czwartek, 10 listopada 2022

Badania McCarrison + skrótowo Hunzowie, Abhazi, Anopsologia, Makrobiotyka

Badania McCarrison + skrótowo Hunzowie, Abhazi, Anopsologia, Makrobiotyka


McCarrison

Olbrzymie znaczenie odżywiania dla zdrowia udowodnił w swym słynnym doświadczeniu Robert McCarrison, który jako kierownik Instytutu Żywienia w Indiach usiłował rozwiązać za­gadkę ogromnych różnic w rozwoju fizycznym i stanie zdrowia poszczególnych plemion hinduskich.

Mieszkańcy północnych, górzystych okolic odznaczali się dobrą budową, doskonałym zdrowiem i odpornością, ale im dalej na południe, tym gor­szy był stan zdrowia ludności. Najbardziej wysunięte na połu­dnie plemię Madrasów było najnędzniejsze fizycznie i trapione przez liczne choroby. Podejrzewając, że przyczyna tkwi w od­żywianiu, McCarrison założył wielką hodowlę białych szczu­rów, którą podzielił na oddziały karmione tak, jak odżywiały się poszczególne plemiona hinduskie. Wszystkie te zwierzęta pochodziły od jednej pary i miały zapewnione identyczne, jak najbardziej korzystne warunki życia, a jedyną różnicę stanowiło pożywienie, przy czym oprócz diet indyjskich w jednym z od­działów zastosowano przeciętną dietę zachodnioeuropejskiego robotnika (biały chleb z margaryną, dżem, mięsne konserwy, gotowane kartofle i jarzyny, herbata z cukrem).

Doświadczenie trwało 2,5 roku (rok w życiu szczura odpo­wiada okresowi 25 lat w życiu człowieka). W tym czasie stop­niowo narastały wyraźne różnice między zwierzętami różnie żywionych oddziałów. Szczury żyjące na diecie plemion pół­nocnych były dobrze rozwinięte, duże, miały gęste, lśniące fu­terko, były spokojne i sprawiały wrażenie zupełnie zdrowych.

Inne oddziały wyglądały dużo gorzej, a szczury żyjące na diecie Madrasów były najmniejsze i najnędzniejsze ze wszyst­kich. Wykazywały liczne zmiany skórne, wyłysienie, strupy owrzodzenia, a przy tym były tak podniecone, że wprost zagry-zały się nawzajem.

Po upływie 2,5 roku zabito i sekcjonowano wszystkie zwie” rzęta. U 1189 szczurów żyjących na diecie północnej, którą McCarrison nazwał „idealną”, nie stwierdzono żadnych zmian patologicznych w narządach wewnętrznych. Dieta ta składała się z surowych owoców strączkowych, surowej marchwi i kapusty, surowego mleka, razowego chleba i mąki oraz raz na tydzień małej porcji surowego mięsa z kością, do tego woda.

Zbadano 2243 szczury żywione na wzór prowincji południo­wych oraz zachodniej Europy. Znaleziono u nich bardzo liczne i różnorodne choroby wszystkich narządów i układów, często guzy rakowe i gruźlicę, owrzodzenia przewodu pokarmowego, wszelkiego rodzaju stany zapalne i nieżytowe, niedokrwistość, przerosty migdałków, słowem: wszystkie te choroby, które ma­sowo dręczyły i nadal dręczą ludność odżywiającą się w taki sam sposób. Analogia szła tak daleko, że np. odsetek chorób nowotworowych przewodu pokarmowego czy pęcherza był identyczny wśród ludności pewnego okręgu, jak i w podobnie żywionym oddziale szczurzej hodowli. Sądzę, że tych informa­cji nie trzeba komentować.

Hunzowie

W czasie swej działalności w Indiach McCarrison odkrył i opisał społeczeństwo Hunzów żyjących w Himalajach w pobli­żu granicy Indii, Chin, byłego ZSRR i Afganistanu na wysokości około 2000 m n.p.m., wśród pokrytych lodowcami gór. Hunzo­wie twierdzą, że są potomkami wojowników armii Aleksandra Macedońskiego, którzy zdobyli górskie doliny Indii. Angielski badacz zdumiony był niezwykłym zdrowiem, tężyzną i długo­wiecznością tych ludzi, którzy nie znali żadnych chorób i zdolni byli do ogromnego wysiłku fizycznego. Ich 120-140-łetni starcy nie tylko jeszcze pracowali, ale odbywali dalekie, wysokogórskie wędrówki. Również inni badacze, którzy odwiedzali ten kraj, podkreślali niezwykłe zdrowie i wytrzymałość, a także wyjąt­kową uprzejmość i gościnność oraz łagodny i pogodny nastrój tych ludzi, którzy nawet w okresach głodu nie tracili swego mi­łego, serdecznego uśmiechu. Nazwano ten kraj szczęśliwą doliną, choć przede wszystkim jest on doliną tzw. biedy i skrajnej oszczędności.

Mając bardzo mało ziemi uprawnej, Hunzowie nie hodują wcale psów, kotów, świń, a ich stosunkowo nieliczne owce, kozy i krowy dają na ogół mało mleka. Z ogromną pieczołowitością uprawiają Hunzowie sady i mało urodzajne pola, dla których zbudowali cały system kanałów zbierających wodę z lodow­ców. W tym skalistym kraju jest niewiele roślinności naturalnej i pastwisk, toteż Hunzowie oprócz drzew owocowych hodu­ją również topole, których liście służą za pokarm dla zwierząt domowych. Niezwykła oszczędność i staranne wykorzystanie wszystkich nadających się do użytku części roślinnych czy od­padków zwierzęcych sprawiają, że – jak piszą badacze – „jest to kraj najczystszy i najzdrowszy na świecie”.

Hunzowie bardzo rzadko jadają mięso – raz na kilka tygodni, głównie podczas świąt. Mleko i jego przetwory są cenione, lecz jest ich mało, przy czym mleko jest chude, a masło jest używa­ne tylko przy wyjątkowych okazjach. Dzieci piją więcej mleka prosto od zwierząt na pastwiskach. Małe dzieci są dokarmiane piersią matki aż do 3. roku życia. Jajek jest bardzo mało, gdyż kury są nieliczne, a przy tym same muszą troszczyć się o swe wyżywienie. Zaopatrzenie w białko stoi tam na najniższej gra­nicy normy. Głównym pożywieniem Hunzów są owoce, surowe w lecie, a suszone i rozmoczone w zimie, oraz placki z ciemnej mąki (z całego ziarna), sporządzane tuż przed posiłkiem, krótko pieczone i spożywane na gorąco bez żadnych dodatków. Spo­rządzają oni specjalny napój morelowy (który zawiera prawie wszystkie witaminy), wino morelowe, pite tylko przy uroczy­stościach, oliwę morelową, placki z dodatkiem pestek morelo-wych i wiele innych.

Hunzowie mają mało orzechów, lecz dużo słodkich migda­łów, które jedzą na surowo oraz wyciskają z nich olej. Upra” wiają też sporo jarzyn. Dopiero od kilkudziesięciu lat wprowa­dzono tu ziemniaki oraz pomidory, które są bardzo cenione. Ogólnie jednak zjada się mniej warzyw niż owoców i potraw zbożowych. Soli używa się bardzo mało, a cukru nie stosuje w ogóle. Od czasu do czasu zdarzają się wiosenne przednów­kowe okresy głodu, kiedy jedyne, skąpe pożywienie stanowią jarzyny.

Hunzowie nie chorują, ponieważ dążą do całkowitej kontro­li nad swoim ciałem i umysłem. Potrafią w sposób doskonały zrelaksować się. Znajdują zawsze w ciągu dnia czas na spokoj­ną modlitwę i medytację. Pracują powoli, bez pośpiechu. Uwa­żają, że znane w cywilizacji Zachodu wysilanie się do granic szaleństwa w celu pomnażania majątku niszczy wewnętrznie człowieka, powoduje ciągłe napięcie i zmniejsza jego odpor­ność. Nie przejmują się spadkiem dolara na giełdzie nowojor­skiej, podnoszeniem cen paliw, bo nie posiadają samochodów ani dolarów i nie oglądają kretyńskich programów w TV, bo nie mają telewizorów.

Wszyscy, niezależnie od wieku, uprawiają sport. Popular­ne są gry w siatkówkę, w polo, biegi i wspinaczki górskie oraz zabawy zręcznościowe. Sport zapewnia im świetną kondycję i wytrzymałość. Aby nie doprowadzić do degeneracji społe­czeństwa, śluby zawierane są między partnerami z oddalonych terenów, nad czym czuwają starsi wiekiem oraz administracja. Dzieci w społeczności Hunzów nie są karane. Niemniej gdy zro­bią coś złego, zwraca im się uwagę i poprawia. Zachęca się je do rozwijania inicjatywy i indywidualności. Dzieci uczą się znaj­dować szczęście nie w gromadzeniu bogactw doczesnych, lecz w rozwijaniu wartości duchowych.

Tego rodzaju kraj, odcięty od „dobrodziejstw” cywiliza­cji, ma dla nauki wartość wspaniałego eksperymentu diete­tycznego, prowadzonego na całym społeczeństwie od wielu pokoleń, a nawet setek lat. Dziś, gdy kraj ten stał się sławny w Ameryce oraz zachodniej Europie i gdy liczni turyści zaczęli w „szczęśliwej dolinie” rozpowszechniać słodycze, białą mąkę i papierosy, zdrowie Hunzów, choć jeszcze dobre, zaczyna się już powoli psuć i jeśli nie wytrwają oni przy starych zwycza­jach, nie starczy go zapewne na długo.

Abchazi

Jednym z powodów, dla których maleńką republiką auto­nomiczną Gruzji zajmują się naukowcy wielu specjalności, jest długowieczność jej mieszkańców. W Abchazji 16 procent ludzi ma ponad 100 lat, a 35 proc. – ponad 90 lat.

Historia bez wątpienia wywarła wpływ na charakter i tryb życia mieszkańców Abchazji. Kult honoru, patriotyzm, po­wszechne poszanowanie narodowych obyczajów do dziś pozo­stają dla Abchaza najwyższymi wartościami. Jest on przy tym pogodny, lubi towarzystwo przyjaciół i stół biesiadny z rytua­łem kwiecistych toastów, kocha taniec i śpiew, jest rozmiłowany w przyrodzie swojej górzystej ojczyzny. Abchazi nazywają swój kraj – Krajem Duszy. Jest to określenie nader pojemne w treści, bowiem mieści się w nim zarówno łagodny klimat, zdrowotne plaże i bogate winnice, jak też gościnność i tradycyjna serdecz­ność tego ludu.

Sprawą honoru jest dla Abchaza zachowanie smukłej, wy­prostowanej sylwetki i zwinności ruchów. Człowiek otyły, nie-potrafiący dosiąść rumaka, budzi nie litość, lecz nieskrywaną pogardę. Stąd nawet w tak lubianych biesiadach Abchazi starają się wstawać od stołu nienasyceni do końca. Za prawdziwie uro­dziwe kobiety są w Abchazji uważane te, które mają talię osy, a przy tym niewielki biust.

Tamtejsi ludzie są przede wszystkim bardzo serdeczni. W abchaskiej etykiecie są dwa żelazne punkty: rozmowa i poczęstu­nek. Poczęstunek może mieć rozmaity przebieg w zależności od zamożności gospodarzy, jednak musi z całą pewnością zawie­rać świeżą zieleninę (koperek, pietruszka, kolendra, szczypio­rek, czosnek) oraz abystę, która jest podstawowym pokarmem Abchazów. Jest to rozgotowana na papkę mąka kukurydziana – jedyna bodaj potrawa, do której nie dodaje się przypraw.

Istotne jest jednak to, że mieszkańcy Abchazji przez cały rok spożywają mnóstwo świeżych owoców i warzyw, niewiele mię­sa, bardzo mało ryb, unikają natomiast tłuszczu i wysokokalorycznych produktów. Tradycyjnie nie jada się tam zup ani tym bardziej rosołów, które po ugotowaniu mięsa po prostu wylewa się jako szkodliwe dla zdrowia.

Mężczyźni w Abchazji tradycyjnie żenią się bliżej czterdziest­ki, kobiety także nierzadko czekają na ślub do 30 lat. W Abchazji istnieje obyczaj zakazujący zbliżeń seksualnych przed ślubem oraz kontaktów pozamałżeńskich po ślubie. Dawniej, jeśli dziewczyna traciła niewinność przed ślubem, rodzina mogła ją nawet sprzedać w niewolę, aby zmyć hańbę, którą okryła dom. Świadome tej kary dziewczyny nawet nie ośmielały się rozma­wiać z młodzieńcami, aby nikt nie miał powodu do podejrzeń. Faktem jest to, iż tamtejsi mężczyźni są aktywni płciowo nawet po siedemdziesiątce, zaś prawie 14 procent abchaskich kobiet ma regularne miesiączki po ukończeniu 55. roku życia.
Ludzie starsi otoczeni są nadzwyczajnym szacunkiem i cieszą się prawdziwym autorytetem. Starzy ludzie w Abchazji nie tyl­ko codziennie uczestniczą w życiu rodziny, ale też przynajmniej raz w tygodniu spotykają się w gronie rówieśników. Honorowe miejsce w społeczeństwie umacnia w starszych ludziach poczu­cie własnej godności, co bez wątpienia sprzyja zdrowiu i długie­mu życiu. Abchazom nieznany jest „stres emerytalny”, kiedy to człowiek czuje się wyobcowany i niepotrzebny. Przeciwnie, sta­ry Abchaz doznaje nieustannych dowodów szacunku ze strony członków rodziny i całej miejscowości – jako skarbnica mądro­ści, doświadczenia, tradycji i narodowych obyczajów. Do niego wszyscy zwracają się o radę, do niego też należy ostateczne sło­wo w ważnych sprawach.

Człowiek ponadstuletni nie jest w Abchazji przeżytkiem, ale aktywnym współtwórcą współczesności, jest potrzebny. W tej pięknej, surowej krainie nie ma problemu samotności człowie­ka. Każdy z nich, choćby nie wiadomo jak był chory, nie zosta­nie pozostawiony samemu sobie. Bliskich krewnych zastąpią dalsi, a jeśli i tych braknie, to członkowie rodu albo po prostu sąsiedzi. Chorego rodzina oddaje do szpitala w ostateczności, kiedy potrzebna jest operacja czy kroplówka. W przeciwnym razie lekarz czy pielęgniarka nawet codziennie będą pacjenta odwiedzać w jego domu, sprawując nad nim niezbędną opiekę. Tak tam było zawsze i tak jest do dzisiaj.
Dlaczego jednak Abchazi są długowieczni? Pierwsza przy­chodzi na myśl hipoteza genetyczna. Z całą powagą traktują ją badacze, wskazując, że predyspozycje do długiego życia prze­kazywane są z pokolenia na pokolenie. Statystyka rzeczywiście zdaje się potwierdzać, że w Abchazji długowieczność należy do rodzinnej tradycji. Posuwający się tym tropem biolodzy mówią, że jeśli nawet istnieje gen długowieczności, to wcale nie jest po­wiedziane, iż nie ma genów trwałości życia, które ujawniają się pośród reprezentantów stosunkowo małych grup etnicznych, gdzie obserwuje się tendencję do zawierania małżeństw w ob­rębie plemienia. Liczba mieszkańców Abchazji wynosi ponad 90 tyś., więc tradycyjne korzenie małżeństw narodowych, przy najsurowiej przestrzeganym zakazie zawierania związków przez odległych nawet krewnych (grozi za to haniebne wygna­nie z republiki), rzeczywiście w ciągu tysiącleci mogło dopro­wadzić do odpowiednich zmian genetycznych.

Wielu Abchazów twierdzi, że prawdziwym źródłem długo­wieczności jest codzienna praca fizyczna. Nikt nie może pracować bez odpoczynku, ale bez pracy odpoczynek nie ma sensu – głosi ab-chaska mądrość.

Podstawowym warunkiem długowieczności jest prawidłowe jedzenie, ruch; ponieważ w Abchazji dominuje teren górzysty, mieszkańcy zmuszeni są do nieustannego ruchu, w dół i w gó­rę, a konie jedynie trochę ten ruch ograniczają.

Kochając życie, kochamy również ludzi, czyli Abchazi repre­zentują miłość w pełnym tego słowa znaczeniu. A poczucie ho­noru (słowo zapomniane w Polsce, a nawet wykreślone z ency­klopedii przez „ciemne siły”) na co dzień pozwala na spokojny sen. Podobnie jest z innymi izolowanymi ośrodkami.

Yilcabamba to leżąca w dolinie wioska usytuowana po*” tora tysiąca metrów nad poziomem morza i oddalona trzyst pięćdziesiąt kilometrów na południe od równika. Ta odizoiowana od świata wioska w Andach, zgodnie z przeprowadzo­nym w 1982 roku spisem mieszkańców, ma populację liczącą 819 osób, w tym 17 mężczyzn i 2 kobiety w wieku powyżej stu lat. Ludzie Yilcabamby zajmują się przede wszystkim rolni­ctwem na własne potrzeby i generalnie pracują fizycznie jesz­cze w wieku 90 lat. Od wczesnego dzieciństwa rozpoczynają wytężoną pracę fizyczną i do końca są bardzo aktywni. Starzy ludzie mają bardzo wysoki status społeczny i aktywnie biorą udział w problemach i zadaniach społeczności lokalnej, tak jak u Hunzów i Abchazów.

Ich dieta jest niskokaloryczna, zawiera szczególnie mało tłuszczów i białek zwierzęcych. Typowy posiłek składa się z fa­soli, kukurydzy, ziemniaków, liści juki (bardzo bogate w skro­bię warzywo), zupy z bananów, chleba, owoców (takich jak: papaje, pomarańcze i winogrona) i czasem z bardzo niewielkiej ilości mięsa. Wszyscy piją produkowany we własnym zakresie rum i palą tytoń w niewielkich ilościach.

Na małej atlantyckiej wyspie Tristan da Cunha mieszkańcy nie znali próchnicy zębów ani reumatyzmu, żywiąc się jarzyna­mi, owocami, mlekiem, mięsem i rybami. Od czasu jednak gdy Amerykanie zaczęli masowo dowozić tu białą mąkę i cukier, choroby te zaczęły się szerzyć z niezwykłą szybkością, a ogólny stan zdrowia bardzo się pogorszył. Takie samo „dobrodziej­stwo” wyświadczono wyspom hawajskim i wielu innym kra­jom, które uszczęśliwiono wytworami europejskiej cywilizacji. Indianie Tarahumara z Meksyku są również jedną z nielicz­nych społeczności żyjących w zgodzie z tradycją. Ich pożywie­nie składa się z pełnego zboża, fasoli, dyń oraz innych warzyw i owoców z najbliższego im otoczenia. Badania lekarskie prze­prowadzone wśród ludu Tarahumara nie wykazały u nich wy­sokiego ciśnienia krwi, otyłości, chorób serca, udarów mózgu ani innych chorób układu krążenia.

Krótko mówiąc, receptą na długowieczność są: prawidłowa dieta, ruch i wzajemna życzliwość. Cechy te z pewnością cha­rakteryzowały naszych przodków, jak piszę dalej.
W Polsce przeprowadzono badania związane z odżywianiem się w okresie dzieciństwa wśród 756 starszych ludzi. Większość z nich pochodziła z biednych, wiejskich, wielodzietnych rodzin, a ich odżywianie w dzieciństwie było niedostateczne. Wśród 100 osób w wieku ponad 80 lat było 8 w wieku 83-95 lat z dobrą sprawnością fizyczną i umysłową. Po bardzo drobiazgowych wywiadach i dociekaniach ustalono skład i wartość odżywczą ich jadłospisu w okresie uczęszczania do szkoły podstawowej. Dzieci te cierpiały nędzę, a ich pożywienie było bardzo skąpe – według wyliczeń – średnio 1158 kcal na dobę. U jednego z ba­danych racje te były jeszcze mniejsze – 611 kcal. Dodać do tego trzeba owoce, do których te wiejskie dzieci miały dostęp zwłasz­cza latem i jesienią. Niektórzy z tych starszych ludzi podkreślali nawet, że bywały okresy, gdy żywili się prawie wyłącznie owo­cami. Obliczenia te potwierdzają oczywisty związek między od­żywianiem się w dzieciństwie a zdrowiem na starość.

Teraz kilka słów na temat różnych diet cieszących się coraz większą popularnością.

Anopsologia

Kierunek ten zapoczątkował 26-letni szwajcarski fizyk Guy-Claude Burger, który będąc beznadziejnie chorym, uznał, że po­nieważ jego choroba jest wynikiem cywilizaq’i, to trzeba od tej cywilizacji odejść. Zaszył się więc na farmie w prymitywnych warunkach, gdzie objawy choroby zaczęły stopniowo zanikać, a po kilku miesiącach doszło do wyzdrowienia. Odczyt na ten temat wygłoszony przez Burgera w Akademii Medycznej w Pa­ryżu w roku 1983 rozpoczął kierunek odżywiania nazywany anopsologią.

Zaaprobowanie anopsologii wymaga całkowitego odrzucenia balastu tradycyjnego myślenia. Jest to bowiem czysty instynkt/ którym obdarzone są niemowlęta i małe dzieci i który jest zabijany poprzez wychowanie i tradycyjne odżywianie. Instynktowne odżywianie się oparte jest na założeniu, że natura obdarzyła nas węchem i smakiem, aby umożliwić nam zaspokojenie podsta­wowych potrzeb, a organizm ludzki wie, czego mu potrzeba lub czego mu brakuje. W anopsologii nie ma miejsca na przekony­wanie dziecka, że to wprawdzie niesmaczne, ale takie zdrowe. Jeśli nie jest smaczne, nie może być zdrowe, w danym momencie bowiem organizm nie ma na to zapotrzebowania. Za parę dni czy tygodni to samo może być smaczne i pociągające, bo zaspo­koi jakieś nowo powstałe niedobory w organizmie. Działanie ba­riery smaku bardzo dobrze zobrazować może sytuacja, w której dziecko np. je jabłko i nagle odkłada je na bok, na pytanie zaś, czemu nie je go dalej, odpowiada, że już mu nie smakuje. Zapo­trzebowanie zostało bowiem zaspokojone i dalsze jedzenie jest już zbędnym obciążaniem organizmu. Dziecko często jednak zo­staje niepotrzebnie zmuszone do zjedzenia jabłka do końca.

Od wczesnego dzieciństwa jesteśmy zmuszani do przeja­dania się. Takie działanie jest niewłaściwe, nie wolno bowiem kończyć tego, co nam nie smakuje i za żadną cenę nie wolno niszczyć bariery smaku, która stanowi nasz najcenniejszy me­chanizm obronny. Co ważne, nieprzejadanie się powoduje, że procesy biologiczne przebiegają sprawnie i harmonijnie bez po­wstawania produktów odpadkowych. Taki sposób odżywiania się uaktywnia system immunologiczny, a ponieważ nie obcią­ża ustroju, wyzwala ogromne ilości energii. Nie trzeba tu rów­nież mówić o odtruwaniu organizmu, bo samozatrucie naszego ustroju w ogóle tu nie występuje.

Przy takim żywieniu odpada właściwie przygotowywanie posiłków, ponieważ absolutnie wszystko zjada się na surowo – mięso, jajka, jarzyny oraz owoce. Mało kto wie, że słynny dr Albert Schweitzer chorował na cukrzycę. Za poradą dokto­ra Maksa Gersona przeszedł na dietę składającą się początko­wo wyłącznie z surowych soków jarzynowych i owocowych. Poprawa była tak znaczna, że w ciągu miesiąca można było odstawić insulinę.

Makrobiotyka

18-letni Japończyk Sakurazawa Nyoti, znany później jako George Ohsawa, skazany na śmierć przez oficjalną medycynę, szuka ratunku. Lekarze stwierdzają u niego gruźlicę płuc oraz jelit i przepowiadają mu zaledwie parę miesięcy życia. Młodego chłopca ratuje jednak książka o starodawnej medycynie orien­talnej. Stosując podaną tam dietę – opartą głównie na ciemnym ryżu, zupach i jarzynach – odzyskuje zdrowie, a umiera dopiero w wieku 73 lat.

Uratowany Ohsawa rozpoczął dogłębne studia nad filozofią i tradycjami orientalnymi i na tej podstawie opracował system wskazań, obejmujący całokształt życia, znany dziś jako makro-biotyka. Początkowo rozwijała się ona w Japonii, ale w latach 50. Ohsawa podróżował po Europie i Stanach Zjednoczonych z pre­lekcjami i wtedy rozpoczął się rozkwit makrobiotyki i w tych rejonach. Termin „makrobiotyka” nie był nowy, używał go już w początkach zeszłego stulecia niemiecki lekarz Christoph W. Hufeland w odniesieniu do europejskiego wegetarianizmu. Oh­sawa nadał mu jednak nowe, szersze znaczenie, tłumacząc go jako sztukę długowieczności i szerokiego poglądu na świat. Je­steś tym, co jesz! Tak brzmi naczelna zasada makrobiotyczna i rozumie się ją zupełnie dosłownie:
jeżeli jadasz tłusto, jesteś tłusty, a twój umysł staje się leniwy i ociężały,
- jeżeli jadasz zbyt kwaśno, stajesz się lękliwy, podejrzliwy i bezradny,
jeżeli jadasz zbyt słono, stajesz się niepohamowany i gwał­towny jak morskie fale,
- jeśli odżywiasz się w sposób zrównoważony, wtedy twoje ciało jest zdrowe, lekkie i wdzięczne, twoje życie duchowe i psychiczne staje się spokojne i pełne harmonii.

Przez wiele lat wmawiano nam, że warunkiem zdrowia jest regularne dostarczanie wielkich ilości białka, witamin i soli mineralnych. Wymyśliła to nauka zachodnia, która cały świat dzieli na drobne cząstki, a człowieka na poszczególne organy, które osobno bada i leczy, nie widząc całości i wzajemnego po­wiązania zjawisk. Ileż jest leków, które leczą jakiś organ, jedno­cześnie niszcząc cały organizm.

Makrobiotycy twierdzą, że ich sposób życia jest właściwy ludziom od tysięcy lat i chroni przed większością chorób, po­nieważ wzmaga i podtrzymuje siły odpornościowe organizmu. Przestrzegając diety makrobiotycznej, chudnie się i młodnieje, mimo spożywania dużej ilości węglowodanów. Piękna cera czy zgrabna figura nie są same w sobie celem życia, otrzymujemy je wraz ze zdrowiem jako skutek zrównoważonego, makrobiotycznego stylu życia.

Po śmierci twórcy makrobiotyki najbardziej aktywni w pro­pagowaniu tej metody byli jego uczniowie: Michio Kushi wraz z żoną Aveline i Herman Aihara. Według Michio Kushi i innych autorów efekty diety makrobiotycznej są wprost nad­zwyczajne. Daje ona wysoki poziom energii, zdrowia i spraw­ności fizycznej, a lekkie niedożywienie mobilizuje organizm i zmusza go do lepszego funkcjonowania. Dobór diety jest indywidualną sprawą wyboru i dopasowania do aktualnych potrzeb i możliwości.

Naukowcy, lekarze i dietetycy wciąż na nowo odkrywają cudowne właściwości produktów makrobiotycznych. W jadło­spisie makrobiotycznym zawarte są wszystkie witaminy oraz wszystkie ważne składniki odżywcze w naturalnej postaci. W kapuście, pietruszce, bobie, soi, kaszy gryczanej, nasionach se­zamu, słonecznika, brokułach, migdałach, orzechach laskowych jest znacznie więcej wapnia niż w mleku, jajach, serach i jogur­cie, natomiast nasiona sezamu i siemienia lnianego mają prawie dziesięć razy tyle wapnia co mleko. Dodać należy, że w nasio­nach sezamu naukowcy odkryli substanq’ę chroniącą przed no­wotworami. Buraki ćwikłowe, pietruszka naciowa, bób, korzeń łopianu, korzeń imbiru, zielony groszek, cebula, zimowe odmia­ny dyni zawierają szczególnie dużo złożonych węglowodanów i mają ogromne ilości żelaza – pięć razy więcej niż mięso.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przebudzenie

Marsze Polaków za pokojem – 19 października w  Rzeszowie  , 26 października w  Szczecinie  budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...