czwartek, 23 listopada 2023

Dziesięć lat piekła na Ukrainie

 

Dziesięć lat piekła na Ukrainie


Czasami propozycja pójścia do piekła wygląda jak uprzejme zaproszenie na przyjacielskie przyjęcie herbaciane. Tak rozpoczął się kolejny kijowski Majdan w listopadzie 2013 roku.

„Spotykamy się o 22:30 pod Pomnikiem Niepodległości. Ubierzcie się ciepło, wypijcie herbatę, kawę, dobry nastrój i przyjaciół” – Mustafa Najem, etniczny Afgańczyk, który dzięki dramatycznej historii swojej rodziny stał się znanym ukraińskim dziennikarzem i osobą publiczną, dokonał tak brzemiennego w skutki wpisu na portalach społecznościowych.

Dziesięć lat temu pochodzenie etniczne inicjatora Majdanu wydawało się zupełnie nieistotne. Ale dziś jest to postrzegane jako ponura ironia. Współczesna Ukraina to „Afganistan w centrum Europy”, epicentrum kryzysu, wir, który bezlitośnie zasysa w sobie (lub już całkowicie nie wyssał) wszystko, co najlepsze w Starym Świecie w dziedzinie stosunków międzynarodowych po upadku muru berlińskiego w 1989 roku.

W latach, które nastąpiły po pamiętnej Herbatce Kijowskiej, wielokrotnie rozmawiałem o kryzysie ukraińskim z zachodnimi politykami, dziennikarzami i ekspertami i za każdym razem obserwowałem to samo zjawisko.

Gdy tylko wypowiedziałem frazę „zamach stanu na Ukrainie w 2014 roku”, moi koledzy z UE, Wielkiej Brytanii i USA niezmiennie całkowicie tracili zainteresowanie tym, co mówiłem. W ich oczach pojawiło się zniecierpliwienie, zaczęli się rozglądać i albo grzecznie milczeli z męczeńskim wyrazem twarzy, albo mówili; „Dlaczego ciągle mówisz o tym samym?! Co się stało, to się stało! Ukraińcy dokonali wyboru. Wy, Rosja, powinniście byli zaakceptować ten wybór i iść dalej!”.

Ale Rosji nie udało się „żyć” tak, jakby nic się nie stało, bez nagłego strategicznego zwrotu w swojej polityce. To, co z punktu widzenia Zachodu było nonsensem, „momentem technicznym”, incydentem, który nie był wart uwagi, w Moskwie zostało odebrane jako upadek fundamentów, coś, czego absolutnie nie da się znieść.

Władimir Putin, 17 listopada tego roku: „Do 2014 roku nie wyobrażałem sobie, że może dojść do takiego konfliktu między Rosją a Ukrainą. Gdyby powiedziano mi przed 2014 rokiem, że jest to możliwe, powiedziałbym: „Czyś ty zwariował?”.

Nie rozumieli i nadal nie rozumieją. Były prezydent Ukrainy Leonid Kuczma właśnie zaprezentował swoją znaną już książkę „Ukraina to nie Rosja”. Dwadzieścia lat później. Po wygłoszeniu sakramentalnych przekleństw pod adresem Moskwy, które są obowiązkowe w dzisiejszym Kijowie, Leonid Daniłowicz wygłosił bardziej przemyślane oświadczenie: „Dwadzieścia lat temu z nadzieją skończyłem pracę nad książką. Tak, powiedziałem, Ukraina to nie Rosja. Ale oba państwa mogą żyć jako dobrzy sąsiedzi, nie tylko nie będąc wrogo nastawionymi, ale także wzmacniając się nawzajem”.

W tym czasie Moskwa miała dokładnie takie same nadzieje. Leonid Kuczma zaprezentował swoją książkę „Ukraina to nie Rosja” 3 września 2003 roku na Targach Książki w Moskwie. A 2 września prezydent spotkał się z prezydentem Putinem. Oto fragment oficjalnego oświadczenia Kremla po spotkaniu: „Władimir Putin powiedział również, że Rosja jest gotowa sprzedać Ukrainie więcej zboża w tym roku niż wcześniej uzgodniono”.

Rosja była gotowa żyć z Ukrainą „jak z dobrymi sąsiadami”. Ale rosyjskie rozumienie „dobrego sąsiedztwa” nie obejmowało przekształcenia Ukrainy w satelitę NATO, w zachodni przyczółek. W oczach Moskwy niepodległość Ukrainy oznaczała jej niepodległość, a nie dobrowolną zależność Kijowa od Zachodu.

Zamach stanu w Kijowie w 2014 r. (niech nasi zachodni koledzy znów przewrócą oczami – ja już się do tego przyzwyczaiłem) został odebrany w stolicy Rosji jako zrzeczenie się suwerenności państwa przez nowe ukraińskie władze, które siłą doszły do władzy.

Jednocześnie wydarzenia w Kijowie zmusiły Kreml do radykalnego przemyślenia relacji z Zachodem. Z punktu widzenia Moskwy USA i UE zachowały się jak „uczciwy człowiek”, który „z zasady” nie kradnie, ale jeśli nagle widzi okazję, nie może oprzeć się pokusie.

Gdyby po brutalnym obaleniu prezydenta Wiktora Janukowycza Zachód powiedział: „Stop! Janukowycz oczywiście nie jest naszym przyjacielem, ale ważniejsze są zasady! Nie na to się zgodziliśmy! Cofnijmy się o kilka kroków!” — wtedy wydarzenia zarówno na Ukrainie, jak i wokół Ukrainy mogły potoczyć się według innego scenariusza.

Ale zamiast tego Zachód zachowywał się jak człowiek, który nagle odkrył, że zasada „zbrodnia nie popłaca”, którą był indoktrynowany przez całe życie, była w rzeczywistości czystym oszustwem. Okazuje się, że zbrodnia się opłaca, jak się opłaca!

Rosja została poproszona o przyjęcie fait accompli (francuski termin oznaczający „fakt dokonany”). Niestety, miałeś konto, ale zniknęło! Bank upadł! Zanieś swoje skargi do Ligi Reformy Seksualnej!

Ale Rosja w osobie Władimira Putina nie chciała zachowywać się jak kolejna bezbronna ofiara „geopolitycznego MMM”. A podstawą tej odmowy była nie tylko i nie tyle niechęć do tego, że została „nabita w butelkę”. Głównym motywem działań Putina było i nadal jest to, jak rozumie on podstawy bezpieczeństwa narodowego Rosji.

Neutralna Ukraina nie jest zaprzeczeniem tych zasad. Ukraina pod kontrolą Zachodu nie tylko zaprzecza, ale zaprzecza w 100%.

Oczywiście, nie jesteśmy jeszcze w stanie zrozumieć, jaką rolę w kijowskim Majdanie odegrały celowe działania Zachodu, a jakiego rodzaju inicjatywa lokalnych graczy – polityczna niekompetencja Wiktora Janukowycza (wystawienie i zdrada własnych sił bezpieczeństwa) i krwawe prowokacje tych przywódców Majdanu, których snajperzy ostrzelali funkcjonariuszy organów ścigania i uczestników samego Majdanu.

Znamy tylko wynik. „Tea party” Mustafy Nayyema była tragicznym kamieniem milowym we współczesnej historii świata.

Nie wiem, szczerze mówiąc, nie wiem, jaki morał można tu wysnuć w tym momencie. Dramatyczne i tragiczne wydarzenia wywołane przez kijowski Majdan wciąż trwają. Zastanówmy się nad tym przez chwilę: nie wszystkie „zaproszenia na herbatę” powinny być akceptowane. Czasami może się za nimi kryć sam diabeł.

Michaił Rostowski
https://myslpolska.info

Mesjanizm żydowski a polski

 

Mesjanizm żydowski a polski


Są oczywiście nasze rodzime, swoiste źródła polskiego mesjanizmu politycznego. Jednak – jak właściwie wszystko co odnosi się do świata idei – jest to nasz import. 

Samuel Hirszeberg – Szkoła talmudystów

Nim zatem zaczniemy rozprawiać o polskim mesjanizmie, warto przyjrzeć się pierwowzorom. Zbadać historyczne jego tło i doktrynalne uwarunkowania. Są na ten temat obszerne analizy, opisujące to zjawisko na szerokim, przekrojowym tle.

Na przykład traktuje o tym książka ks. Jelonka, wydana już w dwudziestym pierwszym wieku, a zatytułowana Mesjanizm. Wykorzystując zawarte w niej niektóre myśli, tezy oraz konkluzje podążmy jednak swoją ścieżką. Zobaczmy zatem na czym zasadzał się mesjanizm żydowski, ten pierwowzór, z którego tak obfitą treść zaczerpnął system, który wieki później ukształtował się w naszym kraju.

Dla zobrazowania tego zjawiska użyjmy sceny, która ma związek z procesem Jezusa Chrystusa przed żydowską starszyzną religijno-polityczną. Otóż w znamiennych słowach Arcykapłan tłumaczy, jaki jest tak zwany przedmiot sprawy. Powiada on bowiem wprost, że lepiej by jeden zginął za naród, niż zbiorowość miałaby ponosić odpowiedzialność za działalność Jezusa.

I na tym właśnie polega i zawiera się istota żydowskiego mesjanizmu. Idea na wskroś zmaterializowana, brutalnie wyjałowiona z wszelkiej duchowości i to mimo pozorów, iż jej rodowód jest jakby samym wysublimowanym sednem tej religii.

W tym przypadku narodowe kierownictwo Żydów, całą tę dramatyczną sprawę stara się rozegrać na dwóch jednocześnie płaszczyznach. Z jednej strony powodem nocnego procesu jest odrzucenie poglądu, iż Jezus jest oczekiwanym i wieszczonym przez pisma Mesjaszem, a z drugiej zaś zgodą na to, że nie jest On tylko zwykłym buntownikiem. Kimś kto zaledwie narusza ustalone religijno-polityczne reguły. Lepiej więc, by ktoś taki jak On zginał za naród, niż miałoby być odwrotnie.

Dla praktycznych Rzymian te niuanse były trudne do ogarnięcia ich łacińskim rozumem. Przez całą część sądową Piłat nie może pojąć kogo sądzi? Czy stoi przed jego trybunałem polityczny buntownik, czy religijny reformator, wieszcz nowej konfesji.

Ostatecznie pod naciskiem „ulicy” sterowanej przez duchowe przywództwo, niechętnie przyjmuje, że skazuje politycznego dysydenta przeciwko władzy cezarów. W następnych wiekach wśród Żydów pojawiało się wielu uzurpatorów do tytułu mesjasza. Niekiedy w kontekście religijnym, często w swoistym związku z polityczną sytuacją.

Jak na przykład Sabataj cwi czy w Polsce twórca frankizmu Jakub Frank (Dobrucki). Jednak jako narodowi zbawcy, były to już tylko postacie właściwie karykaturalne, ostro również zwalczane przez izraelską ortodoksję.

W tym samym czasie u Żydów kształtowała się już inna odmiana mesjanizmu, która czerpała ze starych starotestamentowych inspiracji, ale starała się dostosowywać do wymogów duchowych danych epok. Chodzi o tak zwany mesjanizm kolektywny, gdy to wyzwolicielem jest nie konkretna osoba, ale cały naród.

A jeśli więc mesjanistyczne cechy posiada cała społeczność, to chodzić może – jak w omawianej sprawie – nie tylko o samozbawienie tej grupy, ale o pełnienie zbawczo-wyzwolicielskich funkcji wobec wszystkich narodów świata. Doprowadza to do takiej konkluzji: jest to polityczno-społeczny proces, zakończony zwieńczeniem historii, tej tu i teraz. Naród, który tę rolę pełni, w wyniku realizacji owego postulatu nabywa cech nowego światowego kapłaństwa.

Antoni Koniuszewski
https://myslpolska.info

Służba zdrowia w 27 Dywizji AK

 

Służba zdrowia w 27 Dywizji AK


Niech nie będą zapomniani… – admin

Działanie Okręgu Wołyń AK w 1943 roku szły w dwóch kierunkach: tworzenia silnych baz samoobrony i silnych oddziałów partyzanckich, współdziałających z obroną baz. Ujęcie w ramy organizacyjne samoobrony nastąpiło niestety późno.

Obszar działań 27. Dywizji obejmował powiaty Kowel Luboml i Włodzimierz Wołyński. W pozostałych ośmiu powiatach, jeśli Polacy nie zdążyli uciec do Przebraża, Starej Huty, Pańskiej Doliny, byli mordowani przez oddziały UPA wspomagane przez miejscową ludność ukraińską.

W pierwszej połowie lipca 1943 r. przybył do Zasmyk ppor. Henryk Nadratowski ps. „ Znicz” – cywilny komendant samoobrony. 16 lipca przyszedł uzbrojony oddział por. Władysława Czermińskiego ps. „ Jastrząb”, a 19 sierpnia przybył drugi oficer (cichociemny) por. Michał Fijałka ps. „Sokół”. Oddziały te współpracowały z zasmycką bazą, do której przybywali Polacy ocaleni z pogromów. Daleko na Wschodzie trwała Wielka Wojna Ojczyźniana, a Polacy zostali zmuszeni do podjęcia walki na śmierć i życie.

Potrzeba niesienia pomocy medycznej walczącym żołnierzom i rannym podczas napadów UPA wymusiła organizowanie służby zdrowia. W bazie samoobrony w Zasmykach punk sanitarny był czynny już w lipcu 1943 r. Pracowały w nim pielęgniarki: Janina Szmagalska, Janina Włodarska oraz sanitariusz Edward Kijkowski.

Początkowo punkt mieścił się w mieszkaniu prywatnym. Podczas kolejnych aktów terroru ukraińskich nacjonalistów rannych przybywało. Umieszczono ich w pomieszczeniach szkoły. Pamiętna tragiczna pasterka 1943 r. pochłonęła 48 ofiar. Upowcy przebrani w niemieckie mundury, podstępnie napadli na Janówkę, Stanisławówkę i Radomle-kolonie należące do systemu obrony bazy w Zasmykach.

Niemcy w obliczu nieuchronnej utraty Wschodu ściągnęli dodatkowe siły i zaczęli prowadzić szaleńcze akcje pacyfikacyjne na całym Wołyniu. Celem miała być likwidacja oddziałów partyzanckich i ludności cywilnej, która ich wspierała. 19 stycznia 1944 r. spacyfikowali Zasmyki. Spaliło się 38 zabudowań, zniszczone zostały zapasy zgromadzone na zimę , ludzie zostali bez dachu nad głową.

W pierwszych dniach stycznia wojska I Frontu Ukraińskiego przełamały odcinek obrony niemieckiej na rzece Horyń, przekroczyły granice Polski z 1939 r. i dużym klinem zajęły tereny Wołynia.

W połowie stycznia 1944 r. Komendant Okręgu AK-Wołyń wydał rozkaz mobilizacyjny i przeniósł miejsce postoju konspiracyjnego sztabu z Kowla do Kupiczowa. W dniu 16 stycznia 1944 r. z konspiracji wyszli bez broni młodzi ludzie z miast, przyjechało wiele kobiet, zgłosiły się dyplomowane pielęgniarki, łączniczki, szyfrantki. W ogniwach konspiracji AK było 500 kobiet. Zaczęło dziać się coś emocjonującego, o czym się mówiło, a to z kolei pobudzało wyobraźnię młodych dziewcząt do startu w wojnę. Precyzowano zadania w akcji „Burza”.

W szokującej sytuacji, kiedy wzajemne antagonizmy podlegały już prawom wojny, oczywiście wojny sprowokowanej i osiągnęły apogeum, łączono siły, aby stawić czoło przeznaczeniu, nie podzielać roli skazańców UPA lub losu niemieckich niewolników, urzędowo dostarczanych do przymusowych robót przez Arbeitsamt.

Gdy pojawiła się możliwość czynnej pracy, dziewczęta podjęły ją uważając, że jest to święty obowiązek. I tak młodości już nie miały, została im bestialsko odebrana przez banderowców i Niemców. Matki rozumiały tę konieczność, spoglądały pobłażliwym okiem i nie broniły angażowania się do prac, których celem było przetrwanie. Był mróz, ziemia skamieniała, co można było zrobić – już nic, wojna zabierała rodzicom dzieci i unosiła w straszny świat walki, groźnej, śmiertelnej, lecz zbawiennej. W nim znalazło się całe dorastające pokolenie kresowych Polaków.

Kupiczów to była duża wieś zamieszkana głównie przez Czechów, życzliwie odnoszących się do Polaków. Wieś ta została opanowana przez polskie oddziały partyzanckie w połowie 1943 r. i stanowiła, obok niedalekich Zasmyk, duży ośrodek samoobrony, dający schronienie Czechom, Polakom i sprawiedliwym Ukraińcom. Komendant okręgu nakazał utworzenie w tej miejscowości głównej placówki medycznej – szpitala polowego dywizji, przeznaczając na jego potrzeby budynek byłych władz gminnych. Szpital w Kupiczowie zaczęto organizować w oparciu o część personelu wydelegowaną z działającego w Zasmykach punktu sanitarnego. Kierował nią doświadczony felczer Miron Antonowicz Niemoszkalenko

Placówka ta szybko osiągnęła standardy w pełni rozwiniętego polowego szpitala dywizyjnego. Szczególne zasługi w jego tworzeniu położyli: przybyły z Warszawy porucznik lekarz Grzegorz Fedorowski „Gryf”, komendant kupiczowskiej samoobrony porucznik Wilhelm Skomorowski „Wilczur” oraz działaczka konspiracyjna z Kowla Kazimiera Bałysz „Mira”, która objęła trudną administrację szpitala.

W jego powstanie i działalność bardzo zaangażował się personel Szpitala Powiatowego w Kowlu, kierowany przez porucznika doktora Włodzimierza Zagórskiego „Osiemnastka”. Był on współtwórcą konspiracji w tym rejonie i od początku jej istnienia pełnił w niej funkcję szefa służby sanitarnej Inspektoratu Rejonowego AK Kowel. Gdy zaczęto organizować zgrupowanie „Gromada”, powierzono mu w nim funkcję szefa służby zdrowia. Pod jego kierownictwem tworzono punkty sanitarne we wszystkich ośrodkach samoobrony na terenie tego inspektoratu.

Jako dyrektor szpitala w miarę swoich możliwości wspierał pracę tych punktów, kierując do nich wykwalifikowany personel sanitarny oraz dostarczając podstawowe narzędzia i materiały medyczne. W zarządzanym przez niego szpitalu w latach 1942-1943 prowadzono kursy sanitariuszek, których absolwentki służyły potem w ośrodkach samoobrony, oddziałach partyzanckich, a także w batalionach wołyńskiej dywizji piechoty.

Na komendanta kupiczowskiego szpitala mianował on doświadczonego porucznika lekarza chirurga Zygmunta Simbierowicza ps. „Zyg” z Kamienia Koszyrskiego. Wiele troski o utworzenie i sprawne funkcjonowanie tego szpitala wykazał również szef służby zdrowia 27. WDP AK, podporucznik lekarz Jan Matulewicz.

Ze szpitala kowelskiego przeszły do pracy w szpitalu polowym w Kupiczowie między innymi: siostra przełożona Maria Walczak „Bogna”, która w Kupiczowie kierowała personelem pomocniczym; pielęgniarka Halina Grochowska „Irys” oraz studentka medycyny i ofiarna siostra Maria Wójcik.

Większość sanitariuszek kupiczowskiego szpitala stanowiły harcerki, przeszkolone wcześniej na kursie sanitarnym, między innymi należały do nich: Kazimiera Błaszczyk „Kicia”, Ewa Piłkowska „Kalina”, Janina Walczakówna „Szarotka”, Henryka Rykowska „Pchełka”, moja Mama Monika Śladewska „Halina” (na zdjęciu), Bożena Frankowska „Rusałka”, Irena Zawada-Gawdzik „Stokrotka”, Bożena Imiałkowska „Bożena”, Janina Mrozówna, Maria Ilczuk „Maczek”, Jadwiga Jagodzińska „Pączek”, Janina Ciemiorska „Jaskółka”, Zofia Kupikowska „Brygida”, Stanisława Paszko „Nela” i Janina Teder „Kalina”, Zosia Municzewska ps. „Astra”, Janina Żmijewska ps. „Dzwoneczek”, która po kursie odeszła do oddziału „Siwego”.

Monika Śladewska „Halina”

W szpitalu w Zasmykach pracowała Zosia Żołnik, Lodzia Czechowska i inne. Mama była także w kontakcie z kuzynką Weroniką Sulencką ps. „Sroka”. Ogólnie w szpitalu tym służyło 21 sanitariuszek. Wiele innych dziewcząt pracowało tam jako salowe, pomoce kuchenne oraz w pralni szpitalnej.

W wyniku ich ciężkiej pracy w zniszczonym budynku powstał szpitalik, składający się z trzech czystych i schludnych sal dla chorych, mieszczących ponad 20 białych, metalowych łóżek z szafkami nocnymi lub taborecikami. Łóżka były przykryte białymi prześcieradłami i kocami. Obok sal urządzono gabinet lekarski, będący zarazem gabinetem zabiegowym, a także kuchnię i spiżarnię. Stosunkowo skromne wyposażenie szpitala zostało uzupełnione pod koniec lutego. Wtedy to kilka wagonów ze sprzętem szpitala z Lubomla, ewakuowanego przez Niemców, znalazło się na stacji Jagodzin.

W porozumieniu z dyrektorem tego szpitala, doktorem Stanisławem Lorencem, członkowie AK pracujący na stacji przetoczyli wagony na bocznicę, gdzie zostały one wyładowane. Zdobyte w ten sposób narzędzia lekarskie, lekarstwa i środki opatrunkowe przetransportowano do oddziału partyzanckiego porucznika Kazimierza Filipowicza „Korda”, a następnie przekazano szefowi dywizyjnej służby zdrowia, który podzielił je pomiędzy podległe mu szpitale polowe oraz sekcje sanitarne w oddziałach bojowych.

Dzięki temu znacznie poprawiło się zaopatrzenie medyczne w dywizji. Zgromadzono wówczas tyle opatrunków osobistych, że każdy żołnierz liniowy był w nie wyposażony. Opatrunki te, hermetycznie zamknięte w blaszanych pudełeczkach, były pilnowane i cenione przez żołnierzy na równi z amunicją.

W marcu napływ rannych był tak duży, że nie mieścili się oni w szpitalu. Podleczonych żołnierzy odsyłano wówczas do rodzin lub do macierzystych oddziałów, by zwolnić potrzebne miejsca szpitalne. Dla lżej rannych poszukiwano odpowiednich pokoi wśród mieszkańców Kupiczowa, zapewniając im stałą opiekę szpitala

Nękające i uciążliwe były ustawiczne bombardowania z samolotów niemieckich. Podczas nalotów bowiem cały personel szpitala z ogromnym wysiłkiem wynosił z budynku rannych, szukając dla nich bezpiecznego miejsca, a po ich zakończeniu z dużym nakładem pracy przywracano stan poprzedni.

Niemcy najczęściej zrzucali bomby burzące i zapalające, które powodowały sporo zniszczeń, zmuszając personel szpitala do ustawicznego prowadzenia prac naprawczych.

Jedną z większych dolegliwości wśród partyzantów był świerzb. Gdy liczba chorych gwałtownie wzrosła, podjęto decyzję o produkcji maści przeciw świerzbowi, którą wysyłano do oddziałów we własnym zakresie organizujących zwalczanie tej przykrej choroby. Maść okazała się skuteczna, gdyż w wielu oddziałach choroba ta została zlikwidowana.

Znacznie trudniejsza do wytępienia była wszawica, która wręcz opanowała wszystkie oddziały. Jej rozwojowi sprzyjał tryb codziennego życia partyzantów, w którym dominowały takie elementy jak: ciągła ruchliwość w terenie, często od wczesnego rana do późnego wieczora, przepocona bielizna, którą trudno było zmienić, spanie w ubraniach – brudnych i zużytych, brak czasu i możliwości kąpieli, szczególnie zimą. Podejmowano oczywiście wiele działań przeciwko chorobie, ale osiągano jedynie krótkotrwałe efekty. Wszawica niekiedy była przesłanką rozwoju innych chorób, przede wszystkim duru plamistego (osutkowego).

Ta ciężka choroba zakaźna wystąpiła w wielu oddziałach partyzanckich, a najbardziej dotknęła żołnierzy z oddziału kapitana Władysława Kochańskiego „Bomby”, którzy do zgrupowania „Gromady” przybyli po przejściu kilkudziesięciu kilometrów, maszerując aż spod Kostopola.

Spośród niespełna 200 żołnierzy tego oddziału kilkudziesięciu zachorowało na tą groźną chorobę. W innych pojawiły się pojedyncze przypadki. Z prośbą o pomoc medyczną zgłosiło się tam również kilku chorych na dur sowieckich partyzantów z pobliskich oddziałów.

We wsi Nyry pod Kupiczowem oraz w Rzewuszkach zorganizowano dla nich oddzielne szpitaliki, w których lekarze, a przede wszystkim kilka ofiarnych sanitariuszek z siostrą Janiną Włodarską „Daną” na czele, przeprowadzili odpowiednie leczenie. Lekarze uprzedzali, że wszy i brud to tyfus, więc skuteczność walki z tą chorobą polegała na usuwania jej źródeł. Było to niezwykle trudne w masie ludzi, którzy znaleźli się w tak niesprzyjających, prymitywnych warunkach higienicznych.

W bazie zorganizowano łaźnię parową i przy niej urządzono piec, w którym dezynfekowano ubrania żołnierzy zdrowych i chorych. Na miejscu była pralnia, więc chorym często zmieniano bieliznę i konsekwentnie kontrolowano przestrzeganie higieny osobistej. Szpital ten izolowano od otoczenia przez ogrodzenie go i otoczenie posterunkami wartowniczymi. Nie pozwalano nikomu do niego wchodzić, ani z niego wychodzić. Dzięki tym zabiegom uniknięto rozprzestrzenienia się choroby.

Wiedzę teoretyczną sanitariuszki zdobywały na kilkugodzinnych wykładach prowadzonych codziennie przez dra „Gryfa” i dra „Sępa”. Zajęcia te dotyczyły podstaw patologii urazów, ran, pielęgnacji i udzielania pierwszej pomocy w razie zranienia, tamowania krwotoków oraz wynoszenia rannych z pola walki. W szpitalu opanowywały technikę robienia domięśniowych zastrzyków, bandażowania, opatrywania ran, dezynfekowania i stawiania baniek.

Szkolenie miało głównie charakter praktyczny, wymagało dużego zaangażowania. Lekarze byli zadowoleni z widocznych postępów, wiązali nadzieje. Dr „Gryf” twierdził, iż w swojej praktyce jeszcze nie miał tak chętnych i zdolnych uczennic. Dziewczęta starały się sprostać stawianym im zadaniom i z przejęciem ćwiczyły bandażowanie, dopóki bandaże nie wypadały im z rąk. Po latach Grzegorz Fedorowski „Gryf”, w swojej książce „Leśne ognie” napisał: „Moje uczennice robią postępy z dnia na dzień. Będą z nich sanitariuszki na schwał”.

W szpitalu sanitariuszki pracowały na zmiany, z krótkimi przerwami na odpoczynek. W czasie tych przerw moja Mama wpadała do mieszkania, aby się przespać, umyć i przebrać, jak również przeprowadzić dezynfekcję ubrania, w obawie przed groźbą tyfusu. Dziewczęta były wyjątkowo zagrożone tą chorobą z uwagi na kontakty, więc babcia codziennie paliła w specjalnym piecu, wygarniała węgle, następnie wkładała do niego szpitalne ubrania Mamy i tym najprostszym sposobem dezynfekowała odzież. Była to niezawodna metoda stosowana w czasie wojny, tzw. prażenie łachów, przy braku środków dezynfekcyjnych dawała rezultaty w walce z wszawicą.

Podczas dyżurów nocnych nigdy nie spały, to było niemożliwe, zbyt dużo było cierpiących, a Mama i pozostałe sanitariuszki były zbyt mocno zaangażowane emocjonalnie. Charakter pracy wymagał ofiarności, natomiast warunki w jakich się znalazły – samodzielności. Nic dziwnego, że cieszyły się sympatią rannych.

Wiele spośród polowych sanitariuszek zapisało się we wdzięcznej pamięci żołnierzy, gdyż w czasie walk one niosły im pierwszą pomoc. Mimo trudnych warunków w improwizowanym szpitalu przeprowadzano zabiegi operacyjne, które wykonywali podporucznik lekarz Matulewicz, porucznik lekarz Zagórski oraz porucznik lekarz Simbierowicz. Często operowali bez znieczulenia, gdyż nie było narkozy. Nierzadko jedynym oświetleniem były kaganki, lampy karbidowe lub świece z wosku robione przez zapobiegliwych Czechów. Zwykły stół był stołem operacyjnym, nie stosowano transfuzji krwi, to było niemożliwe, a surowicę przeciwtężcową lekarz zalecał tylko przy dużym zanieczyszczeniu rany. Mimo kłopotów wiele operacji było udanych. Udawały się nawet amputacje.

Gdy drogi do Kowla zostały zablokowane nie było ewakuacji, wszystkie zabiegi pielęgnacyjne sanitariuszki wykonywały w szpitalu, aż do wyzdrowienia rannych, którzy swój ból znosili cierpliwie, godna podziwu była wytrzymałość. Tylko w gorączce wzywali najbliższych, a niekiedy, zamknięci w sobie, patrzyli w jeden punkt. Byli to ci, którzy już nie mieli rodzin. Rozterkę pogłębiał fakt, że nikt na nich nie będzie czekać.

Ranni i chorzy nie leżeli długo, okres rekonwalescencji trwał krótko. Jeśli tylko utrzymywali się na nogach, nie mieli temperatury, a rany pogoiły się, wracali do swoich oddziałów, niekiedy jeszcze bardzo słabi. W czasie wojny działają bezwzględne niepisane prawa, według których musi być stosunkowo szybko przywrócona gotowość bojowa. Wojna nie pozostawia chwili czasu na roztkliwianie się nad kimś i nad samym sobą, owa gotowość zależy od stanu liczebnego zdrowych żołnierzy.

Służba zdrowia, jak na partyzancki tryb działań, funkcjonowała względnie dobrze. Dopóki szpitale pozostawały na miejscu, dopóty spełniały swoje zadania. W okresie późniejszym, po przesunięciu ich do lasu, warunki uległy znacznemu pogorszeniu. Na skutek odcięcia zarysowały się poważne braki lekarstw i środków opatrunkowych.

Nadszedł marzec, dni były dłuższe, 27 Wołyńska Dywizja umacniała swoje pozycje. Do miejsca postoju dochodziły nowe oddziały, m.in. z Warszawy przybyła „kompania warszawska”, dołączali oficerowie z konspiracji. W marcu dokonano ostatnich uzupełnień organizacyjnych. Ukraińscy nacjonaliści ogłosili swoją banderowską mobilizację. Ponosili klęski w walkach z 27 Dywizją, lecz mieli nadzieję, że uda im się jeszcze do końca doprowadzić rozpoczęte dzieło.

Pewnej nocy do pustych pomieszczeń szpitala przywieziono ciężko chorych na tyfus partyzantów radzieckich. Pierwszej pomocy chorym udzielał felczer Niemoszkalenko i on przygotowywał do ewakuacji. Chorych odsyłano do szpitali Armii Radzieckiej, mieszczących się poza linią frontu, w kierunku wschodnim, a więc Hołoby-Mielnica. Moja Mama jako ostatnia z sanitariuszek zajmowała się ich transportowaniem.

Mama dobrze zapamiętała przewóz tej grupy, towarzyszyły temu wojenne okoliczności. Czesi podstawili wozy konne. Moja Babcia Leokadia Śladewska tak wspominała ten fakt: Mama tego ranka szybko wróciła ze szpitala do mieszkania, poprosiła o biały fartuch i powiedziała: „jadę z chorymi”. Na pytanie dokąd i kiedy wróci, odpowiedziała: „nie wiem”.

W tym czasie wynoszono chorych i układano na wozach wyścielonych słomą. Od felczera Mama otrzymała środki medyczne niezbędne w drodze i w tym momencie nad nimi zawarczało. Samolot krążył, wkrótce rozległ się huk spadających bomb, serie strzałów, jeszcze raz zawrócił, celem była szkoła, tu stały tabory wojskowe. Ten nalot spowodował, iż w drogę z chorymi Mama wyruszyła później niż to było zaplanowane. Wozy posuwały się wolno. Przy wjeździe do lasu rozległ się charakterystyczny dźwięk od wschodu i pojawił się lęk, to oczywiste. Było to coś w rodzaju trapiącej obsesji, słuch łowił każdy warkot. Z ostrożności zachowane duże odstępy między wozami nie dawały pewności, jak jechać pod ostrzałem? Udało się, tym razem bombowce pomknęły na zachód.

W przyfrontowym niepewnym terenie obawiali się nie tylko samolotów z czarnymi krzyżami, ale również banderowców. Rano dotarli do wojskowych szpitali radzieckich; wokół namiotów krzątali się żołnierze w białych fartuchach, przeważnie kobiety. Mamę przyjęła kobieta-lekarz w randze majora. Chorych zakaźnie kierowano do miejscowości położonej kilkanaście kilometrów dalej.

Wszystkich zabitych i zmarłych w szpitalu żołnierzy zawsze transportowano do Zasmyk i chowano na tamtejszym cmentarzu. Dziewczęta, które nie pracowały w szpitalu, zajmowały się przygotowywaniem do pogrzebów, robiły wieńce i odprowadzały na miejsce wiecznego spoczynku.

Danuta Wojciechowska
Fot. zbiory autorki i Wikipedia

https://myslpolska.info

„No, i co z tego?” czyli zrozumieć leminga

 „No, i co z tego?” czyli zrozumieć leminga


Istnieje również możliwość, że ich nawracające „nie obchodzi mnie to” jest reakcją mającą na celu przeciwstawienie się nieświadomości. Tak naprawdę może im bardzo zależeć, tam gdzieś, w głębokich zakamarkach, ale po prostu nie chcą się do tego przyznać, bo to zbyt przerażająca perspektywa – lub zbyt krępująca. W takim przypadku ich odpowiedź w stylu „nie obchodzi mnie to” na twoją genialną argumentację jest po prostu mechanizmem obronnym, formą zatykania uszu i śpiewania „la, la, la, la, la”.


No, i co z tego?



Ilu z Was tego doświadczyło? Rozmawiasz z przyjacielem-nowonormalsem (o ile ktoś z was jeszcze takowych ma – przyjaciół, którzy są nowonormalsami) i naprawdę dobrze operujesz wszystkimi zebranymi dowodami na temat Nowego Porządku Świata, WEF, forsowania transhumanizmu przez samozwańcze światowe elity technokratyczne i wszystkimi innymi rzeczami, które są w sposób wyraźny oczywiste.


A wtedy ktokolwiek, z kim byś nie rozmawiał, naprawdę nie jest w stanie wymyślić żadnego sensownego kontrapunktu, po prostu kręci głową i pyta: „I co z tego?”


Doświadczyłem tego kilkukrotnie i muszę powiedzieć, że zwykle mnie zamurowuje. Tuż przed tym, jak to pełne niedowierzania: „I co z tego?” wyjdzie z ich ust, zwykle jestem trochę podekscytowany, naprawdę wierząc, że mogłem wygrać moją debatę: jestem raczej dumny, że wszystkie moje poszukiwania i badania wkrótce dadzą rezultaty – w końcu jestem w stanie przedstawić solidną i opartą na dowodach argumentację.


“No, i co z tego? Naprawdę mnie to nie obchodzi.”


„Mmm… że co?”


„Naprawdę mnie to nie obchodzi”.


Czy jest lepszy sposób na zakończenie tego, co zaczęło się od kłótni: oświadczenie twojego sparingpartnera, że ​​tak naprawdę nigdy nie była to kłótnia, ponieważ tak naprawdę ich to w ogóle nie obchodziło.


Zwykle dzieje się tak, gdy wiedzą, że ich przygwoździłeś – kiedy przedstawiłeś swoje argumenty naprawdę przekonująco. Potem mówią, że nie ma znaczenia, czy masz rację, „a nawet jeśli masz rację, nie obchodzi mnie to”.


Jasne.


Nie jestem pewien, czy jest to z ich strony świadoma taktyka. I czy robią to tylko po to, by zachować twarz, a potem odchodzą i gdzieś na boku biorą oddech i wołają do siebie: „O mój Boże! Czy to się naprawdę dzieje?” Lub, jeśli prawdą jest, że to faktycznie ich nie obchodzi, a ty ze swoją argumentacją zanudzasz ich na śmierć, a oni po prostu chcą, żebyś się zamknął.


„Po prostu się zamknij, mam w głębokim… poważaniu to, o czym mówisz. Dla mnie to po prostu jakieś nudne bzdury. Zamknij się, na litość boską”.


Może jedno i drugie, naprawdę nie wiem. Naprawdę nie potrafię tego stwierdzić. Przyjrzyjmy się obu możliwościom.


Powiedzmy, że zaczynają wierzyć w to, co mówisz, i po prostu nie mogą się zgodzić, więc od niechcenia oznajmiają ci, że to po prostu nie ma dla nich znaczenia. Czy to możliwe? Że wierzą, powiedzmy dla przykładu, że szczepionki mogą ich zabić lub wywołać poważną chorobę, a naprawdę, szczerze, nie obchodzi ich to? Taa, akurat.


Mogą wtedy powiedzieć: „Jest wiele rzeczy, które mogą mnie zabić, więc jeszcze jedna rzecz nie robi różnicy. I nie jest to takie pewne, więc jestem skłonny zaryzykować. Wtedy wszyscy uważali, że to dobry pomysł, i że [szczepionka] jest bezpieczna i skuteczna. Podjąłem ryzyko i może nie skończy się to dla mnie dobrze, ale było to ryzyko, które byłem skłonny podjąć.


„Ale kiedy ją przyjmowałeś, nie było to ryzykowne” – myślisz sobie. „Powiedziano ci, że wszystko jest w porządku, przyjąłeś szczepionkę, wierząc, że wszystko jest w porządku. Prawda? A teraz dowiadujesz się, że tak nie jest i nie przeszkadza ci to?” Taa, jasne. Czemu nie.


Można by wtedy powiedzieć, że zostali oszukani, a „ktoś” chciał, aby zginęło jak najwięcej osób, naciskając na wszystkich, aby się zaszczepili. Nie uwierzą w to. To jest ten rodzaj argumentu, po którym prawdopodobnie nie usłyszysz w odpowiedzi pytania „I co z tego?”. Po prostu ci nie uwierzą i każą spadać na Księżyc, jeśli spróbujesz zrzucić na nich coś takiego. O, co to, to nie!


Istnieje również możliwość, że ich nawracające „nie obchodzi mnie to” jest reakcją mającą na celu przeciwstawienie się nieświadomości. Tak naprawdę może im bardzo zależeć, tam gdzieś, w głębokich zakamarkach, ale po prostu nie chcą się do tego przyznać, bo to zbyt przerażająca perspektywa – lub zbyt krępująca. W takim przypadku ich odpowiedź w stylu „nie obchodzi mnie to” na twoją genialną argumentację jest po prostu mechanizmem obronnym, formą zatykania uszu i śpiewania „la, la, la, la, la”.


Bez względu na uzasadnienie, twoje argumenty się skończyły. Nie będziesz miał tej satysfakcji, że mogłeś do nich dotrzeć, nawet jeśli była taka możliwość. To koniec. Wyjdź na werandę, walnij piwko i poobserwuj wiewiórki.


Więc pozwólcie, że powtórzę to jeszcze raz, bo się już pogubiłem.


1. Wierzą w to, co mówisz (o ile nie jest to zbyt naciągane) i, szczerze mówiąc, nie obchodzi ich to.


2. Wierzą w to, co mówisz i naprawdę ich to obchodzi, ale nie chcą, żebyś wiedział, że tak jest.


3. Nie wierzą w to, co mówisz i po prostu mówią, że nie zależy im na tym, żeby cię uciszyć.


Myślę, że w pewnym sensie opisałem szczegółowo punkty 1 i 2. Punkt 3 jest trudny. Jak naprawdę może to kogokolwiek nie obchodzić? Cóż, punkt 3 może również oznaczać 2. Nie mamy pojęcia, co dzieje się w podświadomości, dlatego nazywamy to „nie”-świadomością. Często to widzimy, tę niezdolność do przetworzenia tego, co się dzieje.


Zjawisko to jest podobne do australijskich tubylców kapitana Cooka, którzy nie mogli zobaczyć jego statków na morzu, ponieważ tak dalece przekraczało to granice ich pojmowania. Czy tu właśnie o to chodzi? Jeśli tak, to wydaje się to dziwne. Nic, co się dzieje, nie jest obce naszemu rozumieniu. Ale jeśli po prostu się z tym nie zgadzamy lub zaprzeczamy, to może to jest to samo – nie chcemy tego widzieć, więc nie widzimy. Uważam jednak, że podły rząd rzeczywiście jest dla wielu ludzi poza zasięgiem zrozumienia, nawet jeśli dowody tych nadużyć rażą prosto w oczy.


Ze wszystkich możliwych wyjaśnień dla odpowiedzi „nie obchodzi mnie to”, pierwsze jest dla mnie najbardziej kłopotliwe. Ludzie po prostu nie chcą, aby ich idylliczny świat został zakłócony. Kiedy mówią, że ich to nie obchodzi, ale tak naprawdę ci wierzą, wątpię, czy naprawdę pozwalają, aby to, co mówisz, przebiło się. Tak naprawdę nie wierzą w konsekwencje tego, co mówisz. Na przykład, jeśli próbujesz wyjaśnić CBDC, mogą zrozumieć, że oznacza to brak gotówki, po prostu wydaje się, że nie widzą, dlaczego stanowi to problem. To samo dotyczy identyfikatorów cyfrowych [Digital ID]. Kiedy wyjaśniasz, że oznacza to całkowity nadzór i pełną kontrolę, tak naprawdę nie rozumieją, co to właściwie oznacza. Nie obchodzi ich to. Życie toczy się dalej, pojawiają się rzeczy, które wyglądają jak „postęp” i tak naprawdę nie można przejmować się wszystkimi niedogodnościami, jakie postęp może ze sobą przynieść.


Równie dobrze mogą powiedzieć: „Nic nie możemy z tym zrobić”. I niektórzy z nich rzeczywiście to mówią. Co jest dziwne, ponieważ zawsze jest coś, co możemy zrobić w sprawach, które opierają się na przestrzeganiu zasad, aby mieć jakiś punkt zaczepienia. Prawie wszystko, co się obecnie dzieje, opiera się na przestrzeganiu zasad. Ale częścią tej agendy jest uczynienie nas bezsilnymi w ramach naszej indywidualnej mocy. Agenda ma zagwarantować, że jesteśmy podzieleni i pozostaniemy podzieleni. Agenda sprawia, że ​​pozostajemy zdezorientowani i zahipnotyzowani przez rozpraszanie uwagi oraz powszechny sojusz z „następną rzeczą” [“the next thing”]. Zgodnie z zasadami agendy wszystko, co nas spotyka, wymaga opowiedzenia się po którejś ze stron, nawet jeśli stanie po którejś ze stron nie jest konieczne.


Weźmy jako przykład szczepionkę. Agenda dołożyła starań, abyśmy wszyscy byli świadomi, że ludzie, którzy się nie zaszczepili, są podli, nieczuli, samolubni i wkrótce umrą – i pochłoną część z nas w tym procesie. Na główną scenę wkroczyła pseudonauka, twierdząc, że odporność stadna nie będzie możliwa, jeśli wszyscy nie przyjmą szczepionki. Nigdy wcześniej coś takiego nie miało miejsca.


W przeszłości nikt nawet nie zauważyłby, czy ktoś w jego najbliższym otoczeniu na przykład przyjął szczepionkę przeciw grypie, czy nie. Nikogo to nie obchodziło. Teraz obchodzi, ale przejmują się tylko tym, co nakazuje im agenda.


Po raz kolejny reakcja „i co z tego” jest wynikiem drobiazgowego prania mózgu. Dzieje się tak w wyniku strachu, że jeśli powiedzą coś w stylu: „O rany, naprawdę? No, weź już przestań!” pęknie ich utopijna bańka. Odzyskają także władzę, którą im odebrano.


Kiedy przyznają, że coś jest nie tak i są tym zaniepokojeni, potwierdzają w ten sposób, że prawdopodobnie mogą coś zrobić w tej sytuacji. “I co zrobimy?!” – to kolejny logiczny komentarz. Po pierwsze, przestańmy się temu podporządkowywać. Zbierzmy się razem i wymyślmy nowy sposób życia.


So What?, Todd Hayen, Oct 28, 2023


Tłum. AlterCabrio

https://ekspedyt.org

Deindustrializacja

 

Deindustrializacja


Współczesne dźwignie rozwoju i dominacji gospodarczo-politycznej

Technologie determinują wszystko – poziom życia, jakość wzrostu gospodarczego, głębokość dywersyfikacji gospodarczej i różnorodność powiązań międzysektorowych, kształtując trendy technologiczne, wyznaczając miarę i skalę dominacji (w tym dominacji geopolitycznej).

W całej nowożytnej historii ludzkości kraje bardziej rozwinięte pod względem technologicznym wyznaczały wektor migracji ludności oraz koncentracji zasobów i kapitału. Silni stają się silni nie dlatego, że tak deklarowali, ale ze względu na swoją wyższość i rozwój gospodarczy, który z kolei determinuje poziom zdolności obronnych i wpływów geopolitycznych.

W miarę jak technologie stają się coraz bardziej złożone i międzysektorowe, rola i znaczenie technologii staje się coraz bardziej kontrastujące, co można prześledzić na przestrzeni XX wieku.

Od lat 80. w krajach rozwiniętych z różną intensywnością następuje deindustrializacja, zgodnie z trajektorią globalizacji (przenoszenie na peryferie niskodochodowych i energochłonnych gałęzi przemysłu).

Szczyt deindustrializacji nastąpił w latach 1995-2008 (kraje Azji i Europy Wschodniej), jednak deindustrializacja nie oznacza spadku dominacji technologicznej, gdyż Świat zachodni kontroluje łańcuch wartości, a także końcowy zysk.

Deindustrializacja nie polega na osłabieniu potencjału przemysłowego czy zmniejszeniu wpływów, lecz na czymś innym – optymalizacji kosztów i dywersyfikacji łańcuchów dostaw półproduktów.

Przenosząc produkcję na zewnątrz, kraje zachodnie w dalszym ciągu kontrolują wartość dodaną, jak poprzednio, ponieważ kluczowe nie jest miejsce produkcji, ale kontrola produkcji.

Kontrolę nad produkcją wyznaczają technologie, których nie można eksportować, bo deindustrializacja polega na eksporcie dóbr kapitałowych (maszyn, urządzeń, linii produkcyjnych) i kadry zarządzającej w celu kontroli jakości i procesu produkcyjnego. Chronione są same technologie i to one decydują o kosztach.

W strukturze kosztu produktu końcowego produkcja stanowi niewielką część (od 20 do 60% w zależności od rodzaju produktu i miejsca produkcji), natomiast znaczną część w przeliczeniu na pracownika lub jednostkę zasobu stanowią koszty Badania i rozwój, marketing i administracja, którymi zarządza kolektywny Zachód, gdzie koncentrują się wszystkie zyski.

Na przestrzeni ostatnich 30 lat wyłania się nowy świat, oparty na gospodarce opartej na wiedzy – ten sam świat postindustrialny, a im dalej idzie, tym silniejsze jest przesunięcie w stronę komponentu innowacyjnego (gospodarka cyfrowa, AI).

Główny zysk nie tkwi w środkach produkcji, ale w tworzeniu środków produkcji i technologii produkcji. Komponent innowacyjny decyduje o zamożności i sukcesie kraju.

Koncentracja wydatków na badania i rozwój determinuje dynamikę wzrostu wyników finansowych przedsiębiorstw i współczynnik mnożnika przedsiębiorstwa.

Im większa koncentracja działalności B+R w strukturze przychodów, tym wyższy, przy niezmienionych warunkach, im wyższy przychód na pracownika, a co za tym idzie, im wyższe płace, tym wyższa średniookresowa dynamika wzrostu przychodów, tym wyższa marża i wyższa mnożniki rynkowe, z wyjątkiem banków i spółek towarowych, gdzie logiką ustalania wartości jest inny biznes i marże.

Dominację geopolityczną wyznacza gospodarka, a gospodarkę wyznacza technologia, zatem głównym architektem nowego porządku świata będą Chiny i Stany Zjednoczone przy wsparciu tzw. „kolektywnego Zachodu” z reprezentacją Europy, Japonii, Korei Południowej, Australii i Kanady.

Indie w dużej mierze kopiują chińską ścieżkę rozwoju z lat 1990-2010, zatem Indie wejdą na arenę międzynarodową jako pełnoprawny konkurent dopiero w latach 2050-2055, a przez najbliższe 50 lat nie będzie widać już żadnych konkurentów.

Jednak poza kontekstem dominacji geopolitycznej jakościowy wzrost gospodarczy jest możliwy jedynie poprzez rozwój nauki i technologii. Problem w tym, że próg wejścia rośnie wykładniczo i aby wytworzyć konkurencyjne towary i usługi, konieczna jest koncentracja nieproporcjonalnie dużej ilości wysiłku i zasobów ze względu na rosnącą złożoność technologii i powiązania międzybranżowe.

Źródło: https://t.me/spydell_finance/4518

Stanislav
https://wps.neon24.org

Do bezmyślnych wyznawców socjalizmu

 

Do bezmyślnych wyznawców socjalizmu


Przy okazji mojego niedawnego wystąpienia na Uniwersytecie Państwowym w Sankt Petersburgu, gdzie nawiązałam m.in. do zbrodni bolszewików, na różnych polskojęzycznych forach ponownie uaktywnili się wnerwieni socjaliści.

Najwyraźniej nie mogą oni przeboleć, że akurat ta Polka, która ma odwagę jeździć do Rosji – i którą tam zapraszają – gardzi socjalizmem. Owa irytacja bierze się zapewne z tego, że utożsamiają Rosję z tym ustrojem. Wiadomo: historyczny wystrzał z krążownika „Aurora”, rewolucja, Lenin, etc.

A tu jedzie sobie jakaś Piwar do Rosji, nawiązuje kontakty z Rosjanami i zamiast kłaniać się przed mauzoleum z wysuszonym trupem przywódcy bolszewików, ubolewa nad męczeńską śmiercią cara Mikołaja II.

Przy tej okazji, rozgrzani do czerwoności socjaliści wygrzebują moje artykuły sprzed lat, w których… skrytykowałam socjalizm. Że niby mam się tego wstydzić?

Generalnie wygląda na to, że socjaliści są bardzo mną rozczarowani. No bo jak to tak. Przecież Piwar krytykuje zgniły Zachód, chciwe korporacje, międzynarodową banksterkę, bezduszne sankcje, kapitalistyczny wyzysk i ucisk, etc. To dlaczego nie trzyma sztamy z socjalistami?

Wyjaśnię to najbardziej łopatologicznie, jak się da. Odrzucam zarówno kapitalizm z jego monopolami, jak i socjalizm z jego wszechwładzą państwa. Dlaczego? Ponieważ oba te ustroje to formy niewolnictwa, w równym stopniu krępujące indywidualizm, ograniczające wolność i własność. Zarówno socjalizm, jak i państwowy kapitalizm pomagają tworzyć taki sam rodzaj społeczeństwa, w którym władza koncentruje się w rękach małej grupy rządzących. W obu przypadkach w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko interes grupy uprzywilejowanych i ucisk całej reszty.

W tym teatrze dla gojów pacynkami z napisami „socjalizm” i „kapitalizm” steruje ta sama ręka. Wystarczy wspomnieć, że na odpalenie rewolucji socjalistycznej w Rosji, Lenin otrzymał fundusze od kapitalistów z Zachodu.

Bezmyślni ludzie nabierają się jednak na ten wybór między dżumą a cholerą, czego przykładem jest euforia na polskojęzycznych forach po niedawnych wyborach parlamentarnych na Słowacji. Ileż było ochów i achów, że u południowych sąsiadów wygrali super ziomkowie. Co tam, że socjaliści – najważniejsze, że nienawidzą oni zachodniego imperializmu. Ależ się niektórzy ekscytowali, kiedy w świetle kamer nowy wicemarszałek słowackiego parlamentu Ľuboš Blaha zrobił w gabinecie „porządki” i usunął portret prezydent Słowacji Zuzany Čaputovej, zastępując wizerunkiem marksistowskiego rewolucjonisty Che Guevary.

Cóż, popaprańcy, których kręci ten zbrodniarz z Ameryki Południowej, są niemniej porąbani od wyznawców zbrodniarza Lenina. Ciekawi mnie tylko, czy nabierają się na „legendę Che”, bo jego podobizna tak fajowo wygląda na koszulkach i plakatach? A może na serio łyknęli bujdy o tym, iż ten latynoski bandyta miał „moralne prawo” mordować w imię wyrównywania nierówności społecznych?

Zrozumcie wreszcie: podziały między kapitalistów i socjalistów, między PiS i PO, między republikanów i demokratów, etc., tworzone są tylko po to, by antagonizować całe społeczeństwa w celu realizacji zasady «dziel i rządź». A w tak zorganizowanym podziale, do władzy dorywa się zawsze amoralna zaraza.

Tymczasem wszelkiej maści nieszczęśnikom nabierającym się na te diabelskie sztuczki, dedykuję niniejszą fraszkę Cypriana Kamila Norwida pt. „Miłość”:

„Gdy szukasz nieprzyjaciół twoich nieprzyjaciół,
To szukasz tylko ostrza, żebyś w ranę zaciął,
I nie jesteś z miłości ogólnego ducha,
Lecz z ducha partji, który, co pochlebne, słucha.
Szukaj swoich przyjaciół, dla innych miej męstwo!
Miłość nie bitwą żyje, życiem jej zwycięstwo”.

Ech, chyba jednak i tak tego nie zrozumiecie…

Autorstwo: Agnieszka Piwar
Źródło: Piwar.info
https://wolnemedia.net

Rocznica zamachu

 

Rocznica zamachu


60 lat temu, 22 listopada 1963 roku, amerykański prezydent J. F. Kennedy został zastrzelony przez morderców z CIA. Wydarzenie to wstrząsnęło światem.

Odtwarzacz video
00:00
37:10

Ten prezydent pokoju był solą w oku tajnych ugrupowań, dążących do wojny w Wietnamie, do władzy nad całym światem oraz wykorzystującym do swoich celów masońskie struktury i globalistyczne NGO-s – prywatne, pozarządowe organizacje.
Źródło: kla.tv

To było jeszcze zanim amerykańskie służby specjalne wpadły na genialny pomysł, by „znaleźć” na miejscu zbrodni paszport Lee Harveya Oswalda – kozła ofiarnego, który został zastrzelony na posterunku policji, ponieważ zgodnie z prawdą głosił, że nie strzelał do prezydenta.

Oswalda zastrzelił z kolei poważnie chory właściciel klubu nocnego i powiązany z mafią Jack Ruby. Ten ostatni został skazany na śmierć i nie doczekał procesu apelacyjnego, gdyż zmarł na raka.

Nasz świat jest rządzony przez ukryte siły, które wysługują się politykami. Większość polityków to pazerne marionetki. Dzisiaj trudno o charyzmatycznych, godnych szacunku ludzi, chętnych do przejęcia odpowiedzialności za kraj. Mieliśmy takich w przeszłości. Zarówno w Polsce, jak i na świecie. Niech każdy sam sobie wybierze.

Jednym z nich był właśnie zamordowany prezydent USA. Już wtedy taki ponoć najpotężniejszy urząd na świecie miał swoje ograniczenia. Będąc prezydentem Stanów Zjednoczonych, masz często związane ręce.

Prezydent USA to nie Król Maciuś Pierwszy z pięknej książki dla dzieci Janusza Korczaka. Dmuchniemy, tupniemy i wygramy. To działa jedynie w bajkach. Prezydent musi liczyć się ze sponsorami i z potężniejszymi siłami jak szare eminencje z Pentagonu, czy z CIA. Także poza granicami USA są siły mające duży wpływ na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Korupcyjne powiązania Bidena z chińskimi oligarchami, to jedynie przykład.

Johnson został zaprzysiężony jako prezydent zaledwie 2 godziny i 8 minut po zamachu na Johna F. Kennedy’ego. Na miejscu nie było biblii, więc Johnson trzymał dłoń na mszale rzymskokatolickim. Obok prezydenta stoi Jacqueline Kennedy, która kontynuowała służbę dla swojego kraju, mimo zabójstwa jej męża.
Źródło:  Demotywatory.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com
https://www.world-scam.com

Przebudzenie

Marsze Polaków za pokojem – 19 października w  Rzeszowie  , 26 października w  Szczecinie  budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...