej rodziny. Nie należy jednak rozumieć, że propagowany przez niego rodzaj rolnictwa nie wymaga w ogóle pracy.
Farma Fukuoki jest prowadzona w regularnym rytmie prac sezonowych. Wszystkie czynności muszą być wykonywane odpowiednio i z wrażliwością.
Jeśli rolnik zdecydował, że na danym skrawku ziemi wyhoduje ryż lub jarzyny, i posiał nasiona, powinien wziąć pełną odpowiedzialność za odpowiednią opiekę nad roślinami. Zakłócenie naturalnego ekosystemu, a potem pozostawienie go jest szkodliwe i nieodpowiedzialne.
Na jesieni Fukuoka wsiewa na pole ziarna ryżu, białej koniczyny i zimowego jęczmienia,
a następnie przykrywa je cienką warstwą słomy ryżowej. Jęczmień i koniczyna szybko kiełkują, podczas gdy nasiona ryżu leżą do wiosny. Podczas gdy zimowe zboża rozwijaj ą się i dojrzewają na polach, centrum aktywności stają się sady na zboczach góry.
Zbiór cytrusów trwa od połowy listopada aż do kwietnia. Zimowy jęczmień i żyto są zbierane w maju i rozkładane bezpośrednio na polu, na 7 do 10 dni. Następnie ziarna są młócone, oczyszczane z plew i składowane w workach do przechowania.
Praktycznie cała, nie ścinana słoma jest rozkładana z powrotem na polu jako ściółka. Następnie wpuszcza się na pole na krótki czas wodę podczas monsunowych deszczy
w czerwcu, aby osłabić rozrastającą się koniczynę i inne chwasty, również aby dać szansę ryżowi wykiełkować. Kiedy pole
jest osuszone koniczyna odrasta z powrotem i rozwija się pomiędzy góruj ącymi nad nią pędami ryżu.
Od tego momentu, aż do zbiorów, w przeciwieństwie do pracochłonnej metody tradycyjnej, jedyna praca jaką przewidział
na swym polu Fukuoka polega na wytyczeniu kanałów drenażowych i prostych ścieżek pomiędzy roślinami.
Ryż jest zbierany w październiku, kłosy są zawieszane, aby wyschły na żerdziach, a następnie młócone. Jesienny siew jest
zakończony w tym samym czasie co zbiory wczesnych odmian mandarynek.
Pan Fukuoka zbiera około 20 buszli (około 0,72metra sześciennego) ryżu z ćwierci akra (około 10 arów). Plon ten jest prawie taki sam, jak plon ryżu produkowanego mechanicznie, lub tradycyjną metodą japońską w jego regionie. Plon z zimowego jęczmienia często jest nawet wyższy niż mogą uzyskać tradycyjni, nowocześni rolnicy używaj ący orki i sztucznego nawożenia.
Wszystkie trzy metody upraw (naturalna, tradycyjna, chemiczna) uzyskują porównywalne zbiory, lecz różnią się znacznie w oddziaływaniu na ziemię uprawną.
Warstwa urodzajnej gleby na polach Fukuoki narasta z roku na rok. Po 30 latach, od kiedy przestał plewić swoje pola, zyskały one na zdrowej strukturze, urodzajności i zdolności zatrzymywania wody. Przy stosowaniu metody tradycyjnej żyzność gruntu utrzymuje się przez lata na prawie tym samym poziomie.
Rolnicy przykładają dużą wagę do odpowiednich proporcji wprowadzanych nawozów naturalnych i kompostu. Pola uprawiane mechanicznie i chemicznie szybko się wyjaławiaj ą i tracą swoją naturalną żyzność.
Jednym z większych odkryć metody Fukuoki jest to, że ryż może być uprawiany bez długiego nawadniania pola w czasie sezonu wzrostu. Tylko nieliczni ludzie słyszeli, że jest to w ogóle możliwe.
Nie tylko jest to możliwe, ale ryż „naturalny" nawet rozwija się lepiej. Łodygi roślin są mocne i dobrze ukorzenione. Zastosowana tu stara odmiana ryżu kleistego daje 250 - 300 ziaren z jednego kłosa.
Ściółkowanie podwyższa zdolność gleby do zatrzymywania wody. W wielu miejscach naturalna uprawa ryżu może zupełnie wyeliminować potrzebę nawadniania.
Ryż i inne wysoko plenne zboża mogą być w ten sposób uprawiane w miejscach, w których wcześniej ich nie stosowano. Na przykład obszary stepowe, albo łąki leśne mogą być produktywne bez obawy o ich erozję.
Stosując metodę naturalnych upraw można zrekultywować wyjałowione obszary, wcześniej uprawiane chemicznie i mechanicznie.
Zdarzają się rzecz jasna choroby i ataki szkodników na polach i w sadzie, ale zbiory nigdy nie są w znacznym stopniu
uszkodzone. Zmiany chorobowe zaznaczają się tylko na najsłabszych roślinach.
Sam Fukuoka twierdzi, że najlepszym leczeniem i kontrolą insektów jest po prostu uprawa
w warunkach zdrowego otoczenia. Drzewa owocowe w jego sadzie nie są przycinane dla wygodniejszego zbierania - przeciwnie - pozwala im się rozrastać do naturalnych rozmiarów. Zioła i jarzyny rozwijają się w sadzie pośród drzew przy minimalnej kontroli innych roślin. Na wiosnę nasiona kapusty, rzodkiewki, soi, buraków, marchewek, rzepy, dyniowatych, są mieszane razem i rozrzucane na otwartej przestrzeni pomiędzy drzewami, tuż przed jednym z dłużej trwającym monsunowym deszczem.
Taki rodzaj uprawy oczywiście nie wszędzie się uda. Dobrze się udaje w Japonii, gdzie jest klimat wilgotny, a monsunowe deszcze spadają obficie w ciągu wiosennych miesięcy.
Struktura gruntów na terenie sadów Fukuoki jest gliniasta. Wierzchnia warstwa gleby jest bogata w materię organiczną, pulchna, dobrze przyjmująca wodę. Struktura taka powstała
w rezultacie stałego pokrycia koniczyną i rozmaitymi roślinami, które rosną dziko przez wiele lat. „Chwasty" są wycinane wokół kiełkujących warzyw, lecz kiedy tylko jarzyny staną się silniejsze, pozostawia się wszystko naturalnemu rozwojowi Niektóre jarzyny nie są zbierane, dzięki czemu same się rozsiewają i po przetrwaniu w ten sposób około dwóch generacji, stają się silniejsze, mają ostrzejszy smak przypominający ich dzikich przodków. Wiele z tych warzyw wysiewa się i rozwija „dziko", bez ingerencji człowieka.
Nie tak dawno znów przybyłem na farmę Fukuoki i spacerowałem po nie uprawianej części sadu. Niespodziewanie potknąłem się o coś twardego w wysokiej trawie. Przystanąłem,
aby się lepiej przyjrzeć i znalazłem spory ogórek, a blisko niego dynię, która dojrzała pośród koniczyny. Od lat pan Fukuoka opisuje swoją metodę w książkach i czasopismach ogrodniczych, udzielał również wywiadów w radio telewizji. Jednak prawie nikt nie poszedł za jego przykładem. Ówczesne społeczeństwo japońskie podążało w kompletnie przeciwnym kierunku.
Po Drugiej Wojnie Światowej Amerykanie wprowadzili nowoczesne, chemiczne rolnictwo do Japonii. Pozwoliło ono japońskiemu farmerowi na produkcj ę takich samych plonów,
jak metodą tradycyjną, lecz czas i wkład pracy został zredukowany więcej niż o połowę. Wydawało się, że jest to spełnienie snów. Wystarczyła jedna generacja, aby prawie wszyscy odwrócili się od uprawy tradycyjnej.
Przez wieki rolnicy japońscy zaopatrywali ziemię w materię organiczną poprzez rotację zbiorów, a także przez dodawanie kompostu i naturalnych nawozów. Stosowali też nawozy zielone.
W momencie, kiedy te praktyki zostały zarzucone i zaakceptowano szybko działający nawóz sztuczny, warstwa żyznego humusu zanikła w ciągu jednej generacji. Struktura gleby pogorszyła się, zboża stały się słabe i uzależnione od chemicznych pokarmów. Mechaniczne rolnictwo redukujące nakład pracy ludzi i zwierząt podkopało zupełnie żyzność ziemi uprawnej. W ciągu przeszłych 40 lat pan Fukuoka ukazywał z determinacją degenerację ziemi i społeczeństwa japońskiego.
Japończycy bezmyślnie zaadoptowali amerykański model rozwoju przemysłowego
i rolniczego w swoim kraju. Populacja ludności zmniejszyła się od momentu, kiedy rolnicy zaczęli migrować ze wsi do wielkich centrów przemysłowych.
Sielska wieś, w której urodził się Masanobu Fukuoka, i gdzie ród Fukuoka trwał prawdopodobnie ponad 1000 lat, teraz graniczy z rozwijającymi się przedmieściami miasta Matsuyama. Przez jego pola ryżowe teraz prowadzi krajowa autostrada z wyrzucanymi na pobocza śmieciami i butelkami po sake.
Chociaż Fukuoka nie identyfikuje swojej filozofii z żadną religią czy organizacją, w jego terminologii i metodach nauczania można dostrzec silne wpływy Buddyzmu Zen i Taoizmu. Czasami również odwołuje się do Biblii i filozofii Judeochrześcijańskiej z jej teologią, aby zilustrować to, o czym aktualnie mówi, albo by zainicjować dyskusję.
Wierzy on, że naturalne rolnictwo bierze początki w sytuacji duchowego zdrowia ludzi, którzy się nim zajmują. Uważa, że uzdrawianie ziemi uprawnej i oczyszczanie ducha są tym samym procesem, a zatem proponuje prostą drogę życia blisko ziemi i upraw, w której ten proces może się dokonać.
Nie sądźmy, że Fukuoka zdąży całkowicie przełożyć swoj ą wizję na praktykę w ciągu swojego życia w obecnych warunkach. Nawet po czterdziestu latach eksperymentów jego techniki wciąż się rozwijają.
Jego największym wkładem w odwrócenie zagrożenia jakie niesie za sobą współczesna cywilizacja jest ukazanie, iż codzienny, indywidualny proces wprowadzenia równowagi duchowej może być zaczątkiem praktycznej transformacji całego świata.
Obecnie ludzie generalnie uświadomili już sobie długoterminowe zagrożenia spowodowane chemicznym rolnictwem i coraz
chętniej interesuj ą się alternatywnymi metodami upraw.
Pan Fukuoka pojawił się jako rzecznik rewolucji agrarnej w Japonii.
Od czasu pierwszej publikacji „Rewolucji źdźbła słomy" w październiku 1975 roku zainteresowanie naturalnymi uprawami rozszerza się w szybkim tempie wśród Japończyków. Pracowałem u pana Fukuoki około półtora roku, a potem wróciłem na stałe na moją farmę w pobliżu Kioto. Wszyscy przyjaciele z naszej społeczności byli zainteresowani wypróbowaniem nowych metod i stopniowo nasze ziemie zostały przestawione na uprawy naturalne.
Pomiędzy ryżem i jęczmieniemw tradycyjnym następstwie również wsiewamy pszenicę, proso, ziemniaki, kukurydzę i soj ę według metody Fukuoki. Wsiewając kukurydzę, a także inne zboża, które kiełkują powoli, robimy dziury w ziemi patykiem lub kawałkiem bambusa i wrzucamy do nich ziarna. Tak samo postępujemy z nasionami soji, lub obtaczamy je warstwą gliny i po wyschnięciu rozrzucamy na polu. Następnie ścinamy zielone pokrycie gruntu składającego się z chwastów, białej koniczyny i słomy. Koniczyna później odrasta, gdy przerośnie j ą już kukurydza i soja.
Pan Fukuoka osobiście udzielił nam pewnych rad, lecz musieliśmy też dostosować jego metodę do rodzaju naszych zbiorów i lokalnych warunków. Dochodziliśmy do tego metodą prób i błędów wiedząc od początku, że zajmie nam to więcej niż kilka sezonów. Jednak cieszymy się ze zmian w naszym postrzeganiu przyrody, a także ze zmian jakie zaszły na naszym obszarze po wprowadzeniu naturalnych metod. Przemiana w kierunku upraw naturalnych na naszej farmie stała się stałym procesem.
Spójrz na to zboże
Wierze, że wielka rewolucja może zacząć się od jednego źdźbła słomy. Na pierwszy rzut oka to źdźbło ryżu może wydać się komuś ulotne i bez znaczenia. Mało kto jest w stanie uwierzyć, że zapoczątkuje ono rewolucję. Lecz ja zrealizowałem znaczenie i siłę tego źdźbła. Dla mnie jego wielkie możliwości są realne. Spójrzcie na te pola żyta i jęczmienia,dają one plon około 22 buszli (0,80metra sześciennego) na 1 akr.
Oznacza to najwyższy plon w Prefekturze Ehime. Jeżeli porównamy to z najlepszymi zbiorami Prefektury Ehime, to oznacza, że osiągamy rekord zbiorów w całej Japonii. A trzeba dodać, że moje pola nie były orane przez 25 lat. Aby dokonać siewu po prostu rozrzucam nasiona żyta i jęczmienia na oddzielnych poletkach, gdzie ryż już dojrzewa. Po kilku tygodniach zbieram dojrzałe kłosy ryżu i rozścielam ryżową słomę z powrotem na pole nie ścinając jej. Podobnie jest z tym ryżem który wcześniej został wsiany. Tej zimy plon będzie zebrany około 20 maja. Na dwa tygodnie zanim zboże całkiem dojrzeje znowu wysiewam nasiona ryżu pomiędzy dojrzewające kłosy żyta i jęczmienia. Po tym, jak zimowy plon dojrzeje, kłosy zostaną ścięte rozkładam na polu słomę żyta i jęczmienia.
Uważam, że ta metoda siania razem zbóż i ryżu jest unikalna, lecz istnieje metoda jeszcze prostsza.
Jeśli przejdziemy na następne pola, to zobaczymy plony, które były posiane w tym samym czasie, co zimowy jęczmień. Całoroczne uprawy zostały zakończone na tym polu w dniu Nowego Roku. Możecie zauważyć, że na polach, miedzy zbożem rośnie biała koniczyna
i gdzieniegdzie chwasty. Koniczyna została wysiana w tym samych czasie, co nasiona ryżu, czyli wcześnie w październiku, krótko przed żytem i jęczmieniem. Nie obawiam się wysiewania chwastów, gdyż one łatwo zanikają. Zatem porządek upraw na tym polu jest następujący:
Na początku października koniczyna jest wsiewana pomiędzy ryż, natomiast zimowe zboża są wsiewane w środku miesiąca. Na początku listopada zbierany jest ryż, a następnie wsiewane są nasiona ryżu wiosennego, a słoma jest rozkładana na polu. Żyto i jęczmień, który teraz widzicie, wyrosły w ten sposób. Posiadając kilka akrów ziemi, 2 osoby mogą zrobić całą pracę w ciągu kilku dni. Wygląda na to, że jest to najprostsza metoda uprawiania zarazem ryżu i zimowych zbóż.
Moje metody zupełnie przeciwstawiają się nowoczesnym technikom upraw. Zatem całą naukową wiedzę i tradycyjne sposoby upraw można śmiało wyrzucić za okno.
W tego typu uprawie, jaką stosuję, nie potrzeba używać maszyn, nawozów naturalnych ani sztucznych, a jednak można uzyskać plon porównywalny, albo większy, niż ten na zwykłej, współczesnej Japońskiej farmie. Dowód na to macie przed swoimi oczami
1.2 Zupełnie nic
Ostatnio ludzie pytali mnie, jak do tego doszło, że od tylu już lat uprawiam ziemię w ten sposób . Z nikim do tej pory na ten temat nie rozmawiałem. Można powiedzieć, że nie było okazji mówić o tym.
Był to po prostu jakby szok, przebłysk, jedno krótkie doświadczenie, które stało się punktem startu. Doświadczenie to kompletnie zmieniło moje życie. Trudno dyskutować o treści tego przeżycia, ale jego najgłębszy sens można wyrazić takim zdaniem: „Cała ludzka wiedza jest nie przydatna, w niczym nie można znaleźć wewnętrznej wartości, a to wszystko, co robimy jest daremnym wysiłkiem bez znaczenia." Może to wyglądać niedorzecznie, ale ubierając przeżycie w słowa - właśnie tak mogę to wyrazić.
Ta „myśl" powstała nagle w mojej głowie, kiedy byłem jeszcze zupełnie młody. Nie byłem pewny wewnętrznie, czy całe ludzkie zrozumienie i idące za tym ludzkie wysiłki mają jakieś znaczenie, czy nie , ale kiedy próbowałem skonfrontować moją „myśl" z tym wszystkim
i próbować ją obalić, nie byłem w stanie tego dokonać.
Wszystkie konwencjonalne wierzenia i sposoby myślenia wypaliły się wewnątrz mnie.
Powszechnie uważa się, że nie ma nic wspanialszego, niż ludzka inteligencja oraz, że ludzkie istoty mają specjalne znaczenie w świecie, a ich działania i osiągnięcia odbite w różnych kulturach światowych są wspaniałe, i godne kontynuacji. Przynajmniej tak się powszechnie sądzi. Chociaż moje myślenie było przeciwne, nie byłem w stanie z nikim o tym rozmawiać. W końcu zdecydowałem nadać formę swoim poglądom i zastosować je w praktyce, a przez to wykazać czy byłem w błędzie, czy nie. Osiedlenie się na farmie, uprawianie ryżu, i zimowych zbóż dało mi podstawę do weryfikacji tego przeżycia z wczesnych lat młodości.
A czym właściwie było to doświadczenie, które zmieniło moje życie?
40 lat temu, kiedy miałem 25 lat pracowałem dla firmy Yokohama Customs Bureau w oddziale inspekcji upraw. Moim podstawowym zajęciem było sprawdzanie wchodzących
i schodzących z rynku roślin, czy nie są zakażone chorobotwórczymi insektami. Miałem wówczas sporo wolnego czasu dla siebie, który spędzałem w laboratorium pogłębiaj ąc swoje badania, jako specjalista patologii roślin.
Laboratorium było położone naprzeciwko Parku Yamate i miało widok z okien na port Yokohama. Dokładnie naprzeciwko budynku stał kościół katolicki, a na wschodzie była szkoła stuardes okrętowych. Miejsce było bardzo spokojne, doskonale sprzyjające pracy badawczej. Kierownikiem laboratorium patologii był Eiichi Kurosawa. Studiowałem wtedy patologię roślin pod kierunkiem Makoto Okera, nauczyciela w Wyższej Szkole Rolniczej Gifu. Praktyki odbywałem u Suehiko Igata, kierownika Rolniczego Centrum Doświadczalnego Prefektury Okayama.
Miałem wielkie szczęście być studentem profesora Kurosawy. Chociaż pozostał on niezbyt znany w świecie akademickim, był człowiekiem, który odseparował kulturę pleśni powodujących chorobę „bakanae" w uprawach ryżu. Również jako pierwszy wydzielił hormon wzrostu „gibberellin" z kultury tych pleśni. Jeśli mała dawka tego hormonu dostanie się do sadzonek ryżu powoduje, że słoma staje się bardzo wybujała. Jeśli dostarczymy tego hormonu w nadmiarze, słoma ryżu rośnie wówczas bardzo krótka. Nikt w Japonii nie zwrócił na to odkrycie większej uwagi, ale za oceanem rozpoczęto na te temat szeroko zakrojone badania. Wkrótce jakiś Amerykanin użył gibberellinu do wyhodowania winogron pozbawionych pestek.
Pana Kurosawę traktowałem jak ojca, a pod jego kierunkiem zbudowałem specjalny mikroskop poświęcając się
odkrywaniu chorób roślin cytrusowych, które powodują przedwczesne ich starzenie się. Wpatrując się w mikroskop obserwowałem mnogość kultur pleśni, krzyżowałem różne ich gatunki i tworzyłem nowe zespoły chorobowe. Byłem zafascynowany swoją pracą. Wymagała ona nieustannej koncentracji, ale były też momenty spowodowane wyczerpaniem, w których czułem się jakby pozbawiony świadomości. Oczywiście był to okres fermentu mojego młodego ducha i nie spędzałem całego czasu tylko w laboratorium. Miasto i port Yokohama były doskonałym miejscem, aby włóczyć się bez celu i miło spędzać czas.
Wówczas zdarzył się w moim życiu ciekawy epizod. Pewnego razu spacerując nadbrzeżem
z aparatem w ręku udało mi się zrobić zdjęcie pięknej kobiety. Sądząc, że zwróci uwagę na osobę fotografa, zaproponowałem, aby pozowała dla mnie. Pomogłem jej wsiąść na pokład zagranicznego statku cumującego tutaj i w tym czasie zrobiłem kilka ujęć. Na koniec poprosiła, abym odesłał jej kopie zdjęć, kiedy będą już gotowe. Kiedy zapytałem, gdzie wysłać zdjęcia odpowiedziała krótko: „ Do Ofuny". I znikła nie mówiąc nawet jak ma na imię.
Wkrótce wywołałem film i pokazałem odbitki przyjacielowi pytając, czy przypadkiem nie zna tej kobiety. Zaskoczony uniósł brwi i powiedział: „Przecież to Mieko Takamine, słynna gwiazda filmowa". Zatem niebawem wysłałem 10 powiększonych portretów na jej adres
w Ofuna. Po pewnym czasie odbitki wróciły do mnie pocztą opatrzone autografem. Jednakże brakowało jednej odbitki. Zastanawiając się nad tym stwierdziłem, że brakujące zdjęcie przedstawiało bliski profil, który mógł ujawnić niewielkie zmarszczki na jej twarzy. Rozbawiło mnie to i poczułem, że dotknąłem charakterystycznego punktu psychiki kobiety. Po pewnym czasie czując się niezdarny i odpychający zacząłem chodzić na kurs tańca
w dzielnicy Nankingai. Pewnego razu zauważyłem siedzącą tam, popularną piosenkarkę Noriko Awaya i zaprosiłem ją do tańca. Nigdy nie zapomnę tego tańca, ponieważ byłem tak przytłoczony przez jej potężne ciało, że nie mogłem nawet objąć ramionami jej pasa!
Poza tym byłem wtedy bardzo zajętym, szczęśliwym młodym człowiekiem, spędzającym całe dnie w stanie podziwu nad tubusem mikroskopu, który ukazywał mi cudowny mikro świat, tak podobny do makro świata nad nami w skali kosmicznej. Wieczorami, czy byłem aktualnie zakochany, czy nie, próbowałem dookoła różnych rozrywek tak, jak moi rówieśnicy.
Teraz widzę, że był to rodzaj bezcelowego życia przerzucającego mnie od prób odpoczynku do ponownego owładnięcia pracą i zauroczeniem pokoju laboratoryjnego. W konsekwencji tego trybu życia dostałem ostrego zapalenia płuc i wylądowałem w separatce na najwyższym piętrze Szpitala Policyjnego.
Zdarzyło się to zimą, a przez stłuczoną szybę okna wiatr nawiewał płatki śniegu do pokoju. Było mi ciepło pod warstwą kołder, ale moja twarz była lodowata. Pielęgniarka zmierzyła mi temperaturę i natychmiast znikła.
Chociaż był to pokój prywatnie opłacany nikt tutaj nie zaglądał. Poczułem, że wrzucono mnie tu jak do lodówki i nagle znalazłem się w świecie samotności i separacji. Skonfrontowałem się po raz pierwszy w życiu z lękiem przed śmiercią. Chociaż teraz wydaje mi się, że ten lęk był niepotrzebny. Wtedy brałem go na poważnie.
W końcu wyzdrowiałem i zostałem wypisany ze szpitala, lecz nie mogłem pozbyć się depresji. Gdzie znikło moje dotychczasowe zadowolenie z życia? Przedtem byłem zadowolony i beztroski, ale właściwie jakie były podstawy tego zadowolenia?
Teraz moja pewność dotycząca spraw życia i śmierci wypaliła się. Nie mogłem spać, nie mogłem też oddać się pracy. Nocn
wędrówki wzdłuż klifu i w pobliżu portu nie przynosiły ukojenia.
Podczas jednej z takich nocnych wędrówek, w końcu usiadłem wyczerpany na wzgórzu
z widokiem na port. Oparłem się o pień wielkiego drzewa i pozostałem tam w dziwnym stanie zawieszenia aż do świtu, ani śpiący, ani rozbudzony.
Pamiętam dokładnie, że był ranek 15 maja. Kiedy spojrzałem na budzący się port
w pierwszych promieniach słońca, ujrzałem też coś niespodziewanego. W momencie kiedy zawiała lekka bryza od klifu, poranne mgły nagle znikły i pojawiła się tuż przede mną wzlatująca nocna czapla, która wydała z siebie przenikliwy okrzyk. Niemal musnęła mnie skrzydłami!
Nagle moja depresja i całe pomieszanie ostatnich miesięcy odeszło. Wszystko czego poprzednio byłem pewien, wszystko w
co wierzyłem i co sobie wyobrażałem odleciało z tym porannym wiatrem. Poczułem, że coś zrozumiałem, było to poza
myśleniem, ale moje usta odruchowo wypowiedziały zdanie: „W tym świecie nic realnie nie istnieje".
Poczułem, że zrozumiałem pustkę. Zobaczyłem dokładnie, że wszystkie koncepcje do których byłem przywiązany,
wszystko, co mogłem racjonalnie powiedzieć o życiu i egzystencji, były to puste, spreparowane treści.
Mój duch stał się lekki i przejrzysty. Zacząłem tańczyć porwany radością. Słyszałem śpiew małych ptaszków ćwierkających
w drzewach i ujrzałem jakby po raz pierwszy w życiu przebijające się promienie wschodzącego słońca. Liście w zieloności
tańczyły i migotały. Poczułem, że znalazłem się w niebie na ziemi.
Wszystko to, co dotąd mnie więziło, wszystkie te agonie rozpuściły się jak sny i fantazje, a coś, co można nazwać „prawdziwą naturą" zostało objawione.
Mogę teraz z całą pewnością stwierdzić, że od momentu doświadczenia tego poranka moje całe życie kompletnie się zmieniło.
W konfrontacji z tym doświadczeniem pozostałem zasadniczo zwykłym, głupim człowiekiem, pozbawionym szans na zmiany.
Patrząc z zewnątrz, nie ma bardziej „odlotowego" faceta niż ja, ale też nie ma nic niezwykłego w moim życiu. Mimo wszystko wiem, że jedna rzecz pozostała nie zmieniona od tamtego czasu.
Spędziłem 30-40 lat sprawdzając i zastanawiając się nad tym, czy się pomyliłem, ale widzę, że ani razu nie przeciwstawiłem się swoim najgłębszym przekonaniom.
Realizacja, która się we mnie dokonała ma wielką wartość wewnętrznie, co nie znaczy, że nadaje mi jako osobie specjalnej wartości. Pozostałem prostym człowiekiem, po prostu, jak to się mówi - starym gawronem. Dla przypadkowego obserwatora mogę wydawać się aroganckim prostakiem. Cały czas powtarzam młodym ludziom, którzy pracują w moim
ogrodzie - nie próbujcie mnie naśladować. I naprawdę mnie złości, jeśli ktoś nie wziął sobie tego głęboko do serca. W
zamian proszę ich, żeby próbowali żyć prosto, blisko natury i żeby byli gotowi do codziennej pracy.
Zatem nie można doszukać się we mnie niczego oryginalnego, ale to, czego dotknąłem jest niezmiernie ważne.
1.3 Powrót na wieś
Następnego dnia po moim doświadczeniu, które opisałem, tj.16 maja złożyłem w pacy sprawozdanie wraz z rezygnacją. Moi przełożeni i przyjaciele byli zaskoczeni. Nie mieli pojęcia co mnie do tego skłoniło. Zorganizowali pożegnalne przyj ęcie dla mnie w restauracji niedaleko nadbrzeża, lecz atmosfera na tym przyjęciu była trochę dziwna. Jeszcze wczoraj ten młody człowiek, pozostający w dobrych stosunkach ze wszystkimi, który wyglądał na zadowolonego z pracy, poświęcał siebie karierze naukowej, nagle z niej zrezygnował. Na domiar wszystkiego jest szczęśliwie roześmiany!
Od tego dnia próbowałem innym coś zakomunikować: „Po tej stronie jest nabrzeże, po drugiej stronie jest przystań numer 4. Jeżeli myślisz, że życie jest po tej stronie, to śmierć jest po tamtej. Jeżeli chcesz zrozumieć czym jest śmierć, to musisz zrozumieć to od drugiej strony, i w tym przypadku dojdziesz do przekonania, że tam również jest życie. Życie i śmierć są jednym."
Kiedy usiłowałem to wytłumaczyć, wszyscy coraz bardziej martwili się o mnie: „Co on gada? Musiał oszaleć." Ich twarze stawały się pełne troski. Tylko ja byłem pełen pogody ducha i energii.
W tym czasie mój współlokator zaczął się poważnie o mnie obawiać i doradził, żebym zorganizował sobie spokojny wypoczynek poza miastem i wyspą. Tak więc wyjechałem. Byłem gotów wtedy wyjechać gdziekolwiek, tam gdzie mnie ktoś zaprosił.
Wsiadłem do autobusu i podróżowałem wiele mil wpatrując się w poszatkowane pola i małe wioski po drodze. Na którymś przystanku zobaczyłem nieduży napis: „Utopia". Niezwłocznie wysiadłem z autobusu pragnąc odszukać to miejsce. Tuż przy wybrzeżu była mała gospoda, przytulona do klifu, z której roztaczał się naprawdę przepiękny widok. Zatrzymałem się w tej gospodzie, gdzie spędzałem dnie buszuj ąc
w nadmorskich, wysokich trawach. Mogło to być kilka dni, tydzień, a nawet miesiąc, w każdym razie spędziłem tam trochę czasu.
Podczas mijających dni moje uniesienie zmalało i zacząłem się zastanawiać, co mi się tak naprawdę przydarzyło. Można powiedzieć, że w końcu wracałem do siebie.
Pojechałem do Tokio i zatrzymałem się tu na jakiś czas, nocując to tu, to tam, spacerując po parkach, zatrzymując ludzi na ulicach, i próbuj ąc do nich przemawiać.
Mój przyjaciel obawiał się o mnie i przyjechał zobaczyć jak mi się wiedzie. „Czy nie sądzisz, że żyjesz w jakimś świecie iluzji? - zapytał.
„Nie" - odpowiedziałem - „To ty żyjesz w świecie iluzji".
Obaj niezależnie od siebie pomyśleliśmy: „Ja mam rację, a ty żyjesz w świecie snu."
Kiedy mój przyjaciel obrócił się mówiąc „do widzenia", dodałem jeszcze coś w tym rodzaju: „Nie mów do widzenia. Niezgoda oznacza rozstanie."
Wyglądało na to, że mój przyjaciel stracił wszelką nadziej ę.
Wkrótce opuściłem Tokio poprzez dzielnicę Kansai i skierowałem się na południe do Kyushu. Byłem zadowolony z siebie dryfując, jak nadmorski wietrzyk z miejsca na miejsce. Dzieliłem się z wieloma ludźmi moim głębokim przekonaniem, że wszystko jest zmienne i bez znaczenia, a rzeczy, i działania wracaj ą do pustki.
To było zbyt wiele, lub zbyt mało, aby funkcjonować w codziennym świecie. Nie znajdowałem możliwości porozumienia się.
Byłem wówczas owładnięty koncepcją bezużyteczności, która jednak może przynieść wielką ulgę światu, widząc wyraźnie, że świat współczesny zmierza w szybkim tempie do samozniszczenia. Chciałem wtedy podzielić się swoim doświadczeniem ze wszystkimi
w całym kraju. W rezultacie wszędzie, gdzie się pojawiłem byłem ignorowany, jako rodzaj ekscentryka i tak znalazłem się z powrotem na wsi, na farmie mojego ojca.
Mój ojciec uprawiał wtedy mandarynki i przydzielił mi chatę na wzgórzu, gdzie zacząłem żyć w bardzo prosty i prymitywny sposób. Pomyślałem sobie, że jako hodowca cytrusów i zboża będę mógł zademonstrować prawdę, którą zrealizowałem, a zewnętrzny świat będzie mógł ją poznać. Zamiast silić się na setki filozoficznych objaśnień, czy nie lepiej będzie zademonstrować jak to działa w praktyce?
Zatem moja metoda upraw przez „nie działanie" zaczęła się z tą myślą. Było to w 13 roku rządów aktualnego Cesarza, czyli 1938.
Urządziłem się na wzgórzu i wszystko szło dobrze do momentu, w którym mój ojciec zaprowadził mnie pośród bogato owocujące drzewa. Nieco wcześniej poprzycinał je
„w formę odwróconych kubków sake", tak, żeby można było łatwo zrywać z nich owoce. Na skutek przycięcia gałęzie uległy zakażeniu, osłabione drzewka zaatakowały szkodniki i praktycznie cały sad podupadał.
Mój wniosek był taki, że plony dojrzewają same, a człowiek nie powinien zbytnio w nie ingerować. Byłem przekonany, że wszystko powinno być zostawione swojej naturze, ale
z drugiej strony, jeśli wszystko pozostawimy i nie będziemy w ogóle ingerować w uprawę, to też sprawy nie ułożą się najlepiej. To jest „porzucenie", a nie naturalne uprawianie.
Mój ojciec był zszokowany. Stwierdził, że musze z powrotem się zdyscyplinować, najlepiej znaleźć gdzieś jakieś zajęcie i wrócić, kiedy będę gotowy do „normalnego" gospodarowania. W tym czasie mój ojciec był liderem wioski, a reszta jej mieszkańców nie wiedziała jak się ustosunkować do jego ekscentrycznego syna, który nic nie wyniósł ze swojego wykształcenia w świecie i żył dalej tak, jakby nie opuścił rodzinnego wzgórza.
Z drugiej strony przerażała mnie perspektywa wcielenia do armii. W tym czasie rozpoczęta wojna stawała się coraz bardziej okrutna. Zdecydowałem, że będzie bezpieczniej zgodzić się z ojcem i podj ąć gdzieś pracę poza domem. W owym czasie wykształconych agrotechników było niewielu. Usłyszano o mnie w ośrodku badawczym Prefektury Kochi i zaoferowano mi stanowisko kierownika badań chorób roślin i insektów. Moja praca tam przedłużyła się na prawie 8 lat.
W instytucie objąłem nadzór nad badaniami naukowymi oraz nad produktywnością gospodarstw służącą zaspokajaniu potrzeb armii.
Podczas tych 8 lat zobaczyłem dokładnie różnice pomiędzy naukową i naturalną uprawą. Chemiczne uprawy, które wykorzystują produkty ludzkiej inteligencji zaczęto uważać za doskonałe. Ciągle zadawałem sobie pytanie: czy naturalne uprawy mogą być w zgodzie, czy nie, z osiągnięciami współczesnej nauki?
Kiedy wojna się skończyła, poczułem tak jak wszyscy powiew wolności i czując się zwolniony z moich obowiązków, powróciłem do rodzinnej wioski jeszcze raz wcielaj ąc się w rolę farmera.
1.4 Kultywacja upraw przez „nie robienie".
Przez ostatnich 30 lat praktycznie nie opuszczałem mojej farmy i miałem niewielki kontakt
z ludźmi spoza mojej małej, wioskowej społeczności. Przez te wszystkie lata trzymałem się ściśle metody „nie działania" w swoich uprawach.
Postępowanie w rozwoju jakiejś metody zwykle polega na postawieniu sobie pytań: „A może spróbować tego?", albo „Może spróbujemy tamtego?". W ten sposób zastępuje się jedną technologię następną. Tak działa współczesna agrikultura, jej jedynym rezultatem jest nakładanie coraz większej ilości pracy na farmera.
Moja droga była dokładnie przeciwna. Polegałem na przyjemnej, naturalnej drodze upraw, której rezultatem jest ułatwianie pracy, zamiast jej utrudniania: „A może nie robić tego?", „A dlaczego by nie robić tamtego?". Takie było moje myślenie.
Szybko doszedłem do konkluzji, że zbędne jest plewienie, dodawanie sztucznych nawozów, nie ma potrzeby przygotowywania kompostu, ani używania środków owadobójczych. Jeżeli się do tego zastosujesz, pozostaje kilka prostych zabiegów kultywacji, które są rzeczywiście konieczne.
Jedną z przyczyn dla której człowiek wprowadził jako niezbędne sztuczne techniki upraw jest to, że naturalna harmonia środowiska została już tak zniszczona przez wcześniejsze techniki, że wydaje się, że w inny sposób nie da się uzyskać odpowiednich plonów.
Ta linia myślenia odnosi się nie tylko do rolnictwa, ale także do innych aspektów życia współczesnych społeczeństw. Doktorzy i medycyna stały się niezbędne w sytuacji kiedy ludzie stworzyli chore środowisko.
Formalne wykształcenie nie ma większego znaczenia dla rozwoju jednostki, ale stało się niezbędne w technicznym społeczeństwie, w którym jedynie ludzie „wykształceni" maj ą możliwość przetrwania.
Pod koniec Drugiej Wojny Światowej wróciłem na gospodarstwo swego ojca i metodę naturalnych upraw zastosowałem również w ogrodzie cytrusów. Nie przycinałem drzewek
i pozostawiłem je samym sobie. Gałęzie stały się cieńsze, a drzewa zostały zaatakowane przez insekty i prawie 2 akry mandarynek zwiędły i wyschły. Wtedy postawiłem sobie pytanie: „Jak stosować naturalną metodę uprawy?". Następnie wykopałem czterysta chorych, przycinanych wcześniej drzew.
W końcu mogłem odpowiedzieć sobie na pytanie o odpowiednie postępowanie. Konsekwencją ciągłego przycinania drze1 jest to, że tracą one swoj ą naturalną formę
i witalność, wobec czego, przycinanie następnych ich pokoleń i stosowanie środków owadobójczych staje się niezbędne. Tak samo kiedy społeczność ludzka odcina się od życia zgodnego z Naturą edukacja dzieci staje się niezbędna. W Naturze formalna edukacja nie ma znaczenia. W wychowaniu dzieci wielu rodziców popełnia ten sam błąd, jaki i ja popełniłem w swoim ogrodzie.
Dla przykładu: uczenie dzieci muzyki jest tak niezbędne, jak przycinanie drzew w sadzie. Uszy dziecka spontanicznie łowią „muzykę": szum strumienia, skrzek żab w stawie, szum liści w lesie. Te wszystkie naturalne dźwięki są muzyką. Jednak kiedy różnorodne, zakłócające dźwięki dobiegają do dziecięcych uszu i wprowadzają zamęt, naturalne poczucie muzyki i harmonii degeneruje się. Jeżeli dalej się to kontynuuje dziecko nie będzie zdolne do słuchania śpiewu ptaków, albo szumu wiatru. Z tej przyczyny edukacja muzyczna traktowana jest jako niezbędna dla rozwoju dzieci.
Dziecko które wzrasta w ciszy może nie będzie w stanie zagrać popularnej melodii na skrzypcach, albo pianinie, ale nie wydaje mi się, by to umniejszało jego zdolność do słuchania prawdziwej muzyki, lub spontanicznego śpiewu. Kiedy serce jest przepełnione śpiewem, wtedy możemy powiedzieć, że dziecko jest obdarzone talentem muzycznym. Prawie wszyscy deklarują, że „Natura" jest czymś dobrym, ale tylko jednostki potrafią uchwycić różnicę pomiędzy naturalnym i nie naturalnym.
Jeśli nawet jeden nowy pęd jest wycięty w drzewie owocowym przez sekator, może wprowadzić taki zamęt w jego rozwoju, który jest nie do naprawienia. Gdy zaś drzewo wzrasta uzyskując swoj ą naturalna formę, gałązki układaj ą się tak, że liście korony powoduj ą regularny dostęp światła słonecznego. W wypadku zakłócenia naturalnej sekwencji rozwoju korony drzewa, gałęzie wchodzą
w konflikt nakładając się jedne na drugie i wydłużaj ą się nadmiernie, a liście zaczynają wyrastać tam, gdzie słońce nie dociera. To z kolei sprzyja rozwojowi insektów. Jeśli takie drzewo nie jest przycinane w następnych latach, pojawia się coraz więcej „dzikich" pędów.
Ludzkie istoty ze swoj ą skłonnością do działania wbrew Naturze nie są w stanie naprawić swoich zniszczeń, a kiedy te akumulują się, wymagają coraz więcej pracy. Kiedy wydaje się, że działania naprawcze udały się, ludzie nazywają to wielkimi osiągnięciami.
Sytuacja ta ciągle się powtarza. Przypomina to sytuację szaleńca który chodził po swoim dachu i porobił w nim dziury. Kiedy zaczęło padać i sufit zaczął przeciekać, on wściekły próbował naprawić szkody, zadowolony w końcu, że znalazł cudowne rozwiązanie.
Tak samo jest z naukowcami. Ślęczą nad książkami w dzień i w nocy, psują sobie wzrok, stają się krótkowzroczni. A kiedy ich zapytasz, nad czym u diabła pracują cały czas, okazuje się, że starają się wynaleźć doskonalsze szkła likwidujące krótkowzroczność.
1.5 Wracając do źródeł
Robię sobie przerwę w pracy w ogrodzie. Stoję oparty o długie drzewce mojej kosy
i spoglądam na wzgórza oraz wioskę w dolinie. Zastanawiam się, jak to się dzieje, że poglądy ludzi zmieniają się szybciej niż pory roku.
Podążam ścieżką, którą sam wybrałem: „naturalny sposób gospodarowania", który większość ludzi uznało za dziwny i interpretowało jako reakcję na gwałtowny rozwój nauki. Lecz to, co robię tutaj od dłuższego czasu jest po prostu próbą pokazania, że ludzkość tak naprawdę nic nie wie.
Ponieważ świat zmierza z ogromną energią w przeciwnym kierunku, może wydawać się, że ja zostałem wyrzucony poza czas, lecz wierzę głęboko, że właśnie droga którą podążam jest najbardziej rozsądna.
W ciągu ostatnich kilku lat wzrosła niepomiernie liczba ludzi, którzy zainteresowali się naturalną uprawą roślin. Wygląda na to, że rozwój naukowy osiągnął swój kres, a ludzie dochodzą do zrozumienia swoich błędów i czują, że przyszedł czas naprawy.
To, co było postrzegane jako prymitywne i wsteczne, teraz jest niespodziewanie traktowane jako o wiele praktyczniejsze od współczesnej nauki. Na pierwszy rzut oka wydaje się to dziwne, lecz ja uważam, że wcale takie nie jest. Rozmawiałem niedawno na ten temat z profesorem Iinuma z Uniwersytetu w Kioto. Tysiąc lat temu wszystkie uprawy w Japonii odbywały się bez orania. Dopiero licząc od epoki Tokugawa, czyli 300-400 lat temu wprowadzono metodę odwracania ziemi. Głęboka orka przyszła do Japonii wraz z Zachodnimi metodami uprawy ziemi. Powiedziałem, że następne pokolenia przewiduj ąc trudności, będą chciały wrócić do tradycyjnych metod upraw.
Z pozoru wydaje się, że zbiory na nie oranej ziemi to regresja do prymitywizmu, lecz po przeanalizowaniu tej metody przez uniwersyteckie laboratoria i centra doświadczalne, okazała się najprostszą, wystarczającą i odpowiadającą współczesnym wymogom. Chociaż ta metoda upraw przeciwstawia się współczesnej nauce pojawia się w awangardzie rozwoju rolnictwa. 20 lat temu prezentowałem w rolniczych magazynach swoj ą metodę bezpośredniego wsiewania zbóż i płodozmianu ryżu. Artykuły te i ich opracowania zostały opublikowane
w całej Japonii, również w radio i telewizji, lecz w tamtych czasach nikt nie zwrócił na nie większej uwagi.
Obecnie nagle sytuacja się odwróciła. Można powiedzieć, że naturalne rolnictwo stało się modne. Reporterzy, profesorowie
technicy laboratoryjni wciąż napływają, aby odwiedzić moje pola i chaty na górze.
Różni ludzie postrzegają to co się tu dzieje z różnych punktów widzenia, wyciągają swoje wnioski i wyjeżdżają. Ktoś może traktować to jako prymitywizm, inny, jako wstecznictwo, ktoś jeszcze inny jako szczyt osiągnięć rolniczych, a jeszcze inny, jako otwarcie drogi w przyszłość.
Generalnie ludzie ci są zainteresowani umieszczeniem mojego projektu w czasie i zastanawiają się, czy jest on „wyzwaniem przyszłości", czy też „pogrążeniem się
w przeszłości". Niektórzy tylko dostrzegają rzeczywiste znaczenie naturalnych upraw i tego, że wynika on z nieporuszonego, i niezmiennego centrum zharmonizowanych upraw.
Im bardziej ludzie czują się oddzieleni od Natury, tym bardziej zostają pozbawieni swojego centrum. Zdarza się, że siła odśrodkowa działa tak intensywnie, że człowiek z powrotem zaczyna pragnąć powrotu do Natury. Jeśli jednak będzie to jedynie neurotyczna reakcja, rzucenie się w lewo lub prawo, w zależności od okoliczności rezultatem znów jest nadmiar aktywności. Oryginalne centrum o którym mówię leży poza rzeczywistością relatywną, jest pomijane i nie rozpoznawane. Sądzę, że nawet hasło „powrotu do Natury" i wszelkie ekologiczne aktywności przeciwko zanieczyszczeniu planety - nie ważne jak wzniosłe - nie dotykają sedna rozwiązania, ponieważ są tylko odosobnionymi reakcjami na ekspansywny rozwój cywilizacji naszych czasów.
Prawdziwa Natura się nie zmienia, tylko wyobrażenia na jej temat wciąż zmieniaj ą się
z wieku na wiek. Naturalne uprawy, bez względu na czasy, są właściwym podej ściem do współpracy z Naturą.
1.6 Zasadniczy powód dla którego naturalne rolnictwo się nie rozwinęło.
Ponad 30 lat moja metoda uprawy ryżu i zimowych zbóż była wypróbowana we wszystkich strefach klimatycznych Japonii i różnych rodzajach środowiska. Testy te przeprowadzono prawie we wszystkich prefekturach i nie wykazały żadnych przeciwwskazań do powszechnego stosowania
Ktoś może więc zapytać dlaczego prawda ta nie została rozpowszechniona. Sądzę, że jednym z powodów jest ten, że świat tak się wyspecjalizował, że już nie jest w stanie wziąć „cokolwiek w Całości".
Przykładowo pewien ekspert od „szkodliwych" owadów z Centrum Doświadczalnego
w Kochi przybył, aby stwierdzić dlaczego na moich polach jest tak mało pasikoników, chociaż ja nie używam żadnych środków owadobójczych.
Na moich polach pająki swobodnie snuj ą swoje sieci, więc stają się naturalnymi wrogami szarańczaków i jest ich tyle samo, a może nawet mniej, niż na opryskiwanych polach Centrum Doświadczalnego.
Wtedy olśniła go prosta prawda, że jeśli pozostawi się na polach harmonijną symbiozę różnych grup owadów, to zostanie zachowana równowaga między nimi. Doszedł do wniosku, że jeżeli moja metoda byłaby powszechnie stosowana, zniknąłby problem szarańczy. Następnie wsiadł do swojego samochodu i wrócił do Kochi.
Jeśli jednak zapytacie czy specjaliści z różnych ośrodków zajmujący się nawozami oraz ochroną zbiorów przyjeżdżaj ą do mnie często - odpowiedź będzie negatywna. Wszelkie próby, usiłowania przedstawienia argumentów za naturalnym ogrodnictwem w centrach badawczych kończą się stwierdzeniem: „Przepraszamy, ale jest na to za wcześnie. Musimy przeprowadzić badania pod każdym kątem, zanim wydamy odpowiednią opinię." Oczywiście jasne jest, że wyciąganie tu wniosków zajęłoby lata.
Tego typu przypadki zdarzają się cały czas. Specjaliści i technicy rolniczy z całej Japonii przyjeżdżają na moją farmę. Każdy z nich, z punktu widzenia swojej specjalności dostrzega pozytywne wyniki - jeśli nie zadziwiające, lecz chociaż minęło już 6 lat od wizyty profesora, niewiele zrobiono na rzecz wdrażania badań.
W tym roku wydział rolniczy Uniwersytetu Kinki przysłał w ramach projektu dotyczącego naturalnych upraw kilku studentów, aby prowadzili tutaj badania. Decyzja ta może oznaczać krok w stronę zbliżenia, jednak mam przeczucie, że dwa następne kroki zostaną zrobione wstecz.
Różni specjaliści często stwierdzają: „Podstawowa idea tej metody jest w porządku, lecz czy nie byłoby wygodniej tutaj też użyć maszyn?", albo: „Czy plony nie byłyby jeszcze większe, gdybyście użyli nawozów i pestycydów?". Zawsze znajdują się ludzie, którzy szukaj ą kompromisu pomiędzy mechanicznymi, a naturalnymi uprawami. Jednak taki sposób myślenia kompletnie nie trafia w sedno.
Rolnik, który poszedł na kompromis przestaje być krytyczny w stosunku do podstawowych założeń naukowych metod. Naturalne rolnictwo jest łatwe, ale i wrażliwe. Oznacza też powrót do źródeł farmerstwa. Mały krok poza równowagę centrum z pewnością doprowadzi tylko na manowce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz