piątek, 22 sierpnia 2025

Co to jest reportaż i do czego służy?

 



Reportaż to tekst, który najmarniej powinien mieć ze 400 stron. Służy zaś do tego, byśmy nie stracili kontaktu z rzeczywistością i własnych mrzonek nie uważali za rzeczywistość.

Stąd właśnie rola reportażu kulturze jest bardzo istotna. My jej nie rozumiemy i w ogóle nie wiemy co to takiego – reportaż, bo wmówiono nam, że tą nazwą można określić twórczość Kapuścińskiego. Nie można. Bo nie ma tam słowa prawdy i żadnych detali, które by tekst uwiarygodniły.

Nie są też reportażami teksty Szczygła drukowane w gazowni czy inne jakieś kokieterie ś.p. Smoleńskiego. Nie są nim też zbiory anegdot z Kaukazu, które drukował w niewielkich formatach ten trzeci tuz dziennikarstwa gazownianego, którego nazwiska zapomniałem.

Nie wystarczy pojechać na koniec świata i coś stamtąd przysłać do druku, żeby można to było nazwać reportażem.

To co gazownia zrobiła z tym pojęciem przez dekady nazwane być może unieważnieniem reportażu i jego anihilacją. Nie sposób bowiem napisać kłamliwego reportażu, albowiem prawda wyjdzie zeń zawsze. Co zaraz zostanie udowodnione. Wystarczy, że ktoś przyjmie metodę reportażową i zacznie wymieniać szczegóły dotyczące uzbrojenia, a także opisywać topografię, i nawet ludzie całkowicie pozbawieni wyobraźni przestrzennej, jak ja, połapią się o co chodzi.

Reportaż a la GW nie jest zaś reportażem, ale formą, która ułatwia kolportowanie wizji i utrwalanie ich w głowach ludzi nie rozumiejących nic z pisania. Potem zaś roszczących sobie pretensje do ocen. Ich obecność dominuje w naszym życiu i jest wielkim ciężarem, albowiem nie mamy nawet najmniejszego wyobrażenia o tym, co znaczy właściwa komunikacja. I gdzie wobec stałej obecności fałszywych formatów, jest prawda. Niektórym się wydaje, że w twittach. No, to jest jedno z najpoważniejszych złudzeń, którego konsekwencje jeszcze nie są do końca znane, ale przypuszczam, że będą tragiczne.

Co w takim razie jest reportażem? „Archipelag Gułag”, to jest bez wątpienia reportaż. Od biedy za reportaż można uznać „Inny świat” Grudzińskiego. Jest nim także wielokrotnie tu wspominana rzekoma powieść Euclidesa da Cunha, „Sertony” na podstawie której Llosa napisał „Wojnę końca świata”. Są to olbrzymie dzieła, w których można by było utonąć, gdyby nie ilość szczegółów, zatrzymujących nas na powierzchni. I to właśnie jest w reportażu najlepsze.

Wczoraj przez cały dzień czytałem reportaż zalinkowany tutaj przez dwóch komentatorów, a zatytułowany „Lasy i ludzie”.

Dlaczego ta książka przeszła bez echa? Mógłbym pisać o tym długo, ale wskażę tylko na jedną okoliczność. Wszyscy tak zwani reportażyści, w odróżnieniu od reporterów, zajmują się, w zwykle przeskalowywaniem okrucieństwa połączonym z metafizycznymi rozważaniami. Metoda ta uwzniośla ich i daje im nadzieję na liczne nagrody literackie oraz gwarantuje uwagę krytyków, którzy – pardon – gówno o pisaniu wiedzą.

I na tym koncentruje się też uwaga czytelnika oraz wydawcy – ten ostatni domaga się coraz drastyczniejszych opisów, bo zdaje mu się, że w ten sposób uwodzi czytelnika. Mamy więc w ofercie wydawnictw, jakieś panoptika makabry wojennej, prowadzące nas na całkowite manowce. To nie są reportaże.

W prawdziwym reportażu nikt nie epatuje okrucieństwem, bo ono i tak jest obecne. Szok podczas czytania przeżywa się analizując szczegóły, a nie podkręcając emocje przy udziale autora.

Czy „Lasy i ludzie” to reportaż? Część dotycząca bitwy pod Piotrowym Polem z całą pewnością. Przeczytałem wczoraj, prócz tego, jeszcze rozdziały dotyczące Piwnika i Szarego. One nie są już reportażem, albowiem autor uległ magii reportażystów, którzy historię Szarego opisali przed nim. Czyli przede wszystkim uległ magii samego Hedy i jego żołnierzy. Przez co rozdział ten nie jest reportażem, ale zbiorem fatalnych ideologicznych interpretacji.

Zacznijmy jednak od początku. Obszar, na którym toczy się akcja można by, z grubsza wyznaczyć, kreśląc okrąg o promieniu 30 km, którego środkiem byłaby leśniczówka Marcule. Dziś jest to nadleśnictwo. Ja zaś piszę o tym wszystkim także dlatego, że drogę z Iłży do Lubieni pokonywałem kilkakrotnie przejeżdżając przez ten, nie za duży przecież kompleks leśny, gdzie rozgrywały się prawie wszystkie opisane w tekście dramaty.

Na cmentarzu w Lubieni pochowany jest mój kolega, który zmarł niedawno, a kilku innych pracuje w okolicznych nadleśnictwach. No, ale to szczegół. Nie chcę pisać tu reportażu, bo nie mamy na to miejsca, ale wskażę jedynie szczegóły, które znalazłem w tekście i które zrobiły na mnie duże wrażenie.

Jądro tego obszaru, czyli lasy iłżeckie zostały, na samym początku okupacji wyznaczone na teren prywatnych polowań generalnego gubernatora Hansa Franka. Już sam ten fakt jest wstrząsający. Na miejscu bowiem stale były duże oddziały żandarmerii, łatwo można było ściągnąć posiłki ze Starachowic, a nawet z oddalonego o 30 km Skarżyska czy nawet Radomia. Las był dobrze zagospodarowany, o czym świadczy, w każdej linijce, sam autor – Marian Langer – leśnik i syn leśnika.

Organizowanie w takim terenie partyzantki, w skali w jakiej działali Heda i Piwnik wydaje się być nieco nierozsądne. Zważywszy, na fakt, że głównym zarządcą lasów – podległych przecież generalnemu gubernatorowi – był gestapowiec, sadysta i chyba wariat, nazwiskiem Kruger – Anton Kruger. Jego likwidacja zaś rozpoczęła ciąg cały niefortunnych zdarzeń, w których przypadkowy charakter mógłby od biedy uwierzyć czytelnik Kapuścińskiego, ale nie my tutaj.

Ludzie, którzy zabili Krugera należeli do oddziału Piwnika i zostali specjalnie do Marcul ściągnięci przez Szarego, by wykonać tę akcję. Może czegoś nie zrozumiałem, ale dlaczego nie mógł tego zrobić sam Szary? Próbował przecież zająć koszary w Starachowicach, co było akcją raczej nierozsądną. Ludzie ci, jak pisze Marian Langer, zostali potem zabici przez niemieckich żandarmów, którzy podeszli ich na Wykusie pod nosem samego Piwnika. Należeli do plutonu łączności i wszyscy zginęli. Piwnik nie zareagował.

Tak to jest opisane. I ten fragment akurat można nazwać reportażem. Idźmy dalej. W oddziale Hedy służyli ludzie dziwni, którzy – jak pisze autor – uciekli spod łopaty. To samo jest z odziałem Piwnika. Czyli mało było tam żołnierzy z przedwojennych formacji WP. Kim oni byli? W opisie jednej z akcji Hedy występuje jakiś zagadkowy „Azerbejdżanin”. Do tego są tam Rosjanie, a Heda rozprowadza w oddziale prasę komunistyczną. Rzekomo po to, by żołnierze wiedzieli, iż po komunistach nie mogą spodziewać się niczego dobrego.

Zanim w ogóle rozwinęła się działalność wspomnianych dowódców. W rejonie Iłży – przypomnę – obszaru wyznaczonego do polowań dla Hansa Franka – działał żydowski oddział uciekinierów z getta, dowodzony przez Chyla Brawermana. Jego życiorys znajdziecie sobie tutaj

https://pl.wikipedia.org/wiki/Chil_Brawerman

A opisy w „Lasach i ludziach” też polecam.

Do Iłży ściągnięto w pewnym momencie Piwnika i jego oddział. Miała się odbyć akcja na Iłżę, ale wszystko się wydało i żandarmi dokonali dużej koncentracji, a następnie ich dowódca z radzieckim automatem w ręku, bo wszystko – jak to w reportażu – opisane jest dokładnie – zaaranżował coś w rodzaju bitwy z partyzantami, w której zostały ranne dwie chyba osoby i zdobyto jeden rkm.

W zasadzie został on przez ludzi Piwnika porzucony. Autor został zatrzymany przez żandarmów, chyba po to, by opisać mógł potem całą akcję i relacjonuje nam te wypadki minuta po minucie. Żandarmi szli, a z lasu strzelał do nich jeden człowiek.

Po tej rzekomej bitwie Piwnik wycofał się na Wykus. Ponoć nie mógł nic zrobić, bo wiedział, że ma kreta w oddziale, ale nie wiedział kto nim jest. Z opisu wynika, że nie wiedział także co zrobić, kiedy maszerują w jego kierunku uzbrojeni żandarmi bez żadnego ubezpieczenia.

Przejdźmy teraz do bitwy pod Piotrowym Polem, która poprzedzona została serią fałszywych informacji o zrzutach ze strony radzieckiej, które miałby być dokonane nad Wisłą. Zrzuty te miały dozbroić oddziały AK, które następnie – po koncentracji – miałby być wysłane na pomoc Warszawie. Czyli – przyjmuję takie założenie – sowieci już w lipcu wiedzieli, że wybuchnie Powstanie i mieli plan jak się do niego ustosunkować.

Ominąłem rozdział zatytułowany „Lipiec 1944”, ale z dalszej części tekstu wynika, że zrzutów nie było. Jeśli jakieś były, to wcześniej i uzbrajano z nich oddziały AL i niemieckich żandarmów, którzy jawnie, nie kryjąc się, nosili na paskach radzieckie automaty.

Na koncentrację oddziałów idących na pomoc Powstaniu wyznaczono lasy Iłżeckie, czyli teren na wschód od szosy Marcule – Lubienia, w których polować miał Hans Frank i które poszatkowane były, jak pisze autor – leżniami – czyli granicami oddziałów i szlakami zrywkowymi, nieraz bardzo szerokimi (nie w znaczeniu budowlanym należy rozumieć to słowo). Niemcy robili wszystko, by Polacy mogli skoncentrować jak najwięcej ludzi. Ci zaś zgłaszali się do oddziałów Potoka jawnie, maszerując po kościele, w pełnym słońcu przez te piękne niwy, wprost do punktu koncentracji.

Życzliwi Niemcy sugerowali, że armia wkrótce się wycofa, a sowieci przekroczą Wisłę. Jeden nawet puścił na głos autorowi radio Londyn, kiedy ten został przez dowódcę wysłany na obserwację posterunku (chyba, bo dokładnie nie pamiętam).

Ilość szczegółów podanych w rozdziale dotyczącym Piotrowego Pola i samej bitwy jest przerażająca. Opisy zaś, wzięte z relacji uczestników starcia, to – jak lubią sobie napisać wybitniejsi ode mnie autorzy – gotowy scenariusz na film.

Przed samą bitwą, w czasie największej koncentracji niemieckich jednostek wokół obozu Potoka, w lasach iłżeckich – gdzie polować miał sam Hans Frank – kontrwywiad AK doniósł dowódcy, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa i można spokojnie prowadzić koncentrację i przyjmować nowych ludzi do zgrupowania.

Trzy miesiące wcześniej wszyscy się zastanawiali, czy w oddziale Piwnika nie ma kreta, a w końcu września, wobec huku motorów dobiegających zewsząd i krążących nad lasami samolotów zwiadowczych, kontrwywiad przekazywał dowódcy informację, że nic się nie dzieje.

W zgrupowaniu był jawny i rozpoznany zaraz po bitwie agent niemiecki, do którego wszyscy mieli jakieś anse, ale który pozostał w oddziale. Langer wymienia jego nazwisko i pseudonim. Wyłapywał on po bitwie żołnierzy, którzy ukrywali się w Iłży. W czasie samych walk, w obozie pojawił się, co zeznało kilka osób niezależnie od siebie, nieznany nikomu oficer w polskim, przedwojennym mundurze, który strzelał w powietrze komunikaty alfabetem Morse’a. Niczym Janek Kos w serialu „Czterej pancerni i pies”.

Sama bitwa została sprowokowana przez porwanie – jakże szczęśliwie się złożyło – dwóch niemieckich dostojników, którzy wybrali się na polowanie. Jednego z nich zabito po wyroku sądu polowego, a drugiego – dyrektora huty w Ostrowcu przetrzymywano. Miał być kartą przetargową w czasie negocjacji prowadzonych o życie mieszkańców Piotrowego Pola, aresztowanych wcześniej i przetrzymywanych w więzieniu w Iłży.

Niemcy nie mieli zamiaru prowadzić żadnych negocjacji. Czas był im potrzebny do tego, by skoncentrować wojska, przy całkowitej bierności sowietów. I tymi wojskami zaatakować zgrupowanie w lasach pod Piotrowym Polem. Polacy wzięli na dokładkę odpowiedzialność za tego Niemca i osłaniali go w czasie trwania walk ryzykując życie.

W podsumowaniu rozdziału wyliczono wszystkie błędy i zaniechania, a także wskazano na jawną zdradę komórki kontrwywiadu AK.

I teraz pytanie – dlaczego w IPN nie ma osobnej komórki do badania tego przypadku? Dlaczego ekscytujemy się fikcją, gwarantowaną i tworzoną przez czynniki państwowe, które zachowują się jak ten kontrwywiad pod Piotrowym Polem? Po co to robimy? Bo wszyscy uważamy, że takie zachowanie jest wychowawcze, przykładne i rokuje na przyszłość. Czyli co czynimy? Obarczamy nasze dzieci, całkowicie tego nieświadome, odpowiedzialnością za prowokacje, które na pewno zostaną wobec nas zastosowane. I nie dajemy im żadnych narzędzi obrony.

Przeczytajcie sobie opisy życia w obozie gdzie koncentrował się Iłżecki Pułk Piechoty. Wszystko tam było – pogadanki patriotyczne, pogadanki umoralniające, wspólne śpiewy, zawody sportowe podnoszące morale żołnierzy, nawet strzelanie na sucho, z zastosowaniem specjalnych narzędzi, by nie zdradzić miejsca obozowania Niemcom. Nikt się nie nudził, każdy był wesoły i jasno oraz ufnie patrzył w przyszłość.

A dookoła tych ludzi budowano nieustająco wielki mur kłamstwa, przez który potem usiłowali się przebić w nocy z 1 na 2 października roku 1944. I wielu się nie przebiło. I my się nie przebijemy, albowiem zajmujemy się jedynie malowaniem napisów na tym murze. Ci zaś, co są za nim, mają już na szyjach radzieckie automaty, w rękach zaś postępową prasę, którą dostarczyli im europejscy patrioci, rozumiejący nadchodzące, nowe czasy.

Trzeba zmienić metodę. A książka Langera powinna być lekturą obowiązkową w Akademii Sztuki Wojennej czy jak się tam nazywa ten Rembertów teraz.

No nic, na dziś to tyle.

Przypominam, że cały czas prowadzimy zbiórkę na mieszkanie dla Saszy i Ani, jak ktoś może, niech pomoże. Przymusu nie ma.
https://zrzutka.pl/

Gabriel Maciejewski
https://coryllus.pl/

Postaw kawę autorowi!10 zł20 zł30 zł

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przebudzenie

Marsze Polaków za pokojem – 19 października w  Rzeszowie  , 26 października w  Szczecinie  budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...