Jeżeliśmy sprostowali błąd mechanistów, którzy niewiele sobie robią z wartości rzeczywistej i taksują bogactwo tylko od strony cenności, nie trzeba również taksować bogactwa ludzkiego jedynie według wartości realnej, bo stalibyśmy się sami na inny sposób mechanistami, utrącając korzyści naukowe, które nam dało uwzględnienie roli dusz, jako czynników twórczych. Skorośmy uwzględnili nierówność dusz - w twórczości, należy ją uwzględniać także w używaniu i zużywaniu. Innemi słowy, należy bogactwo oceniać także od strony psychicznej jego spożywców. Wtedy spostrzeżemy, że wszystko, co tworzymy, to pokarm duchowy, pokarm bardzo dziwny, gdyż potrzebny on i pożywny nie dla każdego indywiduum, ale tylko dla tych, którzy tego pokarmu łakną i umieją się nim nasycić.
Bogactwo - to ogólnik, cenność, - to również ogólnik, nawet wartość jest to abstrakcya, porządkująca wprawdzie nasze pojęcia ekonomiczne, ale nie dająca należytego pojęcia: czem jest bogactwo, boć wartość rzeczywista jest dla poszczególnych ludzi pojęciem zgolą obojętnem. Dopiero, gdy uwzględnimy stronę psychiczną dzieł ludzkich i podzielimy je według duchowej ich treści - odsłoni się nam względność bogactwa jako celu pożądań.
Dzieła ludzkie są zawsze zrealizowaniem pewnych określonych ideałów. Wiemy już z rozdz. 22, że tylko rozważane w charakterze handlowym, jako towary są one czemś, co się mierzy poniekąd ilościowo, jako materya społeczna i ceni przedewszystkiem jako nagromadzenie pracy. Rozważane w charakterze ideałów - są one czystem zadowoleniem pożądań i muszą być rozpatrywane od strony jakościowej, od strony użyteczności, od strony podmiotowej. Wtedy nie możemy już na dzieła ludzkie spoglądać ani od strony cenności bezwzględnej, ani od strony wartości, które powinnyby być prawie jednakie dla wszystkich, - boć przecież wiadomo, że ideały ludzkie nie są ani jednakie, ani stałe. Co jest ideałem dla jednego, może nie być nim dla drugiego; niemal każdemu trzeba czego innego.
Im dusze (t. j. myśli, uczucia, a więc i dążenia) mniej do siebie podobne, tem ich przedmiotowe ideały muszą być różniejsze. A ponieważ wszystko, co znamy pod mianem bogactwa, posiada ściśle określone i niezmienne cechy, więc również ideałami (choćby chwili) muszą być tylko przedmioty o ściśle określonych cechach. Ogół bogactwa w narodzie to niezmierne nagromadzenie ideałów, - ale indywidualnych. Gdy dusze ludzkie różnią się niezmiernie miedzy sobą - więc każda rzecz może w stosunku do różnych indywiduów być lub nie być ideałem. Potrzeby i pożądania nasze zaspokaja wcale nie materya, z konieczności tkwiąc w bogactwie, nie cenność ani wartość, ale te i nie inne kształty jej i właściwości. Bez odpowiednich cech - największa nawet wartość nie stanie się pożądaną. Dzieło Rafaela lub teleskop w sferze, dla której nie będą ideałem, muszą mieć cenność niższą nawet od ceny samych materyałów, użytych do wytworzenia dzieła. Wartość i użyteczność płótna Rafaela lub teleskopu będą w nieodpowiedniej sobie sferze zgoła niezrozumiałe. Ileż to razy przekonywano się o tem po masowych pogromach wojennych, gdy lud niżej stojący w cywilizacyi marnował bezcenne dorobki wyższej kategoryi ludu wysoko cywilizowanego (np. dzieła nauki i sztuki); ileż razy w życiu codziennem dowiadujemy się o podobnych niedocenianiach największych nawet wartości, gdy dostają się we władanie dusz, niezdolnych ani ich ocenić, ani czerpać z nich zadowolenia.
Na tle tych wyobrażeń możemy trzeźwo ocenić, jak względne posiadają znaczenie statystyczne obliczenia tych rachmistrzów, którzy, dokonawszy pracowitego obrachunku kupieckiego wszystkich bogactw według ich cen rynkowych, doszli do wyrażenia ogółu bogactwa danego narodu w jednej sumie pieniężnej, np. majątku niemieckiego w sumie 300 miliardów marek. Dzielą oni potem otrzymaną sumę na liczbę głów w narodzie i okazują, że w danym kraju na głowę przypada tyle to setek rubli, np. tu 200, tam 400 lub tysiąc.
Jako cyfry porównawcze, ilustrujące zamożność narodów, będą to liczby pouczające, ukażą bowiem, że Niemcy zajmują po Anglii i Francyi trzecie miejsce w Europie pod względem zamożności, my zaś jedno z ostatnich, - ale trzeba na tem poprzestać. Jeśliby bowiem ktoś na tych cyfrach chciał budować wnioski praktyczne, zastosowane do indywiduów i wyobrażał sobie, że rozdzielenie majątku narodowego między wszystkich równo uczyniłoby każdego posiadaczem majątku w cenności 200, 400 lub tysiąca rubli, - ten popadłby w wielki błąd. Wprawdzie statystyka podsuwa prawie każdemu, a zwłaszcza prostemu umysłowi, myśl, że istotnie każdy obywatel stałby się po repartycyi właścicielem małego wprawdzie, ale realnego bogactwa, to jednak nie trudno przyjść do przekonania, że realność owego bogactwa indywiduów byłaby grubem złudzeniem, bo płynie z zapoznania jakości i z utkwienia wzroku w samej ilości tego, co nazywamy cennością.
Równy podział istniejącego bogactwa - czy to według cenności, czy według wartości (a nawet to ostatnie tem bardziej) - nie zadowoliłby nikogo z tych nawet, którzyby byli stroną wyłącznie biorącą, owszem przyniósłby wszystkim ogromne rozczarowanie.
Aby najprościej wykryć tego przyczynę, wyobraźmy sobie, że nie majątek narodu między miliony osobników, ale zwykły majątek zamożnego osobnika ma być rozdzielony w naturze i równo między stu ubogich ludzi i że po dokonanym obrachunku na każdego wypadnie bogactwa aż za 1000 rb.
Ponieważ w owym majątku będzie urządzenie jednego mieszkania kosztownego i pięciu skromniejszych, będzie tam 10 cennych obrazów, piękna rzeźba w marmurze, dwa cenne zegary, dwa dywany perskie, fortepian, wytworne umeblowanie salonu i t. d., zachodzi pytanie: jakże się wypadnie podzielić? Ze względu, że zegarów, obrazów i t. p. nie można pokrajać na sto części, przeto kilkunastu ludzi wyjdzie, mając za majątek po obrazie olejnym, po zegarze, po dywanie, jeden stanie się posiadaczem pięknego fortepianu, dwóch innych razem wyniesie marmurową rzeźbę, medytując, jakby się nią podzielić. Kto tu będzie zadowolony?
Gdyby podobna likwidacya zdarzyła się w warunkach, umożliwiających sprzedanie otrzymanych przedmiotów, łatwo zrozumieć, że wszyscy wyszliby zachwyceni, albowiem nowy właściciel fortepianu pozbyłby się niepotrzebnego instrumentu i za otrzymana gotówkę nabyłby ideały swoje i to samo zrobiłby prawie każdy. Ale my rozważamy podział w warunkach, wyłączających zamianę, bo wyłączających istnienie tych, którzy mogą podobne rzeczy od niezadowolonych odkupić. Wszak cały majątek narodu idzie do równego podziału i nikt nie potrzebuje już nic innego - prócz rzeczy niezbędnych przy uposażeniu majątkiem tysiącorublowym. W podobnych warunkach nikt nie zechce wziąć ani samego fortepianu, ani obrazu, ani cennego futra, bo wyszedłby biedakiem, niemajacym co do ust włożyć.
Przykład ten ujawnia prawdę, że bogactwo, które istnieje, jest dopasowane do wielkiej rozmaitości dusz i do znacznych różnic w ideałach naszych - i to tak ściśle, jak jedna skorupa do jednego ślimaka.
Ogromna ilość bogactwa służy tak nieprzeciętnym potrzebom, że nie posiada żadnej użyteczności poza sferą, której służy i dla której została stworzona.
Naród łatwiej mógłby przestać produkować nadal takie bogactwa, jakie produkuje i zacząć tworzyć całkiem inne, np. uniwersalne, aniżeli bez ogromnych strat podzielić się istniejacem równo, według jego cenności lub wartości.
Zatem przez równy podział tego co istnieje, społeczeństwo zubożałoby nagle w rozmiarach bardzo dotkliwych. Odebranoby ideały sferom wyższym, ale bez pożytku dla niższych. Z bogactw cenionych zrobiłyby się nagle niecenione nieużytki, któreby zmarniały, żałowane tylko przez ich dawnych właścicieli, - dla reszty całkiem obojętne.
I co uległoby tutaj zagładzie? Właśnie to, co ma największą wartość i najwyższą użyteczność, co jest zarazem istotą wyższej cywilizacyi, co służy jedynie wyższym potrzebom.
Gdy zaś zważymy, że właśnie ta kategorya bogactw odznacza się wartością znacznie wyższą od cenności swej i że ona szeroki ogół najmniej kosztowała, to zrozumiemy, że zaszłaby tu zagłada samej wartości, tej czystej, która, jako dzieło dusz najpotężniejszych jest prawą ich własnością. Lecz nietylko to. Przecież owa kategorya bogactw jest realnym pokarmem owych dusz najobszerniejszych. Skasowanie przeto lub zabranie im owych ideałów, owych wartości realnych, dokonane bez żadnego pożytku i zysku dla dusz mniejszych, byłoby równocześnie śmiertelnym ciosem dla szerszych i subtelniejszych. Znikłyby nie tylko realizacye ideałów szerszych - ale i same ideały. Rozrosłe i bujne dusze ludzkie skurczyłyby się do rozmiarów pospolitych, - ale pospolite ani na jotę przez to nie rozszerzyłyby się.
Lecz może uczyniłyby się szczęśliwszemi?
I to nie, gdyż wszystkie dzieła ludzkie, o ile stają się ideałami swych posiadaczów, zapewniają im jednaką sumę szczęścia. Wyższe nie dają wcale większego - dają tylko inne. Zadowolenie z urzeczywistnienia pragnień może być na każdym poziomie i każdemi środkami, równie pełne.
A więc - skoro równy podział realnych wartości nie przysporzyłby ani użyteczności ani szczęścia szerokiemu ogółowi, ale za to odebrałby użyteczności, ideały i szczęście sferom wyższym, przyprawiając je o zanik (w cierpieniach) - byłby on czynem nie tylko nieużytecznym, ale bezrozumnym i zbrodniczym. Ogromna ilość obu bogactw roztopiłaby się, jak śnieg wiosenny, gdyż jedno bez drugiego istnieć nie może, ale roztopiłaby się bez pożytku dla innych.
Jeżeli rzadko bywa to rozumiane w całej pełni i grozie, powód jest zawsze ten sam: niezdawanie sobie sprawy z faktu, że na jednym gruncie ocierają się o siebie światy duchowe zgoła niepodobne do siebie i nie rozumiejące się wzajemnie. Nie mogą już one zadawalniać się jednakowemi środkami, zupełnie tak samo, jak żyjąca na ziemi różnorodna fauna z jej tysiącami kształtów, natur, potrzeb i dążeń, nie może już żywić się jednakim pokarmem. Chcieć wszystkie zniwelować do odczuwania jednych potrzeb i zadawalania się jednemi pokarmami byłoby dążyć do ich zagłady, boć to przecież rozwój uczynił je z pierwotnie jednakowych i prostych - zróżnicowanemi i skomplikowańszemi.
Nawet, gdyby się to planowało wyłącznie dla szczęścia nizin narodu bez oglądania się na losy wyżyn, byłoby i wówczas obraniem mylnej drogi, niepraktycznej, barbarzyńskiej, a nie celowej, gdyż zamiast zabijać to, co wystrzela wysoko i co najcenniejsze w ludzkości, - można podnosić - co nizkie.
Z drogi zresztą, po której kroczy większość ludów, doprawdy niema powrotu. Mocni duchem stali się już nie tylko warunkiem względnego szczęścia całego ogółu, ale wprost warunkiem istnienia tej ogromnej ludności, jaką ziemia nosi. Ich zniknięcie wywołałoby wprost katastrofę, bo nieuchronną zgubę większości ludzi, a oczywiście i całej cywilizacyi materyalnej i duchowej. Tylko mocni duchem i w spółce z bogatymi w materyę kapitałową zawsze będą pracować na korzyść reszty ludności, pracując na własną korzyść, albowiem bogactwa najobficiej przybywa tylko z ducha, bezpłatnie pracującego na to, aby wszystko stawało się coraz dostępniejszem dla każdego.
To, czego domagają się różni komuniści, aby dać wszystkim, przez brutalne odebranie bogatym, dokonywa się przy istniejącym ustroju ustawicznie tylko nie widocznie dla zwykłego oka. Potężni sami się wydziedziczają na rzecz ogółu, z tą różnicą od aktu powszechnego wywłaszczenia, że nie tracą swej mocy twórczej, nie utrącają atmosfery społecznej, niezbędnej do ich istnienia, ani niezbędnego warsztatu twórczego.
Pamiętajmy wreszcie i o tem, że szczęście na żadnym poziomie nie istnieje w stanie statycznym, ale tylko w dynamicznym. Szczęście - to zaspokajanie odczuwanego braku, to skuteczne dążenie wyżej, do coraz nowych zadowoleń, to ruch ku wyższym ideałom. Nieszczęściem - ruch wsteczny, opadanie.
Kto to rozumie, ten może sprzyjać tylko powszechnemu pochodowi w górę, a więc nie kosztem obniżania istniejących wyżyn, tylko przez podnoszenie nizin.
Gdy to wszystko weźmiemy w rachubę, to jeszcze raz przekonamy się, że nie żaden "kapitał" ciąży żelazną łapą nad klasą małoposiadającą, lecz tylko z jednej strony złość ludzka, - wyzysk osobników niesumiennych, które się spotykają we wszystkich warstwach społecznych, nie tylko wśród pracobiorców, - z drugiej zaś strony te odwieczne wady i braki natury ludzkiej, które we wszystkich krajach i stuleciach minionych doprowadzały ludzi do nędzy, podobnie jak nieobecność tych wad i braków wyprowadza innych z nizin na szczyty bądź potęgi ducha bądź materyalnej. Nie wolno wydawać tyle, co się zarabia, oto recepta na byt znośny, a na byt dobry jeszcze druga: trzeba powiększać nie tylko własną materyę kapitałową, ale moc twórczą, ów majątek wewnętrzny, którego ani ogień ani woda nie zabierze. Tylko człowiek wykształcony (mniejsza w jakim fachu i do jakiego stopnia) staje się ekonomicznie czemś więcej od zwierzęcia roboczego, a doprawdy ogromna ilość ludzi nawet w wieku XX-m reprezentuje siłę, zaledwie dającą się. cokolwiek wyżej postawić od sił czysto zwierzęcych. Ubóstwo nie wzrosło, owszem, zmalało, tylko na tle gwałtownie zmienionych warunków bytu, przez prosty kontrast z powiększonym stanem posiadania "mocnych", wydaje się dotkliwszem. Świadomość ubóstwa (w warstwach mało produkcyjnych) powiększyła się przez łatwość porównywania i szybki wzrost aspiracyi, - oto wszystko. Wszelkie zaś piorunowania na "ustrój kapitalistyczny" opierają się na niezdawaniu sobie sprawy, gdzie prawdziwe źródło bogactwa w ogólności, a zwłaszcza ogromnych bogactw, przyrastających w wieku XIX-m i XX-m.
37.Wiek kapitalizmu.
Wiek XIX nazwano wiekiem kapitalizmu - i całkiem słusznie, bo jeszcze nigdy, w żadnej epoce i w żadnym kraju kapitał nie był tak twórczy, jak w ostatniem stuleciu naszej ery, oczywiście na obszarze, zajmowanym przez rasę białą, a zwłaszcza przez niektóre jej odłamy, najpotężniejsze ekonomicznie.
W końcu wieku XVIII-go siła maszyn w Anglii równała się sile roboczej 10-ciu milionów ludzi. Była to potęga, przysparzająca dużo bogactwa, ale dopiero, gdy porównamy z nią siłę machin czynnych w Anglii w roku 1870, zrozumiemy co za przewrót zaszedł w ciągu krótkich lat 80'ciu. W owym roku siła machin doszła do wydajności siły miliarda ludzi.
Gdybyśmy nawet przyjęli, że przy tych machinach pracuje 20 milionów ludzi, a choćby 40, to okaże się, że nad produkcyą bogactwa Anglii pracowała w roku 1870-m sama przyroda z siłą 960 milionów ludzi, albo, inaczej i lepiej mówiąc, zastępowała pracę 960-ciu milionów ludzi.
Jeżeli odliczymy starców, dzieci i niezdatnych do pracy, to będziemy mogli powiedzieć, że maszyny angielskie pracowały na korzyść Anglii z siłą całej ludności ziemi. A maszyny - jak wiemy, to przeważnie potęga przyrody, wprzęgnięta przez ducha ludzkiego. Zatem duch anglików pracował dla nich z siłą ludności całej ziemi. Czy może nas dziwić szybki wzrost bogactwa Anglii, gdy zważymy, że w ciągu lat 80-ciu wiedza zaprzęgła tam sto razy więcej niż dawniej sił przyrody, za sprawą uczonych, wynalazców i wogóle ludzi, oddających się wyższej pracy twórczej?
Wciągnięcie do pracy twórczej tak kolosalnych sił przyrody musiało się odbić niesłychanem przymnożeniem bogactwa, jakoż odbiło się przeobrażeniem wszystkich stosunków ludzkich. A przecież nie należy zapominać, że za Anglią, ręka w rękę lub z nią do wyścigu, poszło jeszcze kilka innych narodów, najlepiej przygotowanych do rozwoju swych sił. Tak nadzwyczajnego skoku w przyroście użytecznej twórczości próżnoby szukać w całej historyi świata. Nie było go i zapewne nigdy już nie będzie. I cóż dziwnego, że wiek XIX wywołał istny przewrót, zmienił gruntownie pojęcia nasze na pytania: co możliwe, a co niemożliwe i tych, którzy pamiętają co było dawniej oszałamia, innym zaś, którzy nie umieją już wyobrazić sobie warunków, w których żyli jeszcze dziadowie nasi, wydaje się rzeczą zwykłą i naturalną.
Jednak wcale nie w tem dodatniem znaczeniu i nie w intencyi podkreślenia dobroczynnej potęgi twórczej kapitału zamianowano wiek XIX wiekiem kapitalizmu. Uczyniono to w zamiarze wprost odwrotnym, dla napiętnowania spółczesnego ustroju, opartego o własność prywatną mianem wyjątkowo niesprawiedliwego. Wszak to niezadowoleni z rozwoju przemysłu fabrycznego ochrzcili ubiegłe stulecie mianem tem, nadając mu treść złowrogą. Kapitał ogłoszono za "prawie usankcyonowaną formę rabunku" (Rodbertus, Mara i wielu innych), za wroga "pracy", bo za przyczynę ubóstwa i nędzy tych, którzy nie posiadają kapitału.
Któraż charakterystyka czy ocena słuszniejsza?
Na to pytanie odpowiedź łatwa. Naprzód wypadnie zwrócić uwagę czytelnika na okoliczność, że wyraz kapitał powszechnie inaczej jest rozumiany, niżeli ustaliliśmy to w niniejszej książce, więc należy rozróżnić oba pojęcia, następnie dopiero ocenić ich trafność. Otóż kapitał w dawnem rozumieniu ma być w całości swej zaoszczędzonym owocem pracy tylko ludzkiej, zatem "ustrój kapitalistyczny" ma oznaczać ustrój w którym jedni, nieliczni, posiadają owoc pracy bardzo wielu osobników, odebrany im na drodze ciągle niesprawiedliwego dzielenia się zyskami, płynącemi ze wspólnej pracy.
Jeśli tak będziemy tłumaczyć ustrój kapitalistyczny, a stojąc na stanowisku mechanistów, inaczej doprawdy niepodobna go określać, to dziwnem musi się wydać każdemu, co trzeźwo rozumuje, dlaczego dopiero wiek XIX uczczono, a raczej napiętnowano mianem "kapitalistycznych. gdy wszystkie czasy, poczynając od starożytnych, znają kapitał i posiadaczów kapitału. Przecież od czasu jak istnieją podział pracy, narzędzia pracy, własność prywatna i kontyngens nieposiadających kapitału - nigdy nie było innego ustroju nad kapitalistyczny. Dla czegóż nagle dopiero wiek XIX-ty okrzyknięto wiekiem kapitalizmu?
Oto dla tego, że kapitał nigdy jeszcze nie pomnażał się tak błyskawicznie, jak w wieku XIX-m i nigdy jeszcze nie przysparzał tak wiele bogactw użytkowych, jak teraz.
Lecz cóż zaszło, coby tłumaczyło ten nieznany dawniej przyrost bogactwa?
Jeżeliby miało być trafnem dawne rozumienie kapitału, że jest on owocem pracy ludzkiej, który został odebrany klasie przeważnie fizycznie pracującej, to z nieodpartą logiką należałoby przyjąć za prawdę, że ta klasa poczęła nagle w wieku XIX-m pracować bez porównania silniej, niżeli we wszystkich wiekach poprzednich i że stosunkowo mała garść "wyzyskiwaczów" zagarnia ustawicznie dla siebie wszystkie owoce jej pracy. Lecz czyż to jest podobieństwem, aby klasa fizycznie pracująca miała nagle stać się. tak bardzo znacznie pracowitszą, a równocześnie silniejszą pod względem produkcyjności? Wszak wszędzie dzień roboczy ulega tylko skróceniu, a mimo to zaplata za trudy pozwala coraz lepiej żyć tej klasie, zwłaszcza w przemyśle fabrycznym, którego kapitały rosną z największą szybkością. Jakże to wszystko może się ze sobą godzić? Coraz mniej się pracuje, coraz lepsze zarobki i pomimo to coraz większe zyski z tej samej pracy, pobierane przez wyzyskiwaczowi Skądże się one brać mogą? Przecież już starożytni umieli bardzo silnie wyzyskiwać prace ludzką. Całe niewolnictwo - to przecież nieprzerwany łańcuch wyzysku pracy ludzkiej na rzecz właścicieli niewolników. Jeżeli więc pomimo tak bezwzględnego wyzysku "pracy ludzkiej" gromadziło się dawniej bez porównania mniej owoców pracy w rękach kapitalistów, niż w wieku XIX-ym, czyż można utrzymywać, żeby bogactwa wieku XIX-go płynęły naprawdę tylko z pracy ludzi, wyzyskiwanych przez ludzi?
Utrzymywać coś podobnego byłoby nonsensem, a w takim razie pochodzenie tak błyskawicznie rosnących kapitałów spółczesnych rasy białej musi być inne. Fizycznem niepodobieństwem jest, aby to miał być owoc pracy ludzkiej, owoc pracy najemników źle płatnych. Choćby ich praca miała być nie wiem jak już nizko opłacana, a siły najemników nie wiem jak skrupulatnie wyzyskane przez pracobiorców, jeszcze niezrozumiałym byłoby faktem, skąd się tyle owoców tej pracy może gromadzić w rękach rzekomych wyzyskiwaczy? A przecież, powtarzamy to z naciskiem, nigdy jeszcze klasa fizycznie pracująca - nie zużywała na swoje potrzeby tyle właśnie, - co zużywa w "epoce kapitalizmu", a i nigdy nie potrzebowała mniej pracować na swe utrzymanie - jak właśnie w epoce najnowszej.
Pomijając kontyngens, cierpiący nędzę, o której przyczynach była już mowa, kontyngens przeważnie niepracujący dla różnych powodów, albo jako ciemny i niechętny, pracujący bardzo źle, - cała pozostała ilość jako tako pracujących cieszy się nie tylko dość znaczną spożywczością, ale jeszcze odkłada, zwłaszcza w krajach bogatszych, milionowe corocznie oszczędności własne. Składa je w bankach i kasach oszczędności, stając się na małą skalę klasą posiadającą także materyę kapitałową, od której pobiera odsetki.
Skądże się bierze to wszystko, co ludność ciężko pracująca zużywa, co oszczędza i co przybywa w nieznanej dawniej obfitości do rąk wielkich i średnich posiadaczów?
Odpowiedź wyraźną na to pytanie daje dopiero nasze ujęcie kapitału, jako machiny, którą poruszają dwie nierówne siły: ludzkie siły fizyczne i własne siły przyrody, przyczem stosunek obu sił ustawicznie zmienia się w ten sposób, że pracuje na korzyść cywilizacyi coraz więcej sił przyrody, nie zaś sił ludzkich.
W takim razie gwałtowny przyrost kapitału w epoce niezmiernie szybkiego rozwoju twórczej potęgi ducha staje się zupełnie zrozumiałym. Kapitał - to istotnie zaoszczędzony owoc pracy, ale w małej tylko odsetce pracy zwykłych robotników i w ogóle ludzkiej - w największej zaś części samej przyrody, puszczonej w ruch przez ludzi potężnych duchem. Ale w takim razie orzeczenie powyższe należy uzupełnić spostrzeżeniem, że nie może to już być owoc, odebrany robotnikom (na drodze niesprawiedliwego podziału zysków), tylko owoc, zdobyty twórczą potęgą ducha na samej przyrodzie. Robotnicy w niczem się do niego nie przyczynili. Zagadka ogromnego przyrostu bogactw, który uderza, ludzi najmniej nawet spostrzegawczych, spoczywa w fakcie, że kapitał nigdy jeszcze nie był tak mocny (t. zn. ekonomiczny), jak w XIX-em stuleciu, a oczywiście i obecnie.
Korzyści zatem, na które zawistnem okiem patrzy klasa robotnicza, nie płyną ani wogóle z pracy robotników, ani z taniej pracy robotników, lecz z bezpłatnej pracy przyrody, uruchomionej nie przez nich. Ta właśnie daje tak dużo, że "kapitalista" nietylko nie potrzebuje czyhać na tanią pracę prostego robotnika, nie potrzebuje go "wyciskać, jak cytrynę", ale przeciwnie jest w możności opłacać ją, i nawet opłaca ją coraz lepiej. Czyim kosztem? Kosztem zbyt słabo opłacanych przedstawicieli wielkiej mocy duchowej, których jest zbyt dużo na to, aby się mogli drożyć, i którzy zresztą, pogrążeni w duchowym świecie, dającym wyższe i trwalsze rozkosze, niż daje używanie materyalne, nie dbają o większy majątek i chętnie, z pogodnem czołem przymnażają bogactwa innym, nie zazdroszcząc im i nie powiadając, że są wyzyskiwani. Oni tworzą, jak "bogowie", dla samej przyjemności i żądzy tworzenia.
Nie o tych więc kapitalistach czyli właścicielach mocnych kapitałów duchowych może być mowa w sensie ujemnym, ale o właścicielach dóbr materyalnych, którzy rozporządzają bądź kapitałami czynnemi jakiej bądź siły, - bądź też pieniędzmi, czyli uniwersalną materyą kapitałową.
Rodbertus i Marx takich właśnie kapitalistów okrzyknęli za wrogów klasy ciężko pracujących.
Czy słusznie?
W zasadzie niesłusznie - choć w poszczególnych przypadkach licznych nadużyć, płynących z niczem nie nasyconej chciwości, bardzo słusznie. Jednak w teoryi gospodarczej nie należy wyjątków od zasady, choćby nawet ich było dużo, podawać za przedstawicieli zjawiska normalnego, boć do każdego normalnego zjawiska, nie tylko od tego, wyjątki istnieją. Przecież i w sferze przedstawicieli samej pracy istnieją niezliczone osobniki, bezwarunkowo ujemne, a nawet w różny sposób wysoce szkodliwe zarówno dla kapitalistów, jak dla własnej klasy, a jednak nikt nie uważa za słuszne identyfikować ich z normalnymi przedstawicielami klasy, pracującej bez własnego kapitału. Krzywdzicieli przeto oraz przywłaszczycieli ze sfery kapitalistów nie wolno podstawiać pod miano kapitalistów, bo to miano przysługuje normalnym władcom materyi kapitałowej, którzy zostają w uczciwym stosunku względem przedstawicieli pracy niekwalifikowanej lub słabo kwalifikowanej. Otóż w tem znaczeniu - ani kapitał nie może być wrogiem pracy, ani kapitaliści wrogami ludzi, pozbawionych własnej materyi kapitałowej, dotkliwe zaś różnice w uposażeniu dobrami materyalnemi są przedewszystkiem prostem następstwem większej lub mniejszej siły twórczej osobników, oraz różnicy w zaletach duchowych i dzielności.
"Wiek" zatem "kapitalizmu", to pusty frazes, bo innego ustroju nad kapitalistyczny nie było i być nie może w społeczeństwie rozwiniętem z pieluch bytu przedspołecznego, a zwłaszcza w mocno rozwiniętem. Ustrój kapitalistyczny - to tylko rozwinięty ustrój społeczny, w którym marnieje przeważnie to tylko, co samo się wydziedzicza pozbawione zalet życiowych i społecznych.
Nie z krzywdy ludzkiej wyrosły i wyrastają bogactwa kapitalistów, lecz z rozwiniętej władzy nad przyrodą, jaką wywierają dzielni, i dla tego też pozostały za nimi w tyle ciemnota, bierność i niedołęstwo, które umieją tylko skarżyć się i zazdrościć, gotowe zawsze brać, ale bez odpowiedniego dawania. Pracy dzielnej i głów dzielnych ustrój kapitalistyczny jest prawie zawsze sprzymierzeńcem, o ile tego nie pokrzyżują źli ludzie jakiejkolwiek kategoryi. Nie trzeba przecież zapominać, że przy jakimkolwiek ustroju, choćby nawet dał się wymyśleć i zaprowadzić zgoła inny od obecnego, zawsze społeczeństwo składać się będzie z osobników posiadających wybitną indywidualność i wole, oraz z przedstawicieli szarzyzny, zawsze w niem będą dzielni i niedołężni, źli i dobrzy, drapieżni i ustępliwi, uczciwi i nieuczciwi, bo tak jest w całej przyrodzie. Ustrój więc społeczny spółczesny, a również i dawne historyczne, tem tylko różnią się od przedhistorycznych oraz niespołecznych, że dawna, przedspołeczna przewaga fizycznie dzielnych i silniejszych, późniejsza, przedhistoryczna przewaga mądrzejszych nad słabszymi duchowo, posiadających lepsze narzędzia nad posiadaczami pośledniejszych - musiała nabrać szerszego znaczenia i niesie skutki bardziej wyraźne. Skala różnic w uposażeniu wyolbrzymiała na skutek równie olbrzymich różnic dynamicznych, jakie stały się możliwe między ludźmi z samej natury ducha, którego rozwój z poziomu zupełnej bezsilności może być nieograniczony.
Równości sił, działań i charakterów niema w całym świecie jestestw żyjących, skądże spodziewać się, aby miała zjawić się tu właśnie, gdzie najwięcej danych do wzmagania się różnic? Dla czego zaś najwięcej danych, o to prawie pytać nie trzeba, bo gdy w świecie zwykłego życia siły, uzdolnienia i charaktery przynosi się ze sobą na świat, w świecie ludzkim, w świecie ducha wszystko to można rozwijać, a przedewszystkiem trzeba wyrabiać. Zwierzę jest niewolnikiem swej doli, ale my w ogromnej mierze kowalami własnych losów. Mądrze to wyraża ludowe przysłowie; "jak sobie kto pościele - tak się wyśpi".
Demagogowie powtarzają, że kapitał jest źródłem ubóstwa mas w narodzie. Nieprawda, bo kapitał, zwłaszcza mocny, jest źródłem nie tylko bogactwa tych, którzy nim rozporządzają, ale także obniżania się cen większości towarów i większości dóbr publicznych, więc nigdy ubóstwa rzesz małotwórczych.
Między bogaceniem się jednostek mocno twórczych, a ubóstwem słabo twórczych niema związku przyczynowego. W zwykłym porządku rzeczy nie kapitał, ale ciemnota mas i wady ich są źródłem ich ubóstwa, jak znowu - nie ciemnota ani koniecznie krzywda ludzka, ale potęga duchowa - jest normalnem źródłem bogactwa.
Nie zgadza się ten wynik ze starą piosenką demagogów, że gdzie jeden zyskuje, tam wielu musi tracić, ale dla tego, że owi pochlebcy tłumów nie chcą mu mówić prawdy w oczy - i wszystko złe widzą po jednej stronie - zamykając oczy na zło istniejące po drugiej stronie.
Nie zamierzamy iść wzorem owych pochlebców drogą jednostronności. Nie myślimy twierdzić jakoby szerokim warstwom pracującym bez własnego kapitału nigdy nie działa się krzywda. Przeciwnie, jesteśmy głęboko przekonani, że świat ludzki pełen jest krzywdy, podobnie, jak świat zwierzęcy i możemy być raczej zaliczeni do pessymistów, bo wierzymy, że krzywda jest nieśmiertelną i nic jej nie usunie z oblicza ziemi. Ale też właśnie dla tego, że z krzywdą należy walczyć, aby ją sprowadzać do możliwego minimum, mamy obowiązek dobrze rozróżniać krzywdzicieli od sprawiedliwych, abyśmy się sami nie stali krzywdzicielami i niewdzięcznikami.
Jakże to łatwo potem, cośmy już w naszej pracy rozwinęli, oddać każdemu, co mu się należy!
Przekonaliśmy się, że istnieją duchowi kapitaliści, jednostki, umiejące i chcące tworzyć nowe bogactwa w rozmiarach, zależnych od ich mocy twórczej i od pozostającej do ich rozporządzenia materyi.
Przekonaliśmy się, ze istnieją właściwi kapitaliści, jednostki, posiadające własną materyę, którą oddają do rozporządzenia twórcom duchowym bądź w charakterze wspólników do zysków - bądź w charakterze pożyczających za umówionem wynagrodzeniem.
Widzieliśmy, że duże zyski mogą płynąć z takich spółek dzięki dużej mocy twórczej, a więc że wszelkie słabe kapitały, z natury rzeczy, nie mogą już rościć pretensyi do równie znacznych zysków.
Widzieliśmy, że owe duże nawet zyski nie musza płynąć z krzywdy ludzkiej, bo są wynikiem bezpośrednich zwycięztw ducha nad przyrodą.
W tych warunkach obie kategorye kapitalistów możemy uważać za użyteczne w społeczeństwie, i to zarówno sobie, jak innym, z tym warunkiem, że od nikogo nie biorą więcej wartości, niż dają.
Otóż czas zaznaczyć, że istnieje wielu kapitalistów właściwych i wielu bogaczów, którzy nie czynią zadość ostatniemu warunkowi. I rzecz osobliwa dotyczy to właśnie tych, których przyjęto ogólnie nazywać kapitalistami, gdyż kapitały duchowe, jak to już wiemy, dla ich większej obfitości, rzadko mogą być stroną wyzyskującą i rzadko nawet chcą być nią. Oni prawie zawsze są stroną, dającą o wiele więcej, niżeli biorącą.
Więc prawdą jest, że materya kapitałowa, a prościej mówiąc bogactwo, niesprawiedliwie rozdzielone jest między ludzi, że nie według zasług, ale według ślepego trafu lub przemocy, ale ta niesprawiedliwość dotyka nie tych, którzy rozporządzają jedynie tylko niższemi władzami ludzkiemi. To naprawdę przeważnie własność mędrców i cichych pracowników wiedzy, wielkich i mocnych indywidualności duchowych.
To, co ogólną chciwość i zazdrość budzi, zwłaszcza w analfabetach, to niemal wyłącznie dzieło wielkich dynamicznie, a w połowie i własność takich dusz. Istnieją krzywdziciele w osobach wielu bogaczów, ale ci nie tylko nie stali się bogatymi z krzywdy rzesz małotwórczych, lecz jakby dla ironii właśnie z ich szeregów przeważnie się rekrutują. Większość prawdziwych kapitalistów - to przecież nie rodowi potentaci, a nawet nie potężni duchem, tylko sprytni i bezwzględni, pyszniący się też, jak barbarzyńcy, swem bogactwem, do którego często niedorośli; ale oni zagarnęli przeważnie nie wasze owoce, ludu małotwórczy, lecz własność tych potężnych, ale prostodusznych, jak dzieci, władców przyrody, którzy nie zbierają złota, lecz hojnie je rozsypują, aby je inni podnosili.
Z "potu" tych wszystkich, którzy się najgłośniej upominają o własność wielkich, zagarniętą przez "kapitalistów", nie mogło powstać nawet to, czem owe masy rozporządzają, a gdyby nie wielcy - prowadziłyby one żywot jeszcze o wiele surowszy nad ten, jaki prowadzą.
38. Czemu cenność dzieł ludzkich opada niespodziewanie powoli?
Przypadek raptownego wzrostu potęgi twórczej ziścił się w krajach najbardziej przemysłowych, rzeczywistość znacznie przewyższyła przykład, wzięty w rozdz. 33 dla ilustracyi naszych założeń, siła robocza maszyn Anglii, Francyi stała się kilkadziesiąt razy większą, niż była przed stu laty, jednak ceny dzieł przemysłu fabrycznego nie spadły wielokrotnie, jak tego należało oczekiwać.
Ale mniejsza o ceny, bo te mogą być tylko względną miarą taniości. Aby wyrokować o rzeczywistem tanieniu towarów, trzebaby porównać dawną cenę złota z obecną, dawną jego ilość i potrzebę handlową z obecna, ilość mieszkańców kraju i szybkość obrotów handlowych. Gdy taka droga byłaby zbyt długa, mamy prostszą i krótszą. O skutkach wzrostu potęgi twórczej możemy sądzić, porównywając dawną spożywczość narodu z teraźniejszą. Otóż spożycie Anglii i Francyi podniosło się wprawdzie znakomicie, jednak nie do tego stopnia, jakby teoretycznie wypadało. Skądże więc płynie niezgodność teoryi z rzeczywistością?
Niema tu żadnej sprzeczności, wszystko poszło, jak pójść musiało, zawód zaś płynie z niespodzianki, że produkcya nie poszła takiemi torami, jakiemi pójśćby mogła.
W naszem założeniu traktowaliśmy sprawę, jakby się potoczyć musiała, gdyby społeczeństwo istniało samo jedno, izolowane, a tymczasem zjawisko ekonomiczne rozgrywa się na tle wielu społeczeństw i to niejednako rozwiniętych. W takich warunkach sprawa musi wyglądać inaczej.
Ogromna obniżka cen produktów szerokiej użyteczności, proporcyonalna do zwiększonej wydajności kapitałów, zaszłaby nieuchronnie, ale pod warunkami następującemi:
1) aby ta sama ilość ludzi tym samym wysiłkiem ciał wyrzucała na rynek o tyle więcej towarów, o ile wzmogła się siła fizyczna kapitałów,
2) aby odbiorca tych towarów była ta sama ilość ludzi, co dawniej, bynajmniej zaś nie większa,
3) aby siła wszystkich kapitałów czynnych stała się jednako wielką i maksymalną, i
4) aby obróconą była na produkowanie tych samych, co dawniej, przedmiotów potrzebnych lub pożądanych prawie każdemu, nie zaś jeszcze zupełnie nowych.
Żadnemu z tych warunków nie stało się zadość, albowiem
1) ludność Anglii, wziętej za przykład, wzrosła przez ten czas o 2 i pół raza tyle co dawniej, podobnie zresztą wzrosła i ludność innych krajów wysoko przemysłowych (przecięciowo dwukrotnie), a nawet i słabo przemysłowych,
2) odbiorcą stała się nie tylko zwiększona ludność kraju, ale, jak zobaczymy jeszcze i ludność zagraniczna,
3) siła fizyczna kapitałów czynnych nie jest jednakowa w różnych działach przemysłu - i tylko cześć ich stoi na wysokości technicznego maximum chwili,
4) siła twórcza kapitałów nie idzie wyłącznie ani na produkowanie bogactwa takiego samego, jak dawniej, ani bogactwa, przeznaczonego na użytek osobników, którzy je kupili, ani wyłącznie na spożycie w kraju, ani wreszcie na produkowanie samego bogactwa. Iście bajeczne siły twórcze narodów, które rozwinęły w sobie najwcześniej potęgę duchową, wcieliły się zaledwie w małej cząstce w zwykłe bogactwo prywatne, w ogromnej zaś części w bogactwo publiczne oraz w kapitały. Gdy zaś bogactwo publiczne, dostarczające wszystkim wiele korzyści za stosunkowo drobną opłatą, stanowi coś w rodzaju kapitału, przeto można powiedzieć ogólnie, że kapitał zwrócił swoją moc twórczą przeważnie na rozrastanie się i to w dwojakim kierunku oraz z dwojakiemi skutkami.
Jako bogactwo publiczne, krajowe, służy on wszystkim w kraju, choć nikomu wyłącznie, ale jako kapitał prywatny, dążący tylko do zwiększania się, zwrócił się na zewnątrz, i służy już przedewszystkiem swym właścicielom za narzędzie bogacenia się.
Jest jeszcze trzeci i czwarty upust dla potęgi twórczej, o którym nie można zamilczeć, mianowicie rozwinięta mocno produkcya dzieł zgoła wątpliwej użyteczności, będąca jedynie tylko orężem walki kapitalistów, spółzawodniczących ze sobą o zyski. Chęć i potrzeba reklamowania się zaćmiewania się wzajemnego, pochłania o wiele więcej środków twórczych, niżeli się tego pospolicie domyślamy. Obok tej zaś rubryki poważne miejsce zajmuje militaryzm i produkcya przedmiotów prawdziwego zbytku, które dają tylko złudzenie większej użyteczności, w gruncie zaś rzeczy utrudniają tylko życie tym wszystkim, którzy się w sferę zbytku dostali.
Wszystko to razem wzięte mocno zredukowało korzyści, przewidywane na rynku towarowym dla przedstawicieli szerszego ogółu i zwolniło mocno tempo opadania cen towarów rzeczywistej użyteczności.
I tylko rozrost bogactwa publicznego można uważać za pewną kompensatę strat, ponoszonych przez szeroki ogół z powodu niedostatecznego tanienia mnóstwa towarów, rozrost zaś kapitałów i popierających ów rozrost środków reklamowych służy tylko nielicznej sferze kapitalistów do powiększania jej zamożności, redukowanej zresztą mocno przez rozwój zbytku.
Ale, jeżeli uwzględnimy z jednej strony nieuchronne ułomności natury ludzkiej, z drugiej zaś szczególne warunki, w których znalazły się narody mocno twórcze, - spostrzeżemy, że nie mogło stać się inaczej.
Siła twórcza kapitałów mocnych nie mogła pozostać w roli dostarczycielki dzieł użytecznych wyłącznie dla ludności kraju własnego, albowiem naród mocno twórczy jest otoczony wielu narodami znacznie słabszemi pod względem potęgi twórczej, - istnieją więc korzystne rynki zbytu dla towarów poza krajem, dalekie od nasycenia.
Towary nie mogą spadać gwałtownie w cenie w kraju bardzo twórczym, dopóki zewnątrz kraju istnieją liczni odbiorcy, gotowi płacić ceny dość wysokie, z powodu, że u siebie zmuszeni są płacić jeszcze wyższe dla słabości własnych kapitałów.
Tacy właśnie odbiorcy zjawili się (a właściwie byli i przedtem), a przybywa ich jeszcze ciągle:
1) z powodu rosnących ułatwień w komunikacyi,
2) w miarę rozszerzania się skali potrzeb ludzkich pod wpływem coraz nowych zadowolnień,
3) z powodu stosunkowej nizkości cen towarów, produkowanych ekonomiczne, którym nie mogą przeciwstawić się towary miejscowe, produkowane mało ekonomicznie.
Dopóki za te same towary można osiągać na rynkach zewnętrznych ceny lepsze, dopóty nie leży w interesie wytwórców wstrzymywanie się od produkowania ich w ilości zbytecznej dla kraju, ani też obniżanie cen na rynku wewnętrznym. Zresztą nie byłoby to środkiem skutecznym do zatrzymania tych przedmiotów w kraju, bo wówczas, jeżeli nie sami wytwórcy, to ich odbiorcy krajowi zaczęliby wywozić towary, osiągające za granicą wyższe ceny. Ze spożywców staliby się kupcami-eksporterami.
Zamiast produkować coraz taniej dla kraju - producenci woleli z daleko większą korzyścią produkować dość drogo dla obcych. Co więcej, zaczęli gorączkowo poszukiwać coraz odleglejszych rynków zbytu na przedmioty, których można było wytwarzać ilość nieograniczoną, ale których zbywać w kraju można tylko ilość ograniczoną. Weźmy przykład. Choćby igła lub maszyna do szycia kosztowały 10 razy taniej, naród nie może zużyć igieł i tych maszyn więcej, niż potrzebuje ich do szycia. Choćby płótno nie wiem jak taniało, zużycie płótna ma swoją granicę.
Ale czego jeden naród nie potrzebuje, tego może pożądać zagranica, która igły, maszyny do szycia i płótno produkuje drożej, bo większym nakładem pracy czysto ludzkiej. Otóż mnóstwo towarów tanich zaczęło odpływać do krajów obcych. Narody słaboprodukcyjne, zamiast wyrabiać je swojemi, droższemi sposobami u siebie, zaczęły je chętnie kupować u obcych. Rozwinął się kolosalnie wywóz. Handel taki opłacał się sowicie ze względu, że w krajach słaboprzemysłowych obcy towar, nawet obciążony zyskiem pośredników oraz kosztami transportu oraz ceł, mógł być sprzedawany taniej od produkowanych drogo na miejscu, a drogo dla tego, że duchowe siły miejscowe, a przez to i kapitały miejscowe były znacznie słabsze od obcych, zaś materyi kapitałowej było tam mniej, więc trzeba ją było drogo opłacać.
W ten sposób produkcya towarów codziennej potrzeby, a więc reprezentujących zwykłe bogactwo, przeznaczone na zużycie, stała się dla narodów mocnych właściwie produkcya materyi kapitałowej, gdyż za towary, wyrabiane w nadmiarze, - wracały pieniądze z zyskiem. Materyi kapitałowej ustawicznie przybywało. Ponieważ zaś kapitaliści nie mogli już tej ilości kapitałów uruchomić z równa korzyścią na wewnętrzne potrzeby kraju, gdyż musiałyby pracować prawie darmo, przeto poszły do pracy na obcych terenach, poszły na podbój ekonomiczny obcych krajów na korzyść macierzystego.
Tu mamy moment, rozgrzeszający do pewnego stopnia chciwość kapitalistów, - bo ostatecznie egoistyczna ich działalność stała się mimowolnie bardzo pożyteczną dla przyszłości ich kraju. Egoizm i chciwość jednostek oddaliły tylko chwilę przesycenia rynku wewnętrznego przez rozszerzenie ograniczonego rynku krajowego w rynek światowy, mogący pochłonąć bardzo wiele i zapewniający do czasu kapitałom mocnych narodów nie tylko owocną działalność, ale i wielki rozrost. Działalność mocnych dusz w narodzie oraz kapitalistów, lubo nie dała całej ludności zysku spodziewanego, to jednak rozszerzyła ich ojczyznę i zwiększyła jej siłę.
39. Zjawisko twórczości nie mogło pójść torem, przewidywanym przez teoretyków.
Aby gruntownie zrozumieć, co się teraz dzieje w świecie ludzkim, trzeba porzucić ciasny widnokrąg jednego miasta, powiatu, a nawet kraju i spojrzeć z wysoka na glob ziemski. Trzeba spojrzeć na sieć dróg żelaznych, coraz gęściej oplątujących ogromną jego powierzchnię, Wszak już kosztowną linią drogi żelaznej możnaby opasać dwadzieścia razy ziemię na równiku! Dość spojrzeć na pajęczą plątaninę drutów telegraficznych i kablów podmorskich, na dziesiątki tysięcy statków, krążących po wszystkich morzach, na te tysiące miast i miasteczek, opatrzonych siecią wodociągów, rur gazowych, przewodów elektrycznych i t. d., i t. d., i dość pomyśleć, że jeszcze przed stu laty nie było tego wcale, aby pojąć gdzie skierował się ów bezmiar sił przyrody, posłusznie pracujących pod kierunkiem ludzkiego rozumu i woli. To wszystko nie dzieło mięśni ludzkich, jak zapewniali mechaniści, nie dzieło przeważnie mięśni ludzkich, jak to było w starożytnym Egipcie a nawet w Helladzie i Państwie Rzymskiem, ale, jeśli już chcemy przemawiać językiem mechanistów, - dzieło samego cieplika, uwalnianego przez geniusz ludzki z węgla, pary wodnej, to dzieło sztywności żelaza, twardości i elastyczności stali, powinowactw i antagonizmów chemicznych, siły ciążenia, magnetyzmu, elektryczności i t. d., i t. d.
Dość ogarnąć wzrokiem duszy te wszystkie urządzenia, które pochłonęły liczne miliardy jednostek cenności, aby pojąć, że wybujały jak nigdy kapitalizm wieków XIX-go i XX-go, chcąc nie chcąc oddał się na usługi wszystkich. Każdy coś skorzystał, nawet najbiedniejszy, różnica ta tylko, że nie każdy równa korzyść odniósł.
Znikły odległości, zbliżyły się kraje, wymiana towarów odbywa się tak łatwo między krajami, jak do niedawna między wioskami. Tym samym kosztem, co dawniej spożywaliśmy płody własnej szczupłej okolicy, jadamy płody czterech części świata, znikła groza klęsk głodowych, dawniej dziesiątkujących kraje, tysiącom nowych potrzeb materyalnych i duchowych łatwo czynimy zadość. Płacąc stosunkowo skromne podatki korzystamy z niezliczonych dobrodziejstw własności publicznej, jesteśmy za drobną opłatą obsługiwani przez pocztę wszechświatową, przez drukowane słowo, tanie jak nigdy, wszystkich współwłasnością są niezliczone wygody publiczne, i to takie, o jakich do niedawna nie marzyło się nawet największym potentatom. Słowem powiększyło się kolosalnie nie tylko bogactwo prywatne, ale publiczne, t. zn. należące do wszystkich, nawet najuboższych osobiście. Każdy bierze udział w tem wszystkiem, co zaspokaja liczne potrzeby ludzkie, czy kto posiada jeszcze prócz tego własny majątek, lub go nie posiada, czy posiada duży, czy mały. Szalony wzrost kapitału nie odbił się ani w obsługiwaniu jedynie bogatych, ani w skupieniu się bogactw w nielicznych rękach inicyatorów, organizatorów, oraz tych, którzy dostarczali kapitału, jak o tem zapewniają socyaliści, przeciwnie, rozszerzył jak nigdy bogactwo publiczne, dostępne darmo lub prawie darmo dla wszystkich.
Skądże wzięła szybko potężniejąca moc twórcza ducha angielskiego, a wkrótce potem francuzkiego, które zapoczątkowały cały ten olbrzymi proces twórczy, - materyę kapitałową, której poprzednio w Anglii i Francyi nie było znowu tak wiele? Wiemy przecież, że najbardziej twórczy duch nic nie stworzy bez posiadania materyi kapitałowej, w którąby się wcielił i przez którą mógłby władać materyą. Wszak on dopiero połową dźwigni, trzeba mu drugiej koniecznie. Otóż zrazu duch twórczy wziął się małemi środkami do wyzyskiwania bogactw naturalnych kraju własnego. Węgiel i żelazo własne przeobraził w machiny, w koleje żelazne i okręty. Duch mocno twórczy wcielił się w dźwignie coraz potężniejące, które oddały się na usługi handlowi międzynarodowemu. Dzieła gotowe przemysłu angielskiego a później i francuskiego szły arteryami wodnemi i lądowemi do najodleglejszych krajów, a wracały temi samemi arteryami surowe i półsurowe płody naturalne obcych krajów. Przerabiano je w ojczyźnie znowu na dzieła przemysłu - rozsyłano znowu po obcych krajach, biorąc wzamian znowu płody naturalne. Zasadą handlu, którą pierwszy jasno sformułował Adam Smith, jako źródło bogactwa zarówno osobników, jak narodów, jest kupowanie towarów tam, gdzie są najtańsze - sprzedawanie tam, gdzie za nie najlepiej płacą. Najtańszemi są wszędzie płody natury, właściwe danemu krajowi - więc sieć ulepszonych komunikacyi zaczęła Europie Zachodniej służyć do coraz tańszego sprowadzania z każdego kraju tych płodów, które w nich spoczywają w nadmiarze lub które wcale nie są cenione na miejscu. Te same płody, w surowym, półprzerobionym lub całkiem przerobionym stanie sprzedawano zaraz do krajów, gdzie były pożądane, ale trudno dostępne dla braku rozwiniętego własnego handlu i dróg komunikacyjnych. W ten sposób wartości naturalne, pozbawione w miejscu, gdzie się rodziły, ceny, sprzedawano po cenach wysokich nie tylko pokrywających trudy przewożenia oraz przeróbki, ale dających zawsze zyski, a niekiedy nawet bardzo znaczne. Zyski te tylko w części zużywano w charakterze zwykłego bogactwa, w znaczniejszej zaś przeobrażano natychmiast w mocny kapitał, pracujący nad powiększaniem samego siebie, więc rozszerzano i ulepszano sieć komunikacyi, zwiększając swą siłę handlową oraz przemysłową. Oto skąd napływa niezbędna wciąż materya kapitałowa, oto rozwiązanie zagadki czyim kosztem rozwija się coraz potężniej sieć komunikacyi angielskich, lub za angielskie pieniądze budowanych w krajach obcych i dla tego służących przedewszystkiem Anglii. Rychło Anglia stała się pośredniczką świata, stała się dostarczycielką dzieł ludzkich, zaś odbiorczynią dzieł przyrody obcych krajów, ciągnąc ogromne zyski ze swojej roli.
Za jej przykładem poszło kolejno kilka innych narodów, najlepiej przygotowanych do rozwinięcia tej samej siły i z wyzyskiwanych zrazu - stały się same wyzyskującemi ziemie dziewicze i kraje o słabych kapitałach własnych. Podzielono się terenem operacyi handlowych i "sferami wpływu", i dziś wszystkie te kraje przemysłowe zarzucają swemi towarami rynki całego świata, co więcej, rozrzucają już nawet swą materyę kapitałową w postaci pieniędzy, oddając takowe za opłatą do użytku tym narodom, które własnych mają za mało. Jest to także mądra polityka, bo owe kapitały byłyby już w rękach własnych zbytecznym balastem i musiałyby leżeć bezczynnie, odgrywając rolę martwego skarbu, a tymczasem wypożyczone pracują jeszcze na rzecz właścicieli.
Towary zatem mocnych narodów płyną nieprzerwanemi potokami po całej ziemi wodnemi drogami lub po stalowych szynach, i temi samemi drogami, jako powrotna fala, powracają pod postacią pieniędzy (wyłożonych i zarobionych) albo tanich surowych płodów do ognisk przemysłu, skąd znowu w zmienionej postaci towarów wszędzie pożądanych, rozpływają się na obwód, aby wrócić w postaci surowych płodów lub większej ilości pieniędzy.
W takiem rozlewaniu się bogactwa z ognisk mocnej twórczości do miejsc słabszej, mamy zjawisko zupełnie podobne do czysto fizycznego zjawiska wyrównania się ciśnień, dążenia płynów lub gazów do wyrównania istniejącej nierównowagi. Ekscentryczny prąd kołowy towarów wytwarzanych ekonomicznie w ogniskach silnej produkcyi musi trwać póty, póki nie wyrówna braków wszędzie, dokąd ma dostęp. Wówczas dopiero ceny w kraju o mocnej produkcyi zaczną ulegać stopniowej obniżce, wywołując kolejno na wszystkich miejscach świata ludzkiego odpowiednie obniżki.
Towar bowiem tani zachowuje się względem takichże drogich, jak materya płynna lub gazowa względem próżni; dąży on do wypełnienia próżni, a choćby tylko miejsc, wypełnionych lżejszą materya. Zyskowność zaś podobnego odpływu dla kraju, produkującego ekonomicznie, na tem polega, że taki sam stosunek między towarem tanim a drogim zachodzi na całym obwodzie. I na obwodzie towary tanie na miejscu zachowują się jak materya gęsta, wypełniona wartością, odpływają zatem łatwo na miejsca opróżnione, osadzając w nich całą swą wartość, która nie była pokryta ceną sprzedażną.
Zysk więc krajów mocnych na tem polega, że za duchowe wartości - biorą one wartości materyalne, podobnie, jak strata krajów słabych w tem znowu leży, że oddają materyę kapitałową (złoto lub bogactwo naturalne), chociaż mają ich ilość ograniczoną, za wartości, podlegające zupełnemu spożyciu bez reszty i to za wartości, które, jak widzieliśmy, oddawców prawie nic już nie kosztują, bo płyną z nieopłacanej nikomu potęgi duchowej.
Kraje przemysłowe zaopatrują świat pozostały w bogactwo, podległe spożyciu, ale odbierają bogactwo naturalne, przeobrażające się w kapitał i to w mocny. W ten sposób narody mocne, niby zbogacając, właściwie zubożają bez przerwy ludy obce, bo te, jako mniej twórcze, lub całkiem pogrążone w stagnacyi, spożywają więcej niż tworzą, a nie mogąc płacić dziełami własnego ducha, bo ich zamało nawet na własny użytek, zresztą byłyby za drogie dla narodów mocno produkcyjnych, - rabują swe ziemie z bogactw naturalnych. Nie wolno wydawać więcej, niż się zarabia, niszczyć więcej, niż się tworzy - bo to grozi nieuchronnem bankructwem, ale narody słabe zdają się nie wiedzieć o tem, bo zachowują sta tak, jakby były bezgranicznie bogate. Aby zaspokoić swe wybujałe i nadmiernie rosnące potrzeby, wynoszą z domu bogactwo naturalne będące materyą kapitałową ojczyzny i przyszłych pokoleń, biorąc to, co służy tylko do zużycia, a nawet, co jest zbytkiem. Bywa nawet gorzej, jeżeli prócz płodów ziemi, płodów potęgi życia prostego, których wciąż przybywa, oddaje się bogactwa mineralne, a zwłaszcza grunt, bo tych nie przybywa. Zachodzi więc z narodami to samo, co z obywatelem ziemskim, gdy ustawicznie pożycza na hipotekę, ale nie dla podniesienia produkcyjności majątku, lecz aby używać. Z chwilą, gdy zadłuży się już powyżej ceny rynkowej swego majątku, nic w nim nie będzie miał swojego, wszystko stanie się niepostrzeżenie własnością wierzycieli.
Właśnie nad takiem wyzuwaniem z naturalnej własności narodów słabo produkcyjnych, ale dużo spożywających - pracuje cały system środków komunikacyjnych i cały system kredytowy narodów bogatych i mocnych.
Który naród pierwej stał się silny duchem, ten zbiera żniwo tam wszędzie, gdzie rozpościera się bierność. I więcej jeszcze. Ten nie daje czasu słabszym do wzmocnienia się pod względem twórczości. Ten wciąż ubiega słabszych. Mocny kapitał cudzy, niby smok dwugłowy zapuszcza swe dwie paszcze we wszystkie zakątki świata, i jedną zsypuje wartości, ale drugą czerpie znacznie więcej, niż daje. Ponieważ zaś nie ma do brania dzieł ducha, zresztą tych nie potrzebuje, bo je sam tworzy w nadmiarze i taniej, więc bierze bogactwa naturalne.
Od wieków prowadzi się taki proces, ale dawniej z powodu zbyt niewielkich różnic między kapitałem mocnym a słabym, a także z powodu kosztownych komunikacyi, dokonywał się na małą skalę, więc nie wyrządzał szkód gwałtownych.
Dopóki potęga ducha nie była tak wielką, jaką stała się w wieku XIX-m u niektórych przedstawicieli rasy białej, póty nie stanowiła wcale niebezpieczeństwa dla rozwoju narodów uboższych duchem. Dojrzewały one wiekami w ciszy do czasu, aż przychodził na nie okres mężnienia duchowego. Jedne narody czy ludy szły w górę i rozwijały swoistą cywilizacyę, inne drzemały jeszcze na nizinach poziomego bytu, szarpane od czasu do czasu przez wyprawy wojenne chciwych łupu sąsiadów, ale szarpane niezbyt szkodliwie. Z czasem przychodził zmierzch siły drapieżnych sąsiadów, wyczerpanych pełnią życia i używaniem, a wtedy budził się naród drzemiący, niekrępowany, swobodny, goił swe rany i rósł powoli w siłę twórczą oraz bogactwa.
W tak sielankowych iście stosunkach, trwających przez liczne wieki, wywołało dopiero ostatnich lat kilkadziesiąt gruntowny przewrót.
Już nie tylko siła ramienia, nie tylko zastępy mężnych wojowników, nie miecz, nie łupy i kontrybucye wojenne, nie okropności wojny, okrywające kraj zgliszczami i mogiłami wycieńczają ludy słabsze i rzucają je pod nogi zwycięzców, - ale twórczy i mocny kapitał, idący na podboje na pozór z różdżką oliwną i dłonią szczodrobliwą, pełną nęcących oko i serce bogactw, I dokonywa on podbojów stokroć cięższych i skuteczniejszych, niżeli dawne wyprawy krwawe po łupy. Marsa zastąpił Merkury - i to tak skutecznie, że już nawet dzielny Mars narodów ekonomicznie podbijanych nie zdolny jest stawić czoła obcemu Merkuremu. Już tylko jeden Merkury swojski mógłby tamtemu podołać, ale niestety, wielki Merkury zwycięzców nie pozwala małym Merkurym wyrosnąć, więc w nierównej walce, a raczej w zwycięskim pochodzie bezkrwawym, owszem, na pozór błogosławionym, narody bogate stają się coraz bogatszemi - biedne coraz ubożeją, właśnie dla tego, że nie umieją się już oprzeć darom bogatych sąsiadów, ani przeciwstawić im własnej potęgi ekonomicznej.
Niegdyś było inaczej. Kwitnący Egipt z okresu trzeciego Państwa (r. 1600-1100 przed Chr.) oraz z czasu Ptolemeuszów cały nadmiar sił twórczych, co prawda w porównaniu do dzisiejszych potęg sił pygmejskich, obracał wewnątrz kraju na budowy tak kolosalnych, a zbytkownych dzieł architektonicznych, że i dziś budzą one podziw i zachwyty; powstawały zdumiewające piramidy, świątynie, rozrzutne aleje sfinksów. Dziś wszystko to byłoby dla Europy igraszką, wystarczałoby jej na to i sił i kapitałów, naprawdę robi się nawet jeszcze więcej, jeżeli zważymy, że to dopiero sto lat pokryło Europę tysiącami muzeów, pałaców oraz bezcennych dzieł wyższej techniki, nauki i sztuki, gdy Egipt pracował na swoje pomniki dwa tysiące lat. Ale moc twórcza nowożytna zwróciła się głównie nie w te stronę. Kapitał - rzucił się nie na pomnażanie prostego bogactwa wewnątrz kraju, ani też zbytku, dogadzającego dumie najmożniejszych, ale na rozwijanie twórczej swej mocy i opanowywanie świata. Odrzuca on tylko odsetki na tworzenie bogactwa, przeznaczonego na zużycie we własnym kraju, i te odsetki wystarczają narodom mocnym do zadowolenia ich wciąż rosnących potrzeb, a nawet wyrafinowanych pożądań, - główną zaś swoją potęgę skierował na zewnątrz; wylał się na cały glob ziemski, wszędzie pracując, jako potworna pompa, wysysająca naturalne bogactwa wszystkich krajów.
Już trzecie pokolenie narodów mocnych pracuje nad kompletnym gospodarczym podbojem świata, ale bierne, słabo-twórcze i ciemne narody i ludy, choć zadłużają się coraz głębiej u bogatych dostarczycieli dobrobytu, nie spostrzegają, że przejadają swoją ojczyznę, a gdy przyjdzie opamiętanie, nie będzie już ani co ratować, ani czem wykupić się z niewoli, bo choćby się i zjawiła moc duchowa, to bez własnej materyi kapitałowej - i bez własnej ziemi będzie już zmuszona pracować tylko na rzecz właścicieli tej ostatniej. Owe narody nawet u siebie w domu staną się już tylko sługami kapitalistów obcych.
40. Nauka o potrzebach narodu.
Znaczna część pisarzy określa ekonomię, jako "naukę o dobrach", ale Karol Gide słuszną wprowadza tu poprawkę, mówiąc, że przedmiotem ekonomii nie jest samo bogactwo, ale "stosunki powstające między ludźmi żyjącymi w społeczeństwie, w zakresie ich potrzeb materyalnych".
Z uwagi jednak, że właściwie niema stosunków ludzkich poza społecznych, można powiedzieć, że przedmiotem ekonomii są stosunki międzyludzkie, póki chodzi o jednostki ludzkie, międzynarodowe zaś, o ile chodzi o społeczeństwa. Na nic bowiem nie zda się generalizowanie stosunków społecznych, skoro ponad osobnikiem, stoi zawsze nie żadna abstrakcyjna "ludzkość", ale naród, żywa całostka skończona sama w sobie, ze swemi własnemi prawami do bytu, do niezależności i doskonalenia się wszechstronnego. Kartezyusz odkrył dopiero połowę prawdy, gdy powiedział: cogito - ergo sum, myślę - więc jestem. Druga połowa tej prawdy odsłoniła się z chwilą rozpoznania stosunku mowy do myśli. Dziś "ergo" kartezyuszowskie ma inne zakończenie. Myślę, więc jestem, ale nie tylko jestem sam, bo jestem przecież człowiekiem przez to, żem cząstką mego narodu, naturalnej całości, przytwierdzonej do gruntu, na którym się rozwinęła. Myślę - więc jest nademną naród, rzecz większa odemnie. Jest indywidualność rozległa, kształtująca się od najbardziej zamierzchłej przeszłości, z którą jestem związany tysiącem węzłów w całość swoistą i żywą. Myślę, więc jestem synem odwiecznej mej Ojczyzny. Czy ona wielka, czy mała, jednako mi droga, bo tylko ona jest moją i wystarczająco większą i starszą odemnie samego.
Wszystko co żyje, musi walczyć o swe istnienie, o miejsce na ziemi, o zachowanie swej indywidualności. Zwierzę, ta biedna efemeryda, prowadzi walkę prostą i jedną, bo tylko o zachowanie swego ciała, ale człowiek musi prowadzić aż trzy, bo natura jego skomplikowana. I dopiero w tych szerszych ramach potrójnej walki o byt, walki o zwierzęcą sytość, o zaspokojenie ludzkich potrzeb ciała, o interesy ducha, wreszcie o interesy narodu, ojczyzny - przedstawia się w pełni głębia starć, których widownią świat ludzki. Obowiązki moje są potrójne: nakarmić ciało, nakarmić ducha i nakarmić ojczyznę, więc też wszyscy, którzy przez trud twórczy zabiegają o interesy własne, służą tem samem niemal zawsze interesom swego narodu.
Gdy wszakże niejednakowa jest potęga gospodarcza narodów, niejednakową musi być ich polityka gospodarcza. Polityka ekonomiczna narodów silnych dąży do najkorzystniejszego wyzyskania stosunków sąsiedzkich, polityka zaś narodów słabszych do bronienia się przed niebezpieczną przewagą tamtych, zwłaszcza na punktach najbardziej zagrożonych.
Olbrzymie znaczenie Adama Smitha polegało właśnie na tem, ze pierwszy wykazał w czem leży słabość i potęga narodów, że był pierwszym ekonomistą narodowym. Marx jest rzecznikiem tylko człowieka, a nawet jednej klasy i dla tego jest apolityczny, międzynarodowy, a nawet wprost antinarodowy. Jednak gdy Smith był ekonomistą narodu mocnego przemysłowo, więc i nauka jego nosiła cechy jednostronne. Dopiero Fryderyka Lista można nazwać ekonomistą narodowym, bo uzupełnił dzieło Smitha, który był dlań jeszcze nazbyt kosmopolitą oraz indywidualistą, jako bezwzględny rzecznik wolnego handlu i niekrępowanej konkurencyi przemysłowej. Łatwo jednak zrozumieć czemu Smith, będąc narodowym, mógł być kosmopolitycznym. Oto on nie drżał o moc i przyszłość narodu swego, nie obawiał się dlań niczyjej konkurencyi. Dopiero patryota narodu bardzo słabego ekonomicznie, jakim był List, mógł spostrzedz, że co jest dobrem dla mocnych, może być zgubnem dla słabych.
Więc rozglądając się bystrem okiem po świecie i szukając środków do możliwie pewnego i prędkiego podźwignięcia sił swej ojczyzny, udowodnił, że nie rolnictwo ani handel, ale dopiero
Quote
"siła przemysłowa wpływa na wszechstronny rozwój narodu".Zauważył, że narody bogate i potężne przechodziły w swym rozwoju przez cztery fazy, z których dopiero ostatnia nie tylko uniezależnia od innych narodów, ale daje bezwzględną przewagę nad niemi; więc ponieważ narody nie żyją w odosobnieniu i nie stoją na jednym stopniu rozwoju, przeto pomyślny rozwój narodu słabszego gospodarczo wymaga innej polityki niż polityka silnych, a także polityki, zmieniającej się stosownie do potrzeb chwili.
Gdy w pierwszej fazie mało jeszcze kapitału, przeto rolnictwo musi wystarczać na zaspokajanie wszystkich potrzeb. Należy dbać o jego rozwój, a zarazem o najkorzystniejszy wywóz płodów rolniczych. W tej fazie można i trzeba otworzyć obcemu przemysłowi wolną drogę do kraju.
W drugiej fazie zawiązuje się w kraju wytwórczość przemysłowa, ale zrazu słaba, więc rozumna polityka nie pozwala na utrudnianie przywozu obcych dzieł przemysłu, zwłaszcza narzędzi i maszyn, dopóki nie wzmocni się własna w tym kierunku wytwórczość o tyle, że zdolna będzie zaspokajać rynek wewnętrzny. Wówczas dopiero system ceł ochronnych uwzględniający słabsze i mocniejsze strony przemysłu, sprzyjać będzie dalszemu jego wzmaganiu się. Wprawdzie taka polityka wywoła podrożenie wytworów krajowych, ale wzmocni warsztat narodowy, zapewniając ceny nizkie w przyszłości - na skutek rozwinięcia się konkurencyi wewnętrznej. Co naród traci zrazu, to odbierze później na taniości towarów, a co najważniejsze, na produkcyi wywozowej.
Ta trzecia faza rozwoju, osłanianego cłami ochronnemi trwać musi póki siła wytwórcza nie przewyższy siły przemysłowej innych narodów. Wówczas potrzebny jest w polityce powrót do zasady wolnego handlu, bo przemysł mocny nie lęka się już konkurencyi obcej, a za to otrzymuje taniej płody rolnicze innych krajów i obce materyały surowe, co mu daje nową siłę.
Pięćdziesiąt tylko lat stosowania podobnej polityki, przy dzielności i pracowitości narodu niemieckiego pokazało do czego dojść można. Z narodu przeważnie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz