Największym nieprawdziwym mitem polskiej narracji na temat wojny 1920 jest ciągłe podkreślanie tego, że „uratowaliśmy Europę” i że celem ataku bolszewickiego były Niemcy, a potem cała Europa.

Niemcy internują w Prusach Wschodnich bolszewików, którzy przekroczyli granicę w ucieczce przed wojskami polskimi. Fot. kardr z filmu „Niepoległość”.
Jest to całkowita nieprawda. Z dwóch powodów.
Po pierwsze, armia bolszewicka nie byłaby w stanie kontynuować jakichkolwiek operacji militarnych po pobiciu Polski, bo jej stan był opłakany. Linie komunikacyjne były rozciągnięte na setki kilometrów, doskwierał brak zaopatrzenia, dobrej łączności, a stany bojowe „armii” bolszewickich nie przekraczały 20 tys. ludzi w pierwszej linii.
Armia ta, będąca zbieraniną różnych nacji oraz zmobilizowanych po drodze chłopów białoruskich i Żydów – przedstawiała żałosny widok i nie miała żadnej świadomości ideologicznej i motywacji. Jedyną motywacją przemawiającą do wyobraźni tych żołnierzy była perspektywa rabunku.
Poza tym, nawet gdyby padła Warszawa, polski opór mógł być kontynuowany dalej – na trenie Wielkopolski, Kielecczyźnie czy w Galicji. Co więcej, czas grał na korzyść strony polskiej a nie bolszewickiej. Zwłaszcza, że nie groził nam żaden wybuch rewolucji.
Po drugie, jako „dowód” na rewolucyjne zamiary bolszewików przywołujemy słynny propagandowy rozkaz Michaiła Tuchaczewskiego o przejściu „po trupie” Polski na Zachód.
Problem w tym, że jest to tylko i wyłącznie propaganda dla żołnierzy bolszewickich. Realna polityka toczyła się na innym szczeblu, tajnym. Z dokumentów znajdujących się archiwach niemieckich wiadomo, że w sierpniu 1920 roku szef niemieckiej dyplomacji Walter Simons zaproponował w tym czasie ludowemu komisarzowi spraw zagranicznych Rosji Sowieckiej Gieorgijowi Cziczerinowi normalizację stosunków i wymianę ambasadorów. Simons pisał do Cziczerina:
„Tutejszy Wasz Przedstawiciel oficjalnie mnie zawiadomił, iż wojska rosyjskie zajmując Polskę będą respektować nienaruszalność starej granicy Niemiec. Nasze oświadczenie o neutralności, Panie Komisarzu Ludowy, przekazaliśmy Wam drogą radiową w dn. 20 [lipca 1920]. Dla lepszego wykonania całkowicie jasnych zamierzeń obu stron i w celach natychmiastowego zapobiegania incydentom granicznym, które mogą mieć miejsce, uważam za pożądane, aby do wojsk prawego skrzydła armii rosyjskiej skierować niemieckiego przedstawiciela wojennego. Utrzymując bezpośredni kontakt z instancjami wojskowymi rosyjskimi i niemieckimi, mógłby on bez zwłoki rozwiązać nieprzyjemne incydenty. Nieokreśloność sytuacji w sprawach granicy i suwerenności we Wschodnich i Zachodnich Prusach uzasadnia taki wniosek. Dlatego mam zamiar uczynić analogiczną propozycję i polskiemu rządowi” [Za: „Powstanie II Rzeczypospolitej. Wybór dokumentów 1866-1925”, Warszawa 1981, ss. 578-579. Dokument po raz pierwszy opublikowano [w:] „Dokuminety Wnieszniej Politiki SSSR”, t. III, Moskwa 1959, ss. 77-78.]
Dodatkowe światło na tę kwestię rzuca wydana w 2019 roku bardzo dobrze udokumentowana książka prof. Stephana Lehnstaedta, profesora w prywatnej uczelni Touro College Berlin. Jej tytuł „Der vergessene Sieg. Der Polnisch-Sowjetische Krieg 1919-1921 und die Entstehung des modernen Osteuropa“, C.H. Beck, Monachium 2019
W wywiadzie dla Deutsche Welle mówi m.in.:
W konflikcie z Polską Lenin grał na kilku fortepianach. Mówił o rewolucji w Niemczech, a równocześnie szukał w Berlinie partnerów do podziału Polski.
– To prawda, doszło do takich kontaktów. Lenin polecił swojemu przedstawicielowi w Berlinie – Wiktorowi Koppowi (Kopp – pełnomocnik Ludowego Komisariatu Spraw Zagranicznych RFSRR) nawiązanie kontaktów z niemiecką dyplomacją. W rozmowach z przedstawicielami kierownictwa niemieckiego MSZ Kopp wysunął propozycję podziału Polski, przewidującą powrót do granicy niemiecko-rosyjskiej z 1914 roku.
Jak zareagował Berlin?
– Dla strony niemieckiej była to bez wątpienia atrakcyjna oferta. Partnerami bolszewików w tych rozmowach byli jednak zawodowi dyplomaci. Wysłuchali oferty, ale nie zajęli stanowiska. Uważali, że to dobra propozycja, ale niczego nie podpisali. Nie doszło do żadnej umowy. Niemieccy dyplomaci mówili: „Drodzy bolszewicy, zanim podzielimy Polskę, musicie ją pokonać”. Nie chcieli dzielić skóry na niedźwiedziu. Obawiali się też reakcji mocarstw zachodnich. W Niemczech stacjonowały wówczas francuskie oddziały wojskowe.
Prof. Stephan Lehnstaedt dodaje też, że w razie czego armia niemiecka bez trudu poradziłaby sobie z bolszewikami a rządzący krajem socjaldemokraci byli przeciwni rewolucji w Niemczech w stylu bolszewickim.
Z kolei Lenin, który takie rozmowy zainicjował – nawiązywał do tradycji umów między Niemcami a bolszewikami, z 1917 roku, kiedy w porozumienia z niemieckim sztabem generalnym przewieziono jego i współtowarzyszy ze Szwajcarii do Rosji (słynny „zaplombowany wagon”), i w 1918 roku, kiedy zawarto pokój brzeski. W 1920 miało mieć miejsce trzecie porozumienie, ale Niemcy uchylili się, nie wierząc do końca w ostateczny upadek Polski i bojąc się wojsk francuskich stacjonujących na ich terytorium. Wbrew temu co niektórzy piszą, także Anglia nie była zainteresowana upadkiem Polski i to także miało wpływ na zachowanie Niemiec.
Podsumowując, w 1920 Polska ocaliła swoją suwerenność i – jak podkreśla prof. Andrzej Chwalba – także suwerenność państw bałtyckich, które nie były tego wtedy świadome. To że nie doszło do konsumpcji porozumienia niemiecko-bolszewickiego (na kształt paktu Ribbentrop-Mołotow) zawdzięczamy sukcesowi w Bitwie Warszawskiej i mimo wszystko trwałości sytemu wersalskiego, na którego zniszczenie było wtedy (nawet dla Niemiec) za wcześnie.
W tym kontekście trzeba bardziej realistycznie spojrzeć na lekceważony przez piłsudczyków i lewicę dorobek pracy Romana Dmowskiego w roku 1918 i 1919 podczas utrwalania pozycji Polski na Konferencji Pokojowej w Paryżu.
Przestańmy więc karmić siebie i innych mitologią nie mającą żadnego odniesienia do realiów historycznych. W okresie II RP nikt tego nie podnosił, wszyscy podkreślali, że w 1920 roku ocaliliśmy Polskę, a nie Europę. Bajdurzenie o ocaleniu Europy i świata pojawiło się na dobre dopiero po 1989, na fali solidarnościowej mitomanii i mesjanizmu.
Jan Engelgard
http://mysl-polska.pl/
1. Propaganda rosyjska/postsowiecka, użyjmy ją jako przykład ze względu na sporą sympatię, jaką się tu cieszy, wybiera z reguły „opis faktów” wygodny dla siebie.
OdpowiedzUsuńCzerwoni marynarze mordujący oficerów mogą być przedstawienie jako bolszewicka mordercza swołocz (nie wiem czy nie było tak w filmie „Admirał” o Kołczaku), by za chwilę, może w innym filmie zostać przedstawieni jako obrońcy ojczyzny przed obcą interwencją (a im bardziej sprawa jest po 1917, im mniejsza siła białych, tym bardziej bohaterscy i swojscy i nasi (jako dzielni obrońcy ojczyzny) „stają się” czerwoni).
Ze względów propagandowych, pijarowych powinniśmy utrzymywać, że Polska ochroniła Europę. Przed wojną propaganda była nieco inna, bo były inne czasy. Mieli się chwalić, że ochronili antypolską, także masońską i z niemałym udziałem „mniejszości”, ale przede wszystkim jeszcze raz – wybitnie antypolską, republikę weimarską?
2.”Dobrać fakty” można sobie w rożny sposób i je dopasować do tezy. Tak oceniam rewelacje w obecnym artykule, jak zresztą w każdym innym, właściwie.
Sądzę, że mógłbym albo można by napisać, dobierając sobie odpowiednio źródła/opisy/opinie/zestawienia faktów i „zestawienia faktów” i wcale kłamiąc, tylko trochę naciągając fakty do teorii, że w 1945 r.:
a) przez Europę szedł radziecki walec, który miażdżył wszystko po drodze i w razie czego był gotów do konfrontacji zbrojnej z USA, choć Stalin wolał jednak użyć nacisku, a z Finlandią zawarto pokój, a nie zmuszono do bezwarunkowej kapitulacji, by mieć okienko na świat do „gry wywiadów”,
b) sowieckie siły ciągnąc resztkami właściwie sił, pokonały Niemcy, czego by nie dokonali bez drugiego frontu oraz wsparcia materiałowego aliantów, a o ich słabości świadczy, że nie zdołali zmusić malutkiej Finlandii do bezwarunkowej kapitulacji i zawarli z nią pokój (wygodny dla siebie, ale jednak zawarcie pokoju, nie kapitulacja).