Skoro można wychylać kieliszek calvadosu za obrońców Kancelarii Rzeszy z Waffen-SS – to czemu w sumie nie strzelić i pierca pod sało za „bohaterów Mariupola”, czyli bandytów z Azowa, tchórzliwie chowających się za plecami uwięzionych w Azowstalu cywilów?
Negacjoniści polskiego genocydu
Skwer Bohaterskiego Mariupola w Gdańsku, jednym z najbardziej liberalnych i prozachodnich miast III RP jest dowodem postępującej nazyfikacji świadomości politycznej we współczesnej Polsce. I jest to jedynie intensyfikacja już wcześniej dostrzegalnych procesów.
Wraz z niszczeniem pomników polsko-sowieckiego braterstwa broni eksponowane są przypadki walk podziemia przeciw Armii Czerwonej i Wojsku Polskiemu. Nieprzypadkowo też w masowych nakładach wydawane są książki popularyzujące żal, że Polska nie wzięła udziału w II wojnie światowej po stronie Hitlera.
Jeden jedyny, haniebny przypadek współpracy polskiego podziemia antykomunistycznego z UPA przeciw Wojsku Polskiemu w Hrubieszowie w 1946 r. – urasta dziś w propagandzie do rozmiarów wielkiego sojuszu z ukraińskim nazizmem.
Polski MSZ nawet nie spróbowało prawidłowo zareagować na skandaliczną wypowiedź ambasadora Andrija Melnyka kwestionującego i wręcz chwalącego Rzeź Wołyńską, w której z rąk banderowców zginęło blisko 200 tysięcy Polaków.
Władze państwowe wyraźnie sugerują powstrzymanie się w tym roku od organizowania obchodów rocznicy kulminacji tych wydarzeń, gdy jednej tylko nocy, Krwawej Niedzieli 11. lipca. 1943 r. zaatakowanych zostało 99 polskich miejscowości na Wołyniu, zaś bestialsko mordowani słyszeli na przemian tylko „Śmierć Lachom!” i „Sława Ukrainie!”…
Pomnik ku czci ofiar zbrodni banderowskich nie zostanie w terminie ustawiony w Domostawie na Podkarpaciu, a w dodatku został bezczelnie ocenzurowany, usunięto bowiem z niego elementy takie jak figurka chłopca przebitego banderowskimi widłami oraz główki dzieci ponabijane na płoty.
„W obecnej sytuacji geopolitycznej nie należy wracać do tamtych wydarzeń” – powtarzają politycy III RP, a przecież takie właśnie, wyjątkowo okrutne były zbrodnie UPA. Szczególnie zaciekle ściga się dziś także w Polsce pamiątki po walce polskich partyzantów przeciw ukraińskim kolaborantom Hitlera. Mniejszość ukraińska w Polsce i nowi imigranci coraz głośniej domagają się m.in. zmiany nazw ulic ku czci legendarnego majora Stanisława Basaja, „Rysia”, podczas wojny bohatera walk przeciw niemieckim i ukraińskim nazistom, a po wojnie zamordowanego przez UPA. Czy to więc jeszcze Polska, czy już nazistowska Ukraina?
Polonizacja czy banderyzacja?
Spokojnie. Wszystko to układ się w logiczną całość. Mamy do czynienia z przyspieszeniem przygotowań do powstania federacji Polski i Zachodniej Ukrainy. Polacy są zatem przygotowywani do kompromisu, jakim miałoby być zaakceptowanie kultu Bandery.
Żeby wrócić do Lwowa – Polska musi zatem stać się choć trochę banderowska, pociesza się Polaków. No i przecież najważniejsze, żeby wspólnie nienawidzić Ruskich! Sęk w tym, że w takiej wersji to nie Miasto Zawsze Wierne wróciłoby do Rzeczypospolitej, tylko Polska zostałaby przyłączona do nazi-banderowskiego Reichu.
Brzmi to przerażająco, ale przecież się na to godzimy. Wszak chcącym nie dzieje się krzywda… Oczywiście też organizując się moglibyśmy wręcz odwrócić stosowaną przeciw nam strategię ku naszym narodowym korzyściom. Bo przecież gdy już wrócimy na Wołyń, do Stanisławowa, Równego, Tarnopola – to przecież zawsze można pomnikom Bandery odkręcić głowy. I przerobić na Pierackiego. A Chmielnickiego na Jeremiego Wiśniowieckiego. Nawet nieszczęsny Gdański Skwer będzie mógł zachować swoją nazwę – co najwyżej dopisze się do niej dla precyzji „Achmat Siła!”.
Jeśli tylko nie damy się znazyfikować.
Konrad Rękas
https://konserwatyzm.pl/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz