Wybory ’25
Wybory prezydenckie, czyli wybór pawiana nr 1, coraz bliżej. Zarejestrowano już chyba dwunastu pawianów, a jeśli Państwowa Komisja Wyborcza zatwierdzi pozostałych, to będzie ich siedemnastu.
Dotychczas zatwierdziła 15-tu. To znacznie więcej niż w poprzednich wyborach. Wtedy było ich dziesięciu, jedenastu. W związku z tym Tomasz Piekielnik na swoim kanale zastanawia się nad tym, czy to możliwe, by kandydaci bez zaplecza partyjnego mogli zebrać wymaganą liczbę 100 tys. podpisów.
Poniżej zapis jego wypowiedzi na ten temat, który poruszył w końcowej części swego komentarza.
Niektórzy kandydaci, bo jest ich co najmniej jeden, zebrali podpisy w liczbie 100 tys., czy ponad 100 tys., powiedzmy 250 tys., bez struktur, bez nawet, co potwierdzają internauci, zbliżonej z tą liczbą liczby wizyt na swojej stronie internetowej, na której można było pobrać dokument do podpisów wyborczych, rejestrować się i tak dalej.
I prezydent Komorowski wyjaśnia, jak to się dzieje – kandydaci na prezydenta kupili podpisy? Komorowski mówi (polsatnews.pl):
– Mogę się zakładać, że absolutna większość osób, które kandydują, a nie mają zaplecza politycznego, po prostu kupiła te głosy od wyspecjalizowanych firm – uznał Komorowski, odnosząc się do rekordowej liczby osób deklarujących zebranie 100 tys. podpisów, by móc startować w wyborach głowy państwa.
Z kolei Leszek Miller ocenił, że prezydenta powinno wybierać Zgromadzenie Narodowe.
Stwierdzenie faktu przez pana Bronisława Komorowskiego, należy tak ocenić te słowa, niż uznać za tezę, choć pan Komorowski mówi, że może się o to założyć, to pamiętajmy, że kandydował w wyborach prezydenckich, był czołowym politykiem Platformy Obywatelskiej, zatem zapewne do jego uszu dochodziły konkretne informacje, sygnały, wiadomości i fakty dotyczące tego, jak zbiera się podpisy w trakcie wyborów prezydenckich. Komorowski dalej mówi:
– Mam swoją opinię w tej kwestii. Uważam, że przestał działać próg, który wprowadzono do ustawy, żeby nie było ogromnej ilości „planktonu politycznego” w prezydenckiej kampanii wyborczej. To było tych 100 tys. podpisów.
Jeszcze raz twierdzę, w mojej opinii, były prezydent stwierdza pewien fakt. Zadajmy sobie pytanie: jak ktoś bez zaplecza politycznego, deklarujący wykonywanie, powiedzmy sobie szczerze takiej, a nie innej aktywności zawodowej, etatowo, nazwijmy to dydaktycznej – lub inni kandydaci jeszcze jakąś inną dziwną działalność deklarują, że wykonują – nazwijmy to redaktorsko-nijaką. Jeżeli oni zebrali po 100 tys. podpisów, a jeden 250 tys., to w opinii, wyrażonej przez prezydenta Komorowskiego, musieli kupić podpisy.
Tylko pytanie za czyje, skoro najprawdopodobniej nie za swoje. Kto za tym się kryje? Kto za tym stoi? Czy oni sami to wiedzą, czy może nawet nie wiedzą i nie chcą wiedzieć? Może podejrzewają, a nie wnikają. Może cieszą się, że jakaś fala podpływa, to na niej zabiorą się gdzieś dalej. Kto wie jak jest naprawdę?
Ale nie ulega wątpliwości, że trafnie, w mojej opinii, w wywiadzie na kanale w pewnej debacie pan Grzegorz Braun, konkretnie na kanale pani Moniki Jaruzelskiej, w pewnej debacie powiedział wprost do swojego adwersarza: pan chyba nawet nie wie, kto za tym stoi, za zebraniem tych podpisów. Bo to jest fizycznie niemożliwe, żeby zebrać bez zaplecza politycznego, bez ludzi, bez struktur tak gigantyczną ilość podpisów.
Wyobraźcie sobie Państwo, ile to jest ludzi – 250 tysięcy czy nawet 100 tysięcy ludzi. Tu nie chodzi o to, że ktoś może mieć tego typu obserwatorów. Na tym kanale, gdzie z ogromną przyjemnością goszczę Państwa, niebawem dobijemy do 200 tys. subskrypcji.
Ale w mojej opinii, jeśli wyraziłbym tego typu prośbę zbierania podpisów, to okazałoby się, że niewielki ułamek tej liczby, to byłyby podpisy faktycznie zebrane. Bo czym innym jest kogoś oglądać, a czym innym jest wydrukować dokument, podpisać, porozmawiać z rodziną, ze znajomymi, żeby może też podpisali, wybrać się na pocztę i wysłać czy zanieść osobiście.
I nazwijmy to tzw. „konwersja” w tym przypadku wyniosłaby może 10 może 20%, ale gwarantuję Państwu, że moje szacunki są dość optymistyczne, nawet gdyby to wszystko rozlało się jakoś lawinowo. Zatem pytanie, jak uzbierano te podpisy w przypadku niektórych osób, co uważa na ten temat pan prezydent Komorowski, ja mogę tylko powiedzieć: cóż, nie da się temu, co mówił prezydent Komorowski czy dostrzegł pan Grzegorz Braun, logicznie zaprzeczyć. Ale Państwu pozostawiam własną ocenę, możecie Państwo uważać, jak tylko sobie Państwo życzycie.
* * *
Nazywam tych ludzi pawianami, choć wiem, że obrażam pawiany. Za dużo już w swoim życiu widziałem, by tzw. polityków traktować poważnie. Widziałem budowę „drugiej Polski”. Wtedy w radiowej Trójce była satyryczna audycja „60 minut na godzinę”, a w niej „Dyrekcja cyrku w budowie”, bo to był cyrk.
Jak można było zaciągać kredyty w dewizach i musieć je później spłacać w tych dewizach, skoro złoty nie był wymienialny na nie? Plan był taki, że te dewizy uzyska się że sprzedaży towarów wyprodukowanych w fabrykach wybudowanych za kredyty dewizowe.
Problem jednak polegał na tym, że Zachód dał kredyty, ale nie udostępnił swojego rynku zbytu dla tych towarów. To musiało skończyć się katastrofą i tak się skończyło. I to był właśnie ten cyrk w budowie.
Później przyszła kolej na budowę „drugiej Japonii” i, co naturalne, nic z tego nie wyszło. Jedyne, co się udało, to Matka Boska w klapie marynarki.
Do trzech razy sztuka, chciałoby się powiedzieć. Może tym razem się uda? „Drugą Irlandię” budował człowiek, który zawsze stał habacht (na baczność), gdy rozmawiał ze swoimi niemieckimi przełożonymi. I tym razem nic z tego nie wyszło.
Kolejny projekt jest już realizowany bez rozgłosu i nikt nie chce go firmować. Dlaczego? Czyżby uważali, że budowa „drugiej Ukrainy” to obciach? A jednak, w odróżnieniu od poprzednich, nieudanych projektów, wygląda na to, że ten zakończy się powodzeniem. Jak zatem wierzyć w obietnice polityków, które są tylko słowami rzucanymi na wiatr, jak śpiewała kiedyś Dalida:
Paroles et paroles et paroles et paroles et paroles
Et encore des paroles que tu sèmes au vent
Słowa, słowa, słowa, słowa, słowa
I jeszcze raz słowa, które rzucasz na wiatr
Tak więc to, co mówią politycy, czyli nasze pawiany, to tylko słowa. Ważniejsze i prawdziwe jest to, o czym nie mówią, a nie mówią o budowie drugiej Ukrainy na terenie Rzeczypospolitej Ukraińskiej, która w praktyce już nią jest.
A więc mamy aferę: Afera jest panie Ferdku, jakby powiedział Boczek ze „Świata według Kiepskich”. To niemożliwe, by osoba bez zaplecza politycznego mogła zebrać 100 tys. podpisów, ale możliwe, gdy kupi te podpisy od wyspecjalizowanych firm, jak powiedział Komorowski. Co to za wyspecjalizowane firmy, tego nie sprecyzował. Kto zatem winny? Ten, który kupił te podpisy, czy ta wyspecjalizowana firma?
Taką ilość podpisów można zebrać inaczej. Można to zrobić w potężnych korporacjach i kazać pracownikom podpisać się pod nazwiskiem jakiegoś kandydata. Można też wydrukować dane personalne z ewidencji ludności, która jest obecnie zarządzana centralnie i podpisać się pod różnymi nazwiskami. I taka osoba nawet nie będzie wiedzieć, że poparła jakiegoś kandydata.
Przecież weryfikacją tych list zajmuje się Państwowa Komisja Wyborcza i nikt inny nie ma do nich dostępu. A jak ta komisja sprawdza autentyczność tych podpisów i liczy je? Czort jeden wie czy ona je liczy i sprawdza. A może nikt tam nie dostarcza tych 100 tysięcy podpisów, tylko tak nam się mówi.
Oczywiście zbierają je, by ludzie widzieli, że oni je zbierają, ale ile ich zbiorą, to ich słodka tajemnica. Jednym słowem teatr. A jeszcze czasem komisja może zakwestionować jakieś podpisy albo stwierdzić, że na listach znalazły się dane osobowe nieboszczyków, jak to się stało w przypadku dwóch, jeszcze nie zarejestrowanych, kandydatów.
To nawet nie teatr, to kabaret. Być może jest jeszcze wiele innych sposobów na tego typu akcje. Ja tylko pokazałem, że możliwości w tym względzie są nieograniczone. Jednak wybrano tylko jedną opcję, czyli kupowanie podpisów i to jest nagłaśniane.
A więc po nitce do kłębka. Piekielnik wziął na tapetę dwóch. Artur Bartoszewicz to ten, który zebrał 250 tys. podpisów, a Maciej Maciak (Ruch Dobrobytu i Pokoju, czyli willa z basenem dla każdego) to ten, który prowadzi działalność redaktorsko-nijaką.
Co do pierwszego, to niewiele można o nim powiedzieć, poza tym, że nie wie, kto mu zebrał te podpisy i kto za tym stoi. Tak go poinformował Braun. A skoro on tak powiedział, to wie, że ktoś za tym stoi, ale nie podzielił się tą informacją z widzami kanału Moniki Jaruzelskiej: wiem, ale nie powiem.
Więcej wiemy o Macieju Maciaku, który jest założycielem Ruchu Dobrobytu i Pokoju i ma na YouTube swój kanał Musisz to wiedzieć. Wiadomo też, że od początku wojny na Ukrainie był on nastawiony antyukraińsko i opowiadał się za współpracą z Białorusią i Rosją. Często też jest gościem białoruskiego kanału internetowego.
A więc mamy już przygotowaną scenę do przeprowadzenia wariantu rumuńskiego na wypadek, gdyby głosowanie w sposób kontrolowany wymknęło się spod kontroli i tzw. kandydat niezależny, a raczej zależny od swoich nieznanych przełożonych, zdobył nadspodziewanie dużo głosów.
Gdyby to był Maciej Maciak, to wiadomo by było, że to niewidzialna ręka wszechmogącego Putina ingerowała w wybory i jedyną obroną przed tym demonem będzie wprowadzenie stanu wyjątkowego czy wojennego, bo przecież bezpieczeństwo państwa jest najważniejsze.
W przypadku Bartoszewicza ta nadzwyczajna ilość podpisów wystarczyłaby do skierowania podejrzeń na wschód. I właśnie dlatego uznano, że doszło do kupienia podpisów, bo kto inny oprócz Putina mógłby dysponować takimi pieniędzmi? Ingerencja Rosji w wybory w Polsce to również argument za tym, by budować koalicję chętnych i wysłać wojsko, również polskie, na Ukrainę.
Wiesław Liźniewicz
https://bb-i.blog/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz