wtorek, 30 czerwca 2020

Wojna rasowa to nie nasza wojna


Protesty w Stanach Zjednoczonych wywołują w Polsce skrajne emocje. Ktoś mógłby powiedzieć, że to naturalne: mieszkańcy protektoratu interesują się rozwojem sytuacji w metropolii.
Jednak zainteresowanie to coraz częściej nacechowane jest emocjonalnym zaangażowaniem, popieraniem określonych sił za oceanem, choć siły te o tym poparciu polskich publicystów i środowisk nigdy nawet zapewne nie usłyszą.
Tymczasem potrzebny jest nam chłodny, pozbawiony sentymentów i resentymentów ogląd wydarzeń. Stwierdzenie, że Stany Zjednoczone są epicentrum światowego neoliberalizmu, zarażającym całą resztę świata swoim socjaldarwinizmem jest banalne.
Według tamtejszego Biura Statystycznego, w 2019 roku nierówności społeczne osiągnęły poziom najwyższy od 50 lat. Tendencja do ich radykalnego wzrostu uruchomiona została wraz z tzw. reaganomiką, czyli polityką społeczno-gospodarczą prowadzoną przez administrację opiewanego przez część polskiej prawicy Ronalda Reagana.
Później było już tylko gorzej, choć trzeba obiektywnie stwierdzić, że dynamika wzrostu nierówności została spowolniona nieznacznie w latach prezydentury Baracka Obamy. Zaczęła jednak ponownie wzrastać od czasu wyboru Donalda Trumpa na prezydenta w 2016 roku, a szczególnie po przyjęciu zaproponowanych przez niego ustaw podatkowych (Tax Cuts and Jobs Act of 2017), które radykalnie zmniejszyły opodatkowanie najzamożniejszych i korporacji.
Procesy wykluczenia społecznego milionów Amerykanów przyspieszył koronawirus. Pewnie problemu nikt by specjalnie nie zauważył, poza statystykami i naukowcami, gdyby nie likwidacja kilkudziesięciu milionów miejsc pracy w ciągu kilkunastu tygodni. Właśnie to, a nie śmierć George’a Floyda, jest faktyczną przyczyną obecnej fali protestów. Floyd był tylko zapalnikiem, czynnikiem mobilizującym czarnych Amerykanów i dodatkowo brutalizującym protest. Zamieszki na ulicach amerykańskich miast miały początkowo charakter klasowy, a nie rasowy, co widzimy, gdy popatrzymy na kolor skóry ich uczestników.
Ich zredukowanie do problemu rasowego jest elementem reakcji obronnej Systemu. Wykorzystano fakt, że Czarni w Stanach Zjednoczonych czują się oszukani jeszcze od czasów zakończenia wojny secesyjnej, gdy prezydent Abraham Lincoln obiecał im „po 40 akrów i muła”, z czego Waszyngton nigdy się nie wywiązał. Do dziś tych akrów i muła nie dostali, ale próbuje im się to rekompensować działaniami symbolicznymi, żenującymi spektaklami całowania im butów przez Białych, przeprosinami na klęczkach i innymi szopkami.
Te działania zastępcze ani nie polepszą rzeczywiście fatalnej kondycji społecznej Czarnych, ani nie pomogą Białym. Są jednak w stanie skanalizować protest, doprowadzić do przekształcenia go w konflikt rasowy. Redukcja taka będzie wyjątkowo wygodna dla Systemu.
Zamiast o problemie antyludzkiego neoliberalizmu i korporacyjnego dyktatu, ludzie dyskutować będą o obalaniu pomników konfederackich generałów, symbolicznej przemocy wobec mniejszości i konieczności kajania się przed wszystkimi. W ten sposób tworzone przez Białych milicje, biali mieszkańcy tzw. pasa rdzy żyjący w warunkach nie lepszych niż ich czarni współobywatele, nie staną w szeregach protestujących.
System przetrwa. Świat, zajadając się popcornem i popijając coca-colę, oglądać będzie odgrywane już od wielu dekad scenki kłótni między zwolennikami poprawności politycznej a jej przeciwnikami. Amerykanie, emocjonując się tym wymiarem symbolicznym, nie będą mieli czasu zaglądać do własnych lodówek, które stawać się będą coraz bardziej puste. I o taki właśnie spektakl chodzi elitom faktycznie sprawującym w Stanach Zjednoczonych władzę, owemu deep state pociągającemu za sznurki zarówno wśród Republikanów, jak i Demokratów.
Jeśli jednak kogoś w Polsce ogarnia poczucie solidarności wobec białej większości za oceanem, to przypomnijmy, że – jak przed laty pisał choćby włoski tradycjonalista Julius Evola – cywilizacja amerykańska tworzona przez tzw. WASPów (białych, anglosaskich protestantów) doprawdy niewiele ma wspólnego z cywilizacją kontynentalnej Europy. Jest to formacja całkowicie nam obca, bazująca na pragmatyzmie Williama Jamesa, odmiennym nawet od angielskiego utylitaryzmu Jeremy Benthama.
W sensie kulturowym, cywilizacyjnym i mentalnym nie mamy z nimi nic wspólnego. Brzemię Anglosasów nie jest naszym brzemieniem. Ich problemy powinny emocjonować nas tak, jak ich emocjonują nasze, czyli wcale. Nawet jeśli wybuchnie u nich wojna domowa, nie będzie to nasza wojna. Geopolitycznie ich osłabienie otworzy przed nami i cała Europą wielką szansę, ale to już temat odrębnych rozważań.
Mateusz Piskorski
Myśl Polska, nr 25-26 (21-28.06.2020)
http://mysl-polska.pl
*                        *                         *
Poniżej – artykuł polemiczny – admin
Wojna rasowa, to jednak także nasza wojna
Obłęd toczący Stany Zjednoczone A. P., przyjmujący formę wojny pomnikowej, w wyniku której strącani z cokołów są przywódcy polityczni i wojskowi konfederatów, osiągnął obecnie granice absurdu. Oto w Ameryce, w miastach Richmond, Wirginii, Bostonie i Minneapolis usunięte zostały posągi… jej odkrywcy, Krzysztofa Kolumba.
Otto von Bismarck na Kongresie Berlińskim
Powód? Zły stosunek do rdzennych mieszkańców kontynentu w czasie jego podboju. Symboliczne usuwanie z własnej historii najważniejszych postaci coraz bardziej przypomina praktyki rodem z „Roku 1984”.
Niestety, coraz częściej stają się one udziałem również innych państw, w tym także europejskich. Po belgijskim pomniku Leopolda II w Antwerpii, w Niemczech rozpoczęła się dyskusja nad usunięciem pomnika Otto von Bismarcka w Hamburgu.
Przyznam szczerze, że, mając pełną świadomość tego, kim był Bismarck, jakie plany względem Polski i Polaków miał i wdrażał, podobne praktyki uważam za odpychające i moralnie dwuznaczne. Bo jakże inaczej nazwać działania prowadzące do zaprzeczania przez kolejne państwa własnej tożsamości, przykrawanie historii narodowej do współczesnych standardów politycznej poprawności? Historii zmienić nie można, można i trzeba natomiast czerpać z niej wiedzę i doświadczenie. Nie popełniać wcześniejszych błędów i poddawać przeszłość analizie.
Można pisać, i pisze się, prace o życiu i działalności, w tym polityce, „żelaznego kanclerza” (polecam tu doskonałą pracę Lecha Trzeciakowskiego, „Otto von Bismarck”, Wrocław 2009), w których różni autorzy różnie ją oceniają, ale symbolicznie wykreślać taką postać z historii Niemiec? Twórcę zrębów nowoczesnego państwa, jego polityki wewnętrznej, geopolityki, gospodarki, ustroju administracyjnego, systemu socjalnego? A wszystko to w imię haseł suflowanych Niemcom przez rozpasaną mniejszość zza wielkiej wody?
Samo nasuwa się w tym miejscu pytanie, gdzie jest granica owego szaleństwa? Jak długo Ameryka i Europa (bo Rosja jeszcze nie, i pewnie jeszcze długo nie) zgadzały się będą na dyktat sił, stanowiących sojusz „wiecznie” prześladowanych potomków niewolników, aktywistów LGBT, wojujących feministek oraz ich lewackich adwokatów?
Proponowane przez nich pisanie historii wspólnot na nowo jest drogą donikąd, prowadzi bowiem do zaprzeczenia, zaparcia się przez narody samych siebie. Tracąc dotychczasową tożsamość, nie zyskują one jednak nowej. Przecież, usuwając z Niemiec Bismarcka, dotykamy jedynie wierzchołka góry lodowej. Wszak, podług prawideł obecnej politycznej poprawności, po dokonaniu rzetelnej lustracji całej niemieckiej historii, nie zostałoby z niej nic. Niemiecka idea imperialna realizowana przez pierwszych cesarzy Rzeszy, przede wszystkim kosztem ludów wschodnich, znajdowała kontynuatorów w każdym niemal stuleciu.
Hasło „ausrotten” podjęli i rycerze/zakonnicy Zakonu krzyżackiego, do nich odwoływał się zaś Fryderyk II, następnie Bismarck, a po nim III Rzesza. Dotyczy to zresztą w oczywisty sposób całego pruskiego dziedzictwa. I nie chodzi tu oto, aby współczesnych Niemców zachęcać do kultywowania tej tradycji, ale o „krytyczną kontynuację” własnej historii. Pozwólmy Niemcom być Niemcami. Polska polityka historyczna musi dawać skuteczny odpór niemieckiej wizji dziejów, jednak zmuszanie do wiecznego kajania się, wzbudzanie wstydu z faktu przynależności do własnego narodu, nie jest do tego chyba najlepszą drogą.
Biorąc też pod uwagę wszystko, co powyżej, wbrew ocenie dokonanej przez Mateusza Piskorskiego w poprzednim numerze „Myśli Polskiej” (nr 25-26/2020), uważam że to, co obecnie obserwujemy w Ameryce, nie do końca nas nie dotyczy.
Jak widać bowiem z przykładów z Belgii i Niemiec podobne do opisanych zapędy znajdują ochoczo zwolenników także i na starym kontynencie. A w Polsce? Nie znajdą się i tacy, którzy za antysemityzm prawdziwy i domniemany z cokołów i tablic usuną i Staszica, i Dmowskiego, i Witosa, i Paderewskiego, i Reymonta, i wielu innych? Tak, że w efekcie zostaniemy tylko z upamiętnieniami Piłsudskiego i Jana Pawła II, chociaż nie, ten drugi zostanie oskarżony o ukrywanie pedofilii w Kościele…
Maciej Motas
22.06.2020
http://mysl-polska.pl/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przebudzenie

Marsze Polaków za pokojem – 19 października w  Rzeszowie  , 26 października w  Szczecinie  budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...