Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Przebudzenie
Marsze Polaków za pokojem – 19 października w Rzeszowie , 26 października w Szczecinie budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...
-
Sokrates – grecki filozof słynął ze swych opowieści dydaktycznych i innych moralnych rad z zakresu – dziś nazwalibyśmy to – stosunków międz...
-
Wiele się obecnie rozprawia o znaczeniu wszechoceanu, z drugiej zaś strony lądów – głównie Eurazji – w starciu o panowanie nad światem. Zas...
-
A to dopiero zakpiła sobie z obywatela Tuska Donalda Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje! Kiedy Naczelnik Państwa, co to najpierw patronował spr...
Biscoter
Wejdę w polemikę z tym krótkim artykułem.
Na początek przedstawmy obecną sytuację na rynku nieruchomości w Polsce.
Ceny, zarówno w dużych miastach, jak i tych mniejszych, są poza zasięgiem zdolności kredytowej przeciętnego Polaka. Dotyczy to zarówno rynku pierwotnego, jak i wtórnego. W ostatnich latach wzrosty cen na rynku nieruchomości były bardzo duże, między innymi z powodu wprowadzenia przez rząd pisu kredytu 2%. W rezultacie osoby zbierające na wkład własny, mimo regularnego powiększania swoich oszczędności, oddalały się od zrealizowania marzenia o własnym M.
Jak słusznie zauważył Pan Rękas, nieruchomości stały się dobrem inwestycyjnym. Marże deweloperów osiągają rekordowe, mieszczące się między 30 a 50% poziomy, a na rynku szaleją flipperzy. Dochodziło nawet do zjawisk typu spiętrzone flipy, gdzie jeden flipper odkupował nieruchomość od drugiego flippera.
Ludzie kupowali mieszkania nie po to, żeby w nich mieszkać lub je wynajmować, ale po to, żeby po prostu stały puste całymi latami i rosła ich wartość.
Po klatkach schodowych walały się karteczki z ogłoszeniami i ładnymi rysunkami typu młode małżeństwo kupi za gotówkę tutaj mieszkanie, co miało psychologicznie oddziaływać na starsze osoby. Kto nie widział, niech wygogluje.
Deweloperzy wylobbowali skasowanie jakichkolwiek sensownych przepisów odnośnie wyglądu mieszkań, w tym ilości okien itp. Dzisiaj próbują wylobbować obniżenie obowiązkowej ilości miejsc parkingowych, co próbowano przemycić między innymi w specustawie powodziowej związanej z tragedią jaka dotkneła mieszkańców południa Polski minionej jesieni.
Z uwagi na powyższe deweloperzy przestali budować mieszkania mające być atrakcyjnym miejscem do życia, stawiając na kurniki inwestycyjne.
Pompa na rynku sprawiła, że sprzedawał się dosłownie każdy paździerz i to na poziomie dziury w ziemi. Wszystko to w kontekście stałej deweloperskiej, czyli jak mantrę powtarzanego od ponad 20 lat hasła, że w Polsce brakuje 2 mln mieszkań.
Nie pomaga też sektor bankowy, w Polsce mamy obecnie najdroższe kredyty hipoteczne w całej Unii Europejskiej.
Stopa opodatkowania zaś zniechęca do pracy, a promuje rentierstwo.
Obecnie bańka sięgneła stanu, w którym już dosłownie każdy interesuje się wejściem w nieruchy, na przykład klasztory czy ostatnio Kaufland i inne markety. To jest moment, w którym już ta przysłowiowa baba z warzywnioka rozmawia z klientami, że ona w to zainwestuje. Oznacza to, że z tego rynku trzeba uciekać. No chyba że uda się przepchnąć kredyt 0% i spowodować kolejny lawinowy wzrost cen.
Jakie niesie to skutki?
Młodych ludzi nie stać na zakup mieszkania lub aby je zakupić muszą godzić się na zakredytowanie po same pomidory na 30 lat. Decyzja o zakupie mieszkania jest odkładana, co za tym idzie także usamodzielnienie się, założenie rodziny i spłodzenie dzieci. Jednocześnie ta grupa społeczna jest pogardliwie atakowana w mediach poprzez nazywanie ją gniazdownikami. Kraj o niespotykanej na skalę globalną tragicznej sytuacji demograficznej, możliwej do porównania chyba tylko z niszczoną wojną Ukrainą i wyludniającą się Koreą Południową, ma jeden z najbardziej niesprzyjających ludziom na dorobku rynek nieruchomości.
Wykształciła się cała klasa nowoczesnych feudałów, rentierów/czynszojadów, którzy nie utrzymują się z pracy i nie inwestują swojego majątku w przedsiębiorstwa, giełdę itp., a w betonowe złoto.
Rynek nieruchomości stał się wąskim gardłem polskiej gospodarki, pochłaniając niezliczone bimbaliony dolanów, które można by było wpakować w nowoczesne technologie, inwestycje gospodarcze, rozwój przedsiębiorstw. Spowalnia to rozwój, a co za tym idzie bogacenie się naszego społeczeństwa. Wszystko to przy artykułach o „kole zamachowym polskiej gospodarki”, jakim rzekomo są nieruchomości.
Niskie opodatkowanie rentierstwa zmniejsza dochody do budżetu, przez co rośnie nam właśnie ta wspomniana przez Pana Rękasa dziura budżetowa.
Rozbuchane poza granice możliwości marże deweloperów sprawiły, że stali się oni znaczącym sponsorem wiodących partii politycznych. Posmarują gdzie trzeba, zasponsorują zarówno opozycję jak i rząd, a później żądają spłaty długu.
Co w kontekście tego ma przynieść podatek katastralny od 3 mieszkania?
Wprowadzenie go ma zniechęcić do inwestowania w nieruchomości.
Zaprezentuję Państwu w tej chwili iście rewolucyjną ideę:
MIESZKANIA MAJĄ PRZEDE WSZYSTKIM SŁUŻYĆ DO MIESZKANIA W NICH.
Spowodowałby on spadek opłacalności trzymania pustostanów, które zostałyby albo rzucone na rynek na sprzedaż, albo na wynajem.
Jedno i drugie spowodowałoby spadek cen nieruchomości oraz spadek opłat za wynajem.
Rentier nie mógłby przerzucić kosztów katastru na najemców, bowiem ci mając szerszy wybór po prostu by się przeprowadzili.
Niech Was nikt nie mami tekstami o „ciułaczach” z 3 mieszkaniami. W obecnej sytuacji ich majątek ulokowany w nieruchomościach można bez przesady oszacować na 1,5-3 mln zł i więcej. To niezły mi ciułacz milioner.
Rząd żeby poprawić obecną patologię na rynku nieruchomości może po prostu nie zrobić nic.
Ale może także podjąć działania, które przyśpieszą korektę tego stanu.
Jednym z nich jest kataster.
Drugim, słusznie zauważonym przez Pana Rękasa, jest zintensyfikowanie budownictwa społecznego. Z tym że zanim te społeczne budownictwo powstanie, minie kolejne 5-10 lat.
A my potrzebujemy czegoś na już. Stąd konieczność wprowadzenia katastra na cito. I to się stanie, bo tak Polsce zaleca MFW. Na spokojnie, po wyborach prezydenckich.