CZĘŚĆ SZÓSTA. Oświetlenie niektórych kwestyi gospodarczych.
32. Potrzeba rachowania się z wartością ludzi.
Bogactwo duchowe osobników nie może być poczytywane za dobro przyrodzone, które czerpiemy, jak inne dobra natury wprost od przyrody, prostym tylko wysiłkiem energii fizycznej.
Nie może być również poczytywane za dobro społeczne, to jest za dobro, brane przez osobnika wprost od społeczeństwa, również prostym wysiłkiem energii fizycznej.
Nie jest ono ani bogactwem niczyjem, na podobieństwo niezawłaszczonych płodów natury, ani społecznem lub cudzem, na podobieństwo dziel ludzkich, które mogą zmieniać właściciela i muszą zmieniać właściciela, bo równocześnie nie mogą znajdować się w dwóch miejscach, ani należeć niepodzielnie do więcej, nad jednego właściciela. Jest to osobliwe dobro, o którem nie możemy utrzymywać, aby było brane bądź od nikogo, bądź od kogokolwiek. Nie możemy zaś dla tej prostej racyi, że ono wytwarza się w osobniku, nie ginąc wcale w jego otoczeniu. Ono się przyrabia. To jest pierwsza właściwość wyłączna, a drugą jest jego doskonała znikomość, polegająca na fakcie, że nie przenosi się ono na innego osobnika, ani na drodze fizyologicznego dziedziczenia, ani na takiejże drodze społecznego dziedziczenia.
Każdy osobnik, bez względu na wielkość bogactwa i kapitału duchowego, który reprezentuje, czyli na wartość jego dynamiczną, jest efemerydą, bańką mydlaną, a wraz z nim, cała jego potęga duchowa. Jego bogactwo trwa tylko póki on żyje, z chwilą śmierci - przepada bezpowrotnie dla ogółu. Ono nie może być ani odstąpione innemu, ani darmo nabyte. Jeżeli więc bogactwo duchowe narodu, pomimo tę znikomość indywidualnych bogactw duchowych nie zmniejsza się przez szeregi pokoleń, ale czasami, w społeczeństwach, podległych rozwojowi postępowemu, zwiększa się nawet, - nie jest to wcale objaw trwałości jego, czyli jakiejś nieznikomości, jak to sobie niektórzy przedstawiają, lecz tylko wynik bezustannego tworzenia się na nowo. Przyrastanie w narodzie bogactwa duchowego jest zawsze wynikiem tej okoliczności, że suma bogactwa, które się tworzy w pokoleniu idącem w życie społeczne - jest wiekszą od sumy tego, które ginie w całości swej wraz z osobnikami, schodzącymi ze świata na skutek śmierci fizyologicznej. Przyrastanie owo nie może być uważane za skutek prostego nagromadzania się, t. j. przybywania jeszcze czegoś nowego do tego, co było, ale, powtarzamy, to skutek tworzenia się w całej swej sumie na nowo.
Zarówno bogactwo duchowe narodu, jak potęga jego twórcza, będąca potęgą duchową indywiduów, jest zawsze nową potęgą dwóch pokoleń, zastępującą potęgę najstarszego pokolenia wymierającego wraz ze swą potęgą. Przywykliśmy mniemać inaczej i uważamy dobra duchowe za skarb, niemogący podlegać zagładzie, ale dzieje się to jedynie dla tego, że dzielność całego narodu prawie nigdy nie upada tak szybko, aby to było widoczne dla osobnika, boć przecież linia przeciętna wszelkich zjawisk masowych nie może wznosić się lub spadać w szczupłych granicach czasu rażącemi oko skokami.
Aby też wyrobić sobie właściwe wyobrażenie o znikomości bogactwa duchowego - trzeba uciec się do fikcyjnego założenia w granicach możliwości teoretycznej. Wówczas dostrzeżemy różnicę miedzy duchowem bogactwem, a materyalnem.
Oto wyobraźmy sobie, że wytwórczość nagle ustaje. Bogactwa materyalnego nie przybywa wcale, ale też nie znika ono nagle. Będzie się zużywać wprawdzie, ale będzie istnieć, póki się nie zużyje całkowicie, na co trzeba czasu. Co więcej, ogół, który przestał tworzyć - może, pod prostym naciskiem niezaspokojonych potrzeb, - zacząć tworzyć na nowo, gdy spostrzegł się u skraju nędzy - i względnie łatwo braki uzupełni.
Nie tak się rzeczy będą miały z bogactwem duchowem.
Wystarczy, aby jedno pokolenie przestało nagle i zupełnie odtwarzać je w sobie, a zniknie całkowicie i bezpowrotnie. Pokolenie następne zastanie już kartę tak czysta, że będzie musiało stwarzać nową potęgę duchową od samych podstaw, od początku, i pomimo mozołu, zostawi następnemu bardzo skromną puściznę, którą dopiero długi szereg pokoleń będzie zwiększał z takim samym mozołem, jak się to działo w zaraniu cywilizacyi.
Cóż więc z tego, że bogactwo duchowe nazywamy darem całej przeszłości, gdy wystarczyłoby zaniedbanie się jednego choćby pokolenia, aby ten rzekomy "dar" doszczętnie utracić. W podobnych warunkach - to, czem rozporządza ludność żyjąca - musi być uważane za prawą jej własność, bo dorobek przeszłości długiej, który mógł być zatraconym - nie został zatracony jedynie przez dzielność i wolę tych, którzy żyją.
Gdy to weźmiemy pod uwagę, zjawia się pytanie: którzy to z żyjących są podtrzymywaczami owej najcenniejszej, ale najbardziej znikomej puścizny? Czy wszyscy w równym stopniu, i jeżeli nie wszyscy, - którzy to właśnie?
Mówiliśmy o wielkiej nierówności dynamicznej dusz, oraz ich niejednakowości, mówiliśmy, że bogactwo duchowe jest rozłożone bardzo nierównomiernie w narodzie, że największa jego ilość, rzecby można główna siła twórcza narodu przechowuje się w bardzo nielicznej ilości dusz, stanowiących jego kwiat i szczyty. Z tego powodu bogactwo duchowe można nazwać skarbem podwójnie znikomym, nie trzeba bowiem wiele do tego, aby naród bogaty duchowo, a co zatem idzie potężny materyalnie opadł do stanu bezsilności, właściwej barbarzyństwu. Starczyłoby, aby przestały się odtwarzać wielkie i mocne dusze, które czynią z narodu społeczeństwo, wysoko stojące pod względem duchowym, więc potężne. Do tego, aby znikła wyższa technika wystarcza, aby niepowstaly dusze, umiejące ją wprowadzać w wykonanie, do tego aby znikła wiedza głębsza, nauki, sztuki, wystarcza, aby się nie wytworzyli jej przedstawiciele. W takim razie zostanie mierność przeciętna, otoczona ciemnotą, zostanie to, co nie przechodzi miary drobnej, co nazywamy najprostszemi wiadomościami i umiejętnościami, ale na tle masy, zgoła bezsilnej w wyższem tego słowa znaczeniu. Bogactwo duchowe, którem szczycą się narody, to nader wątła roślinka, która musi być starannie pielęgnowana, aby nie zmarniała. Wystarczy, aby jakaś gałązka wiedzy lub umiejętności została zaniedbana przez jedno choćby pokolenie, a zginie. Wówczas łańcuch niezmiernie długi, ciągnący i rozwijający się od wieków ulegnie nagłej przerwie, przerwa zaś taka znaczy tyle co śmierć dla pewnej zolbrzymiałej już przez wieki wartości duchowej i materyalnej. Już ta wartość nie wskrześnie, może się tylko na jej miejsce w pomyślnych warunkach inna podobna rozpocząć tworzyć, ale nie będzie przez czas długi ani taka sama, ani równej siły, bo do jej rozwoju potrzeba pracy długich pokoleń. Tak więc pewnem jest, że to, co naród zawdzięcza całej przeszłości, wszystkim pokoleniom minionym, to, co stanowi o jego potędze twórczej i materyalnej, o jego zamożności, odtwarza się zawsze tylko w nader nielicznych osobnikach w narodzie.
Gdybyśmy bogactwo duchowe mogli mierzyć czy ważyć, jak materyalne, wówczas statystycy ukazaliby nam ciekawe widowisko: nieliczna garstka osobników najbardziej twórczych, najpotężniejszych przeważyłaby szale, na której umieścilibyśmy całe pozostałe mrowie narodu. Nie byłoby wówczas sporu komu naród zawdzięcza ten potężny strumień bogactw materyalnych, który bije z działalności całego narodu, zużywa się przez wszystkich i nietylko nie wyczerpuje się, ale rośnie i potężnieje.
Czy można w takich warunkach osobniki, którym naród zawdzięcza cały kapitał duchowy, przekazany przez przeszłość i to z dorzutką własną, uważać za skarb naturalny, za własność niczyją albo za własność ogólna? Nie można! - Materyał ludzki nie jest bezwładnym, biernym, z którego dopiero działalność ludzka od zewnątrz idąca i celowa urabia wartości. On nie z pracy wyłożonej przez innych, nie z samej wiedzy, posiadanej przez innych powstaje i nabiera wartości społecznej, niby kondensator i akumulator tego, co weń wtłaczają. On jest skomplikowaną strukturą duchową, która się sama z siebie i sama w sobie przerabia, przeobraża i rozwija, a kresu i wyników jej rozwoju nikt nie jest w stanie przewidzieć Dusza ludzka jest zrazu drobnem ziarenkiem, które może łatwo zmarnieć, zatrzymać się w rozwoju, ale także może bujnie rozrastać się przez cały ciąg żywota i dosięgnąć imponujacych rozmiarów; to jednak, co bierze z otoczenia społecznego i to bynajmniej nie z niższych poziomów, odgrywa w nim tylko rolę materyałów odżywczych, podtrzymuje wprawdzie rozwój, ale nie decyduje ani o rozmiarach ani o kierunku rozwoju. Ba, gdyby to było możliwem, wytwarzanoby już oddawna geniusze tak samo łatwo, jak się wytwarza olbrzymie i bardzo ekonomiczne machiny. Recepty do zostania wielkim w różnych dziedzinach mamy przecie, a jednak prawdziwy mocarz ducha, w jakiejkolwiek dziedzinie, zjawia się niewiadomo kiedy i skąd, a wyrasta najczęściej nie z tego materyału w którym pokładano nadzieje. Nie otoczenie tworzy wielką duszę, jej cechy, jej siłę i wartość, nie postronni tworzą człowieka wielkiej a nawet małej miary, on się sarn tworzy w środowisku społecznem. Może wystrzelić, niby rakieta z nizin, oświecając blaskiem swym cały naród, może stać się błogosławieństwem i chlubą jego, chociaż prawie nic nikogo nie kosztował, a przedewszystkiem sferą, z której wystrzelił. Dzieje cywilizacyi i każdej zosobna gałęzi wiedzy, umiejętności, sztuki potwierdzają tą prawdę niezliczonemi dowodami. W dziejach najsilniej zaważyli ludzie, którzy sobie zawdzięczali niemal wszystko, czem byli i co stworzyli. Nawet ci, którzy wiedzę swoją czerpali wprost od mistrzów, to także wartości niespółmierne zarówno z kosztami ich wyprodukowania, jak i z wartością mistrzów, więc również wielkość swą zawdzięczali przeważnie sobie i sobie podobnym. Wszak oni wznieśli się nawet ponad mistrzów, pomimo, że liczni współtowarzysze ich czynnego środowiska - np. spółsłuchacze tych samych mistrzów, spółmieszkańcy tego samego cennego środowiska zostali drobnymi i znikli w szarzyźnie tłumu.
Zważmy, co wziął - a co dał z siebie ludzkości jeden Pasteur, jeden Lister, jeden Stephenson, Frankiin, Gutenberg, a zgodzimy się, że wartość społeczna każdego z nich przewyższała o miliony razy zarówno ich własną "cenę" społeczną - jak "wartość" razem wziętych milionów innych, pospolitych osobników, którzy spółcześnie z nimi żyli i działali. Spostrzeżemy, iż każdy z tych olbrzymów darował owym masom, monotonnym i bez porównania mniej twórczym, dobra, niedające się wyrazić w handlowych cyfrach pieniężnych.
Ich ogromna "wartość użytkowa", zarówno jak "przedmiotowa" nie może podlegać żadnej wątpliwości, cóż więc dziwnego, że to, co kosztowali, jest drobnostką w porównaniu z tem, co dali.
Ogół już nie jednego narodu, ale wszystkich zrobił na nich doskonały interes, słusznie więc czcimy ich pamięć, bo to literalnie wielcy "dobrodzieje", bo dobro, które z nich się poczęło - rosnącemi falami zalewa świat cywilizowany. Ale czy wolno nie rachować się z pytaniem do kogo należą te wielkie wartości materyalne (które tym i im podobnym ludziom bez przerwy zawdzięczamy), jedynie z tej racyi, że nikt za nie nie płaci, że wszyscy korzystamy z nich darmo?
Aby sobie tę kwestyę rozstrzygnąć dość przypomnieć, ze ona już w rozdz, 14 rozwiązana. Wyjaśniło się wówczas, ze każdy osobnik jest równocześnie swoją i społeczną własnością, ale właśnie dla tego wzajemne prawa wszystkich do wszystkich umarzają się i każdy zostaje panem siebie, pod warunkiem, że nic od innych darmo żądać nie będzie, czyli za wszelkie usługi będziemy sobie wzajemnie płacić.
Pójdźmy teraz do końca w rozważaniu poprzednio w połowie dopiero przeprowadzonem. Jeżeli osobnik jest swoją własnością - to i moc duszy jego, nietylko dzieła, muszą być również jego własnością; cała jego "wartość" społeczna musi być jego własnością, oczywiście dopóki jej nie sprzedał za jakąś ceną. Wiadomo, że każdy bierze - nie wartość siebie, lub dzieł i usług swoich, lecz cenę - i płaci również nie wartość, lecz ceny dzieł i usług obcych. Nie należy do rzadkości, że w trudnych warunkach rynku osobnik bierze za siebie cenę znacznie niższą od wartości. Otóż jeżeli ubolewamy i często słusznie nad zbyt nizką płacą wyrobnika, robotnika, to wiedzmyż, że istnieją na rynku "wartości", które nigdy nie osiągają cen, odpowiadających choćby w przybliżeniu wartości ich rzeczywistej. Do takich stale i najmocniej upośledzonych należą wszyscy wielcy. Oni zawsze sprzedają się za bezcen, oni nigdy nie otrzymują ceny, któraby odpowiadała ich wartości.
Nie dla rozczulenia Czytelnika nad losem "wielkich" i potężnych podkreślamy ten fakt. Nam chodzi o bezpośrednie jego następstwa. Nam chodzi o stwierdzenie, że jeśli jakaś wartość rzeczowa przechodzi z rąk prawego właściciela do innych za bezcen, to zyskują ci, którzy ową wartość biorą, czyli straty osobiste wielkich twórców wyłaniają się gdzieś dokoła nich w postaci odpowiedniej wysokości zysków. Co traci jednostka, sprzedająca się zbyt tanio, to zyskują ci, którzy własność jej nabywają lub nabyli po bajecznie nizkiej cenie. Skarb bowiem, choćby najsłabiej zapłacony, nie przestaje być skarbem. Zmienił tylko właściciela ale wartości swej nie utracił.
Weźmy przykład pierwszy z brzegu.
Jeżeli skromny uczony, docent jakiegoś uniwersytetu, utrzymujący się z pensyi 2,000 fr. odkryje praktyczny sposób zabijania filoksery i opublikuje swoje odkrycie, to hodowcy winorośli zarobią na nim miljony i będą je zarabiać corocznie, gdyż winnice ich byłyby bez niego od czasu do czasu dziesiątkowane nadal, dopókiby kto inny nie odkrył środka skutecznego przeciw filokserze.
Żadnemu z hodowców po uwolnieniu się w tych warunkach od szkodnika nie przyjdzie do głowy myśl, że znaczna część ich zysków płynie z pracy docenta, nie zapłaconej według wartości, czyli że stanowi własność podarowaną im przez owego człowieka, żyjącego nadal skromnie ze swej pensyjki.
Cóż jednak będzie, jeśli ktoś pierwej zwróci uwagę docentowi, że odkrycie jego ma wielką cenność realną, którą łatwo zrealizować?
Cóż będzie, jeśli kapitalista założy do spółki z odkrywcą fabrykę środka przeciw filokserze, i naznaczy taką cenę, żeby zyskiwali połowę tego, co oszczędzi sobie każdy właściciel winnicy?
Oczywiście zyskają we dwóch połowę uratowanych wartości i skromny docent zostanie niespodzianie milionerem.
Czy będzie tu kto skrzywdzony przez podobne sfinansowanie odkrycia? Nie! Właściciele winnic będą jeszcze radzi, bo zarobili to, co na pewno musieliby stracić. Nastąpi tylko rozdział zysków inny, niż w pierwszym przypadku, i napewno słuszniejszy.
Wyobraźmy sobie teraz, że filoksere po kilku latach stosowania odkrytego środka zupełnie wytępiono. Spółka utraci już swe dochody. Majątek docenta nie będzie się już powiększać. Czy jednak majątek właścicieli winnic również nie będzie się powiększać?
Owszem - właściciele winnic będą i nadal odnosić corocznie te same korzyści, jak przedtem, bo pozbyli się radykalnie szkodnika, któryby im groził ustawicznie stratami. Ale korzyści ich osobiste będą zależne od tego, czy skutkiem obfitości wina - towar ich nie stanieje. Jeśliby nie staniał, wówczas zyskiwać będzie hodowca, a również i jego robotnicy, którzy upomną się o podwyżkę płacy i otrzymają ją, bo hodowca będzie miał z czego zapłacić ich lepiej. Jeżeli zaś wino stanieje, zyski hodowcy nie podwyższą się, robotnicy zostaną przy swych płacach, ale mimo to zysk ten sam będzie, tylko rozłoży się niedostrzegalnie między wszystkich spożywców. Już nie sto tysięcy robotników w winnicach zostanie obdarowanych przez docenta i nie paruset hodowców, - ale miljony ludzi oszczędzą sobie pewną sumkę rocznie.
Kto sądzi, że umie rozumować, ten przypisze taniość wina słońcu, wiatrom, deszczom, wreszcie staranności robotników, ale mało komu przyjdzie do głowy, że to sprawiła cicha potęga, być może ukryta nadal w skromnym pokoiku i ani domyślająca się, że corocznie przysparza innym realne miliony.
Ponieważ świat spółczesny dużo już lepiej dzisiaj niż do niedawna opłaca zasługę naukową, zwłaszcza gdy niesie praktyczne korzyści, przeto bardzo być może, iż nasz "docent" zostanie oceniony nawet gdy nie zrealizuje odkrycia w sposób wyżej opisany. Dadzą mu np. katedrę, osiągnie szczyt marzeń i dobrobyt, a jednak i teraz stosunek jego wartości do płacy ulegnie nie wielkiej zmianie.
Oto jeden z niezliczonych przykładów, ale fikcyjny, dla tego nie od rzeczy będzie uzupełnić go jednym z tysiąca autentycznych.
Karol Tellier przez 11 lat studyował sposoby konserwowania zapasów spożywczych za pomocą nizkich temperatur i nareszcie w r. 1876 przywiózł pierwszy transport mięsa z Buenos-Aires, świeżego, pomimo, że podróż trwała 105 dni. Tryumf jego był zupełny, zabezpieczył się patentami, ale ojczyzna jego odmówiła mu poparcia i patenty rychło przepadły. Podjęli jednak jego wynalazek Anglicy i Niemcy, uzupełniając w drobnych szczegółach i stwarzając przemysł, który wkrótce obracał już kilkoma miliardami. Powstały setki Towarzystw, eksploatujących wynalazek, ale Tellier przez całe życie pozostawał w ubóstwie, w ostatnich zaś czasach prawie w nędzy. Nie złamał się jednak duch wynalazczy. Blizko 80-letni starzec spostrzegł, że system oziębiania nie daje się zastosować w krajach o trudnych komunikacyach, zwrócił się więc do całkiem innej metody, do fabrycznego uwalniania płatów mięsa od bakteryi wywołujących gnicie i następnie do obsuszania tych płatów. Praca została uwieńczona powodzeniem i w r. 1911 zaprodukował w kilku miastach francuzkich mięso świeże, chociaż dwumiesięczne, doskonałe w smaku i tańsze od oziębianego. Zastosowanie nowej jego metody wpłynie w wielu krajach na stanienie mięsa, zawiązało się już bowiem olbrzymie przedsiębiorstwo angielskie, realizując wynalazek starca, który nareszcie u schyłku życia, nieco za późno, zacznie może odbierać owoce swej działalności, oczywiście nie zostające w żadnym rozsądnym stosunku, do tego, co dał innym. Milionowe bowiem "wartości" marniejące w miejscach produkcyi, przerzuci tam, gdzie są poszukiwane. Mięso - pozbawione na miejscu i ceny i wartości, - odgrywające więc rolę niepotrzebnej nikomu czystej przyrody, przeobrazi w prawdziwe wartości i w towary.
Z takich to dobrowolnych lub musowych darów jednostek pracowitych, zdolnych, utalentowanych lub genialnych składa się lwia część ogólnego dobra, z takich to darów składa się bogactwo i kapitał osobników i narodów. Od czasów przedhistorycznych dokonywują się odkrycia, wynalazki i ulepszenia; odkrywcy lub wynalazcy (inicyatorowie) korzystają za życia w mniejszym lub większym stopniu osobiście, najczęściej wcale nie odnoszą korzyści, - ale po każdym przejmują całe dziedzictwo duchowe cały świat wiedzy, uczuć i dążeń - żyjący, zwiększają je, sami mijają i pozostawiają zwiększony oraz zmodyfikowany dorobek następcom. W ten sposób przez tysiącolecia narastał kapitał duchowy oraz materyalny, którego też przeważna część nic już nikogo nie kosztuje, - nikt bowiem za nią nikomu nie płaci. I oto główna przyczyna, dla której ceny dzieł ludzkich nie tylko nie dosięgają prawie nigdy rzeczywistej ich wartości, ale zwykle trzymają się tak zdała od niej, że nawet nie troszczymy się o poznanie prawdziwej wartości dóbr, z których na każdym kroku darmo korzystamy. Jeżeli bowiem prawy właściciel oddaje coś dobrowolnie za bezcen, - nie leży w interesie otrzymujących załamywać ręce z tego powodu.
Jeżeli po mocnych duchem, którzy już minęli, pozostaje ich dziedzictwo w postaci przyswojonych sobie idei, to dlatego, że zawsze dość jest dużo mocnych duchem, aby to dziedzictwo podjąć, a nawet nieco powiększyć, wystarczająco zaś dużo, aby owe bezcenne idee nie stały się monopolem jednostek, któreby chciały wyzyskiwać owe idee na korzyść osobistą. Czem się zaś to dzieje? Właśnie tem, że bogactwa duchowego jest w narodzie daleko więcej, niżeli go potrzeba w charakterze kapitału duchowego.
Bogactwo duchowe przeobraża się w kapitał duchowy równie łatwo, jak materyalne. Wystarcza wzięcie się do pracy przy odpowiednim warsztacie człowieka uzdolnionego, ale na razie nie wyzyskującego swych zdolności. Jeżeli więc powstaje wcielenie jakiejś idei w postać realną "rzeczy nowej" i użytecznej, wnet setki umysłów "mocnych", twórczych, porywają nową ideę, dokonywają ulepszeń lub przeobrażeń, dają jej nowe zastosowanie. Pchniecie raz dane wywołuje szereg nowych inicyatyw, niełatwo się kończących, i stosownie do kierunku, w jakim potoczył się rozwój pierwotnej idei, zjawiają się albo ulepszenia dawnych, albo nowe wynalazki. Spojrzyjmy np. na działalność techników w sprawie zużytkowania odkrytej prężności pary wodnej i następnie coraz lepszego i wielostronniejszego jej zużytkowania.
Zaczynając od czysto teoretycznych działań Branki (1629 r.) i Papina mamy długi szereg zarówno prostych naśladowców, jak rzeczywistych inicyatorów. Pomijając długi szereg drobnych ulepszycieli, widzimy łańcuch wybitnych twórców, kolejno przeobrażających słaby kocioł parowy i słaby silnik parowy w postaci, funkcyonujące coraz energiczniej.
więc przewijają się przed naszemi oczyma: Savery, Newcomen (1712), James Watt (1770), Seguin, Murray, Evans, Cavé, Poncelet, Navier i następują z wielką szybkością setki innych. Do czego doprowadził ten szereg wyjątkowo uzdolnionych działaczów, niech zaświadczy parę cyfr. Dziś budują się maszyny, dające przez całą godzinę siłę jednego konia parowego, kosztem zużycia niecałego funta węgla! W połączeniu z innym szeregiem udoskonaleń - ulepszenia te pozwalają dziś przewozić 1000 kilogramów ładunku na odległość 40 kilometrów również kosztem spalenia zaledwie funta węgla.
Odpowiedzmy sobie teraz na pytanie, kto odnosi korzyści z tych zwycięztw ducha nad materyą, oraz kto powinien odnosić? Jeśli zostanie zbudowany przez inżeniera kocioł parowy, dający 10% więcej siły, niż dają dotychczasowe kotły, to odkrycie inżeniera ma stałą wartość oszczędzonego opału. Gdy zważymy, że na całej ziemi pracuje twórczo conajmniej 90 milionów koni parowych, to łatwo obrachować, że ulepszenie inżeniera ma odrazu wartość opału dotychczas potrzebnego do codziennego wytwarzania siły 9-ciu milionów koni parowych. Gdyby część czwarta tej wartości oszczędzonej dostawała się inżenierowi - stałby się on milionerem. Ale do tego potrzebaby czasu i nieistnienia innych, równie uzdolnionych inżenierów, czyli trzebaby, aby postęp zatrzymał się oraz aby inżenier A był dość długowiecznym dla doczekania się zamiany wszystkich dawnych kotłów na jego model. Warunki te są nieziszczalne. Zanim rok upłynie już inny inżenier, opierając się bądź na tych samych podstawach, co inżenier A, bądź też na jego własnym modelu, wprowadzi pewne ulepszenia, skutkiem których dalsze zastępowanie zużytych kotłów na ulepszone będzie się już dokonywać nie na model A, lecz na B. Ale i to nie potrwa długo, inni bowiem zbudują rychło jeszcze oszczędniejsze modele C, D, E i t. d.
Zysk więc dalszy wymyka się naprzód z rąk A do B, potem z rąk B do C, z C do D i tak dalej. I dla tego - nawet pomimo ogólnego poszanowania dla własności indywidualnej każdy inżynier następny będzie odbierać poprzednikowi spodziewane zyski, słusznie mu się należące, z tego tylko powodu, że tworzy jeszcze większe wartości zanim tamten swoje sprzedał z korzyścią dla siebie. W ten sposób wczorajsza wartość ceniona przeobraża się w nieposzukiwaną, dziś zaś ceniona, stanie się jutro znowu obojętną, gdyż wystąpi na rynek jeszcze wyższa wartość.
Byłoby omyłką wyrażać się, że "wczorajsza wartość utraciła swą wartość" czyli przepadła. Tak nie jest, ona ją zachowała w pełni, straciła zaś tylko cenność, bo zjawiła się większa wartość za tę samą cenę. Inżynier B wywłaszczył tylko inżyniera A i to tylko z jego spodziewanych zysków, - ale wywłaszczył nawet nie na swoją korzyść, lecz odrazu na rzecz ogółu. To bowiem, z czego sam odnosi korzyść, jest nową wartością, dołożoną do dawnej, która stała się już bezpłatną. Ale i jego samego czeka los podobny i jemu bowiem nowy współzawodnik C nie pozwoli długo ciągnąć pełnych i słusznych zysków z jego udoskonalenia.
W tych wyścigach każdy z inżynierów zyskuje cośkolwiek i przez czas krótki, ale najwięcej zyskuje ogół, który wszystkich przeżywa. Inżynierowie ci dążąc do korzyści osobistej, wywłaszczają się wzajemnie i kolejno, na korzyść całego ogółu.
To samo trzeba zastosować do t. zw. kapitalistów, najczęściej będących spólnikami inicyatorów. I tych majątki osobiste nie mogą rosnąć długo, bo jedni drugim odbierają zyskowność ich udziałów w przedsiębiorstwach. Kres indywidualnym korzyściom wynalazców, inicyatorów i "kapitalistów" zakreśla postęp i spółzawodnictwo. Niechby jednak nie istniał wielki nadmiar bogactwa duchowego, wówczas inżynier A - oraz jego kapitalista, staliby się dość prędko wielokrotnymi milionerami. Ale i wtedy ich bogactwa nie byłyby wydarte nikomu, gdyż płynęłyby tylko z przybywania zupełnie nowych wartości w części tylko zamieniających się w cenność.
Kwestya tedy: czy zysk, płynący z eksploatowania nowych odkryć lub wynalazków sprawiedliwie przypada jednostkom - staje się tylko kwestyą stosunku inicyatora do właściciela materyi kapitałowej. Ogół bowiem małotwórczy jest tym trzecim, który zawsze dość prędko zyskuje, - gdy tamci zostaną wywłaszczeni z dalszych zysków przez nowego inicyatora.
Sprawiedliwsze więc wykonywanie prawa własności duchowej - nie naruszałoby interesów ogółu - redukowałoby jedynie zyski t. zw. "kapitalistów", którzy, korzystając ze swej handlowej przewagi na rynku, z większej "cenności" materyi kapitałowej, zwykle zagarniają na swoją korzyść większą część tego, co słusznie przypadaćby powinno inicyatorom.
Gdyby wartości duchowe wchodziły w spółkę z wartościami materyalnemi w proporcyi słuszniejszej - niż to się po większej części dzieje, szeroki ogół nicby na tem nie tracił ani zyskiwał, a tylko znaczna część bogactw prywatnych zmieniłaby po pewnym czasie właścicieli, przechodząc tam, gdzie być powinna, i niewątpliwie ku korzyści tego ogółu. Masy narodu, biorące słaby udział w tworzeniu nie odczułyby ujemnie całego procesu, regulacya bowiem dokonałaby się ponad ich głowami.
Polową miejsca dzisiejszej plutokracyi zajęłaby inna, świat bez porównania ciekawszy.
Stałby się on ogniskiem szerokich polotów i subtelniejszych gustów. Głębia umysłów, śmiałość i rozmaitość idei, przenikliwszy pogląd na świat - stworzyłyby, poparte bogactwem materyalnem, potęgę odmienną od potęgi dzisiejszej pluto- i "arystokracyi". Idee nowe, mając poparcie rzutkiego kapitału, byłyby wcielane w czyn z energią i fantazyą dziś nieznaną. Nauki oderwane od zadań praktycznych znajdowałyby niezawodne poparcie, bo nawet i próżność "mecenasów" byłaby subtelniejsza, a egoizm mniej brutalny. To strona dodatnia obrazu, nie trzeba jednak zapominać o odwrotnej. Gdy wiemy, że wiedzy, geniuszu, talentu nie dziedziczy się - możemy z góry być pewni, że dzieci i wnuki wybitnych twórców - nie sprostają ojcom ani mądrością, ani uczuciami oraz ideałami. Świat nowej arystokracyi stoczyłby się rychło na stare tory - i ta byłaby tylko różnica, że zawsze przybywałby nowy kontygens kapitalistów ze sfery ludzi potężnych duchem, stanowiąc czynnik subtelniejszy i szlachetniejszy w sferze kapitalistów.
Możnaby łatwo obmyśleć jeszcze niejedną poprawkę, wnoszącą więcej sprawiedliwości do stosunków społecznych. Możnaby np. zasadę dziedziczenia dóbr materyalnych udoskonalić przez uznanie za blizkich nie tylko blizkich krwią, ale również i duchem. Stosownie do tej zasady inicyator należy także do najbliższych w specjalności, w której pracuje, żadne bowiem odkrycie nie wyłania się z próżni, każde niemal jest długo przygotowywane przez wiele głów i spada na szczęśliwego, niby owoc powolnie dojrzewającej rośliny.
Wszelkie dzieła inicyatorów bywają albo zrealizowaniem idei. rozwijającej się w ciągu długich pokoleń, bo nie dającej się zrealizować w stanie embryonalnym, albo też udoskonaleniem dzieł już zrealizowanych. Nie byłoby tedy słusznem, aby owoc otrzymywał ten tylko jeden ze spółczesnych, komu udało się dokończyć pracę, prowadzoną z mozołem przez wielu poprzedników i towarzyszów ideowych, ale prowadzoną bez rezultatów praktycznych. Taką jednostkę można porównać bądź do wygrywającego na loteryi, bądź do ostatniego pracownika, wykończającego dzieło zbiorowe. Zatem w imię solidarności społecznej owoce odkrycia należą się także tym wszystkim, którzy poprzednio lub równocześnie pracowali przy tem dziele. Lecz ci należą już przeważnie do przeszłości, korzystać z zapłaty ani upomnieć się o swój udział nie mogą.
Co się tyczy spółczesnych - i tu byłoby niepodobieństwem wyśledzić kto i w jakiej mierze przyczynił się pośrednio do powodzenia ostatniego ogniwa w łańcuchu tworzenia. W tak skomplikowanych warunkach procesu twórczego i prawa do owoców działalności, nie mając możności oddawać części zysku tym, którzy już przeminęli, i to niewynagrodzeni, należałoby ją rezerwować dla tych, którzy pracują dla późniejszych odkrywców, i dobrodziejów pokoleń dalszych. Świat naukowy odbierałby od społeczeństwa przynajmniej z dołu część owoców, zawdzięczanych poprzednikom. Mogłoby się to odbywać przez roztoczenie troskliwej opieki materyalnej nad niezamożnymi, a uzdolnionymi pracownikami na niwie nauk, oderwanych od celów praktycznych. Część zysków, przypadająca inicyatorowi czy wynalazcy - słusznie mogłaby iść na uposażanie pracowników na polu nauk. Naród, ograniczając w ten sposób prawo własności potężnych duchowo, a szczęśliwych - oddawałby tylko to, co się należy mniej szczęśliwej kategoryi najwyższych pracowników - bez obciążania innych warstw ludności.
Ale - zrozumieć łatwo - że wymiar tej subtelniejszej sprawiedliwości praktycznie jest niewykonalny, wszelkie zaś próby złożenia jego w ręce Państwa w granicach dość szerokich, aby stały się równie sprawiedliwemi jak owocnemi, byłyby w większej części zawodne.
Równym ograniczeniom podlegaćby przecież winny zyski samych kapitalistów, - ale jakież byłoby tu potrzebne skomplikowanie obowiązków Państwa, aby i tu podział zysków nie stał się czasami jeszcze bardziej niesprawiedliwym! Wobec tylu piętrzących się trudności teoretycznych i praktycznych, trzeba przyznać, że doprawdy, nie wiele gorzej rozwiązuje je samo życie - przy umiarkowanej interwencyi prawno-państwowej. Choć bowiem i ono niesie wiele zawodów i w wielu razach jednym daje nie tyle, ileby się im należało - innym znowu daje więcej, - ale z uwagi, że nieco tylko większy wymiar sprawiedliwości kompensowałby się ogromnem skrępowaniem wolności jednostek, licznemi omyłkami, zawodami, jak również bardzo często złą wolą szafarzy, - należy uznać dążenie do zaprowadzenia idealniejszych stosunków za zadanie niesłychanie trudne i odpowiedzialne. Żadne reformy gwałtowne, choćby najmądrzej obmyślane nie przyniosą tej sumy sprawiedliwości, jaką można uzyskać powolnem ulepszaniem stosunków prawnych, w miarę jak potrzebę ich nastręcza życie i naturalna jego ewolucya. Żadne reformy nie przyniosłyby tyle dobrego, ile nawet bez interwencyi woli prawodawców - niesie naturalny bieg spraw społecznych.
33. O względności pojęć "drogo" i "tanio".
Dowód, jak korzystnym jest dla szerokiego ogółu stały nadmiar potęgi duchowej, bijącej ze szczytów narodu, moglibyśmy mieć w obniżaniu się cen wszystkich niemal towarów. Ale, niestety, sprawa nie przedstawia się tak wyraźnie i prosto, aby to wszyscy spostrzegali. Tymczasem umysły praktyczne lubią brać rzeczy prosto, więc jeżeli im kto mówi, ze rosnący w siłą kapitał czyni dobra ludzkie coraz dostępniejszemi dla każdego, przymierzają rzeczywistość do teoryi, natrafiają na sprzeczność i protestują.
Jeżeli to prawda, że własność indywidualna jednostek mocno twórczych, będąca prawem do używania owoców własnej wartości, staje się w miarę postępu w ogromnej części własnością publiczną, albo własnością słabotwórczych osobników; jeżeli to prawda, że podlega ona bezpłatnemu rozproszeniu wśród społeczeństwa; jeżeli dzieła, wytwarzane coraz ekonomiczniejszemi sposobami, zawierają w sobie coraz mniej pracy ludzkiej, a z drugiej strony, że spółzawodnictwo inicyatorów i wynalazców, jak również obojętność dla bogactw materyalnych, jaką odznacza się większość szczerych pracowników na polu nauk ścisłych, nie pozwała im długo zatrzymywać dla siebie zysków, płynących ze zwycięstw ducha nad przyrodą; - to w społeczeństwie, które się rozwija, dobrobyt sfer słabo twórczych powinienby się stale zwiększać, a jako symptom tego, wszystko powinnoby ogromnie tanieć, albowiem prawie nic nie bywa nadal produkowane sposobami gorszemi, mniej oszczędnemi. Drożeć nie powinnoby nic, bo nawet przedmioty, wytwarzane po dawnemu, bez żadnego postępu.
Cenność dzieł powinnaby się obniżać w. miarę zastępowania płatnej pracy bezpłatną interwencyą duchów mocnych.
Wszystko to powinnoby nastąpić, a tymczasem ceny bardzo wielu, i to najpotrzebniejszych towarów wciąż rosną, dosięgając wyżyn dawniej nieznanych, a ubóstwo jest w dalszym ciągu losem ogromnej większości głów w narodzie.
Przyczyn podobnego stanu rzeczy jest kilka i to niezależnych od siebie więc wypadnie rozpatrzeć je po kolei. Niektóre są czysto formalne i polegają na pozorach, inne dopiero należą do rzeczywistych.
Pierwsza przyczyna niejasności sprawy spoczywa w niejednakowo chyżem wydłużaniu się nieważkiego ramienia dźwigni narodu na całej linii wytwórczości, w narodzie bowiem pracuje przecież niezliczona ilość dźwigni o niejednakowej mocy twórczej, a przecież słaby kapitał nie tylko produkuje mało, ale i rośnie powoli, dopiero mocny produkuje dużo i rośnie szybko. Z tego powodu cenność różnych towarów obniża się z niejednakową chyżością.
Jednak gdyby tu nie zachodziły komplikacye i przeszkody, o których zaraz będzie mowa, to wobec stałego, choć nierównomiernego przyrostu mocy duchowej we wszystkich dziedzinach ludzkiej działalności, ceny wszystkich dóbr obniżałyby się statecznie, choć nierównomiernie.
Najbardziej taniałyby wytwory wysoko rozwiniętej i szybko doskonalącej się techniki (więc np. wyroby tkackie, drukarskie, przetwory chemiczne, dzieła większości gałęzi przemysłu metalurgicznego), - najsłabiej zaś niektóre podstawowe produkty rolnictwa, dzieła drobnych rzemiosł i wszystkie te, gdzie przeważną rolę odgrywa najprostsza praca ludzka.
Podnoszenia się cen nie obserwowanoby nigdzie, skutkiem czego byłoby powszechnie oczywistem, że warunki życia wszystkich warstw narodu stale się poprawiają, bo przy tych samych wysiłkach fizycznych produkuje się coraz więcej, a zatem i zużywać może się coraz więcej. Byłoby także oczywistem, że polepszanie się warunków bytu płynie tylko z udoskonalania się techniki.
Na przeszkodzie tak prostolinijnemu wyrażaniu się ogólnego poprawiania się, dobrobytu staje dwojaki sposób, w jaki mogą wyrażać się te same korzyści i w równoczesnem panowaniu w praktyce obu tych sposobów.
Dwoistość postaci, jaką przybiera jedno i to samo zjawisko postępu tak dalece zaciera jasność obrazu, że już nie tylko wśród szerokiego ogółu, ale nawet w głowach wielu ekonomistów wywołuje zamęt i daje np. złudzenie stagnacyi tam, gdzie jej niema wcale, oraz krzywd tam, gdzie są tylko zyski.
Otóż prawdą jest, że bardzo wiele rzeczy drożeje, ale drugą prawdą jest i to, że całe owo drożenie jest fikcyjnem, płynie bowiem z obniżania się wartości pieniądza pod parciem słabo twórczych rzesz do lepszego bytu.
Wystarczy zdać sobie sprawę z roli i charakteru pieniądza, całkiem wyjątkowej w rzędzie cenności, aby to zrozumieć.
Jeżeli dziś płacimy więcej pieniędzy za taki towar, za który dawniej płaciliśmy mniej, to łatwo przyjść do wniosku, że ów towar "zdrożał", ale kto tak rozumuje, ten zapomina o najważniejszej właściwości pieniędzy, mianowicie o ich całkiem automatycznej kurczliwości, co sprawia, że większa ilość jednostek pieniężnych, płaconych dziś za towary, dawniej opłacane niniejszą ilością jednostek, nie decyduje o niczem, albowiem treścią pieniądza i jego cennością rynkową nie jest wcale złoto, jako kruszec, lecz tylko praca ludzka najniżej opłacona. Jeżeli więc czysta praca ludzka, której nie towarzyszy kapitał duchowy, musi być opłacona podwójną ilością bądź złota, bądź pieniędzy, wówczas złoto i pieniądze tracą połowę swej wartości, czyli spadają w cenie. Mamy tu zjawisko stosunku odwrotnie proporcyonalnego ceny pieniądza do ceny pracy, niezbyt zrozumiałe dla tych, którzy zechcą rachować się z wewnętrzną cennością złota, opartą na tkwiącej w niem pracy, której zdawałoby się nic już zlotu odjąć nie może. Ale i pieniądz spadać w cenie może i musi, gdyż lubo jest miernikiem cen - nie przestaje być także towarem i jako taki musi podlegać ogólnym prawom rynku. Gdyby złota zjawiła się podwójna ilość ponad potrzebę, cena jego spadnie o połowę, ulegnie ono deprecyacyi. Pewna część pracy ludzkiej, tkwiącej w dawnem złocie podlegnie zatracie ze szkodą posiadaczów dawnego złota, jak również dla dostarczycieli nowego, ale na to niema już rady.
Otóż prawie taka sama sytuacya nastaje z chwilą, gdy za prostą pracę wypadnie płacić na całej linii wytwórczości więcej pieniędzy. Wprawdzie nie złoto spada tutaj w cenie, bo tylko praca drożeje, ale wychodzi to na jedno, skoro jedyną cennością pieniądza jest praca ludzka.
Podobna chwiejność ceny pieniądza może się na razie wydać sprzeczną z jego charakterem stałej miary cen, ale właśnie tylko ona gwarantuje użyteczność pieniądza jako miary cen i narzędzia wymian, i w żaden sposób nie mogłoby być inaczej.
Rozumiał to już Marx dobrze, gdy utrzymywał, że "złoto, jako stała skala cen, oddaje zawsze te same usługi bezwzględu na zmiany, zachodzące w jego wartości", albo gdy mówił, że "zmiana wartości złota nie przeszkadza jego funkcyi, jako miary.. Więcej nawet, on rozumiał, że ta względność pieniądza "jest jedną z jego zalet, zamiast być jego wadą", warunkiem bowiem dobrej miary dla cen musi być nieobecność w pieniądzu czystej wartości, a obecność samej tylko cenności. Zatem tylko dzięki swej kurczliwości pieniądz jest dobrą miarą powszechną, sprowadzającą automatycznie do równowagi to, co wychodzi z równowagi ekonomicznej.
Jak w naturze nic z niczego powstać nie może, tak samo i w świecie twórczości ludzkiej. Więc podrożenie pracy, nieusprawiedliwione większa jej siłą twórczą, unicestwia się automatycznie w stosunkach ludzkich odpowiedniem podrożeniem towarów, albowiem jeszcze raz to powtarzamy, miernikiem powszechnym jest wcale nie złoto samo przez się, ale praca ludzka, najniżej opłacana, upostaciowana w pieniądzu. Nic więc nie znaczy, czy ceny pracy i towarów wyrażają się w większych lub mniejszych ilościach jednostek monetarnych, bo automatyczne tanienie lub drożenie pieniądza ogarnia cały rynek i utrzymuje stosunki w stanie niezmienionym,
Kto będzie wpatrzony tylko w większą ilość jednostek pieniężnych, płaconych dziś, za towar dawniej mniej kosztowny, ten pomyśli, że towar zdrożał o całą różnicę między jego ceną dawną, a obecną, a tymczasem bardzo być może, że nic się więcej nie zmieniło prócz wyrazu, prócz ceny pieniądza. Pieniądz, jako miara, skurczył się, ale bez zmiany w nazwie, więc naprawdę wszystko pozostało po dawnemu. Trzeba odtąd dawać za wszystko o tyle jednostek pieniężnych więcej, o ile owe jednostki zmalały. Różnica w rozmiarach pieniędzy musi być wynagrodzona różnicą w ich ilości - przy płaceniu. Daje to wprawdzie wrażenie drożenia towarów, ale bez faktycznego drożenia.
Nie łatwo spostrzegamy ten odwrotnie proporcyonalny stosunek cen pieniędzy do nie-pieniędzy, ale dla tego, że w razie tanienia pieniędzy podlegamy podobnemu złudzeniu, jakiego doświadcza się w windzie, posuwającej się na dół. Zamiast odczuwać opuszczanie się windy, odbieramy wrażenie, że cały dom wznosi się w górę. Zamiast odczuwać drożenie pracy, odbieramy wrażenie, że towary drożeją.
I dopiero gdy zważymy, że jednak za tę samą ilość pieniędzy nie otrzymuje się już tyle towaru, co dawniej, zaczynamy rozumieć, że i zdrożenie pracy stało się fikcyą. Pieniądz wszystko wyrównał.
Wniosek z powyższego jasny. Ilość pieniędzy, płaconych za towary dziś i dawniej nie daje bezpośredniej wskazówki co do drożenia lub tanienia towarów. Sam fakt, że płacimy dziś więcej jednostek pieniężnych za takie same towary nie upoważnia wcale do twierdzenia, że one drożeją. To tylko kurczy się pieniądz pod naciskiem rosnących wymagań ze strony przedstawicieli pracy najsłabszej.
Jeżeli więc towary nie tanieją tak szybko, jakby tego należało się spodziewać, pierwszą winą tego jest okoliczność, że praca ludzka jest towarem, obdarzonym stałą dążnością do sprzedawania się za możliwie największą ilość pieniędzy. Parcie słabo twórczych rzesz do lepszego bytu obniża cenę pieniądza z większą szybkością, niżeli potęga duchów mocnych przyrabia wartości bezpłatnej.
Jeżeli gdziekolwiek cena pracy prostej wzrasta, lub czas pracy przytem samem wynagrodzeniu ulega skróceniu, tam ceny towarów muszą się przecież obniżać słabiej i powolniej, niż na to pozwala doskonaląca się technika. Zysk, któryby dać powinno spożywcom doskonalenie się techniki, maleje dla nich, a nawet całkiem unicestwia się wyższą ceną pracy; przechodzi ze spożywców na przedstawicieli pracy prostej. Otóż wobec faktu, że ceny pracy idą w górę i to z bardzo rozmaitą chyżością, ceny bieżące towarów nie mogą już służyć za wskazówkę rzeczywistego ich tanienia, przeciwnie bardzo często zupełnie maskują prawdziwy stan rzeczy i narzucają raz złudzenie, że towar, który naprawdę spada w cenie, drożeje, drugi raz, że coś tanieje zaledwie trochę, gdy w rzeczywistości tanieje nawet bardzo znacznie. Wznoszenie się cen pracy wywołuje największe złudzenie podnoszenia się cen towarów w tych gałęziach wytwórczości, w których są czynne kapitały najsłabsze, bo tutaj ceny wytworów wprost podnoszą się, pomimo że de facto owe wytwory tanieją.
I trzeba zdarzenia, że do takich towarów należą właśnie przedmioty najpierwszej użyteczności. Wkrótce dowiemy się dla czego tak jest, tymczasem zaznaczamy fakt, że tempo opadania cen towarów, grających najważniejszą rolę w budżecie drobnym, rzeczywiście jest najsłabsze. Jeżeli więc np. chleb i mięso nie tanieją, mieszkania drożeją, wówczas robotnik nie odczuwa zwiększania się dobrobytu, pomimo, że kupuje tanio i zużywa wiele takich przedmiotów, bez których dawniej musiał się obchodzić.
Choćby mu przeto statystyk dowodził czarno na białem wzrostu jego dobrobytu, pozostanie on głuchym na wywody, a kontrargumentem, jaki wystawi, będą pozornie wyższe ceny towarów, bez których obejść się nie może. W tych warunkach pozostaje zawsze w prostym umyśle odruchowo wyobrażenie, że wszystkoby się dlań zmieniło na lepsze, gdyby za pracę płacono dużo lepiej.
Aby dostrzedz w całej jaskrawości błędność takiego rozumowania, wyobraźmy sobie, że dokonał się przewrót tak wielki, iż ceny pracy prostej wzrosły dziesieciokrotnie na całej linii wytwórczości. Jakaż stąd korzyść wyniknie?
Oto ceny wszystkich towarów podniosą się gwałtownie, najwyżej zaś ceny przedmiotów, wytwarzanych w sposób mało ekonomiczny, z których większość należy do kategoryi najpotrzebniejszych. W tych warunkach zysk, spodziewany z wyższej płacy roztopi się w wysokich cenach towarów - zwiększając jeszcze dawne niezadowolenie, gorycz i urazę do sfer więcej posiadających. Pomawiać się będzie te sfery o ździerstwo, praktykowane przez podwyższenie cen przedmiotów najpierwszej użyteczności. Mało kto uwierzy, że drożyznę wywołało podniesienie ceny pracy prostej, bo zawsze łatwiej i milej wmawiać w siebie, że się jest krzywdzonym przez innych, niźli, że się jest samemu powodem swej krzywdy bądź rzeczywistej, bądź urojonej. Jakkolwiek więc krzywdy tu wcale nie będzie, ale pozory jej - w cenach towarów o wiele wyższych niż dawniej - będą niewątpliwie, zwłaszcza, że w płytkiem rozumowaniu spodziewano się z podwyżki cen pracy tego, czego ona dać nie mogła, mianowicie poprawy bytu. Oto błędne koło wysokich aspiracyi szerokich mas słabo produkcyjnych, które nie liczą się z podstawowemi warunkami wytwórczości i handlu.
Nie tędy więc droga do poprawy bytu mas szerokich. Choćby robotnicy zmówili się skutecznie i podnieśli cenę swej pracy stokrotnie, nic się dla nich więcej nie zmieni prócz tego, ze ceny wszystkich prawie towarów podniosą się stokrotnie, czyli że rubel spadnie dla wszystkich do wartości kopiejki. Podwyższanie cen pracy nie jest bowiem kwestyą treści, lecz tylko formy, jeśli mu nie towarzyszy większa wytwórczość.
A teraz spróbujmy sobie wyobrazić inny przypadek, mianowicie, że przy tych samych cenach pracy ludzkiej, kapitał duchowy wzrósł nagle do dziesięciokrotnej potęgi, (nie tylko potencyalnie, ale czynnie). Wówczas ten sam kapitał materyalny i ta sama ilość pracy zaczną dawać dziesięciokrotną ilość bogactwa. Cóż nastąpi? Ponieważ spółzawodnictwo dusz mocnych nie zniknie, bo jest ich stały nadmiar, więc ceny wszystkich towarów po dawnemu utrzymywać się będą w pobliżu granicy cen za prosta pracę fizyczną - czyli stanieją w przecięciu - dziesięciokrotnie. Nie będzie i tu równomierności, najtańszemi staną się znowu jedynie produkty kapitałów najekonomiczniejszych (najpotężniejszych), ale czy stosunki społeczne zostaną podobnie mało zmienione, jak w pierwszym przypadku? Wcale nie!
Ogólny dobrobyt i spożywczość mas wzrosną do niebywałych rozmiarów. Najskromniejszy nawet budżet odczuje ogromną obfitość i taniość dzieł, - więc przy tych samych ofiarach pieniężnych i tej samej ilości wykładanej pracy dobrobyt sfer szerokich stanie się bez porównania większy.
Dwa te przykłady dowodzą niezbicie, że to, z czego szeroki ogół dziś korzysta, zawdzięcza on tylko w drobnej części sobie, przeważnie zaś potędze duchowej wyżyn narodu - i tak będzie zawsze. Polepszanie się bytu materyalnego wszystkich warstw w narodzie płynie przeważnie z wyżyn, z niedocenianej potęgi twórczej tych, o których twórczości realnej szeroki ogół wątpi najmocniej, bo go wychowano w lekceważeniu społecznych (gospodarczych) zasług inteligencyi zarówno bogatej materyalnie, jak ubogiej. Od lat sześćdziesięciu czyni się wszystko, aby wpoić w szeroki ogół przekonanie, że tylko praca robotnika tworzy bogactwa, z których wszyscy korzystają, choć najskąpiej właśnie prawdziwi ich sprawcy, i robotnik świecie w to wierzy, nie domyślając się nawet jak potwornym grzeszy brakiem logiki.
Jest to już jednak wyłączna zasługą materyalistycznej filozofii i podążającej za nią takiejże ekonomii, że tak gruntownie poprzewracała w słabych głowach, iż trzeba dopiero zapraszać do porównywania bytu szerokich warstw narodu z bytem odległych naszych przodków, aby ocenić należycie te wielkie skarby, z których korzystają bezpłatnie nawet najmniej twórcze niziny - nie domyślając się, że nie swoim mięśniom ani głowom je zawdzięczają.
Materyalizm przyrodniczy, który apoteozuje tylko pięść, uzbrojoną miotem, a zapomina o głowie, która stworzyła młot parowy, - był tylko przez krótką chwile użyteczny w ekonomii, gdy w przesadnem uproszczeniu procesu twórczego odsłaniał istotne nadużycia wielu pracobiorców, ale pozatem narobił stokroć więcej zła, bo zmącił pojecie wartości i własności prywatnej, będące opoką dobrobytu społecznego, pojęcie, oparte na potędze zupełnie nowej dla świata ziemskiego, a zmącił dlatego, że nie kwadrowalo z jego światopoglądem. Jednak prawy przyrodnik, chociaż nie wierzy w skutek mechaniczny większy od przyczyny mechanicznej, grzeszy raczej nadmiarem optymizmu przyrodniczego, bo sam przecież dąży do owładnięcia siłą życia, która rośnie w postępie geometrycznym i która jaskrawo zaprzecza jego niewystarczającej zasadzie mechanistycznej. Dopiero uczeń jego w socyologii schodzi na manowce i chce zrównać dusze, bo mu ich różna wartość i potęga nie zgadzają się z przyjętą zasadą mechaniczną. Właśnie dla tego schował najdonioślejszą w ekonomii kwestye wartości pod korzec ceny, a w twórczem spółzawodnictwie społecznem widzi tylko brutalną walkę o byt ciał, więc proces destrukcyjny dla słabszych, gdy tymczasem kto rzecz głębiej ujmuje, ten widzi tutaj właśnie rzecz odwrotną, mianowicie korzyści, płynące dla słabszych z ewolucyi mocnych. Nie sfery więcej posiadające wywłaszczają sfery ubogie, ale dzieje się odwrotnie. Drożenie pracy prostej jest przyczyną ustawicznego wywłaszczania jednostek bardziej twórczych na rzecz słabiej twórczych i nic tego procesu nie zahamuje, chyba zniszczenie samego źródła twórczego, ale i wówczas stałoby się to nie tylko bez korzyści dla słabo twórczych, ale ku wielkiej ich szkodzie, a nawet klęsce, gdyż potężni duchem stali się już w dzisiejszym stanie zaludnienia warunkiem istnienia tej ogromnej ludności, jaka się utrzymuje na ziemi.
34. O niedostatku, ubóstwie i nędzy.
Czem się to jednak dzieje, że pomimo ogromnego przybywania bogactwa ludzkiego i bądź co bądź nie dającego się zaprzeczyć altruizmu bardzo wielu jednostek, pomimo wciąż rosnącej w środki dobroczynności publicznej, powszechne są skargi na niedostatek, a ubóstwo i nędza jest stałem zjawiskiem nawet w narodach bogatych? Jakie są widoki, aby taki stan uległ zmianie na lepsze?
Dużo już myślano nad kwestyą nędzy i środkami jej usunięcia.
Jedni, jak wiemy, przyczynę jej upatrywali w prawie własności prywatnej i dla tego domagali się równego, albo równiejszego rozdziału bogactwa, inni dopatrywali się źródła nędzy w zbyt szybkiem przymnażaniu się ludności, w braku pracy, chronicznie powtarzającym się, we wzrastającej drożyźnie i t. d.
Kto nie chce tracić słów napróżno i kwestyi nędzy mieszać z kwestyą nierównego uposażenia, ten musi z miejsca odróżniać kwestye nędzy od kwestyi ubóstwa i niedostatku.
Jeżeli przypomnimy sobie, co było mówione na temat głodu społecznego (rozdz. 13), to zgodzimy się, że gdy żywot w stanie natury jest bezustannem dążeniem do zaspokajania uczucia braku, to i żywot w społeczeństwie, sprowadzony do ostatecznych ogólników, musi być tem samem, "różniąc się tylko skalą skomplikowania potrzeb, a zarazem ich podwójnością". Dążność do sytości, będąc fizyologiczną potrzebą ciała, nie milknie w żadnym osobniku tak ludzkim, jak zwierzęcym i nad nią dopiero rozwija się druga dążność do sytości, czysto społeczna, dążność do dobrobytu. Obie są nienasycone, gdyż pierwsza odnawia się ciągle, druga nie znajduje zaspokojenia dla tego, że stale wzrasta. Kres "sytości" społecznej ustawicznie się oddala w miarę zaspokajania, albowiem człowiek, w miarę zaspokajania zjawiających się potrzeb wciąż dostrzega coraz nowe przedmioty, godne pożądania.
Na tle zatem zabiegów o elementarną sytość rozpościera się dziedzina druga zabiegów o posiadanie tego, co się widzi u innych, albo przynajmniej o utrzymanie się na poziomie społecznym raz zdobytym. Sprężyną tych zabiegów głód takich rzeczy, które dla indywidualnej struktury duchowej stanowią zrealizowanie ideałów chwili. Dusza bowiem w zetknięciu z realnością świata jest w ustawicznem przetwarzaniu się, skutkiem czego jej ideały również ulegają zmianom.
Głód ten, nie daje prawie nikomu spocząć, a będąc sprężyną rozwoju cywilizacyi, stanowi zjawisko zarówno normalne, jak dodatnie.
Jeśli wystawimy sobie naród jako nawarstwienie osobników według ich ciężaru gatunkowego, czyli według ich zamożności społecznej, rozmieszczone w środowiskach, właściwych każdej warstwie, to zrozumiemy, że każda dusza dąży do swojej atmosfery materyalnej. Więc dusze rosnące czynią wysiłki, aby się wznieść wyżej, bo czują się już źle w atmosferze, z której wyrastają. I dla tego istnieje ruch stały z dołu do góry.
Mówią, że fortuna kołem się toczy, ale ona zna tylko ruch prostolinijny, unoszący z różną szybkością jednych w górę, innych na dno społeczne. W dwóch tych prądach uwidocznia się zmienność fortuny, a istnienie ich można nawet uważać za warunek spójności narodu, gdyby bowiem osobniki jednego rodu miały stale utrzymywać się wciąż na swoich miejscach, to o ileby nie był jeden los wszystkich ludzi, jak to widzimy w świecie zwierzęcym, wówczas różne poziomy społeczne czyli różne grupy, stanowiłyby światy, wyodrębnione od innych na stałe.
Ale gdy wzmagająca się użyteczność społeczna, a zarazem moc jednych osobników wyprowadza ich wciąż wyżej, zmniejszająca się zaś użyteczność lub słabnąca moc twórcza zmusza innych do opadania, - przeto przedstawiciele rodowi wszystkich środowisk zmieniają wciąż miejsce, ocierają się o siebie i utrzymują ogólną wspólność rodową oraz rozumienie się wzajemne.
Niezależnie od ruchu w górę osobników potężniejących, istnieje nieustanny ruch zstępujący, uwarunkowany naprzód nieszczęściami losowemi, spotykającemi przedstawicieli wszystkich, nawet najwyższych, poziomów, powtóre najrozmaitszemi wadami nabytemi, których wyliczanie byłoby zbyteczne, tak są znane. Próżniactwo, lekkomyślość, rozrzutność, szkodliwe nałogi spychają zawsze pewną ilość jednostek z różną szybkością z wyższych środowisk do niższych. Wszystkie one cierpią niedostatek, albowiem stają wobec konieczności poprzestawania na mniejszem, ale cierpią niedostatek względny, i dopiero na najniższym poziomie sytuacya się zmienia, albowiem osobniki tu opadłe znajdują się nagle u kresu zaspokojeń najskromniejszych ludzkich potrzeb.
Niedostatek jest odczuwaniem względnego braku, nawet ubóstwo jest tylko nizkim stopniem dobrobytu, więc brakiem względnym, nędza dopiero bezwzględnym brakiem dobrobytu.
Niedostatek jest inny na każdym poziomie dobrobytu społecznego i każdy może być jeszcze dostatkiem na poziomie wymagań nieco niższych, bo suma zaspokojeń, dająca jednym wrażenie niedostatku, dla nieprzyzwyczajonych i mniej wymagających może być jeszcze szczytem marzeń.
Uczucie niedostatku najczęściej pobudza do wysiłków twórczych, jest dążeniem wyżej lub bronieniem się przed opadaniem, - uczucie nędzy jest już tylko beznadziejnem borykaniem się bezsilności ekonomicznej na dnie, a często bronieniem się już tylko przed śmiercią głodową.
Otóż zjawia się pytanie: czy taki niedostatek krańcowy może być poczytywany za skutek niesprawiedliwości społecznej, lub też raczej nadmiaru ludności, dla którego nie wystarcza już bogactwa istniejącego i wciąż dorabianego, albo też jeszcze jakichś innych przyczyn? I drugie pytanie, czy ten niedostatek krańcowy może być usunięty na drodze społecznych zarządzeń?
Biorąc rzecz powierzchownie, zdawałoby się, że zaradzenie nędzy powinnoby być zadaniem łatwem, boć przecież niema jej tak wiele stosunkowo do środków bardzo obfitych u góry i w całym narodzie, jednak dużo daje do myślenia fakt, że nędza jest stałem zjawiskiem nawet w społeczeństwach najbogatszych, a trzeba też dodać i najofiarniejszych.
Malthus, który głęboko rozmyślał nad tą sprawą, doszedł do przekonania, że choćby nawet równo uposażyć wszystkich, jeszczeby się nie usunęło nędzy, bo coraz nowe kadry popadałyby w niedostatek i cała ludność skończyłaby po pewnym czasie na nędzy, albowiem mnoży się ona prędzej, niżeli środki do życia, mianowicie w stosunku geometrycznym, gdy środków do życia przybywa tylko w arytmetycznym. Żadna też dobroczynność prywatna i publiczna nie może według niego doprowadzić do zniesienia nędzy, gdyż miłosierdzie sprzyja raczej dalszemu przyrostowi ludności mało produkcyjnej i biednej. Domagał się też zaprowadzenia różnych ograniczeń, któreby kładły tamę zbyt szybkiemu przyrostowi ludności.
Teorya Malthusa wywołała długi szereg gorących sporów. Przeciwnicy jej twierdzili, że rozwój techniki będzie dostatecznie zwiększać bogactwo, aby go starczyło dla przymnażającej się ludności, a także, że i sam przyrost ludności nie jest znowu ani tak wielki ani jednakowo szybki, aby wymagał sztucznych ograniczeń.
Jakkolwiek twierdzenie Malthusa co do mnożenia się ludzi w proporcyi geometrycznej a środków utrzymania tylko w arytmetycznym nie potwierdziło się, bo i nie mogło się potwierdzić, jako oparte na dowolnem powiązaniu dwóch zjawisk niezależnych od siebie, mimo to główna idea Malthusa utrzymuje się i dzisiaj w bardzo szerokich kołach, a nawet wywarła niemały wpływ praktyczny, zmierzający do ograniczenia liczby urodzeń. Cały szereg myślicieli, więc Place, Owen, Mill, Drysdale, Mantegazza, Stille, znany pod nazwą szkoły nowomaltuzjanizmu, odrzucając pewne strony nauki Malthusa, widzi jeden tylko środek, mianowicie ochronne obcowanie, choć nie bierze pod uwagę, że tam właśnie, gdzie ono byłoby najpożyteczniejsze, tam niema poczucia jego potrzeby i nikt nawet niewładny przeprowadzić zalecanych ograniczeń.
Nam wydaje się cokolwiek dziwnem, że można było bronić w teoryi Malthusa tego, co się obronić nie da, jak również atakować szczegóły drugorzędne trafnego spostrzeżenia, gdy jądrem zagadnienia nie jest kwestya czy ludność pomnaża się zbyt szybko, ale kwestya, czy nędza może być zniesiona lub ograniczona bądź na drodze ograniczenia liczby narodzin lub dobroczynności? Maltuzjaniści kwestyę nędzy sprowadzają poniekąd do kwestyi nadmiaru twórczości życiowej w rodzie ludzkim i jedyne lekarstwo na nędze upatrują w nałożeniu twórczości życiowej hamulca.
Niewątpliwie mają oni w zasadzie dużo słuszności, ale według naszego przekonania dostrzegli jedną tylko przyczynę nędzy, gdy tymczasem jest ich dwie i to niezależnych od siebie, przyczem ta druga więcej waży od tej, którą uznali za jedyną.
Pierwsza tkwi w bujności życia, które stale i wszędzie powołuje do istnienia więcej ciał, niżeli ich może środowisko wyżywić. Instynkt rozrodczy mnoży jestestwa żywe aż do przesycenia środowiska.
W całej przyrodzie życie tryska w ogromnym nadmiarze, w tak wielkim, że gdyby miało warunki, rychło zamieniłoby choćby całą materyę ziemi w swoje formy. Ale ponieważ te warunki wszędzie są bardzo ograniczone, więc wypełnia czarę tylko po brzegi, nadmiar zaś wylewa ustawicznie na zagładę, Wszystko niedość silne ginie już na wcześniejszych stadyach rozwoju z powodu braku wolnego miejsca na ziemi.
Nadmiar życia zwykle najbardziej uderza widza w lesie podzwrotnikowym, ale niesłusznie, bo tam bije w oczy głównie obfitość form życia i wielkie ich nagromadzenie, które bierzemy mylnie za nadmiar. Nie jest to wcale nadmiar, skoro stale się utrzymuje. Właściwy nadmiar ukryty jest tam przed naszym pospolitym wzrokiem - i stale marnieje zaraz w pierwszych stadyach pojawiania się nędzy życiowej osobników. Co się tyczy prawdziwego nadmiaru, to panuje on proporcyonalnie taki sam nawet na jałowych skałach górskich, gdzie skromne i jednostajne w swych wymaganiach życiowych mchy i porosty walczą o każdy cal gruntu, o każdy pyłek ziemi urodzajnej. Nawet na tych skałach i w tej pozornej równości rodzi się stokroć więcej, niż może się utrzymać pomimo bardzo skromnych wymagań. Zarówno też w lesie podzwrotnikowym, który pod względem rozmaitości form i niejednakowych wymagań życiowych może być bardzo trafnie porównywany do mocno zróżnicowanego społeczeństwa, jak na jednostajnym stepie oraz jałowych skałach podśnieżnych upadki stokroć są częstsze od powodzeń, a nędza wielkiej ilości osobników pospolitem zjawiskiem.
Skądże więc mogłoby być inaczej w świecie ludzkim, kiedy przez ciała należy on przedewszystkiem do świata jestestw żyjących i bezwiednie usiłuje nie tylko trwać, ale szerzyć się, jak pożar, do granic ostatecznej możliwości.
Szlachetni myśliciele na widok bezmiaru nędzy, w jakiej boryka się materyał ludzki na nizinach bytu społecznego, dzwonią na alarm, wołając "ratunku dla ginących"! "miłosierdzia", a nawet "sprawiedliwości"!
Niestety, za mało są przyrodnikami, aby zrozumieli, że najgorliwsze nawet zaspokojanie potrzeb tych, którzy się już narodzili w warunkach niekorzystnych i cierpią niedostatek, nie zaradzi złemu, bo z nich zrodzą się nieuchronnie nowi, potrzebujący ratunku, a zrodzą się właśnie dla tego, że znalazły się warunki dla nowego kontyngensu istot żywych. Im więcej pomocy tam, gdzie panuje bezsilność społeczna, tem więcej powstanie tam nowego życia surowego, domagającego się z kolei ratunku przed zagładą a co ważniejsza tam będzie nowe życie domagać się zaspokojenia potrzeb ludzkich, jak wiemy niełatwych do zaspokojenia, bo bezgranicznych.
W tem zmaganiu się miłosierdzia z bujnością życia, największa nawet ofiarność nic nie poradzi, bo rychło siła życia zawsze wypełni czarę po same brzegi, choćby się te brzegi ustawicznie wznosiły w górę. Ale takie wznoszenie się ma przecież swoje granice, więc też pierwej zabraknąć musi środków, aniżeli kandydatów do życia. Mogłoby pierwej zabraknąć wszystkim żyjącym miernych choćby warunków istnienia ludzkiego, ale życiu nie zabrakłoby wcale dążności do szerzenia się. Więc najofiarniejszej walki z nędzą osobników nietwórczych koniec byłby jeden. Świat twórczy i tworzący bogactwo zbiedniałby do ostatnich granic, odmawiając sobie coraz to innych potrzeb, mniej koniecznych, i zamiast zgładzić widmo nędzy tych, co nie tworzą, albo zamało tworzą cały znalazłby się nadmiernie rozmnożony, na skraju nędzy.
Na rzecz prostego życia dokonałoby się samobójstwo cywilizacyi, samozagłada wyższej formy bytu dla utrzymania niższej, samozagłada ducha na rzecz ciał, a w dodatku bezużyteczna, bo tej obfitości materyału ludzkiego, wobec ogólnego zubożenia i przez to coraz słabnącej wytwórczości, ziemia jużby nie zniosła, więc po ruinie cywilizacyi nastąpiłaby zagłada całego i to bardzo już wielkiego nadmiaru jestestw...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Przebudzenie
Marsze Polaków za pokojem – 19 października w Rzeszowie , 26 października w Szczecinie budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...
-
Sokrates – grecki filozof słynął ze swych opowieści dydaktycznych i innych moralnych rad z zakresu – dziś nazwalibyśmy to – stosunków międz...
-
Wiele się obecnie rozprawia o znaczeniu wszechoceanu, z drugiej zaś strony lądów – głównie Eurazji – w starciu o panowanie nad światem. Zas...
-
A to dopiero zakpiła sobie z obywatela Tuska Donalda Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje! Kiedy Naczelnik Państwa, co to najpierw patronował spr...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz