Przypowieść o trzech żydełkach i czwartym znienacka w trzech aktach – część II
Oto akt drugi naszej przypowieści o szemranych interesach kilku przyjaciół.
— Lejba Kijowski. Tak ty słuchaj. Ty niby nic nie wiesz — tymczasem przychodzi chłop, powiada ci, że tamten żyd – co ja ci go znajdę za wspólnika – wódkę sprzedaje. Ty krzyczysz, robisz gwałt, przeklinasz wszystkimi słabościami (oby się na naszych wrogów obróciło), robisz z nim awanturę, grozisz że będziesz skarżył do ONZetów, denuncjował w Brukseli. Ty jego przeklinasz, on ciebie przeklina, a interes macie do współki.
Nie szkodzi, jeżeli spotkawszy się na Donbasie zrobicie między sobą wojnę. Nie szkodzi jeżeli ty jemu albo on tobie podrze kapotę, albo oberwie kawałek pejsa. We współce to czasem potrzebne. Ty się z nim pobij, twoja żona niech pobije jego żonę, a zawsze na ulicy, przy świadkach, skarżcie się do sądu w Hadze.
— Za co ja mam sobie życie zatruć? — tępo spytał Lejbuś Kijowski.
— Cicho ty bądź, ja ciebie proszę. Wy się kłóćcie, wy się przeklinajcie, a chłopskie baby będą latały z językami do ciebie i do tamtego, będą miały o czym gadać, a przy dużym gadaniu będą też piły. Ty u siebie dawaj wódkę słabą, a tamten niech daje mocną. Chłopy zaraz się zwiedzą i z samej ciekawości polecą do tamtego. Ty niby się bardzo zmartwisz, kupisz fałszywe miarki…
Kijowski uśmiechnął się.
— No, no, jak masz to jeszcze lepiej… będziesz dawał fałszowane miary i spuścisz cenę. Chłopy znowu będą mieli o czym gadać… a że oni bardzo skąpe są, to przez skąpstwo będą pili dużo taniej wódki… a ty im wytłumaczysz, ile na tym zarobią. (Niech nasze wrogi mają taki zysk!) Będziecie ciągle z tą wódką nowe figle robili — a przekonasz się jaki będzie ruch.
W innych interesach to samo, jeżeli chłop będzie potrzebował pieniędzy, albo jeżeli będzie miał do sprzedania ćwiartkę zboża, czy korzec kartofli, każdy z was ma się starać, psuć niby drugiemu handel. Tamten niech weźmie od chłopa piętnaście groszy mniej procentu niż ty chciałeś, ty daj chłopu za ćwierć zboża dziesiątkę drożej niż tamten żyd dawał. Każdy chłopski interes powinien przejść i przez twoje ręce i przez ręce twojego wspólnika… a przeklinajcie się przy tym! te przekleństwa nie obrócą się na was, gdyż naprawdę to nie będą przekleństwa, tylko sposób prowadzenia interesu. Niech chłopi wiedzą, że we wsi są dwa żydki, że można od jednego robić apelację do drugiego… Wasze kobiety także powinny się między sobą drzeć. Niech czasem jedna drugiej gębę podrapie. Jeżeli trafi ci się kupić czasem co takiego, co wiesz….
— Wiem, wiem, taki towar, co o nim powiadają że kradziony trochę jest.
— Tak… — chytrze ciągnął Mendel Waszyngtoński — to w nocy odnieś go na przechowanie do twego wspólnika. Komu przyjdzie do głowy że ty masz współkę z wrogiem, którego ciągle przeklinasz!? Słuchaj kochany mój Lejba Kijowski dobrze i pamiętaj, że jeżeli będziesz wszystko robił według tego sposobu, to jeszcze możesz mieć kawałek chleba na świecie….
— Ny, ny: owszem, teraz ja rozumiem wasze mądre słowo, ja was proszę rebe Mendel, poszukajcie wy mnie kawałek wspólnika i sami zróbcie między nami ugodę. — rzekł rozpromieniony pomysłem Lejba Kijowski.
— Obym ja tak ładne życie miał, jak ty będziesz miał jeszcze w przyszłym tygodniu wspólnika, i to dobrego, żydka z wielką głową, takiego mechanika, co nie tylko z głupiego chłopa, ale nawet z kamienia potrafi pieniędzy wydostać. Ja już dawno o tym myślałem, bo widzę że ty Lejbuś, jesteś trochę ciężki.
— Za co ja mam być ciężki? dlaczego wy o mnie tak źle trzymacie?
— Mam przyczyny. Kupiłem od chłopów nadwiślańskich las, oni mieli robotę przy obróbce i przy wywózce, oni brali zapłatę gotowizną… prawda?
— Tak, oni brali.
— A gdzie są te pieniądze?
— Skąd ja mam wiedzieć gdzie Lach podziewa swoje pieniądze?.. może w ziemię zakopuje… ja nie wiem.
— Te pieniądze powinny być wszystkie u ciebie, Lejbuś, kochany, Kijowski.
— Co ja mam zrobić? Jeżeli chłop nie ma chęci przyjść do karczmy, ja go za łeb nie wezmę, i spodziewam się reb Mendel, że nie będziecie mi doradzali, żebym się miał z tymi grubianami próbować na siłę. Mnie się zdaje że to nie byłby dobry interes.
— Nawet całkiem paskudna spekulacja… ale przecie są inne sposoby. Ja ci zaręczam, że gdybyś miał mądrego wspólnika, to ani jeden grosz z tego, co Lachy zarobili nie ominąłby waszych kieszeni…
Kijowski westchnął.
— Aj Lejbuś! Lejbuś! — rzekł Mendel Waszyngtoński, — ja tobie nie robię wymówek, ja nie powiadam przykrego słowa, bo rozumiem, że jesteś młody i że z czasem nabierzesz rozumu… ale pamiętaj o tym, proszę cię, że dziś bardzo paskudny czas i że żyd musi sobie bardzo psuć głowę, jeżeli chce żyć na świecie.
— To prawda… prawda.
— Ja myślę, że niedługo będzie koniec świata.
— Przecie świat ma stać do sześciu tysięcy lat.
— Już nie wiele brakuje. Tymczasem psuje się wszystko, coraz gorzej jest, coraz gorzej. Dobrze powiedział jeden rabin, jeden wielki rabin… bardzo dobrze.
— A co on powiedział?
— Oj! ja przy tym byłem… ja to słyszałem. Jeszcze mam w uszach to słowo.
— Jakie słowo? powiedźcie i mnie to słowo. Niech wiem.
— Byliśmy tam u rabina na jesienne święta. Przyjechało parę kilka tysięcy nabożnych hassydów, porządni ludzie, sam cymes, sam kwiat, same wielkie nabożniki! Ja miałem szczęście, docisnąłem się do samego rebe. Aj! osoba… widziałem jak on jadł, widziałem jak on pił. Oj! jak on jadł i jak on pił! Wiadomo, co połknął kawałek ryby, to ginęło dziesięć tysięcy złych duchów… co wypił szklankę wina, to ich przepadło drugie tyle. Potem, on zapalił fajkę… ty wiesz co to znaczy, jak rebe fajkę pali?
— Bogu dziękować jestem też kawałek chassyd i nie potrzeba mnie uczyć nabożności…
— Wiadomo… Aj, Lejbuś, ale jak ten rebe fajkę palił! Jak on ten dym puszczał, z jakim impetem, z jaką siłą! Ja mogę przysięgać, że on wtedy najmniej ośmnaście razy po ośmnaście tysięcy złych duchów wdmuchnął na samo dno piekła. On się zmocował, on był bardzo czerwony, a potem oparł się na stole i cokolwiek drzemał. Potrzebował wypoczynku. Ktoby nie potrzebował spoczynku po tak ciężkiej pracy…
My staliśmy cicho… tak cicho, że można było słyszeć jak mucha leci. Nareszcie rebe otworzył oczy — i kazał sobie nalać szklankę wina. Wypił i znów przymknął oczy i tak było powtórzone trzy razy. Miarkowaliśmy że będzie coś mówił, bo smakował i cmokał ustami bardzo głośno… Przecież jego słowo każde słodkie jak miód… „Żydki, powiedział rebe, co wy chcecie wiedzieć?“
Jeden znaczny kupiec spod Lublina, Icek Morytzowietzki, zaraz zawołał: „Rebe! my chcemy wiedzieć po czemu będzie ropa w zimie?“ Rebe wzruszył ramionami i nie powiedział nic… myśmy śmieli się, a kupiec bardzo się zawstydził i odszedł. Drugi żyd, Lejba Kohne, na którego wołali Bolek, też bogacz, co grube pieniądz zrobił na loteriach, pytał: „Rebe, czy mój starszy syn będzie w wojsku?“ Rebe też wzruszył ramionami, a myśmy się dziwili że znaczny i bogaty żyd, a przecie taki cham i grubian.
— W czym on był grubian?
— Nie rozumiesz tego. Przecież Rebe tylko co kolację zjadł i tylko co wino pił i jeszcze nawet nie odpoczął dobrze… nie odsapnął, a ten mu mówi o wojsku! Kto słyszał takie grubiaństwo?! Rebe, po jedzeniu, mógł się broń Boże przestraszyć, mógł dostać kolki, słabości, niech się na naszych wrogów obróci. Wypchnęliśmy tego żyda za drzwi, niech idzie na ulicę, kiedy taki cham.
Jak się uciszyło, zapytał trzeci żyd, stary, siwy, Kalksztein jemu było, zapytał delikatnie: „Rebe! obyście żyli jeszcze sto dwadzieścia lat, ja was nie pytam co ze mną będzie, ani co z moimi interesami będzie, ale ja was proszę, spojrzyjcie w górę i zobaczcie tam, co będzie z nami wszystkimi?…“ Rebe nie ruszał wcale ramionami, tylko myślał… bardzo długo myślał i rzekł: „Dobrze będzie mądremu między głupimi, i dobrze delikatnej głowie wśród chamów“. Myśmy otworzyli gęby słysząc takie słowo… a stary żyd zapytał: „A co będzie jak chamska głowa stanie się delikatną?!“ Rebe po namyśle odrzekł: „Będzie wtedy dla nas chleb drogi i trudny (oby oczy nasze nie widziały tych czasów)“. Lejbusiu Kijowski, rozumiesz ty co to znaczy?
— Oj! rozumiem, rozumiem!
— Kiedy rozumiesz, to staraj się mieć zawsze delikatną głowę, żyć pomiędzy chamami i nie dopuścić żeby ich głowy zrobiły się delikatne.
— Dobrze powiadacie, reb Mendel, a teraz nim odjedziecie posilcie się trochę, trafiło mi się dziś kupić kawałek ładnej rybki.
— Dziękuję… dlaczego nie miałbym się posilić? Za parę dni przyślę ci wspólnika, dobrego wspólnika. Nie ma on wiele pieniędzy, ale ma głowę i szczęście do handlu. Albo nie, ja ci go nie przyślę. Nie trzeba, żeby go tu w karczmie widzieli. Ty przyjedź do mnie, do miasteczka Davos… tam się cały interes ułoży.
A pamiętaj żebyś go przeklinał i żebyś kłócił się z nim.
— Oj, oj, ja to potrafię.
Pogawędziwszy jeszcze trochę, posiliwszy się, Mendel Waszyngtoński odjechał do miasteczka na swoim długim odrzutowym wasągu i rozmyślał przez drogę o różnych interesach, najwięcej zaś o chłopach, którzy psują się, psują coraz bardziej.
Trudne życie z tymi chamami!
(Cdn)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz