Tak być mogło (choć nie musiało). Opowieść przedświąteczna.
(Luźne zapiski Barta_W sprzed wielu lat)
Idą Święta.
Powinniśmy teraz, jak wszyscy, rozmawiać o wigilijnych tradycjach, głównie kulinarnych, o tej świątecznej atmosferze przesyconej zapachem świeżej jedliny, stearyny z choinkowych świeczek, cynamonu, pomarańczy, rodzynek, mieszanki piernikowej, pasty do podłogi „postnego” bigosu, i jeszcze tam czegoś.
Ale po co, skoro o tym trąbią wszystkie przekaziory: gazety, kolorowe tygodniki kobiece, telewizja, radio, plakaty i afisze. O obyczajach Świątecznych, rozmaitości potraw wigilijnych z różnych regionów i krajów, o tym śmiesznym, brodatym pajacu w czerwonym kubraczku któremu asystuje gromada jeleni i czereda krasnoludków w zielonych pończoszkach.
Wszystko pełne jest Świąt, wszystko nagli do jak najbardziej nerwowych, a zatem nieprzemyślanych zakupów, zarówno żywnościowych, jak i całej kupy nikomu niepotrzebnych rzeczy, a to na prezenty.
W tym sezonie, jak nigdy, przewija się wszędzie magiczne słowo Christmas, jakby zakazane w latach poprzednich. Christmas kojarzy się przede wszystkim z zabawami na śniegu, którego akurat mamy nawet za dużo (wtedy, przyp. red), z przygotowaniem do świątecznego obżarstwa, a przede wszystkim bieganiem po sklepach w poszukiwaniu najprzerozmaitszych nabytków po okazyjnych cenach.
I o to chodzi, o to chodzi, jak śpiewała ta małpa z bananem w piosence Młynarskiego. Ludziska biegają po sklepach i literalnie biją się na pięści, nogi i zęby, a nierzadko i na elektryczne paralizatory o nędzną parę babskich majtek, czy chiński odtwarzacz do płytek za trzydzieści zielonych.
Problem jest poważny. W tym całym chaosie, mimo powszechnej obecności słowa Christmas, zapomnieliśmy literalnie, co to Święto oznacza. To rzecz jasna wyjaśnia pierwsze sześć liter owej nazwy aktualnego sezonu, ale kto o to dba, skoro cała uwaga skierowana jest na to, by wyprzedzić bliźniego swego w nieprzytomnym wyścigu po nowy telefon komórkowy, albo konsolę egzboks-1.
Ankieterzy pytali młodych ludzi, co to jest to Boże Narodzenie. Odpowiedzi były zaskakujące, często mniemano, iż jest to uroczystość poświęcona Świętemu (Santa). Niektórzy nawet znali imię owego Świętego, mianowicie Santa Claus (określenie pochodzi z języka holenderskiego).
Ale konkretnie, czemu właśnie teraz? Bo to urodziny Świętego, co mieszka na biegunie północnym (cha! Na biegunie północnym można najwyżej zbudować zamek na lodzie, a długo on się tam nie ostanie, jako że isfjeldy mają to do siebie, że pływają). I razem z nim mieszka taka miła babcia w okularkach, która się nazywa Mrs. Santa.
Kto to był ten Święty Mikołaj i czemu on jest dziś tak ważny? Cóż, to wielkie nieporozumienie, efekt przeniesienia dnia prezentów z szóstego grudnia na Boże Narodzenie. Ale zastanówmy się przez chwilę – czyje to są urodziny i komu właściwie należą się życzenia, kartki i prezenty?
Dwa tysiące lat temu z okładem, w dalekiej wschodniej prowincji augustiańskiego Cesarstwa para skromnych ludzi zmierzała z miasteczka Nazaret na południe. Starszy człowiek prowadził za kantar sporego osła, który ciągnął własnoręcznie sporządzoną w warsztacie taczankę, albowiem Jusuf był mistrzem sztuki ciesielskiej, którą to umiejętność nabył ongiś w szkole rabinackiej. Bo szkoły rabinackie uczyły również zawodów i na przykład Paweł z Tarsu zasłynął później jako wytwórca namiotów, a wszak więcej niż połowa ówczesnej ludności tamtego regionu prowadziła życie koczownicze, z tego powodu namioty były towarem wielce poszukiwanym.
Na Jusufowym wózku siedziała, a raczej wpółleżała na podróżnych tłumokach młoda dziewczyna w stanie bardzo zaawansowanym, co cieśla mając na uwadze, prowadził zwierzę jak najostrożniej, by uniknąć wstrząsów na wybojach. Na szczęście, rzymska droga była prosta jak drut i doskonale utrzymana, staraniem żołnierzy stacjonujących w garnizonie położonym na skrzyżowaniu z trasą prowadzącą do samarytańskiej Cezarei.
Jakie przesłanki nami kierują, aby przypuszczać, że Jusuf umieścił Miriam nie na oślim grzbiecie, jak przedstawiają pokolenia malarzy, a na wózku? Ano, czy ktokolwiek z nas kazałby swojej małżonce siadać w kulbakę, jeśli wiemy, że lada moment może rozpocząć się poród?
Ponieważ nasze zainteresowania tutaj skupiają się na najważniejszym aspekcie w życiu człowieka i jego społeczności, a mianowicie pożywieniem, zacieśnijmy na nasze rozważania do tego tematu.
Jusuf miał w torbach zapasy. Z pewnością znajdowała się tam mąka lub kasza, suszone owoce, daktyle, rodzynki i być może cytrusy. Także orzechy i miód, ponieważ produkty te nie ulegają zepsuciu. Sól mogła służyć nie tylko do przyprawiania potraw, ale i jako środek wymiany. I oczywiście wino sporządzane rękami Żydów, jako że inne pijali tam tylko greccy i rzymscy poganie. Rzeczą oczywistą jest, że Jusufowe zapasy zawierały sporą ilość czosnku, a kto wie, czy i nie cebuli. A może i por, świętą roślinę Rzymian. Pewnie i suszone ryby, przecież mamy do czynienia z Nazaretańczykiem. Sery nie, albowiem ser nie może przebywać w sąsiedztwie ryby, choćby najbardziej wysuszonej. Tak powiada Prawo.
Po niewątpliwych perypetiach, jako że odległość od Nazaretu do Beth Lechem wynosi więcej jak sto kilometrów, para, ominąwszy od południa stolicę prowincji – Jeruzalem, znalazła się na na peryferiach mieściny zwanej Domem Chleba.
Był marzec, albo początek kwietnia. W ciągu dnia pogoda była znośna, ale noce chłodne, a i zdarzał się przymrozek. W dodatku wieczorny wicher przybierał na sile, zacinając ostrym piaskiem. Jusuf zawinął głowę swoją i żony w chustę, sposobem podejrzanym u Beduinów, a i osłu zawiązał szmatą mordę, by choć trochę przed pyłem ochronić nozdrza bydlęcia.
Dom Chleba położony był o dwie godziny marszu do Jeruzalem, gdzie znajdowała się świątynia, której rozbudowę właśnie kończyli ludzie Heroda zwanego Wielkim. Wiadomo, że stołeczne gospody i zajazdy liczyły za gościnę dość słoną ilość denarów, przeto mniej zamożni pielgrzymi wybierali owo Beth Lechem na miejsce pobytu w czas wizyty w sanktuarium, gdzie znajdowała się Arka Przymierza.
Jusuf z niepokojem spoglądał na pobladłą ze zmęczenia Marię. Nie troskał się o siebie, wszak lata ciężkiej pracy przy heblu, czy pile, uodporniły go na wszelkie wysiłki i niewygody ale Miriam to jeszcze prawie dziecko, nienawykłe do podróży w tak niedobry czas i w takim stanie.
Niewiele myśląc, skręcił do pierwszego z brzega domu noclegowego. Wiodąc za rękę młodą żonę, pchął odrzwia przybytku i wszedł do środka. Zaraz uderzył w nozdrza przybyłych zaduch człowieczego potu, wymieszany z nieświeżością tanim winem oddechów i wszechobecnym fetorem niedotrawionego czosnku. Nadszedł szynkarz, dzierżąc w dłoni pokaźnyh rozmiarów dzban, z którego dolewał wino do kubków. Konwie z wodą stały na stołach, a za wodę nie pobierano tu opłaty.
− Jestem Jusuf cieśla z Nazaretu, a to jest moja żona Miriam, która stąd pochodzi… – zaczął Józef, ale traf chciał, że słowa Nazaret i żona przebiły się przez pijacki rechot zgromadzonych. Gwar ucichł.
− Galileczyk! Cudzoziemiec! – zawołał ktoś – Chyba z wnuczką, nie żoną – dorzucił drugi. I obleśne łapska wyciągnęły się w stronę dziewczyny, które krzepki stolarz przetrącił nieodłącznym kijem, który służył mu za laskę putniczą, albo za ciesielską miarkę.
Wrzask bólu połączył się z rykiem wściekłości zapijaczonej tłuszczy. Józef zasłonił sobą słaniającą się już na nogach Marię. Laga dźgnęła w żywot najbliżej stojącego zbira.
Uderzony padł na klepisko i zwinąwszy się w kłębek wołał żałośnie – Aj waj, aj waj!
Józef, popychając za sobą Marię, wysunął się na zewnątrz i zatrzasnął gwałtownie dźwierza, podpierając je kijem swoim, którego koniec jeszcze przydepnął, by lepiej wraził się w ziemię. Ze szpary między deskami a framugą wystawała jakaś przyciśnięta noga.
Podróżni podeszli do swego wózka. Józef obawiał się nieco o bezpieczeństwo mienia, ale chłopak stajenny, któremu powierzył taczankę z osłem okazał się człekiem rzetelnym, więc otrzymał za fatygę dwa, czy trzy asy. Gdy tłum wysypał się na podworzec, gości już nie było.
Nie było kogo rozpytać się o inne jakieś zajazdy, albowiem w taką zawieruchę wszyscy siedzieli dobrze pozamykani w domostwach swoich, ale Maria pamiętała z dzieciństwa, iż w bocznej uliczce nieopodal pewien zacny człowiek udziela schronienia pielgrzymom, przy czym w szlachetności swej nie czyni różnicy między biednymi, a tymi, którzy są sytuowani lepiej.
− Nie mogę wam udzielić schronienia, panie − rzekł właściciel gospody – albowiem tłum nigdy nie uwierzy, iż jesteście mężem tej młodej niewiasty. Ją zatłucze kamieniami, was co najmniej okaleczy, a i dom mój spali. Jednak powiem wam coś. Tam dalej, niecałe trzysta rzymskich kroków stąd, stoi żółty budynek należący do zamożnego człowieka, który jest samotny i ma w posiadłości swojej wiele miejsca. Niechby was choć przechował w pomieszczeniu dla służby. Możecie mu rzec, że ja was mu polecam.
Osioł spojrzał z wyrzutem na pana swego, ale gdy zobaczył, że on sam zakłada szleję, by ciągnąć dwukółkę z Marią i bagażami, zawstydził się i postękując ruszył przed siebie.
W drzwiach stanął krępy jegomość w towarzystwie postawnego niewolnika zbrojnego w gruby kij.
− Jestem Jusuf cieśla z Nazaretu… – wycharczał Józef, ale więcej nie mógł powiedzieć, ponieważ piaszczysty wicher wysuszył mu krtań zupełnie.
− Zachodźcie prędko, bo pył wlatuje do środka – ponaglił gospodarz – Przepcha – zwrócił się do raba – zajmij się bydlęciem.

Maria nie miała siły skorzystać z poczęstunku, odświeżając się tylko kilkoma łykami wina z wodą. Józef takoż nie jadł, jeno by gospodarza nie obrazić, zabrał kilka fig z makiem na później.
O półtorej mili na południowy wschód znajdowała się grota, gdzie ów człowiek przechowywał narzędzia rolnicze i ziarno na zasiew. Było tam kilka posłań, z których w okresie prac polowych korzystali parobkowie i pasterze. Niewolnik zwany Przepchą zaraz poprowadził umordowanych podróżnych, nie omieszkawszy przedtem napoić i z grubsza wyczesać osła z kurzu, przy której to czynności przemawiał łagodnie do stworzenia w mowie jakiejś przedziwnej, która szeleściła jak sosna libańska na wietrze, a równocześnie pobrzękiwała brzęczeniem leśnych pszczół miodnych, szumiała górskim strumieniem, a miejscami poświstywał w niej skowronek. Mądre zwierzę widać pojmowało te słowa, bo strzygło uszami i tuliło łeb swój do poczciwego dzikusa.
Grota zawarta była niewielką dobudówką, zaopatrzoną w wejściowe drzwi. Pośrodku pomieszczenia znajdowało się palenisko z okapem, a w kącie u żłoba wół miarowo ruszał żuchwą. Przepcha prędko zakrzątnął się i zaraz zapłonął ogień, nad którym sługa zatknął na rożen jakieś kawałki mięsiwa, a na płaski kamień rzucił kilka placków.
− Pozostańcie tu tak długo, jak wam potrzeba – rzekł − z polecenia pana mojego zajrzę do was rano, by zobaczyć, jak sobie radzicie. I znikł.
Opowiadając wigilijną historię dzieciom naszym i wnukom (czy jeszcze ktokolwiek z nas to czyni?), przeświadczeni jesteśmy o ubóstwie Józefa. Takie mniemanie uważam za afront dla tego wielkiego Świętego z powodów następujących:
Józef był rzemieślnikiem, człowiekiem przemysłu. W tamtych czasach mieszkańcy krain Izraela, których tu skrótowo zwać będziemy Żydami, to była w większości tłuszcza, nie mająca pojęcia o pisaniu i czytaniu, a nawet o tym, jak należy żyć. Postępowali tak, jak nakazywali im kapłani i rabini, na podstawie ksiąg rozmaitych, a głównie Tory, która była dość szczegółowym spisem praw, dokonanym według Dekalogu i widzimisię ustawodawców.
Jedynie mieszkańcy pięknej i żyznej Samarii, zwanej na rozkaz Heroda, a na cześć cesarza Sebastą, pojmując Dekalog dosłownie, żyli życiem skromnym i zacnym. Prosty lud Izraela to była biedota, zajmująca się dorywczą pracą najemną u nielicznych lepiej sytuowanych, albo drobnym handelkiem.
W owym czasie Józef posiadał znajomość nie tylko pisma, ale i czytał ryciny, które dziś nazwalibyśmy rysunkiem technicznym. Najprawdopodobniej znając łacinę, mógł budować domy z planów sporządzonych przez rzymskich inżynierów. Wtedy jakość usługi przekładała się na godziwą płacę. Miał więc dużo zamówień i na pewno w warsztacie swoim zatrudniał ludzi.
Czy Najwyższy Adonai powierzyłby wychowanie Syna swego komuś biednemu i niezaradnemu?
Tak więc niewygody podróży do miasteczka Beth Lechem nie mogły wynikać z ubóstwa Rodziny, ale ze zbiegu okoliczności, a także zjawiska, które dziś zwiemy znieczulicą.
Dziś odbiegniemy nieco od tematu kuchni, ale o potrawach wigilijnych piszą teraz wszyscy. To jest żelazny temat wszystkich publikatorów, taki jakby atrybut sezonu. Tak więc pociągnijmy dalej Opowieść Wigilijną, a tematy pożywienia same w sposób naturalny pojawią się w niej prędzej, czy później. Proszę więc o cierpliwość.
Tej nocy stróże trzody spali szczególnie twardo. Poprzedni dzień był niezwykle pracowity. Niespotykanej liczebności horda szakali pokiereszowała wiele sztuk bydła i owiec, z których kilku nie można już było ocalić. Żadna pociecha, że pasterze wytłukli całą masę napastników, przy wielkiej pomocy psów wiernych, a także Heraklesa, wielkiego, czarnego byka rodem z Krety, dzielnie stającego w obronie swego haremu. Sam Herakles zresztą także słabował wielce od wyrwania mu żywcem kilku kawałów ciała przez owe krwiożercze bestie. Potem trzeba było połapać rozpierzchłe stado i przyjąć trudny poród cielęcia. Pod wieczór chłopaki lecieli z nóg i nawet ich dowódca, ponury wielkolud, którego wołano Hefajstosem, nie miał sił na obyczajne dla niego porykiwanie na podwładnych.
Chwycił przymrozek. Szron zabarwił na sino chrusty i badyle krzaków kolczastych w świetle księżyca, którego rogi zwrócone były w górę, co w tamtych stronach jest zjawiskiem normalnym. Komu dane było spać, zawijał się w chlajnę, derę i we wszystko, co miał. Niektórzy wtulili się w ciepłą sierść swoich podopiecznych, nieliczni szczęśliwcy ułożyli się blisko ognia.
Wyznaczeni wartownicy stłoczyli się przy własnym ognisku, u skraju pastwiska. Pogryzając upieczone kawałki mięsa ze zwierząt, które trzeba było dobić, placki jakieś z pieprzem i popijając czerwonym winem libańskim z wodą, nasłuchiwali odgłosów Natury, czy przypadkiem nie skrada się głodna pantera, lwica, albo wataha hien. Psy czujne a mądre krążyły wokół, a wsród nich wodziły prym dwa ogromne gładkowłose owczarki afrykańskie, jakich Hotentoci używali do ochrony stad przed lwami.
Nie upłynęła godzina, a i oni przysnęli snem sprawiedliwych. Przytomny pozostał jedynie Tetliteas, jąkała i popychadło, z którego wszyscy się naśmiewali za przyczyną jego nieumiejętności mowy gładkiej, a uszczypliwej. Wiadomo skądinąd, że leżącego kopnąc najbezpieczniej.
Tetliteas z siekierką w dłoni łaził dookoła obozowiska i mrucząc coś do siebie, patrzył w niebo, roziskrzone milionami gwiazd, które starał się przeliczyć, jako że sztukę liczenia posiadł doskonale, nie będąc zgoła takim głupim, na jakiego patrzył. Wciągał głęboko do płuc rześkie powietrze nocy i widział własny swój oddech, któremu to zjawisku nie mógł się nadziwić.
Chłopak spać w nocy nie mógł. Przesypiał bowiem zwykle większą część dnia, by towarzyszom swoim nie leźć w oczy, nie chcąc prowokować docinków przykrych ze swej ułomności. Za to pierwszy był zawsze do wszelkich powinności nocnych, do stróżowania, do opieki nad nowonarodzonym przychówkiem, do rozdzielenia splątanych rogów baranów walczących o władzę nad stadem, a nawet do pielęgnacji serów w szałasie specjalnie w tym celu postawionym. Gadał przy tym do zwierząt, a tym nie przeszkadzało, iż mowa jego chropawa była i kulała.
Tym razem trzoda, nie ochłonąwszy jeszcze z przerażenia wywołanego atakiem drapieżców skupiła się ciasno w ogrodzeniu, a bydło z właściwą sobie przemyślnością uformowało szyk, w którym jednostki słabsze i cielęta chronione były we środku grupy, a na zewnątrz kręgu sterczały długie rogi starszych i silniejszych osobników, od których nawet lwica trzymać się musiała z dala. Tetliteas uśmiechnął się do siebie na widok dowodu sprytu żywiny i uspokojony sięgnął do paska po uwiązany tam dzbanek z zimną wodą podprawioną winem.
Jednak wpół owego ruchu zamarł jak zmrożony. Poczuł bowiem, nie usłyszał i nie ujrzał, a poczuł jakimś pasterskim dziewiątym zmysłem zupełnie blisko obecność czegoś lub kogoś obcego.
Ostrze siekierki ze świstem przecięło powietrze. Osobnik, który stał tuż za pasterzem przytomnie odparował cios trzymaną w dłoni laską, po czym łagodnie powstrzymał za przegub zbrojną rękę.
– Tetliteasie – ozwał się obcy łagodnym głosem – Tetliteasie, nie jestem ci wrogiem, ani tobie ani towarzyszom twoim.
Grek zdumiał się wielce. Otworzył gębę i chciał coś powiedzieć, ale nie mógł, bo przecież był jąkałą.
– Wiem, co chcesz rzec – ciągnął nieznajomy – pragniesz wiedzieć, kim jestem i zapytać, skąd znam zawołanie twoje.
Tetliteas spojrzał na gościa z ciekawością, acz bez trwogi, jako iż dziarskiego greckiego pasterza przerazić jest niezwykle trudno. Mąż wzrostu słusznego obleczony był w długą szatę, która w poświacie niebieskich ciał wydawała się lśnić własnym, błękitnym blaskiem. Jasne, gęste włosy jego spływały na kark i do połowy pleców, a w dłoni dzierżył jakby kij podróżny, jednak prosty, niczym krótki dziryt rzymskiego konnego żołnierza i zakończony rękojeścią w kształcie kuli.
Jednak najbardziej fascynujące były lazurowe, jak niebo nad Naszym Morzem oczy owej postaci, z których emanowała czysta dobroć.
– Tak, panie – to jedno, co zagadnięty zdołał wypowiedzieć.
– Powiem ci zatem. Jestem przybyszem z bardzo daleka, a imię twoje znam, albowiem wiem wiele rzeczy, więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, a czasem dumam, że więcej, niż sam chciałbym wiedzieć…
– Jesteście Doryjczykiem, panie, prawda?
– Mniemasz zapewne po mowie. Nie, nie jestem Grekiem, ale mówię wieloma językami i narzeczami. Ale do rzeczy. Przysłano mnie tu, bym wam rzekł, iż ów czcigodny Jusuf, który z małżonką swoją przebywa w szopie, gdzie wczoraj ostrzyliście siekiery, może potrzebować wsparcia waszego i pomocy. Budź swoich, bieżajcie.
– Panie, ja tu robię za popychadło i nie posłuchają mnie, a wyśmieją, albo pobiją, że ich budzę w środku nocy – Tetliteas z wrażenia zapomniał, że się jąka.
Promienny uśmiech cudzoziemca rozjaśnił nocny mrok chyba na dwadzieścia podwójnych kroków z okładem.
– Zatem obudź tego waszego Hefajstosa i niech on was wiedzie do szopy Jusufa.
W stronie, gdzie znajdowało się nie bardzo podłe miasteczko zwane Domem Chleba, gwiazda jaśniejsza od wszystkich zdawała się zmierzać ku ziemi, ciągnąc za sobą ogon świetlisty. Gdy Tetliteas obejrzał się za siebie, nie ujrzał już nikogo, jeno ślady sandałów widniały w poświacie księżycowej.
Pędem ruszył do namiotu bacy.
– Hefajstosie, Hefajstosie – targał za ramię śpiącego – wstawajcie, prędko…
Olbrzym zerwał się na równe nogi i już w dłoni miał swą maczugę z dębczaka, w której tkwiły wrośnięte kawałki krzemienia o ostrych krawędziach.
– Co jest, znowu te przeklęte hieny?
– Nie, nie hieny. Jusuf z Nazaretu w niebezpieczeństwie. Pewnie hewrejski motłoch chce ukamienować niewiastę jego. Bieżajmy na pomoc!
– Co ty gadasz, głupi. Łazisz po nocy, gapisz się w gwiazdy i masz jakieś przywidzenia, albo myśli złe. Nie przeszkadzaj spać, dzień był wredny, a i nie wiadomo, co jutro przyniesie. Wypoczywać trzeba. Idź lepiej i ty spać – tym razem Hefajstos nie zauważył, iż młodzieniec mówi gładko i płynnie.
– Gdybyście i wy, zacny Hefajstosie, takoż patrzyli w niebo, widzielibyście to, co i ja.
Gwiazda jaśniała już silniej od księżyca i rozrosła się do wielkości owoca granatu. Zatrzymała się może na wysokości mili, czy półtorej i widać było, jak obraca się zwolna dookoła własnej osi. Nagle dało się słyszeć ni to przeciągłe wycie, ni to świst, zakończony łoskotem jakby pioruna i z owego ciała niebieskiego strzeliła ku ziemi wąska smuga delikatnej, jasnobłękitnej poświaty.
– Wstawać! – ryknął Hefajstos przeraźliwym basem, aż najbliżej stojące barany cofnęły się w przerażeniu o kilka kroków. Nie minęło tyle czasu, ile potrzeba, by zliczyć do dziesięciu, a nawykli do stawiania czoła niebezpieczeństwom pasterze stali zbrojne, gotowi na rozkazy wodza. Nikt nie tracił czasu na zbędne słowa, czy zapytania. Długi wąż zawadiaków pod wodzą straszliwego wojownika, rzuciwszy budy, watry, stada, a pozostawiając je pod opieką owczarków, ruszył oszczędnym półbiegiem w kierunku, gdzie miało miejsce przedziwne zjawisko. Każdy dzierżył w dłoni oręż jakiś, a to toporek, a to oszczep, maczugę, procę, lub choćby nóż, kilku niosło łuki, a jeden taszczył na plecach jońską gastrofetę o rozpiętości chyba ze czterech stóp.
Na pół mili przed Grotą, Hefajstos, posługując się znaną wszystkim mową świstów i gestów, rozstawił swoich ludzi w półkole, podobnie, jak się to czyni w celu osaczenia zbrojnej bandy bydłokradów. Skradając się jak koty między kolczastymi krzakami, zbliżali się pasterze pomału do celu.
Gdy znaleźli się zaledwie o kilka kroków od drzwi, które Józef naprędce uszczelnił dla ochrony od wiatru i zimna, wierzeje rozwarły się z hukiem i w snopie światła z nich bijącego, pojawił się postawny stolarz, uradowany niezmiernie.
̶ Mamy Syna! ̶ zawołał w przestrzeń
Okrzyk kilkudziesięciu gardeł wzniósł się aż po samo niebo. Józef stropił się nieco i poprosił o ciszę, nie chcąc przerazić Nowonarodzonego.
Teraz dopiero na osiołku przykłusowała z miasta zapóźniona babka porodowa, zbudzona w środku nocy przez nieocenionego Przepchę. Nakazała zagrzać wody i wszystkim iść precz.
Tegoż dnia pod wieczór wokół szopy zapłonął tuzin ognisk, do których chrustu i drew dokładano, co by narobić żaru jak najwięcej. Bo przecież każde dziecko wie, że mięsa nie piecze się nad żywym płomieniem.
Niebawem nad węglami zakręciły się naszpikowane czosnkiem, a lebiodką i cząbrem natarte tusze baranów. Były i sery świeże i dojrzałe, a nawet masło, chleb i placki słodkie i pieprzne, pieczone na rozgrzanym kamieniu. Był miód od pszczół stepowych, orzechy, suszone figi z makiem, daktyle i oliwki. By radość pomnożyć, Józef wyciągnął drogocenną sól. Dwaj juhasi przynieśli z miasta na drągach miło dla ucha bulgoczącą beczułkę. Takoż i Gospodarz puścił w krąg gąsiorek krwistoczerwonego wina prosto z Libanu, niepomny, iż Pismo zabrania kumać się z akumami. Wszak jako święty, wyprzedzał epokę swoją o wiele pokoleń.
Zwabieni gwiezdną łuną, a żądni sensacji, przybyli mieszkańcy Domu Chleba. Jednak przywileju wstępu do wnętrza prowizorycznego domostwa dostąpili jedynie nieliczni, z prozaicznego powodu braku miejsca. Młodziutka Matka spoczywała na posłaniu ze słomy przykrytej grubą płachtą oraz Józefową chlajną, a od zimna nakryta pastuszkowymi kożuchami, a Dziecko z wigorem zasysało pokarm.
Nie wiadomo, skąd wylazł wielki, czarny wąż, plująca kobra długa chyba na sześć łokci i z wolna posuwał się ku posłaniu. Józef najpierw zdziwił się niepomiernie, albowiem znał, iż gad ma krew zimną i na mrozie poruszać się nie jest w stanie. Sięgnął za siebie po lagę swoją, ale przepomniał, iż pozostawił ją kilka dni temu w zajeździe, podparłszy drzwi podczas ucieczki przed pijaną tłuszczą. Noża przy sobie nie nosił, nie chcąc narażać się na przydomek Isz Karioty. Zaczął więc ściągać tunikę, by rzuciwszy ją na łeb potwora, zgruchotać go nogą.
Łup! Krótka siekierka ciśnięta wprawną dłonią Tetliteasa, wbiła się głęboko w drewno podłogi, ucinając gadzinie łeb. Miriam uśmiechnęła się promiennie do wybawiciela swego, a ten podniósłszy wijące się jeszcze niczym olbrzymia glizda cielsko napastnika, wyrzucił je przez otwarte drzwi na zewnątrz, skąd natychmiast dobiegł radosny pisk szczęśliwych ichneumonków, które dziwnym trafem zjawiły się na właściwym miejscu.
Na zewnątrz, małe, garbate indywiduum o odrażającym licu, zaśmiało się szyderczo, a złowieszczo i znikło, pozostawiając po sobie chmurę dymu śmierdzącego zgnilizną.
Przez otwarte drzwi wpadł do izby gwałtowny podmuch zimnego wichru. Dziecko z zimna pisnęło. Miriam zdjęła z głowy chustę, co według faryzeuszów było wielkim grzechem i zawinąwszy w nią Niemowlę, podała Józefowi, a ten umieścił Je w żłobie rozgrzanym oddechem obojga bydląt – osła i wołu. Tak przynajmniej głosi najpiękniejsza z krajskich kolęd.
Nadejście Syna Człowieczego pierwsi przywitali nie królowie, nie kapłani, nie rabini, czy prorocy, nawet nie wierni starozakonni, a grupka pogan, prostych, greckich pasterzy.
Tak było w ogólnym zarysie. Tak być mogło w szczegółach. Opowiadajmy tę historię naszym wnukom, bo dzieci nasze pewnie tylko postukają się w czoło i pobiegną do galerii kupować w ostatniej chwili nikomu niepotrzebne rzeczy, albo utkwią przed telewizorem, gdzie gwiazdy tańczą na rurkach.
Cieszmy się zatem z przyjścia Tego, który przyszedł głosić nam Dobrą Wiadomość. Który jednym znamiennym zdaniem nakazał nam żyć zgodnie z Naturą. Który poświęcił Siebie, by za najwyższą cenę, nas, nic nie wartych, nabyć na własność.
Przy wigilijnym stole pamiętajmy, po co tu jesteśmy i co te Święta oznaczają. Bo jeśli poddawszy się wrzaskliwej demagogii Zła sprowadzimy celebrację Bożego Narodzenia na nieprawidłowe tory, to odrośnie łeb gadzinie, a wtedy biada nam…
Kaktus
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz