
Agresywna i zaprzedana Niemcom agentka Watykanu walczy laską i modlitwą z prawdziwą tradycją lechicko-sławiańską.
Nie mogę sie pozbyć natarczywego przekonania, że ci źle czujący się w Polsce nieszczęśnicy, a którzy chcieliby wygonić „watykańskiego okupanta” z Polski, sami wywodzą się ze „sławiańskich” rodzin, niczym kupa gówna nawiezionych nam tutaj przez sowieckie czołgi.
Postać szlachetnego dzikusa pojawiła najpierw w literaturze angielskiej, a potem francuskiej dość wcześnie (np. John Dryden to II połowa XVII wieku), ale do Polski dotarła wraz z pismami Jana Jakuba Rousseau.
Tę postać podchwycił potem romantyczny prymitywizm na zachodzie, przypisując „szlachetnemu dzikusowi” cechy … przypisywane przez Tacyta Germanom (w rzeczywistości Tacyt posłużył się był tym narzędziem literackim do bezpiecznej krytyki współczesnego społeczeństwa rzymskiego, ergo nie tyle chwalił i opisywał współczesnych sobie Germanów czy „Germanów”, co ganił swoich rodaków).
Rousseau twierdzi, że człowiek rodzi się dobry z natury, a psuje go społeczeństwo i cywilizacja. Mit ten zainspirował rewolucje (anty)francuską 1789, młodego Marksa z okresu paryskiego, Engelsa, hippisiaków 1968 roku, a dziś wślizgnął się nawet do programu synodu amazońskiego.
Dziś w Polsce mit ten odżywa wśród samozwańczych proroków turbo-słowiańszczyzny. Ich ojcowie i dziadowie przewidywali upadek katolicyzmu w Polsce w starciu z nieubłaganymi prawami postępu, ale ponieważ to zawiodło, więc dziś trzeba odrzucić katolicyzm jako ciało obce, skrywające niczym martwa skorupa orzecha pożywne jądro PRAWDZIWEGO dziedzictwa.
Rzecz w tym, że to nie tyle jak obieranie orzecha, a raczej obieranie cebuli – owego jądra nie ma, zaś od strony intelektualnej jest to tak żałosne, iż na mędrca zdaje się wyrastać znakomity kiedyś aktor Krzysztof (=niosący Chrystusa) Pieczyński, którego antykatolicka obsesja wskazuje na wariactwo w sensie medycznym.
Bloger Jacniacki w desperackiej potrzebie przedchrześcijańskiej tradycji Wielkiej Lechii sięga po mądrości Wed i Awesty (pewnie w oryginale? – jak wiadomo Wedy i Awesta były w każdej wielkolechickiej bibliotece), zaś osoby, które nigdy nie zdobyły się na lekturę Homera (w pięknych polskich tłumaczeniach Franciszka Ksawerego Dmochowskiego i Jana Parandowskiego), głoszą istnienie jeszcze większych dzieł lechickich napisanych …w runach słowiańskich (mój Boże, a wystarczy doczytać, co to było i do czego służyły runy), tyle, ze zniszczonych przez … wiadomo, Watykan (powstały w 1870) i Niemców.
A czemu owe wielkie eposy lechickie istniały? No bo nie mogło istnieć imperium tak wielkie bez takich eposów. I jak tylko Watykan eposy spalił (napisane runami czyli wyryte w kamieniu), to i imperium doznało implozji. W logice takie rozumowania nazywa się kołobłędem (circulus vitiosus), a w publicystyce czasami „ubeckimi rzygowinami”.
Najpiękniejszym wspomnieniem z mojego szczęśliwego dzieciństwa była zawsze świąteczna choinka i jakie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, ze jest to zwyczaj stosunkowo młody, bo wprowadzony do Polski w okresie zaborów przez niemieckich protestantów (w Anglii przez księcia Alberta w 1840). Typowo chłopski, ludowy żłóbek z krówką i konikiem … to wynalazek św. Franciszka z Asyżu.
Rok polskiego chłopa od wieków zrośnięty jest z tradycją chrześcijańską, por. Zofia Kossak-Szczucka ‘Rok polski” (te wszystkie świątki, rzeźby Chrystusa Frasobliwego, kapliczki i odprawiane przy nich nabożeństwa majowe – no ale tak jak francuscy jakobini, tak nasi „turbosłowianie” chcieliby nagle odebrać polskiemu chłopu jego duszę i kazać mu w łapciach z łyka hasać wokół dębu. O ile można odnaleźć pokrzywioną, ale jednak logikę w starej, komunistycznej myśli postępackiej, że niby przeszłości ślad dłoń nasza zmiata, to dziś, kiedy do walki z katolicyzmem chce się używać ściągniętych z internetu „mądrości Wed i Awesty”, pilnie przetłumaczonych z run słowiańskich … a wszystko to jeszcze podlewane jakimś pseudorasistowkim sosem .. aktor Pieczyński jawi się na tym tle jako mędrzec).
Gdzie spotykamy najpiękniejsze fragmenty polskiej muzyki ludowej? W PRL-owskim cyklu „Z Kolbergiem po kraju”? Bynajmniej, ale w kompozycjach Fryderyka Chopina (tak jak, z zachowaniem proporcji, najpiękniejsza węgierska muzyka ludowa to … „Tańce węgierskie” Brahmsa w aranżacji na orkiestrę, a nie zapiewanie starego dziada spod budki z miejscowym tokajem).
Dlaczego Mickiewicz, Słowacki, Krasiński to giganci światowej kultury i literatury, zaś najwybitniejszy poeta szkocki Robert Burns to jakieś ludowe popierdółki w mało znanym dialekcie? Bo biedny „Robbie Burns” to „turbolechicki naturszczyk”, zaś nasz Mickiewicz to absolwent najlepszego uniwersytetu w swojej części Kontynentu, przesiąknięty do szpiku kości „narzuconą nam przez Niemców i Watykan obcą wiarą”.
Współczesną polszczyznę stworzył Jan Kochanowski (wystarczy porównać ją z drewnianym językiem Biernata z Lublina i Mikołaja Reja) i wzniósł ją na tak niebywały poziom, że jego „Psałterz Dawidów” stał się wzorem dla całej środkowej i wschodniej Europy.
Oczywiście wg dzisiejszych poszukiwaczy mądrości Awesty zapisanych słowiańskimi runami to wszystko jest niewiele warte w porównaniu z dziełami spalonymi przez Niemców i Watykan – tak to nieznajomość własnej kultury i literatury, kompletna ignorancja, które kiedyś normalny człowiek starał się ukryć, przychodzi w sukurs intelektualnym dewiacjom. A przecież gdyby jeden z drugim znał choć w stopniu minimalnym kulturę własnego narodu, to nie sięgałby desperacko bo jakieś wymyślane ad hoc konstrukty.
Tymczasem geniusz Kochanowskiego nie stał na „lechickich epopejach”, ale na dogłębnym wykształceniu klasycznym, najpierw w Krakowie, a później we Włoszech.
Albo weźmy te wyróżniające polska kulturę ludową przepiękne stroje ludowe i tańce – wbrew wynikającym z nieuctwa wyobrażeniom co niektórych, nie są to stroje słowiańskie, ale kopie strojów szlacheckich z epoki, a te znowuż były kopiami strojów magnackich (a były to czasy, kiedy ustawą sejmową zakazano sołtysom noszenia złotych łańcuchów). Typowo słowiańskie są – być może – wywołujące u mnie odruch wymiotny krajki ukraińskie; krajki rosyjskie są bardziej do przyjęcia, ponieważ są stylizowane.
Unikalna na tle całej Europy i do dziś godna podziwu polska myśl polityczna zaprezentowana przez polską delegację podczas soboru w Konstancji 1415 to nie jakieś refleksy starosłowiańskiego wiecowania (prędzej by im Mieszko i Chrobry nogi z de powyrywał), ile dokładnej recepcji i przepracowania myśli Cycerona i św. Tomasza.
Idźmy dalej – smok wawelski „całożerca”, Polacy odnoszący zwycięstwa nad Aleksandrem Wielkim i Juliuszem Cezarem (wszystko to według turbo-ignorantów „spalone i zatajone przez Watykan i Niemców”) to wynik klasycznych z samej swojej zasady studiów Wincentego Kadłubka we Włoszech (być może Francji), zaś sama koncepcja kroniki zapożyczona jest z jedynego wówczas znanego na Zachodzie dialogu platońskiego czyli Timajosa (tego od Atlantydy).
To natarczywe wymyślanie przedchrześcijańskiego dziedzictwa przy jednoczesnym pomijaniu prawdziwych skarbów – jakie ma źródło? Przede wszystkim myślę wynika ono z nieznajomości własnej historii i jej dziedzictwa (zapewne łatwiej bredzić coś o Aweście i słowiańskich runach niż wysilić się i sięgnąć po dzieła Pawła Włodkowica czy Stanisława ze Skarbimierza, łatwiej przeczytać Bieszka z Biedronki niż sama kronike Kadłubka, z przypisami i zrozumieniem, o Timajosie nie wspominając).
Nie mamy dziś kryzysu wiary, ale kryzys rozumu, a na domiar złego przeciętny dureń jeszcze nigdy nie obnosił się z taka dumą ze swoją ignorancją, co widać niestety i na naszym blogowisku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz