poniedziałek, 9 marca 2020

Ostatni Skamandryta


Równa, 40 rocznica śmierci Jarosława Iwaszkiewicza (20 lutego 1894 Kalnik – 2 marca 1980 Warszawa). Przy okazji nie tak dzisiaj częstych refleksji o tej postaci mało wspomina się, że był on w nie tylko ostatnim, znaczącym członkiem grupy poetyckiej „Skamander”, ale również, a może przede wszystkim – ostatnim poetą dawnej Polski.
Zarazem – ostatnim pisarzem starej Rzeczpospolitej. Był twórcą wyrosłym jeszcze z uniwersum jagiellońskiego i wszystkich jego spadkobierców, od sarmatyzmu, po romantyzm i modernizm z przełomu wieków.
W momencie przyjścia poety na świat, Rzeczpospolita Złotego Wieku, a nawet wieszczów- romantyków, była już tylko wspomnieniem. Trwała jednak w wyobraźni zbiorowej jako bogata i dostojna arkadia przeszłości. Cała jej spuścizna – duchowe i dziejowe artefakty oraz ludzie, będący ich bezpośrednimi dziedzicami, stanowiła wciąż kluczowy element polskiego imaginarium.
Iwaszkiewicz był poetą tej niezwykłej krainy, rozpiętej pomiędzy kopułami świątyń Kijowa i stepami południowej Ukrainy, Ostrą Bramą i nadmorskimi wydmami Połągi, a mazowieckimi nizinami z brzozami i sosnami, gdzie „poetom kwitły za młodu narcyssy, konwalie, irysy, peonie i anżeliki” (za „Nowa rzeczywistość” w tomiku „Mapa pogody”, 1977). Ale również – krainy sięgającej duchowymi korzeniami Akropolu i Aeropagu, Forum Romanum i Koloseum, Bazyliki św. Piotra i Hagi Sophii, Sycylii i Neapolu oraz wysp greckich.
Wspólnoty ducha i kultury doświadczonej przez historię: wojny, rewolucje i totalitaryzmy, w której jednak przez wieki łączyły się antyk i chrześcijaństwo dwóch tradycji. Gdzie współistniały najnowsze europejskie trendy intelektualne i filozoficzne ze swojskimi melodiami kurpiowskimi i wschodnimi dumkami.
Trudno więc o poetę bardziej europejskiego i polskiego zarazem, który obydwie rzeczywistości ze sobą płynnie łączył, a nie przeciwstawiał. Poetę, który czuł się częścią tej samej kultury nad Dnieprem, na mazowieckim Stawisku, Panteonie i w Taorminie.
Autor „Lata 1932” był też ostatnim pisarzem tej Polski, która odeszła w 1980 roku wraz z rewolucją „Solidarności”, rozpoczętą po pięciu miesiącach od śmierci pisarza. Polski trudnych, niejednoznacznych i często dramatycznych wyborów ideowych i osobistych, pokazujących całą złożoność i polifoniczność naszych losów, które dzisiaj łatwo jest oceniać prezentystycznie i bezkompromisowo, stając się łatwym sędzią czasów, których samemu się nie przeżyło.
Ostatni Skamandryta to także poeta niepokojów sumienia i zmagań metafizycznych całego pokolenia, które dorastało widząc tragedię pierwszej nowoczesnej europejskiej wojny domowej i rewolucji na Wschodzie. Doczekało się ono wolnej Polski i szybko ją, na długie lata, utraciło. Iwaszkiewicz nie był trybunem wzywającym lud na barykady, a nawet w jakiś sposób uciekał przed Wielką Historią. Uchylał się od romantycznego mesjanizmu, wybierając świat piękna sztuki i potęgi przyrody.
Nie da się jednak pominąć, że na swój sposób, w coraz bardziej chaotycznym świecie, dotkniętym oświeceniowym racjonalizmem i radykalnymi ideologiami, poszukiwał obecności Boga i głównej zasady istnienia. Pisał co prawda Jego imię raz z małej, a innym razem z wielkiej litery, lecz to właśnie poszukiwanie śladów Stwórcy i odwiecznego, nie zawsze jasno nazwanego porządku życia nadaje wierszom poety podskórny, ale zawsze obecny rytm.
„Noc” („Mapa pogody”, Czytelnik 1977)
Zgasły ogniste winogrady,
Nad ogrodami cisza dyszy,
I w pochylonych konchach sady
Słyszą to, czego nikt nie słyszy.
Noc nad drzewami wiernie klęczy,
Gwiazdami zamiast rakiet igra
I trzęsąc sinych róż naręcza
Wspomina – „… krasotu u tigrow”.
Wsłuchana w Dniepr stęka i śpiewa,
Powtarza dniowi słowa cienia,
Palcami westchnień czesze drzewa,
– Spokojny bądź, bóg się nie zmienia”.
******************
„Echa” („Muzyka wieczorem”, Czytelnik 1986)
Czy słyszysz echo dzwonów, co się stepem ściele,
Czułe jak woń piołunów, czai się i perli,
Niby kadzidła strumień w drewnianym kościele,
W cerkwi jak ta, co stoi nad brzegami Nerli.
Przyłóż ucho do ziemi, czy słyszysz tętenty?
Czy biją tarabany, proporce się wstążą?
Głucho, jak co dzień mijam Raszyn i Falenty.
Nie woła mnie Godebski, nie wstrzymuje xiążę”
…niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie…
I. K.
Widzę co nocy bezden czarniawą
W gorze nad nami,
Niebo ogromne z mgławic kurzawą,
Drżące gwiazdami.
Strachem przejmuje głębina wieczna
Czarny jar Boga,
W wichrze tworzenia rozwiana mleczna
Słoneczna droga.
Lecz przerażenie większe porywa,
Gdy spojrzę w siebie,
Bezprawnych orbit spieniona grzywa
Jaźń mą kolebie.
Tam nie wirują mgławice, ziarna
Narodzin wielu,
Noc nieprzejrzana, bez dna i czarna,
Immanuelu!”.
Łukasz Kobeszko
http://mysl-polska.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przebudzenie

Marsze Polaków za pokojem – 19 października w  Rzeszowie  , 26 października w  Szczecinie  budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...