W trybach przemysłu molestowania
Wprawdzie Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego, pani Małgorzata Manowska twierdzi, że właśnie wkraczamy w stan anarchii, a może nawet już w nim jesteśmy, ale anarchia – anarchią – jednak przemysł molestowania nadal funkcjonuje, jak w zegarku, a może nawet jeszcze lepiej?
Najwyraźniej stan anarchii, cokolwiek by to miało znaczyć, albo nie ma wpływu na funkcjonowanie tego przemysłu, albo nawet mu sprzyja.
Wszystko to być może, jeśli przypomnimy, na czym polega wiodąca technologia w tej branży. Najpierw jest ofiara. Tę ofiarę bierze w obroty Judenrat „Gazety Wyborczej”, za którym podąża zgraja autorytetów moralnych. Wykonują oni rodzaj przygotowania artyleryjskiego, według starożytnej semickiej recepty na haggadę.
Jak wiadomo, w haggadzie nie chodzi o żadne fakty. Jak to w swoim czasie zauważył pan Tomasz Jastrun, prawda bywa nieciekawa, a w każdym razie – niezbyt efektowna – więc gwoli podniesienia efektowności, trzeba – jak się wyraził – „dodać dramatyzmu”. Ale nie byle jakiego, co to, to nie. Ten dramatyzm ma być nasz, a nie jakiś taki nie nasz. A kiedy jest nasz? A wtedy, kiedy na jego użytek tworzone są tak zwane „fakty prasowe”, o których mówił nieboszczyk Bronisław Geremek. Te fakty prasowe żyją własnym życiem, zwłaszcza, gdy są często powtarzane. Jak często? Tak często, jak potrzeba, żeby mikrocefalom wbić do głowy „dramatyczną” wersję wydarzeń.
Kiedy już ta faza procesu technologicznego zostanie osiągnięta, na scenę wkraczają prawnicy, którzy – jak nauczał na Wydziale Prawa UMCS prof. dr Tadeusz Taras – „wygotowują” albo akt oskarżenia, albo pozew cywilny. Trawestując Boya-Żeleńskiego można powiedzieć, że „kto ma interes pilny, tworzy pozew cywilny”, dzięki któremu – zgodnie ze spostrzeżeniem Janusza Szpotańskiego – „z wszystkiego można szmal wydostać, tak, jak za okupacji z Żyda”.
W ten oto sposób najpierw niezawisły Sąd Okręgowy ze znanego na całym świecie z niezawisłości okręgu sądowego w Poznaniu, wydał na mnie wyrok zaoczny, nie fatygując się by prawidłowo zawiadomić mnie o wniesieniu pozwu, rozprawie, wyroku, który zdążył się uprawomocnić – a potem również – o rozpoczęciu egzekucji, o której dowiedziałem się, gdy akurat się zaczęła.
Wstrzymać jej już oczywiście nie mogłem, ale złożyłem sprzeciw do Sądu Apelacyjnego. Zanim ten sprzeciw został rozpatrzony, egzekucja się zakończyła, to znaczy – komornik ściągnął ze mnie prawie 190 tys. zł. dla mojej Prześladowczyni, Hermenegildy Kociubińskiej. 150 tys. to było „zadośćuczynienie”, a reszta – koszty. Po ponad 20 miesiącach Sąd Apelacyjny wyrok ten uchylił i sprawa wróciła do punktu wyjścia, to znaczy – do tej samej sędzi, która wyrok zaoczny wydała. Cóż mogła z tym fantem zrobić? A cóż by innego, jak ponownie go przyklepać? I tak się stało. Ale złożyłem wniosek o uzasadnienie i już 14 miesiąc na nie czekam. Forsy oczywiście nikt mi nie oddał – jeszcze by tego brakowało!
W międzyczasie, w 2019, a może już na początku 2020 roku, wytoczono mi drugą sprawę cywilną o podanie nazwiska mojej Prześladowczyni, jako wierzycielki, której musiałem przekazać 150 tys. złotych. Wytoczono mi ją znowu z Poznaniu, co było o tyle dziwne, że ani ja, ani nawet moja Prześladowczyni tam nie mieszka – ale tam właśnie ma kancelarię jej pełnomocnik, drogi pan mecenas Jarosław Głuchowski. Nazywam go „drogim” mecenasem, bo od mojej Prześladowczyni, tytułem honorarium, zainkasował 300 tys. złotych.
Ale podniosłem zarzut niewłaściwości miejscowej i ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu, niezawisły sąd w Poznaniu uznał trafność tego zarzutu. W rezultacie sprawa trafiła do Warszawy i właśnie 19 lutego tutejszy niezawisły Sąd Okręgowy ogłosił wyrok nakazujący mi wypłacenie mojej Prześladowczyni kolejne 150 tys. złotych wraz z odsetkami od roku 2020, czyli w sumie dobrze ponad 200 tysięcy. Tak długo bowiem toczyło się to postępowanie, więc i licznik cały czas nabija.
Będę od tego składał apelację, ale rozumiem, że jeśli gdzieś padł rozkaz, by mnie puścić z torbami, to żadna anarchia, o której wspomina pani prezes Manowska, w tym nie przeszkodzi.
W dodatku, o czym już informowałem, zostałem przez niezawisły sąd w Warszawie skazany na grzywnę i „należności sądowe” – w sumie ponad 12 tysięcy złotych. W rezultacie wygląda na to, że ostatnie lata życia spędzę na utrzymywaniu mojej Prześladowczyni, którą pod swoją obronę wziął dynamicznie rozwijający się przemysł molestowania, korzystający z usług niezawisłych sądów.
Co one z tego mają – tajemnica to wielka, bo wiadomo, że praworządność dopiero teraz jest „przywracana”, a skoro tak, to nieomylny to znak, że przedtem jej nie było. Czym zatem zajmowali się niezawiśli sędziowie? Dynamiczny rozwój wspomnianego przemysłu skłania do różnych wniosków, przed którymi wszelako się powstrzymam, bo co mi z tego przyjdzie, kiedy podzielę się nimi z Wami, drodzy Czytalnicy?
Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz