poniedziałek, 30 października 2023

Czują się bezkarni, nie jest łatwo ich deportować. Władze nie dają sobie rady z młodocianymi imigrantami.

 

Czują się bezkarni, nie jest łatwo ich deportować. Władze nie dają sobie rady z młodocianymi imigrantami.


W departamencie Alpes-Maritime liczba nieletnich imigrantów podwoiła się i system ich przyjmowania po prostu się zapchał. Według danych tutejszej prefektury pomiędzy 1 stycznia a 16 sierpnia w ośrodkach na terenie departamentu znalazło się już ponad 3600 „nieletnich bez opieki”, czyli młodocianych imigrantów, którzy przyjeżdżają tu bez rodzin.

Są objęci specjalnym statusem, nie można ich łatwo deportować, a jako nieletni są przekonani o swojej bezkarności wobec prawa i dość często wchodzą na ścieżkę przestępczości. Większość nieletnich imigrantów przybywa do Francji przez Włochy i dzieje się to właśnie w regionie Alpes-Maritimes.

Według danych prefektury, młodzi migranci pochodzą głównie z Gwinei, Wybrzeża Kości Słoniowej, Tunezji i Sudanu. W tym roku zarejestrowano ich w tym departamencie 3673, w tym samym okresie rok temu przyjechało tu tylko 1793 małoletnich migrantów.

Ponad dwukrotny wzrost ich liczby spowodował, że w ośrodkach opieki nie ma już miejsc i prefektura alarmuje, że nie jest w już w stanie zaopiekować się nieletnimi. Przez pierwsze dni są zmuszeni przebywać na posterunkach Straży Granicznej w Menton. Jednak taka sytuacja wywołała już ataki pro-imigranckich stowarzyszeń.

Tego typu organizacje, nie bacząc na realia, potępiają „zatrzymania, nielegalne wydalenia i brak wsparcia”. Ich zdaniem nieletni nielegalni imigranci są przetrzymywani „w zupełnie nieodpowiednich pomieszczeniach i w opłakanych warunkach sanitarnych”.

To jednak tylko część większego problemu, jakim jest duża fala migrantów podążających do Francji przez Włochy, gdzie ciągle trwa napływ migrantów z Afryki Północnej, dowożonych obecnie głównie na Lampedusę. Przewodniczący Rady Departamentu Alpes-Maritimes, Charles-Ange Ginésy z Partii Republikanie, wysłał nawet w tej sprawie list do premier Borne i prezydenta Macrona. Prosi, by państwo podjęło odpowiednie środki „w celu zarządzania taką masową imigracją”.

Tymczasem prefektura Alpes-Maritimes, powołującej się na dane władz włoskich, podaje, że między 1 stycznia a 16 sierpnia na włoskich wybrzeżach wylądowało 101 386 migrantów, w porównaniu do 48 940 w tym samym okresie 2022 r. Duża ich część przez Alpy dostaje się do Francji.

https://nczas.com

Między jawą a snem: naukowy pogląd na medytację

 

Między jawą a snem: naukowy pogląd na medytację


Większość gatunków doświadcza w swoim ciele fizycznym dwóch stanów: czuwania lub snu. W rzeczywistości między tymi dwoma stanami istnieje trzeci stan, to znaczy utrzymywanie umysłu w stanie czuwania, ale pozwalanie ciału zasnąć. I to jest dokładnie to, co osiąga medytacja.

Mając to na uwadze, nietrudno zrozumieć, że wszystkie fantastyczne doznania, które pojawiają się podczas medytacji, są tylko zmianami zachodzącymi w naszym ciele po zaśnięciu. Chociaż te fizyczne zmiany w naszym ciele zachodzą każdej nocy, nigdy ich nie zauważamy, ponieważ tracimy przytomność podczas snu, a tym samym przegapiamy wiele ważnych momentów.

Co zatem dzieje się z naszym organizmem po zaśnięciu?

Po pierwsze, nasze ciało uruchamia mechanizm ochronny, który wydaje polecenia paraliżu mięśniom szkieletowym stawów, uniemożliwiając pracę mięśni kończyn. Zapobiega to wyrządzaniu sobie i innym krzywdy podczas snu. Dlatego w naszych snach czujemy się słabi i nie możemy szybko biec, gdy ścigają nas drapieżniki. Ponadto niektórzy ludzie cierpią na stan zwany paraliżem sennym. Dzieje się tak, gdy ciało jest nadal w stanie „wyłączonym” po przebudzeniu umysłu. W niektórych kulturach jest to znane jako „duch, który cię popycha”.

Po miesiącach praktyki medytacyjnej możesz stopniowo odczuwać, że kończyny stają się cięższe i sztywniejsze, jakbyś był „sparaliżowany”. Oznacza to, że udało ci się utrzymać umysł w stanie czuwania, jednocześnie pozwalając ciału zasnąć. Jednak wiele osób nie wie, jak to zrobiły, nawet jeśli są w stanie to zrobić.

Łatwo to zrozumieć, jeśli kiedykolwiek używałeś smartwatcha do monitorowania snu. Smartwatche potrafią dokładnie określić, kiedy zasypiamy i kiedy się budzimy. Dzieje się tak, ponieważ są one wyposażone w czujnik ruchu, który może określić, czy występuje jakikolwiek ruch nadgarstka. Jeśli przez określony czas nie wykryją żadnego ruchu nadgarstkiem, smartwatch może stwierdzić, że śpimy.

Podobnie nasze ciało ma wbudowane „czujniki ruchu”. Kiedy siedzimy i medytujemy, utrzymujemy ciało w bezruchu. Jeśli ćwiczymy wystarczająco długo, ostatecznie oszukamy ciało, aby zasnęło, gdy te „czujniki ruchu” nie wykryją żadnego ruchu mięśni. W konsekwencji wspomniany wcześniej mechanizm ochronny będzie wydawał polecenia paraliżu mięśniom szkieletowym stawów, nawet gdy nasz umysł wciąż nie śpi. To pozwala nam zrozumieć, dlaczego utrzymywanie ciała w bezruchu jest fundamentalnym i niezbędnym aspektem praktyki medytacyjnej.

Z tego też powodu pozycja siedząca w pozycji lotosu jest lepsza niż pozycja w połowie lotosu, a pozycja w połowie lotosu jest lepsza niż pozycja swobodna; dzieje się tak dlatego, że pełny lotos jest najbardziej stabilny, a pozycja łatwa jest najmniej stabilna. Jednak dla tych, którzy mogą wykonywać tylko proste pozy, można włożyć 2 małe klocki z gąbki między stopy i nogi, aby znacznie poprawić stabilność nóg.

Gdy sen się pogłębia, wszystkie mięśnie w naszym ciele stają się coraz bardziej rozluźnione, aż w końcu osiągają stan całkowitego odprężenia.

Uczucie odprężenia całego ciała jest lepsze niż wszystko, co może dać masażystka, ale zła wiadomość jest taka, że ​​tracimy przytomność we śnie i nie możemy doświadczyć, jak to naprawdę jest. Na szczęście dr Edmund Jacobson, amerykański lekarz, opracował metodę, która pozwala nam doświadczać rozluźnienia mięśni, gdy nie śpimy. Ta metoda nazywa się Progressive Muscle Relaks (PMR). Na przykład, jeśli mocno trzymasz pięść przez 7 do 10 sekund, a następnie szybko ją puszczasz, poczujesz zdrętwiałe, wibrujące uczucie w dłoniach. To uczucie rozluźnienia mięśni dłoni. Oprócz mięśni rąk dr Jacobson wynalazł również serię ruchów mięśni napinających i rozluźniających, które sprawiają, że ludzie doświadczają rozluźnienia mięśni w każdej części ciała. Chociaż jest to świetna metoda,

Jeśli chcesz naprawdę doświadczyć pełnego odprężenia ciała, musisz medytować.

Po ustanowieniu praktyki medytacyjnej możesz od czasu do czasu odczuwać drętwienie i wibracje w ciele tu i ówdzie tak jak przepływający prąd. Jeśli będziesz kontynuować praktykę, pewnego dnia poczujesz niesamowite wibracje całego ciała; oznacza to, że wszystkie mięśnie są całkowicie rozluźnione. Uczucie jest wspaniałe, ale jeszcze lepsze, podczas gdy twoje ciało się relaksuje, twój umysł jest również zrelaksowany i chwilowo uwolniony od wszelkiego rodzaju niepokoju, dużego i małego. Jak mówi dr Jacobson, „niespokojny umysł nie może istnieć w zrelaksowanym ciele”. To właśnie zainspirowało go do stworzenia metody PMR.

Ten sposób łagodzenia niepokoju poprzez rozluźnienie ciała brzmi interesująco i działa naprawdę dobrze, ale naukowcy nie poprzestają na tym. Niektóre ważne pytania to: czy napięcie ciała i niepokój umysłu występują w tym samym czasie? A może jedno powoduje drugie?

Ostatnie badania wykazały, że lęk nie jest generowany bezpośrednio w mózgu, ale w rzeczywistości jest spowodowany stresem fizycznym w naszym ciele.

Innymi słowy, kiedy dzieje się coś na zewnątrz, to nasze ciało jako pierwsze reaguje na to, a emocje, które następują, są spowodowane fizycznymi zmianami w naszym ciele. Na przykład przy rozwiązywaniu lęku głównym podejściem jest terapia rozmową, racjonalne myślenie i głębokie oddychanie.

Dr Elizabeth Stanley, autorka książki „ Widen the Window: Training Your Brain and Body to Thrive While Stress and Recovery from Trauma”, nie zgadza się. Dr Stanley stwierdza w swojej książce, że „niepokój ludzi pochodzi z ciała, a nie z mózgu. Te praktyki nie działają, dopóki twoje ciało nie wróci do normy”.

W rzeczywistości już dwa tysiące lat temu w Indiach ludzie rozpoznali to i wykorzystali do praktykowania „mądrości” w medytacji. W szczególności jest to obserwacja fizycznych doznań ciała ze spokojem. A tak zwana równowaga polega na tym, że wszystkie doznania powinny być traktowane jednakowo, niezależnie od tego, czy są dobre, czy złe, gorące czy zimne, bólu czy swędzenia itp. Innymi słowy, ludzie nie powinni tworzyć w umyśle rozróżnienia między tym, co lubią, a czego nie lubią w odniesieniu do jakichkolwiek doznań. w ciele. Dzięki takiej praktyce umysł zawsze pozostanie w stanie spokoju i harmonii iw końcu można osiągnąć wyzwolenie od wszelkiego nieszczęścia.

Oczywiście „mądrość” to nie inteligencja i wiedza. Współcześni ludzie mają znacznie wyższe IQ i znacznie większą wiedzę niż kiedykolwiek wcześniej, ale nasz niepokój i nieszczęście nie zmniejszyły się. W przeciwieństwie do tego, mogło wzrosnąć z powodu zwiększonej złożoności ludzkiego społeczeństwa. Naukowcy i lekarze znaleźli wiele sposobów rozwiązania tego problemu, ale najprostszym i najbardziej naturalnym sposobem jest po prostu siedzenie w bezruchu, pozwalając ciału zasnąć, podczas gdy umysł nie śpi. Nie tylko odpręży Twoje ciało, ale co najważniejsze, jednocześnie odpręży umysł.

Niech każdy z nas posiądzie mądrość starożytnych mędrców, będzie wolny od niepokoju i nieszczęścia, i żyje w stanie równowagi.

https://dobrewiadomosci.net.pl

Wokół projektu budżetu

 

Wokół projektu budżetu


Skoro Naczelnik Państwa uczynił bezpieczeństwo głównym hasłem kampanii wyborczej, to nie może być, żeby ta decyzja nie przełożyła się również na projekt przyszłorocznego budżetu.

On też jest w służbie bezpieczeństwa i to aż w trzech postaciach: dosłownego, czyli militarnego, bezpieczeństwie socjalnym i bezpieczeństwie zdrowotnym. Zwłaszcza to ostatnie w ostatnich dniach (czyżby nadchodziły zapowiadane “dni ostatnie”?) zaczyna nabierać szczególnej, aktualności w związku z pojawieniem się następcy zbrodniczego koronawirusa w postaci podstępnej legionelli, która z zagadkowych powodów zaczyna srożyć się w województwie podkarpackim, uchodzącym dotychczas za bastion Prawa i Sprawiedliwości.

Podstępny charakter legionelli polega na tym, że atakuje ona osoby które już na coś chorują, doprowadzając je w ten sposób do śmierci. Nietrudno zauważyć, że ten podstępny charakter legionelli wychodzi naprzeciw pragnieniom dobroczyńców ludzkości, zarówno na odcinku finansowym, demograficznym, jak również – klimatycznym.

Jak wiemy, dobroczyńcy ludzkości są zaniepokojeni postępującym starzeniem się społeczeństw, w których funkcjonują powszechne i przymusowe ubezpieczenia społeczne. Jak bowiem zauważył pewien francuski lekarz nazwiskiem Lucjan Israel, będący zarazem przeciwnikiem eutanazji, wydatki ubezpieczalni na człowieka w ostatnich 6 miesiącach jego życia są równe wydatkom ubezpieczalni na tego samego człowieka przez cały wcześniejszy okres jego życia.

Rachunek ekonomiczny podpowiada, żeby ten kosztowny okres skrócić, a najlepiej – wyeliminować go całkowicie. W tym celu rządy i rozmaite wrażliwe społecznie środowiska od lat propagują “dobrą śmierć” – ale dotychczas bez jakichś przełomowych rezultatów. Legionella natomiast stwarza szansę na bezbolesne załatwienie tej bolesnej sprawy, więc jej pojawienie się akurat teraz może nie być dziełem przypadku. Umierać będą ludzie chorzy, którzy bezproduktywnie obciążają budżet państwa, a w dodatku głosują, co zmusza naszych Umiłowanych Przywódców do okazywania im szacunku i troski. Tymczasem dzięki legionelli ta nieubłagana konieczność może zniknąć, więc wcale bym się nie zdziwił, gdyby ktoś pomógł jej pojawić się akurat w Polsce i akurat w bastionie wyborczym PiS. Podejrzenia kierują się oczywiście w stronę pana Manfreda Webera, który zapowiadał zwalczanie PiS – więc dlaczegóż by nie bronią biologiczną?

Wróćmy jednak do projektu budżetu na przyszły rok. W wystąpieniach telewizyjnych zarówno pan premier Morawiecki, jak i mężykowie stanu drobniejszego płazu podkreślali rekordowy poziom przyszłorocznych dochodów budżetowych, starannie unikając podawania poziomu budżetowych wydatków.

Żeby tedy światło pod korcem nie stało, wyręczymy pana premiera Morawieckiego i podamy, że o ile dochody budżetowe osiągnęły rekordowy poziom 683,6 mld złotych, to poziom budżetowych wydatków jest jeszcze bardziej rekordowy i wynosi 848,3 mkld złotych. Wynika z tego, że przyszłoroczny deficyt budżetowy wyniesie 164,7 mld złotych.

A przecież nie jest to cała suma, bo znaczna część wydatków budżetowych dokonywana jest za pośrednictwem licznych funduszy pozabudżetowych – na co zwracał uwagę podczas swego ostatniego wystąpienia w Sejmie prezes NIK, pan Marian Banaś. Wygląda na to, że prawdziwy deficyt może być znacznie wiekszy, być może nawet sięgać do 200 mld złotych. Ale tak to już jest w sytuacji, kiedy rząd bije wszelkie rekordy, byle tylko przychylić nam nieba.

Według danych oficjalnych w roku 2022 polski Produkt Krajowy Brutto przekroczył 3 biliony złotych, więc deficyt wyniesie co najmniej 5,5 procenta PKB. Ale to nie koniec naszych zmartwień. Już nie chodzi nawet o tzw. kotwicę budżetową, czyli dopuszczalną wielkośc deficytu budżetowego za pierwszych rządów Zjednczonej Prawicy w roku 2007. Było to 30 mld, a teraz jest 5 razy więcej, ale to też jest dowód na to, że wszystko rośnie, razem z krajem, więc równie dobrze, jak martwić, możemy się z tego cieszyć.

Podobnie jak z tego, że te 683 miliardy zaplanowanych dochodów rząd będzie musiał ściągnąć z obywateli. To zawsze budzi tak zwany dysonans poznawczy i mieszane uczucia, bo z jednej strony, gdyby rząd aż tyle z nas nie zdzierał, to moglibyśmy sobie przychylać nieba sami, bez oglądania się na żadne urzędy – ale z drugiej strony urzędnicy-niebożęta to też ludzie, którzy muszą z czegoś żyć, więc w związku z tym jesteśmy zmuszeni wziąć na swoje barki przynajmniej część ich brzemienia. Jak bowiem objaśniał towarzysz Szmaciak robotnikowi Deptale – “Na tym się świata ład opiera, że jeden sieje – drugi zbiera. Gdy jeden wiosłem macha żwawo, drugi kieruje wtedy nawą” – i tak dalej.

Ale deficyty budżetowe z poszczególnych lat kumulują się w dług publiczny, który trzeba obsługiwać. W ubiegłym roku, według Eurostatu, nominalny dług publiczny Polski wyniósł 1531,8 mld złotych, zaś koszty jego obsługi – 70 mld. To jest właśnie ta odwrotna strona medalu wrażliwości społecznej rządu „dobrej zmiany”. Te 70 mld to należność, jaką pobiera od polskiego rządu lichwiarska międzynarodówka, która pożycza mu pieniądze.

Rząd daje zabezpieczenie w postaci zastawienia dochodów z przyszłych podatków, a to oznacza, że wprawdzie jest społecznie wrażliwy i każdemu przychyliłby nieba, ale za cenę wpychania obywateli w coraz głębszą, niewolniczą zależność od lichwiarskiej międzynarodówki. Istota niewolnictwa polega bowiem na tym, że niewolnik musi pracować na swojego pana, to znaczy – oddawać mu bogactwo, które swoją pracą tworzy.

Zakładając, że obecnie w Polsce mieszka ok. 35 mln obywateli polskich, każdy z nich obciążony jest na rzecz lichwiarskiej międzynarodówki kwotą 2 tysięcy złotych rocznie. Pięcioosobowa rodzina musi zatem oddać tylko z tego tytułu lichwiarskiej międzynarodówce 10 tys złotych rocznie. Tymczasem wg. GUS w roku 2022 miesięczny rozporządzalny dochód na osobę wyniósł 2250 zł. Mnożąc to przez 5 osób w rodzinie i przez 12 miesięcy, uzyskujemy 135 tys, zł dochodu rocznego. 10 tysięcy na lichwiarską miedzynarodówkę to mniej, niż 10 procent rocznego dochodu – ale to jednocześnie ponad połowa kwoty, jaką rodzina z trojgiem dzieci uzyskała z tytułu 500 plus.

A przecież nie jest to jedyny haracz, bo wrażliwość społeczna przypomina węża pożerającego własny ogon. Na szczęście stosunkowo niewielu ludzi w tym wszystkim się orientuje i pewnie dlatego niemiecki kanclerz Otto Bismarck powiadał, że to bardzo dobrze, że ludzie nie wiedzą, jak się robi politykę i parówki.

Stanisław Michalkiewicz
https://prawy.pl

Fachowe podsumowanie

 

Fachowe podsumowanie


Podobnie jak w Polsce, w Stanach Zjednoczonych ludzie snują rozważania na temat, kto będzie następny wyznaczony do przemielenia w wojennej machinie, kiedy zabraknie Ukraińców, byle tylko zrealizować cel — pokonania Rosji. Profeci w Polsce stawiają na Polaków, amerykańscy uważają, że los poświęci Amerykanów.

Oceniając taki scenariusz jako bezsensowny, pułkownik Douglas McGregor i Tucker Carlson komentują bieżącą sytuację, dając rozwiązanie przytoczone poniżej.

– Niewiele osób potrafi ocenić sytuację wojenną na Ukrainie. Wszystkie wypowiadane dotąd przez półtora roku kłamstwa o wygrywających Ukraińcach, złych i niekompetentnych Rosjanach, biorą w łeb. Dzieje się tak dlatego, że to, co rozgrywa się na polu bitwy, jest straszne. Zabitych zostało 400 000 Ukraińców. Mówiliśmy o 300 000 – 350 000 parę miesięcy wcześniej, ale w spodziewanej ofensywie stracili kolejne blisko 40 000 ludzi. Nawet nieznana jest najnowsza liczba rannych. Wiemy jedynie, że mniej więcej jest to 40 000 – 50 000 żołnierzy z amputacjami.

Szpitale są przepełnione. Grupy na poziomie plutonu i kompanii, liczące od 50 do 200 ludzi, poddają się przechodząc na stronę Rosjan. Nie robią tego dlatego, że nie chcą walczyć, ale nie są w stanie. Liczba rannych przekracza organizacyjne możliwości ewakuacji tych ludzi. Dowódcy dochodzą do wniosku, że nie mogąc ewakuować, uratują swoich rannych przed nieuchronną śmiercią. Kontaktują się drogą radiową z Rosjanami, bo znają rosyjski i mówiąc, że mają 50-60 rannych chcą poddać się, nie będąc w stanie wynieść ich z pola walki. Rosjanie od samego początku traktowali ukraińskich żołnierzy bardzo dobrze. Wiedzą więc Ukraińcy, że nie będą źle traktowani i będą mogli być wymienieni na rosyjskich jeńców.

Sądzę, że niebawem zobaczymy, jak zniknie armia, na którą wydawaliśmy tak ogromne pieniądze. Patrząc na cały obszar w kształcie banana, kontrolowany w tej chwili przez Rosjan po Charków, tam Ukraińcy są wymiatani. To wszystko dzieje się, nie znajdując najmniejszej wzmianki w mediach zachodnich. Zamiast powiedzieć o tym jako okropnej tragedii humanitarnej, która powinna skończyć się i jak to powiedział Trump: „Skończyć zabijanie!”, to mamy kontynuację.

Stawia to Rosjan w sytuacji dalszego natarcia i marszu na zachód, mimo że od samego początku Putin nie był zainteresowany wojną z NATO, ani z USA. Stąd ten powolny sposób przesuwania linii obrony, zbierania sił i kontynuacja operacji ofensywnej. Rosjanie dysponują ponad 300 000 żołnierzy rezerwy, ale nie angażują ich do walki, bo prezydent Putin zakłada możliwość naszej interwencji w zachodniej części Ukrainy. Jeśli do tego dojdzie, Rosjanie będą do tego przygotowani. Konsekwencje tego dla nas i NATO będą katastrofalne, bo nie jesteśmy przygotowani, by walczyć z Rosjanami.

Dlaczego?

– Nasza gotowość spadała od bardzo dawna. Ciągły spadek dyscypliny niezbędnej do utrzymania żołnierzy w gotowości bojowej jest podstawową kwestią. Dyscyplina jest formą zwyczaju, który powstaje i utrwala się poprzez powtarzanie, a buduje się go w sytuacji stresu i pod presją, żeby stał się elementem osobowości. Później kształtowana jest spójność, której nie uzyska się, dzieląc wojsko na grupy pod względem rasowym, ani też faworyzując awanse ludzi nieposiadających kwalifikacji do rangi dowódców. Podobnie, kiedy nagradza się ludzi nie za kompetencję i inteligencję, a takie zjawiska wpływają destrukcyjnie i demoralizująco na środowisko wojskowe. Zjawisko dotyczy wojsk lądowych, marynarki i lotnictwa i nie ma na to łatwego sposobu naprawy. Takie pęknięcia w wizerunku wojska szybko okazują się gigantyczne w konfrontacji z wojną.

Za panem nauka w Akademii West Point, nagroda dla dowódcy weterana, chociaż do wojska wstąpił pan na sam koniec wojny w Wietnamie. Jak porówna pan dzisiejszą kondycję sił zbrojnych USA do tej z roku 1975.

– Sądzę, że pod względem morale i dyscypliny jesteśmy blisko końcowych lat 1970. Jest wiele osób, które nie wiedzą, co należy robić. Zatracony został sens tego co jest właściwe. Brakuje ludzi z doświadczeniem dostatecznie długiej służby w danej formacji, którzy potrafiliby określić, co jest właściwe. Jak się widzi batalion, brygadę żołnierzy, czy większą grupę, trzeba wiedzieć, na czym polega zgrane ich działanie i co jest niezbędne, żeby potrafili brać skuteczny udział w walce, ale widać, że tych ludzi brakuje.

Od 2001 r. ćwiczenia bojowe miały bardzo niewielką skalę, a przeciwnik był słabo zorganizowany, wyposażony w AK-47 i sandały. Poleganie na materiałach wybuchowych, minach i zabijaniu Amerykanów doprowadziło do tego, że 87% naszych strat było wynikiem użycia środków wybuchowych na terenach zaminowanych. Tak nie funkcjonuje armia gotowa do odparcia dowolnego przeciwnika.

Najlepsze byłoby porównanie do armii francuskiej – tej, jaką znamy z wojny francusko-pruskiej. Francuzi walczyli z rebeliantami meksykańskimi, powstańcami arabskimi. Ich doświadczenie było niewielkie w walce ze zdemoralizowaną armią austriacką, w północnych Włoszech. Nie spotkali się z przeciwnikiem autentycznie nowoczesnym. Ludziom wydawało się, że armia francuska jest największą na świecie, bo walczyła w Afryce, Indochinach, Meksyku, a to właśnie było przyczyną jej katastrofy. Zostali więc zdziesiątkowani przez nowoczesną armię pruską o wysokim poziomie zdyscyplinowania, doskonale prowadzoną i świetnie wyposażoną.

Nasze wyposażenie liczy dziesiątki lat. Czołgi, jakimi dysponowaliśmy gdy brałem udział w wojnie w 1990 roku, były nowe i najnowocześniejsze. Te same czołgi mamy dzisiaj, zrekonstruowane, ale nic nowego się nie produkuje. Na dzisiejsze warunki one nie są należycie wydolne. Dam prosty przykład. Mamy silniki turbinowe w serii czołgów M1 A1. Taki silnik spala tyle samo paliwa na postoju, co w trasie, bo silnik turbinowy przewidziany w samolotach został zamontowany w czołgach. Znaczy to, że pracujący 8 godzin czołg wymaga tankowania. W dodatku taki sprzęt łatwo pali się z powodu wysokiej temperatury, jaką wytwarza – około 1000 stopni. W obudowie silnika jest przynajmniej 40 elementów, przewodów łatwo palących się. Jeśli zetkną się z przewodami, przez które płynie paliwo, czy rozgrzanym silnikiem, dochodzi do zapalenia się. Ponadto rozgrzany silnik jest widoczny w obrazie satelitarnym nisko orbitujących satelitów, dając obraz lokalizacji i ruchów wojsk amerykańskich w terenie. Ukrycie się, zamaskowanie, czy przechytrzenie jest niemożliwe, bo jest się czerwonym, pulsującym punktem na mapie terenu widzianym z kosmosu, czyli łatwym celem.

O tym trzeba wiedzieć oprócz żałośnie śmiesznej niemożności zamiany silnika na doskonały silnik dieslowsko-elektryczny jako dużo mniej rozgrzewający się i zdolny pracować przez 24 godziny bez tankowania. Takie rzeczy stają się wielce problematyczne w warunkach wojennych, bo trzeba żołnierzy wycofać, uzupełnić paliwo i powrócić. Manewr wymagany co 6 – 9 godzin. Zresztą kiedy trwa bitwa, nie zostaje się w jednym miejscu przez długi czas, żeby uniknąć namierzenia i likwidacji.

Obserwujemy to właśnie na Ukrainie – ciągłą obserwację satelitarną, która nieustannie przesyła pełny obraz. W takiej sytuacji zajęcie stałego stanowiska ogniowego równoznaczne jest z szybką likwidacją przez przeciwnika. Obrona dzisiaj przypomina I wojnę światową, bo ktokolwiek porusza się, jest błyskawicznie dostrzeżony i zabity.

Jedynym sposobem ograniczenia strat własnych jest amunicja. Rosjanie ją mają bez ograniczeń od samego początku wbrew powtarzanym komunikatom zachodnim o brakach, bo ich przemysł produkuje bez przerwy. My nie mamy takiej płynności. Zajęłoby miesiące, nim byśmy stali się konkurencyjni w prowadzeniu wojny konwencjonalnej.

Z tego powodu ludzie tacy jak ja i podobni zaniepokojeni są konfrontacyjnym tonem (polityków), wiedząc, że nie jesteśmy w stanie wygrać, bo świat się zmienił, sztuka wojenna także, więc cokolwiek z sił powietrznych pojawi się na niebie, zostanie natychmiast strącone. Pozostaje straszak nuklearny, czyli uprzedzenie przeciwnika, że w razie jego ofensywy, będziemy zmuszeni skorzystać z broni nuklearnej. Oczywiście nie chcemy tego, ale jest tak zwana taktyczna broń nuklearna. To taka niby niewielka dawka nuklearna.

Wykorzystanie dowolnej skali broni nuklearnej oznacza błyskawiczną eskalację konfliktu, ponieważ przeciwnik ma świadomość, że jeśli powstrzyma się przed taką samą odpowiedzią taktyczną, przegra. Żyjemy w koszmarnym dylemacie, a najmądrzejszą rzeczą, jaką można zrobić, to skończyć tę wojnę.

Wstęp i tłumaczenie: Jola
Na podstawie: YouTube.com

https://wolnemedia.net

Casus Ludendorffa

 

Casus Ludendorffa


Jeśli zastosować narzędzie intelektualne zwane „brzytwą Ockhama” do analizy wydarzeń 80-lecia naszego kresowego genocydu, to trzeba przyjąć, iż kijowskie kierownictwo Ukrainy, którego reprezentantem jest prezydent Zełeński, manifestacyjnie okazuje niechęć do poprawienia relacji politycznych z rządem warszawskim.

Owszem, bierze od strony polskiej wszelkie możliwe materialne, militarne i dyplomatyczne alimenty, żąda więcej, ze swej strony jednak utrzymuje ostentacyjny dystans. No i upokarza Warszawę jak tylko może. Dlaczego? Bo musi. Bo złe relacje z Rzeczpospolitą mogą w nieodległej przyszłości uratować naddnieprzański ośrodek władzy przed gniewem i zemstą obywateli Ukrainy.

Paul von Hindenburg, Wilhelm II, Erich Ludendorff

W 1918 roku rządy w Rzeszy Niemieckiej niepodzielnie sprawował generał Erich Ludendorff. Nominalnie był tylko Generalnym Kwatermistrzem, ale zarówno cesarz Wilhelm, wódz naczelny Hindenburg, kanclerz Hertling, jak i rząd oraz pozostałe struktury państwa bezdyskusyjnie uznawały autorytet Ludendorffa zbudowany w 1914 roku na polach walk w Belgii i w Prusach Wschodnich.

Miał władzę, która siłę czerpała nie z formalnego stanowiska, ale z powszechnego consensusu w tej sprawie. Ludendorff był dumnym pruskim oficerem i monarchistą wiernym dynastii Hohenzollernów. Pogardzał demokracją, parlamentem, a już socjaldemokratami w szczególności. W 1918 r. po faktycznym rozpadzie Rosji wzmocnił wojska siłami ściągniętymi ze Wschodu i latem nakazał kolejną ofensywę. Poniosła ona klęskę – frontu nie udało się przełamać.

Wojska niemieckie dalej tkwiły głęboko na terytorium Francji, można nawet powiedzieć: „nieopodal Paryża”, prasa niemiecka wciąż pisała o nadchodzącym nieuchronnie zwycięstwie, ale Ludendorff wiedział: wojna wkrótce będzie przegrana. Rzesza nie miała już żadnych rezerw, a przeciwnika zaczęły masowo wspierać posiłki amerykańskie. Trzeba było prosić o pokój, nim alianci przełamią front i wyprą Niemców z terytorium Francji.

Gdyby z oficjalną propozycją pokoju wystąpił cesarz, kanclerz lub dowództwo armii – byłby to koniec prestiżu tych instytucji. Społeczeństwo nieuchronnie zadałoby pytania: Po co było to wszystko? Miliony trupów na froncie, miliony kalek, głód i związane z nim choroby, ogólne zubożenie, a właściwie nędza. Dlaczego byliśmy oszukiwani? Kto za to odpowiada? Ludendorff zdecydował o skanalizowaniu tych emocji. Postanowił zdjąć winę z cesarza i dowództwa, a znaleźć zastępczego winowajcę.

Przewrót październikowy

29 września 1918 roku potajemnie rozpoczął operację przekazania władzy znienawidzonym socjaldemokratom. Oczywiście musieli się na to zgodzić i Wilhelm, i Hindenburg, i Hertling. Chodziło wszak o przebudowę całej wypracowanej jeszcze przez Bismarcka struktury zarządzania państwem.

Między końcem września a 5 października, w głębokiej tajemnicy, transformacja ta została wykonana. 5 października z porannych gazet zdumieni Niemcy dowiedzieli się, że są państwem demokracji parlamentarnej, że nowym kanclerzem jest liberalny książę Maksymilian Badeński, a nowy rząd tworzą socjaldemokraci. W tych samych gazetach, które jeszcze wczoraj donosiły o sukcesach armii, mogli przeczytać, iż nowe władze zwróciły się do prezydenta USA o rozpoczęcie rozmów o zawieszeniu broni i przyszłym pokoju.

Szok. Niewyobrażalny szok. Westchnienie ulgi, że z frontu wrócą ci, którzy jeszcze nie zginęli, że wreszcie może koniec głodu, ale i powszechne oskarżenia socjaldemokratów o zdradę armii, która przecież nie została pobita. Do dowództwa i do monarchy pretensje się nie pojawiły – ich honor i pozycja zostały ocalone.

Plan Ludendorffa się udał. Na krótko, bo pojawił się czynnik, którego Generalny Kwatermistrz nie przewidział: gdy rozmowy o zawieszeniu broni jeszcze się toczyły, przeciw rządowi, potajemnie, wystąpili wysocy oficerowie marynarki. Nie informując rządu, wydali rozkazy o koncentracji floty wojenne i jej wyjściu w morze. To mogło oznaczać tylko jedno – samobójczą w istocie walkę, ale i zerwanie rozmów z aliantami.

Jednak marynarze wiedzieli, że wojna może się skończyć w każdej chwili, nie chcieli ginąć bez sensu i 30 października się zbuntowali. Do buntu stopniowo przyłączyli się robotnicy, a także żołnierze jednostek tyłowych. I rozpoczęła się rewolucja, a potem w istocie wojna domowa. Cesarz zbiegł do Holandii, a Ludendorff do Szwecji. Jednak trzeba pamiętać, że plan Ludendorffa między 5 a 30 października działał i spełniał swoją rolę. Zniweczył go dopiero spisek admirałów.

Zełeński à la Ludendorff?

Nie można wykluczyć, że kijowski ośrodek władzy zostanie zmuszony do zawarcia pokoju z Moskwą bez odzyskania terenów, które Rosja zajęła – Zachód jest już zniecierpliwiony kosztami tej pozycyjnej wojny, a w USA zbliża się kampania wyborcza. Społeczeństwo Ukrainy – a co gorsza – wracający z frontu żołnierze zadadzą wówczas Zełeńskiemu dramatyczne pytanie: Po co było to wszystko? Polegli żołnierze i cywile, tysiące kalek, ruina kraju, depopulacja przez masową emigrację – po co? To nie lepiej byłoby trzymać się zawartych już przecież porozumień mińskich? Czy Zełeński i jego otoczenie mogą nie myśleć o scenariuszach na pierwszy dzień pokoju?

Propagandowo można to próbować rozgrywać na bardzo różne sposoby w kraju i poza nim. Realnie jednak pozostają jedynie dwie drogi: oddanie władzy konkurencyjnej grupie oligarchów i ucieczka z kraju albo, jak niegdyś Ludendorff, poszukanie zastępczego winowajcy.

I tu kolejny problem wymagający podjęcia decyzji. Obarczanie winą Ameryki odpada – Waszyngton dalej pozostanie jakimś tam zabezpieczeniem przed zakusami Moskwy. Z kolei zachowanie przychylności bogatych państw Unii Europejskiej jest niezbędne w przyszłej powojennej odbudowie. Natomiast wyjaśnieniem niezrozumiałych zachowań Kijowa wobec Warszawy jest przygotowywanie awaryjnego scenariusza polegającego na obarczeniu za przegraną wojnę Lachów. By jednak było to jako tako nośne propagandowo, stosunki polityczne Ukrainy z Polską muszą być co najmniej odległe od ideału, a najlepiej napięte.

Co by kosztowała prosta zgoda Kijowa na pochówki pomordowanych niegdyś Polaków albo zdawkowe nawet, ale oficjalne przeprosiny za ludobójstwo? Ano, rezultatem tego byłaby skokowa, a nie chciana przez kijowski ośrodek, poprawa stosunków z Rzeczpospolitą. Dokonane ostatnio (piszę 23 lipca) ostrożne (ale jednak) porównanie przez premiera Denysa Szmyhala Polski z Rosją odnośnie wywozu ukraińskiego zboża też jest przesłaniem obraźliwie jasnym. Polski, przez którą płynie nad Dniepr większość wojennego zaopatrzenia, z wrogiem. W dodatku wymieniony jest tylko nasz kraj. Słowacja, Węgry i Rumunia nie zostały nawet wspomniane.

Jak meteor przemknęła informacja, być może plotka, iż rząd Ukrainy zablokował pomysł przedstawienia społeczeństwa polskiego do Pokojowej Nagrody Nobla. Może to plotka, iż rzekomo inicjatywę tę początkowo poparli ambasadorowie USA, poprzedni i obecny. Powtarzam: może to tylko plotki, ale niezaprzeczalnym faktem jest stwierdzenie, że gdyby taki wniosek do Komitetu Noblowskiego skierował prezydent Zełeński, to bez względu na ostateczny werdykt tegoż Komitetu miałby ów wniosek wagę ogromną w światowej opinii. Nic takiego nie nastąpiło, a co by to Zełenskiego kosztowało? Ano kosztowałoby poprawą relacji z Warszawą. A tej poprawy prezydent Ukrainy najwyraźniej nie chce, co próbujemy tu wyjaśnić w najprostszy „Ockhamowski” sposób.

Jak może wyglądać propagandowa prowokacja, w której Polska zostanie oskarżona o współwinę za przegraną wojnę Ukrainy z Rosją? Szanowni Czytelnicy, to dokładnie obojętne. Skuteczność uzasadnienia medialnego operacji Allied Force, skierowanej przeciw Serbii w 1999 roku, dowiodła, że da się to zrobić bez problemu. Środki masowego przekazu na Ukrainie są całkowicie podporządkowane władzy, co normalne w czasie wojny. Zaś propaganda Waszyngtonu i Berlina je wesprze, żeby zminimalizować swoją winę. A i Moskwa zrobi wiele w materii podważenia wiarygodności Lachów. Te wszystkie czynniki zupełnie wystarczą.

Czy powyższe rozumowanie jest prawidłowe? Nie wiem. Obym się mylił. Powtarzam: obym się mylił! Oby się to wszystko nie skończyło jak z Ludendorffem w 1918 roku. Nie mam bowiem nadziei, by w kręgach polskich władz ktokolwiek brał pod uwagę taki wariant. I oby po raz kolejny nie znalazła ilustracji stara maksyma: „Nie narzekajcie na wojnę, bo dopiero pierwszy dzień pokoju będzie straszny”.

Paweł Milczarek
https://nczas.com

„Kompletny absurd”. Czego rząd nie mówi o budżecie Polski?

 

„Kompletny absurd”. Czego rząd nie mówi o budżecie Polski?


Rząd właśnie ogłosił rzekomo „Bezpieczny budżet 2024”. Pokazał w nim deficyt budżetu państwa w kwocie 164,8 mld zł. Nazwanie tak budżetu, w którym zaplanowano tak wysoki deficyt, mimo odbicia wzrostu PKB, mimo wzrostu stawek VAT na żywność, mimo dwucyfrowego wzrostu podatku PIT, jest oszustwem marketingowym.

Premier Mateusz Morawiecki i minister finansów Magdalena Rzeczkowska podczas prezentacji budżetu na 2024 r.

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Przypominają mi się od razu słowa premiera Morawieckiego, wówczas prezesa banku BZ WBK, z nagrań w „Sowa i Przyjaciele”. Komentując słynne reklamy swojego banku z udziałem Chucka Norrisa, Morawiecki odpowiedział na pytanie, czy to działa: „Działa, rewelacyjnie”. Po czym dodał: „Ale ludzie są tacy głupi, że to działa! Niesamowite!”.

Czy zalanie społeczeństwa kampanią marketingową pt. „bezpieczny budżet” zadziała – tak jak reklamy ze Strażnikiem Teksasu? Mam nadzieję, że nie, bo liczby nie kłamią. Ale musimy mieć na uwadze, że rząd dysponuje potężnymi zasobami marketingowymi. „Kłamstwo budżetowe” rozsiewane jest już od kilku lat, czego początkiem był rzekomo zrównoważony budżet państwa w 2020 roku.

Deficyt budżetowy razy trzynaście

Zerknijmy więc w podstawowe liczby z budżetu państwa, które dotychczas poznaliśmy. Ale zacznijmy od przypomnienia wielkiej konferencji „Stabilne finanse publiczne w niestabilnych czasach” na Stadionie Narodowym w marcu 2023 roku.

Na tej konferencji premier Morawiecki chwalił się bardzo niskim wykonaniem deficytu w 2022 r. – podkreślał, że deficyt wyniósł tylko ok. 12 mld zł. I mówił, że mamy „stabilne finanse publiczne w niestabilnych czasach”.

To oznacza, że planowany deficyt na 2024 rok jest ponad trzynastokrotnie wyższy od zrealizowanego deficytu budżetu państwa w roku 2022. To porównanie demaskuje uprawiane od kilku lat kłamstwo budżetowe. Zastanawiam się, jak rząd i premier wytłumaczą społeczeństwu, że deficyt 12 mld zł to „stabilne finanse”, a liczba ponad 13-krotnie wyższa, tj. 164,8 mld zł to nadal „bezpieczny budżet”. Elementarna arytmetyka mówi, że jest to kompletny absurd.

Chyba że premier powie, że kłamał na konferencji na stadionie narodowym, kiedy ogłaszał wspaniały wynik finansów publicznych za 2022 r. To kłamstwo zdemaskowaliśmy zresztą m.in. w raporcie Instytutu Finansów Publicznych, Instytutu Odpowiedzialnych Finansów i Fundacji Przyjazny Kraj „Zagrożenia nadmiernego długu publicznego. Edycja 2023”, gdzie pisaliśmy: „W sprawozdaniu z ustawy budżetowej przesłanym do Sejmu rząd pokazał ok. 12 proc. prawdziwego deficytu rządowego, bo prawdziwy wynosi ok. 101 mld zł”.

Nasze wyliczenia potwierdziła również Najwyższa Izba Kontroli w swojej analizie budżetu. Czego konsekwencją była bezprecedensowa sytuacja – po raz pierwszy w historii wolnej polski kolegium NIK nie wyraziło pozytywnej opinii dot. budżetu i nie udzieliło absolutorium w tej sprawie.

Ale nawet jak skorygujemy „kłamstwo budżetowe” za 2022 r., to wzrost deficytu o 60 proc. to wciąż bardzo dużo (to 1,6-razy więcej). Nadal nie jest to „bezpieczny budżet”.

Deficyt sektora finansów publicznych najwyższy w UE

Równolegle rząd pokazał, że deficyt całego sektora finansów publicznych to 4,5 proc. PKB, czyli ok. 170 mld zł. A jeszcze w maju, w Wieloletnim Planie Finansów Państwa, rząd pokazywał deficyt rzędu 3,4 proc. PKB na 2024 r. To oznacza wzrost tego wskaźnika o 1,1 pp. PKB.

Jeżeli o tę wielkość skorygujemy ostatnią prognozę Komisji Europejskiej, to wychodzi, że w przyszłym roku Polska będzie miała najwyższy deficyt finansów publicznych w całej Unii Europejskiej (równolegle ze Słowacją i Bułgarią).

Rząd prognozuje również, że inflacja w przyszłym roku wyniesie 6,6 proc. Ta liczba wydaje się zaniżona. Prognozy rynkowe wskazują, że może być ona wyższa – uwzględniając fakt, że rząd w budżecie założył odmrożenie stawek VAT na żywność. Ale nawet jak weźmiemy tę zaniżoną prognozę inflacji, to okazuje się, że wzrost cen w Polsce będzie najwyższy w całej Unii Europejskiej, ponad dwukrotnie wyższy niż średnio w UE. Czy najwyższy deficyt finansów publicznych i najwyższa inflacja w całej Unii Europejskiej to „bezpieczny budżet”?

Z porównania deficytu całych finansów publicznych i budżetu państwa wynika również, że poza budżetem państwa deficyt wyniesie tylko ok. 5 miliardów złotych. To jest bardzo mało wiarygodna liczba, biorąc pod uwagę bardzo wysokie zaangażowanie wydatkowe funduszu zbrojeniowego przy BGK zarządzanego przez ministra Błaszczaka. Jest to tym mniej wiarygodne wiedząc, że zobowiązania ministra Błaszczaka w Korei, te ujawnione, to ponad 70 mld zł.

To również oznacza wstrzymanie wydatków z funduszu przeciwdziałania COVID-19, z rządowego funduszu inwestycji lokalnych i z funduszu Polski Ład: Program Inwestycji Strategicznych. Czyli promesy i tekturowe czeki, rozdane samorządom, nie mają żadnej wartości, bo z tej analizy wynika, że tam nie będzie wydatków. Albo tekturowe czeki i promesy to kłamstwo, albo deficyt całego sektora finansów publicznych będzie większy.

Wątpię, że rząd przed wyborami samorządowymi założył koniec „tekturowych” czeków dla samorządów. Ma wyższe wydatki zbrojeniowe i dziwi, że nie widać tego w deficycie całego sektora finansów publicznych.

Liczby, których nie widać

Czyli prawdziwy deficyt budżetu państwa i tak prawdopodobnie może być większy, bliżej 200 mld zł, a być może nawet ponad tę kwotę, czyli ok. 5,5 proc. PKB. Musimy poznać więcej szczegółów z budżetu, który trafi wkrótce na obrady Rady Dialogu Społecznego. Mam nadzieję, że w wysłanych dokumentach rząd nie będzie niczego ukrywał i dowiemy się o wszystkich operacjach w finansach publicznych. Głębszą analizę budżetu będzie można przeprowadzić po otrzymaniu pełnych dokumentów, choć trzeba mieć na uwadze, że finanse publiczne są bardzo nieprzejrzyste, a do budżetu państwa nie są dołączane plany finansowe funduszy przy BGK i PFR.

Można też oszacować, że rząd skorygował w dół dochody budżetu państwa w 2023 r., względem dopiero co podpisanej przez prezydenta nowelizacji budżetu za 2023 rok (o ok. 7 mld zł). W ciągu kilku tygodni rząd skorygował prognozę dochodów aż o 7 miliardów złotych. Okazuje się, że jednak w budżecie w tym roku nie jest tak dobrze. Z jednej strony mamy korektę dochodów w dół o 7 mld zł, a z drugiej strony mamy wzrost 14. emerytury o 9 miliardów złotych. Absurdalne jest, aby w warunkach słabszych dochodów zwiększać wydatki. Z przedstawionych informacji wynika również, że rząd prognozuje wzrost dochodów z PIT aż o 23 proc., a wzrost dochodów z VAT o 20 proc. Dodatkowo rząd zakłada wpłatę zysku NBP w kwocie około 6 mld zł. Przypomnijmy, że nie jest to trwałe źródło finansowania tak gigantycznego wzrostu wydatków. Zysk NBP raz jest, raz go nie ma. W tym roku nie było wpłaty z Narodowego Banku Polskiego.

Jest niebywałą arogancją i liczeniem na efekty kłamstwa marketingowego, aby przy takich parametrach mówić o bezpiecznym budżecie. W przyszłym roku będą zapadały do spłaty pierwsze obligacje funduszu przeciwdziałania COVID-19 i PFR. Potrzeby pożyczkowe brutto będą ogromne i będziemy dodatkowo płacili wyższe odsetki niż zapadający dług. Cały czas trwa wojna w Ukrainie [„w”… – admin], mamy też bardzo złe sygnały z gospodarki europejskiej i chińskiej, a polski rząd przygotowuje budżet, w którym mamy najwyższy deficyt i najwyższą inflację w całej Unii Europejskiej.

(Nie)bezpieczny budżet?

Z perspektywy finansów publicznych i parametrów ekonomicznych tak skonstruowany budżet nie jest bezpieczny. Rząd w swojej narracji mówi o konieczności wydatków militarnych i bezpieczeństwie militarnym. Nikt nie neguje konieczności wzmocnienia naszych sił zbrojnych. Co do tego, co kupujemy, niech się wypowiadają eksperci wojskowi. Ale nie będzie bezpieczeństwa militarnego, jeżeli naruszymy bezpieczeństwo finansów publicznych, jeżeli wydatki zbrojeniowe będą finansowane z zadłużenia zagranicznego, w sposób niejawny, nieprzejrzysty, a przecież tak się dzieje z zaciąganym długiem w Korei Południowej. Nic o tym nie wiemy i dowiadujemy się z mediów koreańskich. A ile jeszcze jest długów w innych krajach?

Chciałbym przypomnieć, że ogromny wzrost długu w Grecji wynikał z bardzo dużych wydatków zbrojeniowych. Wydatki zbrojeniowe w Grecji były najwyższe w całej Unii Europejskiej i momentami przekraczały nawet 5 proc. PKB. Czy jak w 2008 roku Grecja bankrutowała, to była bezpieczna? Czy jak Grecję ogarnęły protesty, palenie opon, konieczność radykalnego cięcia wydatków, to Grecja była bezpieczna? Niestabilne finanse publiczne oprócz aspektów ekonomiczno-gospodarczych to również doskonałe warunki do prowadzenia wojny hybrydowej i destabilizowania sytuacji społeczno-politycznej.

Niedawno minister Gliński stwierdził, że „Mateusz Morawiecki jest czarodziejem w sprawach ekonomicznych”. Tak, tylko „czarodziej” może wmawiać społeczeństwu, że deficyt budżetu państwa w 2022 roku wyniósł tylko 12 mld zł, podczas gdy ten prawdziwy wyniósł ponad 100 mld zł. Rzeczywiście to jest niebywała sztuka, żeby zrobić hokus pokus i z liczby 100 mld zrobić 12 mld.

Tylko „czarodziej” może wmawiać społeczeństwu, że skokowy wzrost deficytu budżetu państwa do 164,8 miliardów złotych, to bezpieczny budżet.

Musimy przywrócić przejrzystość finansów publicznych i kontrolę demokratyczną nad finansami publicznymi. Musimy odsunąć czarodziejów i kreatywną księgowość od zarządzania polskimi finansami. Jeżeli obywatele przed wyborami nie poznają prawdziwego i pełnego obrazu stanu finansów publicznych, to wybory nie będą uczciwe.

dr Sławomir Dudek, główny ekonomista i prezes Instytutu Finansów Publicznych
https://www.money.pl

Wracamy do PRL

 

Wracamy do PRL


Jeśli nasi Umiłowani Przywódcy jeszcze trochę się wstydzą przyznać, że za komuny było lepiej, to dają temu przekonaniu wyraz przez tak zwane fakty konkludentne. Oto Naczelnik Państwa ogłosił hasło PiS na tegoroczne wybory: „Bezpieczna przyszłość Polaków”.

Wynika z niego, że bezpieczeństwo przede wszystkim. Trzeba jednak pamiętać, że bezpieczeństwo ma swoją cenę. Jest nią rezygnacja z wolności. Wolność bowiem niesie za sobą ryzyko – a to właśnie no towarzyszyło przedsięwzięciom, które zmieniały historię świata.

Na przykład wielkie odkrycia geograficzne nie byłyby możliwe bez ryzyka i to całkiem sporego. Według świadectw bowiem, tylko jedna wyprawa na sześć kończyła się pomyślnie i to nie tylko ze względu na „okrutne morze” – ale również z powodu arogancji ówczesnych biurokratów. Oto bowiem gdy tylko okręt wypływający, dajmy na to, z Anglii, wpływał na półkulę południową, załoga zaczynała chorować na szkorbut. Otwierały się stare rany, wypadały zęby, ludzie słabli i ocenia się, że większość katastrof morskich brała się nie z braku umiejętności ówczesnych żeglarzy, tylko stąd, że z powodu szkorbutu na statkach nie miał kto pracować; marynarze nie mieli sił, by ciągnąć liny i w rezultacie statek trafiał na łaskę fal.

Co prawda kapitanowie zauważyli, że Opatrzność pomyślała o wszystkim, bo ratunkiem przed „złym powietrzem”, jakie rzekomo miało panować na południowej półkuli, były owoce cytrusowe. Te obserwacje były znane, ale przez 150 lat nikt nie wyciągnął z nich praktycznych wniosków, bo zasiadający w Admiralicji arystokraci nie dopuszczali myśli, że jacyś prości kapitanowie będą ich pouczać. W dalszym tedy ciągu marynarze żywili się solonym mięsem, podczas długich rejsów zapadali na szkorbut, statki tonęły, aż dopiero kapitan Cook zabrał w rejs do Australii beczki z kiszoną kapustą i zarządził, że wszyscy oficerowie muszą codziennie wypijać szklankę kapuścianego kwasu, a marynarze – jak chcą. Podczas tego rejsu nikt nie zachorował na szkorbut i tak został przełamany biurokratyczny opór.

Tymczasem położenie nacisku na „bezpieczeństwo” oznacza ucieczkę od ryzyka, z co za tym idzie – od wolności. Ciekawe, że dokładnie w ten sam sposób komuna przekonywała obywateli o wyższości ustroju socjalistycznego i chyba bardzo wielu przekonała z Naczelnikiem Państwa włącznie.

Jak pamiętamy, bardzo ceni on Edwarda Gierka, również jako „wielkiego patriotę”, chociaż on właśnie kazał wpisać do konstytucji nie tylko kierowniczą rolę partii, ale i sojusz ze Związkiem Radzieckim. Jak widzimy, za komuny aż tak źle nie było, chociaż oczywiście miała ona tę wadę, że była bezbożna. Gdyby tak komuna była pobożna, to wszystko byłoby w jak najlepszym porządku – i wydaje się, że to jest właśnie ustrojowy ideał Naczelnika Państwa.

Ale byłoby niesprawiedliwe wytykanie nieubłaganym palcem tylko Naczelnikowi sentymentu do komuny. Właśnie nieprzejednana opozycja, czyli Volksdeutsche Partei, Lewica oraz Trzecia Droga, podpisały tzw. pakt senacki, którego myślą przewodnią jest „róbmy sobie na rękę”. Pakt senacki polega bowiem na tym, że ścisłe kierownictwa układających się stron podzieliły między siebie poszczególne okręgi wyborcze i umówiły się, że właśnie będą „robić sobie na rękę”, czyli – że nie będą w cudzych okręgach wystawiały własnych kandydatów. W ten sposób chcą opanować Senat.

„Co ci przypomina widok znajomy ten?” Ależ oczywiście – wybory kontraktowe do Sejmu, kiedy to wywiad wojskowy w osobie generała Kiszczaka, za pośrednictwem Kukuńka, jeszcze przed jakimkolwiek głosowaniem, przekazał dobranej uprzednio „stronie społecznej”, że ma 35 procent mandatów w Sejmie. Kiedy część obywateli, którzy myśleli, że z tymi wyborami to wszystko naprawdę, poskreślała komunistycznych faworytów na tzw. „liście krajowej”, to zirytowany generał Kiszczak zagroził, że te całe wybory rozgoni. Wtedy Tadeusz Mazowiecki uspokoił go, że „umów należy dotrzymywać”, a Rada Państwa W TRAKCIE WYBORÓW zmieniła ordynację tak, by faworyci komuny do Sejmu się dostali.

Pakt senacki nawiązuje w ten sposób do tamtej tradycji, a ofiarą tej siuchty padł pan mecenas Roman Giertych, w którego metamorfozę niestety nie uwierzyła moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus i – o ile pamiętam – również Wielce Czcigodny poseł Śmiszek. Nie ma rady; myślę że przed następnymi wyborami bez drobnej operacji chirurgicznej chyba się nie obejdzie, bo wtedy metamorfozie nie wypadałoby już zaprzeczać.

Ponieważ jednak sytuacja polityczna jest dynamiczna, to nie można wykluczyć, iż pakt senacki może być zwiastunem powrotu naszej demokracji do źródeł, to znaczy – do Frontu Jedności Narodu. Jak pamiętamy, Front Jedności Narodu skupiał wszystkich obywateli: partyjnych i bezpartyjnych, wierzących i niewierzących, żywych i uma… no, mniejsza z tym – co było widomym znakiem jedności moralno-politycznej narodu, która zapanowała właśnie za Edwarda Gierka i trwała aż do momentu, kiedy wszystko się skawaliło.

Polityczną konsekwencją istnienia Frontu Jedności Narodu była jedna lista wyborcza, właśnie lista FJN, sporządzana przez partię dokładnie według zasady przyjętej w pakcie senackim. Partia, stronnictwa sojusznicze i katolicy postępowi dzielili między siebie okręgi wyborcze we taki sposób żeby kandydaci zatwierdzeni przesz Biuro Polityczne KC PZPR zostali do Sejmu wybrani, żeby tam nie wiem co. Suwerenowie, nie można powiedzieć – też mieli wybór, podobny do tego, jaki przysługiwał klientom kołchozowej stołówki – że mogli jeść, albo nie jeść. Ja na przykład chętnie z tej możliwości korzystałem i pierwszymi wyborami, w których głosowałem, były wybory „kontraktowe” w 1989 roku. Ciekaw jestem, jak w tej sytuacji zachowają się sympatycy ugrupowań, które zawarły pakt senacki; czy uznają, że „nic się nie stało” i będą głosowali na listę Frontu Jedności Narodu, czy też skorzystają z tej możliwości wyboru, jaką Umiłowani Przywódcy im łaskawie zostawili.

Być może niektórzy zorientują się, w jakim kierunku zmierza sytuacja i zrobią uczestnikom paktu senackiego na złość, chociaż szczerze mówiąc, specjalnie bym na to nie liczył. Dlaczegóż to niby sympatykom Volksdeutsche Partei, a zwłaszcza Lewicy miałaby nie podobać się zasada jedności moralno-politycznej narodu? I Lewica i Volksdeutsche Partei nawiązałyby w ten sposób do własnych tradycji, a Trzecia Droga – do tradycji tzw. „stronnictw sojuszniczych”. Myślę, że również PiS i Naczelnik Państwa nie miałby nic przeciwko temu, bo skoro już uciekamy od wolności, to przecież nie na oślep, tylko na z góry upatrzone, sprawdzone i bezpieczne pozycje.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Oznaki upadku państwa

Przejdź do treści                 Aktualizacja strony została wstrzymana … Facebook-f   Twitter   Google-plus-g   Instagram   Youtube Szukaj...