poniedziałek, 2 marca 2020

Prezydencki kontredans

Wydarzenia w Pucku, podczas których opozycja niewybrednie wygwizdała, a nawet – jak twierdzą niektórzy – sponiewierała prezydenta Andrzeja Dudę pokazały, że Prawo i Sprawiedliwość oraz suflujące mu media, mają coraz większy problem z przyjmowaniem krytyki głowy państwa.
Z pewnych względów jest to zrozumiałe, wszak od wyniku rozpoczętej właśnie batalii prezydenckiej zależy przyszłość ekipy rządzącej.
Ta przyszłość, to nie tylko czysto ludzka przyjemność płynąca z faktu sprawowania władzy, znaczona setkami tysięcy intratnych stanowisk w spółkach skarby państwa, instytucjach i agendach rządowych, transferach pieniężnych do zaprzyjaźnionych mediów i organizacji, ale także możliwość nieograniczonego wglądu w życie prywatne obywateli, zwłaszcza tych, którzy się tej władzy w jakikolwiek sposób narażają. Czyż trzeba czegoś więcej formacji odwołującej się do sanacji?
Porażka Andrzeja Dudy oznaczać będzie de facto oznaczać dla niej początek końca. Brak większości w Senacie, weto prezydenckie i wierzgające przystawki, pchać będą nieuchronnie Jarosława Kaczyńskiego w kierunku resetu wyborczego, którego wynik będzie obarczony ogromnym ryzykiem. Niemniej gnicie PiS-u w warunkach totalnej obstrukcji legislacyjnej jest ostatnią rzeczą jakiej pragnie prezes Kaczyński. Nie od dziś wiadomo, że jedynym celem, który go interesuje jest – jak na rasowego polityka przystało – władza.
Tymczasem gwałtowna reakcja na mało wybredną antyprezydencką pikietę paradnie obnażyła piętę achillesową obozu władzy, a mianowicie przemożną potrzebę posiadania powagi i prestiżu. Wiadomo, że władza nie posiadająca tych atrybutów z czasem staje się karykaturą samej siebie. Szczególnie źle w takich okolicznościach radzą sobie rządy o zapędach autorytarnych, u których każda zjadliwa krytyka czy ironia wywołuje gwałtowną reakcję. A taką reakcję w przypadku PiS-u właśnie obserwujemy.
Wprawdzie służby państwa, wymiar sprawiedliwości oraz media publiczne są tak uzbrajane przez Prawo i Sprawiedliwość, by w sytuacji krańcowej władzy nie oddać, to wciąż jednak – pomimo usilnych zabiegów – państwo PiS-u nie osiągnęło swojej pełnej „zdolności bojowej”. „Gwiazda Śmierci” nie jest jeszcze gotowa, niewiele brakuje do jej ukończenia. Będzie to system polityczny, który najpełniej definiuje słowo „demokratura”.
Dzisiaj mamy ten szczególny moment, w którym nieukończony projekt „Gwiazdy Śmierci” jest wystawiony na ryzyko, jakim są wybory prezydenckie. Stąd taka wściekłość i ataki na każdego, kto może projektowi w jakikolwiek sposób, nawet hipotetyczny, zagrozić. W arsenale obronnym jest wszystko – kij i marchewka, pochwała i kalumnia, synekura i kuroniówka, apartamenty i „areszt wydobywczy”. Użyte zostanie wszystko, czym dysponuje władza.
Pech jednak chce, że Prawo i Sprawiedliwość, tak czułe dotychczas na nastroje społeczne, zaczęło się z nimi rozmijać. Lud połknął wprawdzie 500 plus, przyklasnął „gonieniu złodzieja z PO”, pochwalił ogólne wietrzenie, ale nie do końca utożsamił się ze stylem w jakim to się odbywa i zdaje się nie podzielać rewolucyjnego zapału, któremu hołdują najwierniejsi z wiernych towarzysze „dobrej zmiany”.
Stąd zmiana retoryki Andrzeja Dudy, który wyraźnie wytonował swoją buńczuczną i nadpobudliwą retorykę na rzecz „siły spokoju” i pojednania narodowego. Jego apel o wolną od hejtu kampanię, to wyraźne mrugnięcie do elektoratu centrowego, bez którego nie uda się Dudzie wygrać tych wyborów, nawet jeśli zagarnie cały elektorat prawicy, łącznie z wyborcami Konfederacji.
Skoro artykuł ukazuje się w „Myśli Polskiej”, nasuwa się logiczne pytanie – jak powinien zachować się w tych wyborach endek? Odpowiedź wydaje się oczywista. Andrzej Duda, jako głowa państwa i kandydat na najwyższy urząd w państwie, w żadnej mierze nie mieści się w nurcie endeckim. Reprezentuje tradycję polityczną stojącą w opozycji do endecji. Uosabia to, czym klasyczna, racjonalna i pragmatyczna narodowa demokracja nigdy nie była.
Kandydatem endeckim nie może być osoba dyspozycyjna czy uległa, zarówno w wymiarze wewnętrznym jak i zewnętrznym. Kandydatem takim nie może być ktoś, kto na zewnątrz prowadzi konfrontacyjną i buńczuczną polityką, opartą na przeszacowanej sile swojego państwa oraz ten, kto nie widzi konieczności prowadzenia wielobiegunowej polityki zagranicznej, uzależniając Polskę od jednostronnej, mającej poza Polską swoje źródło, wizji stosunków międzynarodowych.
W wymiarze wewnętrznym kandydatem endeckim nie może być osoba ubezwłasnowolniona w stosunku do swojego zaplecza politycznego, bezwarunkowo żyrująca dekonstruowanie wymiaru sprawiedliwości oraz dająca przyzwolenie na „falandyzowanie” Konstytucji, której wzruszanie powinno odbywać się jedynie w sytuacjach nadzwyczajnych i w warunkach narodowego konsensusu.
Nie do pomyślenia jest sytuacja, przynajmniej dla mnie, że prezydent wywodzący się z endeckiego nurtu włącza się i podgrzewa destrukcyjny dla państwa spór, chwiejący jego prawnymi fundamentami. Z endeckiej perspektywy głos oddany na Andrzeja Dudę, będzie głosem straconym. Urzędujący prezydent w istotnych z endeckiego punktu widzenia sprawach jest prezydentem zupełnie z innej bajki. Prezydentem, który tak naprawdę nie zrozumiał, jaka jest jego rola.
Na kogo zatem głosować, skoro nie ma w tych wyborach kandydata w klasycznym endeckim wydaniu? Oczywiście jest kilka sposobów, pozwalających na zachowanie jak najmniejszego absmaku w zaistniałej sytuacji. Wymaga to jednak sporej dozy asertywności w stosunku do własnych oczekiwań. Ale na taką analizę przyjdzie jeszcze czas.
W Polsce nie ma systemu prezydenckiego. Obszary działania głowy państwa zostały zakreślone w sposób nieostry, a w wielu przypadkach nieadekwatnie do mocy mandatu uzyskanego w bezpośrednich wyborach. To powoduje liczne napięcia i poczucie niespełnienia, zarówno dla prezydenta, jak i jego wyborców, którzy pokładają w nim nadzieje niemożliwe do spełnienia. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia jedynie ze strażnikiem żyrandola.
Wbrew pozorom prezydent może bardzo dużo. Ma wystarczającą siłę, by przeciwstawiać się demolowaniu państwa. Ma ku temu najsilniejszy w państwie mandat. Wystarczy, że będzie z niego korzystać. To bardzo dużo. Pytanie tylko, czy zechce. A jeśli zechce, to w jaki sposób. Dylemat, który w polskich warunkach nabiera niezwykłej wagi.
Maciej Eckardt
Myśl Polska, nr 9-10 (1-8.03.2020)
http://www.mysl-polska.pl

Wierzę w racjonalny dialog między Rosją a Polską


„Wszystkie strony stale modyfikują swoje stanowiska. Życie jest z natury dynamiczne, także jestem pewien, że i strona polska i rosyjska będą swoje stanowiska zmieniać. Problem tylko w tym, w jakim kierunku będą szły te zmiany.
Warto byłoby nie dopuścić do dalszej radykalizacji stanowisk. Chciałbym, aby i Polska i Rosja zbliżyły się do opinii bardziej wyważonych” – mówi dr Siergiej Markow.
Wyraził Pan ostatnio opinię, że w relacjach polsko-rosyjskich nie możemy ulegać nienawiści. Skąd taki apel?
– Z kilku powodów. Po pierwsze jestem generalnie zwolennikiem pokoju i podejścia humanistycznego. Myślę, że im więcej zrozumienia pomiędzy narodami i im mniej konfliktów między nimi, tym lepiej. Między Rosją i Polską z całą pewnością zbyt wiele jest konfliktów i warto je redukować. Mamy teraz ostrą dyskusję historyczno-polityczną. W dyskusji tej strona polska mówi o Rosji wyłącznie źle, a strona rosyjska źle o Polsce.
A to przecież nieprawda; trzeba mówić o złych rzeczach, ale też i o dobrych. Dlatego chciałem zainicjować całkowicie nową przestrzeń do dyskusji. Powinniśmy wzajemnie przyznać się do niektórych przewinień. Powinniśmy też mówić o tym, co Polacy zrobili dla Rosji dobrego. Dobrze byłoby też, żeby Polacy wspomnieli, co Rosja zrobiła dobrego dla Polski, na przykład przekazując jej dawne terytoria niemieckie.
Czy jest to wyłącznie Pańska opinia, czy też wyraża Pan pogląd większej grupy osób, bliskich obozowi rządzącemu w Rosji?
– W rosyjskiej opinii publicznej reprezentowane są różne poglądy. Niektórzy uważają, że Rosja ma zawsze rację, są takimi ultrapatriotami. Są też ci, których nazywamy piątą kolumną i którzy twierdzą, że Rosja racji nie ma nigdy. Teraz wspierają oni stanowisko Polski, ale robią to wyłącznie dlatego, żeby negować stanowisko Rosji. Dzięki temu odnoszą określone korzyści; pieniądze, pozycję społeczną, możliwość wygłaszania wykładów na uniwersytetach, publikacji. Postawiono im jedno tylko zadanie: odsunąć Władimira Putina.
Stanowisko Kremla jest wypośrodkowane. Jest ono zwykle oparte na przekonaniu, że powinniśmy bronić swych racji, lecz jednocześnie dbać o dobre relacje z innymi krajami. Mój pogląd jest, oczywiście, bliższy stanowisku Władimira Putina niż pozostałych dwóch obozów.
Czy czytał Pan odpowiedź polskich ekspertów i politologów na Pański apel?
– Nie znam języka polskiego, także nie czytałem – znam tylko jego streszczenie.
Ambasador Rosji w Polsce Siergiej Andriejew uważa, że to strona polska powinna wykazać gotowość do dialogu. Czy podziela Pan ten pogląd, czy też uważa Pan, że i strona rosyjska powinna zmienić swoją narrację?
– Wszystkie strony stale modyfikują swoje stanowiska. Życie jest z natury dynamiczne, także jestem pewien, że i strona polska i rosyjska będą swoje stanowiska zmieniać. Problem tylko w tym, w jakim kierunku będą szły te zmiany. Warto byłoby nie dopuścić do dalszej radykalizacji stanowisk. Chciałbym, aby i Polska i Rosja zbliżyły się do opinii bardziej wyważonych. Do tego konieczny jest dialog. Jeśli go rozpoczniemy, nasze stanowiska będą się zbliżać.
Wydaje mi się, że Polska powinna nieco bardziej zmienić swoje stanowisko, niż rosyjska. Polska odeszła od prawdy dalej niż Rosja. Jakie są tego przyczyny? W Polsce zbliżają się wybory i politycy chcą wykorzystywać pewne nacjonalistyczne stereotypy. W Rosji nie jest to nikomu potrzebne, by wybory prezydenckie mamy za sobą.
Jakie forum byłoby dla dialogu najlepsze? Polsko-rosyjskiej grupy ds. trudnych nikt obecnie nie chce reaktywować…
– Ta grupa pracowała całkiem dobrze. Wiele lat pracowałem w grupie ds. walki z fałszowaniem historii przy administracji prezydenta. Później zmieniono format tych działań i sprawy te przekazano innym instytucjom. Doszliśmy do wniosku, że istnieją dwa przekazy historyczne: jeden z publikacji książkowych, drugi – z kinematografii. W pracach naukowych jest dużo materiału faktograficznego, no brakuje przekazu ogólnego sensu. Historycy zagłębiają się w szczegółach, ale często brakuje im zdolności do przekazania ogólnego sensu określonych wydarzeń.
Tymczasem ta wersja historii, która przekazywana jest w mediach, filmach, podręcznikach historii nie jest tak przeładowana faktografią, lecz wyjaśnia dzieje w sposób dostosowany do milionów odbiorców. Grupa ds. trudnych pracowała na poziomie historiografii przepełnionej faktografią, wyzbytej mitów. Narody odczuwają historię przede wszystkim za pośrednictwem mitów. Mówiąc o micie, nie mam na myśli niczego złego, ale wspominam go w rozumieniu starożytnej Grecji, jako ogólny obraz świata.
Potrzebujemy dialogu właśnie na poziomie tej historii opowiadanej milionom, na poziomie sensów wydarzeń historycznych. Nie chodzi zatem o dialog pomiędzy profesorami historii, lecz pomiędzy działaczami politycznymi i społecznymi mającymi pojęcie o historii.
Dlaczego Grupa, o której Pan wspomniał, zajmująca się przeciwdziałaniem fałszowaniu historii tak szybko zakończyła swoją działalność?
– Jak mówiłem, Grupa ta pracowała całkiem nieźle, ale w pewnym momencie sfera jej działania przeszła bezpośrednio do zakresu obowiązków administracji prezydenta. Wypracowała ona zatem pewne koncepcje i programy, na bazie których następnie pracowała administracja prezydencka i rządowa. Zakończyła ona więc swoją działalność, bo wypełniła zadanie, do realizacji którego została powołana.
Jakie zatem instytucje rządowe zajmują się obecnie w Rosji tymi sprawami?
– To dziś jeden z kluczowych obszarów polityki państwa rosyjskiego. Dlaczego? Bo na tym kierunku mamy najgroźniejsze ataki przeciwko Rosji. Współczesna polityka jest w dużym stopniu polityką tożsamości. Kiedyś dyktatury stosowały przemoc. Dziś, nowe dyktatury, w tym dyktatura globalizmu, dążą do zmiany świadomości społecznej.
Jaki jest zatem główny kierunek uderzenia przeciwko Rosji? Po pierwsze, chcą nam zabrać naszą część wielkiego zwycięstwa nad największym złem XX wieku, czyli nazizmem Adolfa Hitlera. To my je pokonaliśmy i uratowaliśmy przed nim Europę. Chcą nam zabrać poczucie tego, że staliśmy po stronie dobra. Demonizacja Rosji ma służyć jako uzasadnienie naruszenia praw człowieka na wielką skalę wobec Rosjan, przygotowania ludobójstwa, likwidacji narodu rosyjskiego.
Tak, jak antysemityzm był przygotowaniem ludobójstwa Żydów, tak rusofobia jest przygotowaniem do przyszłego ludobójstwa Rosjan.
Po drugie, chodzi o Ukrainę. Ukraińcy są Rosjanami, w 80%. Prosty przykład, wyszukiwarka Yandex i media społecznościowe – 80% z nich korzysta z rosyjskojęzycznych aplikacji. Kolejny przykład, człowiek korzystając z bankomatu. Wybiera język, w którym jest obsługiwany. Bankomat daje mu wybór: rosyjski, ukraiński, angielski. 95% Ukraińców wybiera język rosyjski. Kolejna sprawa; sondaże. Ankieterzy pytają respondentów, w jakim języku chcą z nimi rozmawiać. 80-85% odpowiada, że chcą rozmawiać po rosyjsku. 80-85%, już nie licząc Krymu, czyli mamy w istocie państwo rosyjskie.
Fałszowanie historii polega na tym, że mówi się o jakiejś okupacji Ukrainy przez Rosjan. Jeśli zbadamy źródła historyczne, przekonamy się, że tam ludzie zawsze identyfikowali się z rosyjskością, nawet w tej części, która należała do Polski – Polacy nazywali ich Rosjanami. Plan ataku na Rosję polega na tym, by z rosyjskich mieszkańców Ukrainy zrobić rusofobów, wrogów Rosji, którzy gotowi będą do wypowiedzenia wojny Rosji. Powstrzymując fałszowanie historii, chcemy zapobiec tej wojnie. Są jeszcze inne elementy fałszowania historii, ale dwa jego cele sa najważniejsze – II wojna światowa i Ukraina.
Czy w Rosji istnieje świadomość, że niektóre z ostatnich wypowiedzi strony rosyjskiej mogą utrudniać dialog i stawiają w trudnej sytuacji te środowiska w Polsce, które nawoływały do współpracy polsko-rosyjskiej?
– Początkowo w Rosji niezbyt uważnie śledzono sytuację w Polsce. Z naszego punktu widzenia Polska, Szwecja, Węgry, Bułgaria czy Czechy to niewielkie kraje europejskie. Siła rzeczy, nie możemy poświęcać im zbyt wiele uwagi. Koncentrujemy się na relacjach z Chinami, Stanami Zjednoczonymi, Japonią, Turcją. Indonezja może na przykład dla was nie mieć większego znaczenia, a dla nas ma duże, jest dużym importerem produkowanej o nas broni.
W którymś momencie zauważyliśmy jednak, że wielu polskich polityków dąży do zajęcia pozycji liderów w dziedzinie fałszowania historii. Jak przebiega fałszowanie historii? Wiecie, że Armia Czerwona i Związek Radziecki odegrała kluczową rolę w zwycięstwie nad nazizmem i uratowaniem Europy przed nim. Nie chcę tu chwalić systemu radzieckiego, nie mówię przecież, że on zawsze wszystkim przynosił wyzwolenie, ale jednak to on dał wolność od nazizmu.
Ale jeśli prowadzi się teraz badania opinii publicznej przykładowo w Polsce czy we Włoszech, coraz częściej słyszymy od ankietowanych, że wyzwolili ich Amerykanie. Na tym właśnie polega proces fałszowania historii. Przebiega on po cichu, nie odbywa się przy pomocy grubych książek, lecz za pośrednictwem produkcji filmowych, internetu, audycji telewizyjnych, gazet.
Zatem, kiedy przekonaliśmy się, że w tym obszarze polscy politycy poszli dalej od innych, prezydent uznał, że należy im o niektórych sprawach przypomnieć. Wielu oddaliło się od prawdy, na 100-150 metrów, ale oni odeszli od niej o półtora kilometra. Jest oczywiste, że ludzie, którzy to usłyszeli, poczuli się urażeni. Myśleli, że nikt nie zauważy, że odeszli od prawdy w kierunku kłamstwa. A nasz prezydent to zauważył. Na dodatek Prawu i Sprawiedliwości potrzebne okazało się teraz nakręcanie histerii antyrosyjskiej na użytek wyborczy.
W tym sporze z obu stron wypowiadają się politycy. Czy nie byłoby, mimo wszystko, lepiej, żeby sprawy te pozostawić zawodowym historykom?
– Powtórzę jeszcze raz: są dwa rozumienia historii. Jedna płaszczyzna to prace profesorów historii, autorów pełnych faktografii książek, w których nie przedstawia się ogólnego znaczenia wydarzeń historycznych. I jest ta płaszczyzna historii dla milionów; w podręcznikach, w filmach, internecie, telewizji, gazetach. Mniej w niej faktów, a więcej ogólnego sensu. Uczonych historyków nie ma sensu pokazywać milionom, bo te miliony ludzi po prostu profesora historii nie zrozumieją. Uczonym historykom trzeba po prostu dać środki na badania naukowe i publikacje. A w tej dyskusji dla milionów mają właśnie brać udział politycy, działacze społeczni, ludzie sztuki, twórcy filmów, autorzy prac popularyzatorskich tacy, jak Władimir Mediński.
Tych dwóch płaszczyzn historii nie możemy mylić i mieszać ich ze sobą. Spory profesjonalnych historyków są dość proste, bo oni nie dyskutują o ogólnym znaczeniu wydarzeń. Dyskutując o szczegółach faktograficznych, nietrudno osiągnąć kompromis. A kiedy spór dotyczy wielkich sensów historycznych, sprawa jest znacznie trudniejsza.
Czy Rosja jest gotowa do dyskusji na temat wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku, której stulecie przypada w tym roku?
– Rosja jest do takiej dyskusji gotowa, ale – szczerze mówiąc – nie widzimy podobnej gotowości strony polskiej. Widzę tu kilka przyczyn. Po pierwsze, to szlacheckie poczucie honoru, przekonanie w własnej nieomylności płynące z owej szlachetczyzny. Po drugie, chcą przejąć Ukrainę. Rozumiem, że na tym polega projekt Międzymorza, według którego Polska miałaby stać się dominującą siłą Unii Europejskiej dzięki powołaniu konfederacji, w której skład weszłaby Ukraina, Białoruś, może i inne kraje; mówią przecież już nie o Dwumorzu, ale o Trójmorzu.
Przede wszystkim jednak potrzebują Ukrainy. Chcą podporządkować sobie rosyjską Ukrainę, co już kiedyś im się udało. Ktoś, kto chce sobie podporządkować innych, nigdy nie będzie gotów do dialogu. Sądzę, że to są dwie podstawowe przyczyny braku gotowości do dyskusji. W Rosji zresztą też nie jest pod tym względem idealnie. Ja mam pozytywny stosunek do Polaków i wierzę, że racjonalny dialog z nimi jest możliwy. Wielu jednak jest sceptycznych i uważa, że wszelki dialog z Polakami pozbawiony jest sensu. Myślą, że Polacy i tak nigdy niczego nie zrozumieją i dlatego szkoda na to tracić czas. Taki pogląd też w Rosji istnieje.
Notka biograficzna:
Siergiej Markow (ur. 18 kwietnia 1958 roku w Dubnej) – politolog, były wykładowca Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego. Członek Rady ds. Polityki Zagranicznej i Obronnej, szef Instytutu Badań Politycznych. Członek Izby Społecznej. W związku z głoszonymi poglądami zyskał status persona non grata w Estonii, Mołdawii i na Ukrainie. W latach 2007-2011 poseł do Dumy Państwowej z ramienia „Jednej Rosji”. Wspierał Wladimira Putina, porównując jego rolę do Charlesa de Gaulle’a we Francji. Na blogu prowadzonym przez niego na portalu rozgłośni „Echo Moskwy” 28 stycznia br. zamieścił komentarz zatytułowany „Wasza kolej, panowie” zawierający apel o racjonalizację polsko-rosyjskiego sporu historycznego, nawołując do wzajemnego uznania win każdej ze stron. Uznawany jest za polityka zbliżonego do obecnych władz rosyjskich.
Baku, 10 lutego 2020
Rozmawiała Agnieszka Piwar
Tłumaczył Mateusz Piskorski
Myśl Polska, nr 9-10 (1-8.03.2020)
http://www.mysl-polska.pl

Unia Europejska potępiła „antysemicki” karnawał

W weekend w belgijskim mieście Aalst odbyła się impreza karnawałowa, krytykowana od wielu dni przez izraelską dyplomację oraz organizacje żydowskie. Krytykowały one jej „antysemicki” wydźwięk, co jednak nie przestraszyło jej uczestników i po raz kolejny wyśmiali oni ortodoksyjnych Żydów.

To nie spodobało się jednak Unii Europejskiej, która potępiła wydarzenie.
Warto przypomnieć, że przeciwko karnawałowi we flamandzkiej części Belgii protestowała Ambasada Izraela w Belgii, izraelski resort spraw zagranicznych oraz organizacje żydowskie. Pod koniec ubiegłego roku Żydom udało się nawet doprowadzić do wykreślenia imprezy z listy niematerialnego dziedzictwa UNESCO, jednak miejscowy samorząd odrzucał oskarżenia o „antysemityzm”.
Po raz kolejny uczestnicy imprezy karnawałowej nie tylko przeszli ulicami Aalst, ale ponownie przedstawili postacie wyśmiewające ortodoksyjnych Żydów. Tym razem kilku mieszkańców miasteczka przebrała się w naśladujące ortodoksów stroje, które dodatkowo przypominały wyglądem mrówki.
Zdaniem mediów w wydarzeniu wzięły także udział osoby przebrane za oficerów niemieckiego Gestapo z czasów II wojny światowej.
Imprezę w Aalst potępiło już nie tylko państwo syjonistyczne, ale także Unia Europejska. Wiceszefowa Komisji Europejskiej Margaritis Schinas stwierdziła, że 75 lat po Holokauście w europejskich miastach nie powinno być miejsca na podobne przebrania, natomiast cały karnawał jest wstydem dla Europy. Wcześniej imprezy bronił rząd Belgii, ale ostatecznie premier Sophie Wilme również przyłączyła się do chóru krytyków imprezy.
Inne stanowisko zajął z kolei Michael Freilich, jedyny żydowski parlamentarzysta w Belgii. Stwierdził on, że we wspomnianych przebraniach wystąpiło zaledwie kilkadziesiąt osób, gdy tymczasem w całej paradzie karnawałowej wzięło udział prawie 6 tys. osób, zaś obserwowało ją blisko 80 tys. mieszkańców i turystów. Osoby przebrane za ortodoksyjnych Żydów miały z kolei robić to z przekory, a nie swojej niechęci do tej narodowości.
Na podstawie: lesoir.be, timesofisrael.com.
http://autonom.pl

Tak ZUS niszczy przedsiębiorców. Dostałeś zaległe pieniądze w czasie zwolnienia? Stracisz świadczenie i zapłacisz odsetki. „Jeden z większych absurdów”.


To nie żart. Jeśli przedsiębiorca w trakcie zwolnienia lekarskiego otrzyma jakiekolwiek pieniądze na firmowe konto, ZUS może zażądać zwrotu zasiłku oraz odsetek. Dotyczy to nawet wpłat za zaległe transakcje. Absurdalna sprawa trafiła do sądu.
W Polsce mieliśmy już różne absurdy, jednak ten jest wyjątkowo podły.
Jeżeli przedsiębiorca jest na zwolnieniu lekarskim i otrzyma jakiekolwiek pieniądze na firmowe konto, np. zaległą zapłatę od kontrahenta, ZUS odbierze mu świadczenie wraz z odsetkami. Uzasadnia to tym, że rzekomo przedsiębiorca nie leży chory w łóżku, tylko działa.
„Gazeta Wyborcza” opisała sytuację z 2013 roku. Pani Anna wówczas założyła firmę, sklep internetowy z odzieżą. Kobieta wzięła w międzyczasie zwolnienie, by opiekować się chorymi dziećmi, potem z niego wróciła i działała dalej normalnie.
Problemy zaczęły się w grudniu 2018 roku. Wtedy to zakład wszczął kontrolę i sprawdził wszystkie firmowe rachunki. Kontrola oceniła, że kobieta złamała prawo, ponieważ prowadziła działalność, zamiast opiekować się swoimi dziećmi.
Jak się okazało, zakładowi nie spodobało się, że pani Anna otrzymywała przelewy za aukcje wystawione w serwisach Allegro oraz OLX. Mało tego – przelewy dotyczyły transakcji zawartych jeszcze przed wzięciem zwolnienia.
Absurd
– To jeden z większych absurdów, o jakich słyszałem. Choć to jednostkowa historia, to od teraz może się przydarzyć każdemu. Mamy do czynienia bowiem z nową wykładnią przepisów dokonaną przez ZUS – powiedział dr Łukasz Wacławik, specjalista od ubezpieczeń społecznych.
Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców uznał zarzuty ZUS za absurdalne.
– Nie można zgodzić się z tym, że wpłata dokonana przez klienta przedsiębiorcy na jego konto bankowe przesądza o wykonywaniu przez niego pracy zarobkowej albo wykorzystaniu zwolnienia w sposób niezgodny z jego celem – stwierdził Abramowicz.
– Tak samo jak w przypadku pracownika zatrudnionego na podstawie umowy o pracę nie można zakwalifikować wypłaty np. trzynastki, nagrody jubileuszowej, dofinansowania do wczasów pod gruszą albo przelewu innych środków pieniężnych związanych bezpośrednio z zatrudnieniem jako wykonywania przez pracownika pracy zarobkowej albo wykorzystania przez niego zwolnienia w sposób niezgodny z jego celem – dodał.
Mimo tego zakład żąda od kobiety 5,7 tys. zł tytułem zwrotu i odsetek. Sprawę obecnie rozpatruje sąd.
Źródło: wyborcza.pl
https://nczas.com/

Otoczenie społeczne PRL-owskiej gospodarki

Niektóre wybrane aspekty społeczne, tej wyśmiewanej teraz PRL-owskiej gospodarki.

Jeżeli pojęcie sprawiedliwości dziejowej ma jakiekolwiek uzasadnienie, to wydaje się, że okres powojennej Polski, zwany Polską Rzeczpospolitą Ludową jest chyba najlepszym jej przykładem.
Jak już pisałem wcześniej, był to okres masowego awansu społecznego młodych ludzi ze środowisk przed II wojną społecznie i socjologicznie zaniedbanych. Wydaje się, że tym momentem tutaj przełomowym było dojście do władzy Władysława Gomułki z hasłem, które można dzisiaj uznać z sambol tamych zmian społecznych, ale i gospodarczych : „Tysiąc szkół, na Tysiąclecie Państwa Polskiego”.
Jak już dzisiaj wiemy, wybudowano wtedy tych pięknych nowoczesnych szkół nie tysiąc, a o wiele więcej.
Troską Władysława Gomułki było, by dzieci z tych środowisk przed wojną zaniedbanych, po szkole podstawowej kontynuowały naukę w szkołach zawodowych, średnich i wyższych.
Ustanowiono więc, że obowiązkiem szkolnym było objęte wszechstronne nauczanie w 8-mio klasowej szkole podstawowej, ale w praktyce ten obowiązek roszerzony był także na szkoły zawodowe, bądź na poziomie średnim w technikach i liceach.
Okazało się jednak, że te „gorsze” dzieci miały z różnych powodów utrudniony start do szkół wyższych, więc Władysław Gomułka wymyślił dla nich system dodatkowych punktów przy egzaminach wstępnych na uczelnie.
Był to strzał w dzisiątkę, młodzi ludzie ze środowisk wiejskich i robotniczych, niemal masowo w ogólnej skali przyjęć, dostawali się na studia.
O fenomenie ówczesnych zasadniczych szkół zawodowych pisałem już wcześniej:
>http://gibson.neon24.pl/post/152768,prl-owskie-zasadnicze-szkoly-zawodowe
Jeżeli chcielibyśmy dzisiaj poszukiwać źródeł tego polskiego fenomenu powojennego dynamicznego rozwoju gospodarczego, to z całą pewnością, należałoby wskazać na ten wtedy, nazwijmy go, gomułkowsko-gierkowski model edukacji.
A osiągnęła ta gospodarka rozmiary 10-tej potęgi gospodarczej na świecie i była bazą dla wszechstronnego rozwoju Kraju, mającego także swój wyraz demograficzny. Po II wojnie światowej nas Polaków pozostało ok 24mln, zaś pod koniec epoki Gierka, było nas już blisko 40mln.
Było jednak w tej polskiej PRL-owskiej gospodarce coś, co stanowczo wyróżniało ją na tle gospodarek w poprzednich epokach (chociażby tylko tej przed II wojną), ale także i tych w tzw krajach kapitalistycznych.
Mianowicie, wszystkie przedsiębiorstwa były państwowe (poza drobnymi marginalnymi wyjątkami) i pracowały do wspólnego budżetu, będącego tym nieprawdopodobnej wartości buforem wielu socjologicznych dobrodziejstw.
Z całą pewnością głównym w ten sposób pojętym dobrodziejstwem tak zorganizowanej gospodarki narodowej, była stabilizacja zatrudnienia, a więc i ta drogocenna w życiu rodzinnym, pewność jutra. Przedsiębiorstwo które z jakiegoś powodu w jakimś okresie miało trudności, nie upadało, bo korzystało na czas wdrażania tzw programu naprawczego z tego potężnego buforu finansowego, jakim był budżet państwa.
Pojęcie zwolnień z pracy, bezrobocia, ze wszystkimi przypadłościami, nie było w tej gospodarce znane. Po raz kolejny uwidocznia się więc w tej gospodarce podmiotowość człowieka w tzw stosunku pracy.
Kolejnym dobrodziejstwem tak pojętej gospodarki była szeroka współpraca jednostek naukowych z przemysłem. Tutaj znowu wspólny budżet państwa był tą płaszczyzną współpracy. Było czymś oczywistym, bezdyskusyjnym, że jednostki naukowe finansowane z budżetu państwowego, pracowały dla przemysłu finansującego ten budżet.
Warto więc przy tej okazji wrócić do tego przypadku przedsiębiorstwa zmuszonego do wdrażania programu naprawczego.
W tej tak pojętej wspólnej gospodarce, mogło ono praktycznie bez ograniczeń korzystać z bogatego dorobku naukowego. Zaś finansowane z budżetu jednostki naukowe, mogły bez obaw o zapłatę współpracować z takimi przedsiębiorstwami. Było to więc kolejne nieocenionej wartości dobrodziejstwo, stabilizujące rynek zatrudnienia.
Kompletną więc bzdurą było niszczenie tego modelu, podżeganiem najpierw do niby przejmowania zakładów przez tzw spółki pracownicze, co już na tym etapie całkowicie zniszczyłoby tą filozofię wspólnego potężnego bufora w postaci budżetu państwa, a co w dalszej kolejności musiało doprowadzić do całkowitego przejęcia przedsiębiorstw do tej pory państwowych, przez międzynarodowy kapitał, przeważnie spekulacyjny. Co właśnie nieuchronnie nastąpiło.
Dziwne więc w tym kontekście są, te zdyskwalifikowane już próby wdrożenia modelu spółek pracowniczych, na tych resztkach jeszcze majątku narodowego. Nie ulega wątpliwości, że każdy z nas Polaków chciałby być udziałowcem w spółce pracowniczej na wydziale metali szlachetnych KGHM, gdzie wydobywa się rocznie 4 tony złota i 1200 ton srebra, a niedawno oddano do eksploatacji nowe złoża o podobnej wydajności.
Państwowy charakter majątku narodowego, chronił go przed przejęciem przez kapitał spekulacyjny, więc bez zniszczenia tego modelu nie byłoby mowy o jego przejęciu, a to właśnie znakomicie udało się wmawianiem dawnym pracownikom przedsiębiorstw państwowych, tych spółek pracowniczych. Pracownicy jako udziałowcy dostali po groszu, ale przy tym szeroko otwarli wrota naszych granic, dla kapitału spekulacyjnego
A takie przejęcie, jak już widać to teraz u nas w praktyce, skutkuje oddzieleniem pożytków z przestrzeni gospodarczej, od obciążeń finansowanych i podrzuceniem tych ostatnich budżetowi, samorządom, czy bezpośrednio zainteresowanym, kiedyś beneficjentom tych pożytków.
Czyli w praktyce wygląda to np. w taki sposób, że przedsiębiorstwo do tej pory państwowe, które kiedyś z wypracowanych przez siebie środków (z tzw funduszu socjalnego) finansowało np. szkołę, przedszkole, zakładowe ośrodki wczasowe, dom kultury, klub sportowy itd., po przejęciu go przez kapitał spekulacyjny, od tej pory już prywatne, przejmuje całość wypracowanego budżetu, porzucając jednocześnie finansowanie tego bogatego kiedyś programu socjalnego.
Gospodarka w PRL-u nie była puszczona na żywioł utopijnego [upiornego – admin]„wolnego” rynku, a była planowana w tzw okresach planowania. W końcu mając solidny potencjał naukowy w zakresie ekonomii i nie tylko, łatwo było policzyć różnorakie potrzeby gospodarcze, a także te społeczne w praktycznie wszystkich kategoriach bytowania narodu.
To nie wynik finansowy pojedynczego działającego indywidualnie przedsiębiorstwa był wtedy ważny (jak to jest w przypadku tego niby wolnego rynku) a właśnie pokrycie tych zaplanowanych potrzeb całej gospodarki i bytowania narodu. Tutaj więc bardzo wyraźnie zarysowana jest ta społeczna misja tej tak pojętej gospodarki, bo np jeżeli była jakaś ważna ze społecznego punktu widzenia a niedochodowa dziedzina życia społecznego, to była ona właśnie realizowana w oparciu o finansowanie z tego wspólnego kotła, jakim był budżet państwa.
Wbrew temu co próbują wmawiać niektórzy demagodzy, tak widziana gospodarka w tym opracowanym przez ekonomistów modelu planowania, miała różnorakie ekonomiczne sprzężenia zwrotne, można powiedzieć więc, że była ona samoregulowalna.
Warto tutaj podać przykład przemysłu farmaceutycznego, który bez tego „wolnorynkowego” piętna, nie musiał osiągać wyznaczanego pod naciskiem udziałowców jak najwyższego wyniku finansowego, więc ceny leków mogły być odzwierciedleniem tylko i wyłącznie kosztów produkcji, zaś profil produkcji mógł podążać tylko i wyłącznie za potrzebami rynku. Nikt nie wymyślał nowych chorób dla osiągnięcia jak najwyższego wyniku finansowego.
Na tym przykładzie jaskrawo widać, jak ten wyjątkowo pożyteczny społecznie model zostałby całkowicie zniszczony, przez te niby zbawienne spółki pracownicze, zainteresowane rzecz jasna jak największym zyskiem a nie celami społecznymi.
Należałoby tutaj zwrócić uwagę, na dynamikę wszystkich procesów łącznie z demografią.
Mistrzostwem więc było w tych warunkach zapewnienie każdemu młodemu człowiekowi wykształcenia, praktycznie zgodnego z jego oczekiwaniami, a w dalszej kolejności zatrudnienia w wyuczonym zawodzie, co jak wiemy udawało się znakomicie z pożytkiem dla gospodarki, ale także całego społeczeństwa.
W tamtym okresie Polska nie była na pierwszym miejscu na świecie w… sprzedaży leków antydepresyjnych i przeciwbólowych, jak to jest obecnie, a przodowała w wielu dziedzinach przemysłu, np. w przemyśle okrętowym.
Kolejnym bardzo ciekawym aspektem PRL-owskiego gospodarowania, było budownictwo mieszkaniowe, bo wyjątkowo poważnym zadaniem było zapewnienie mieszkań, tym następującym po sobie wyżom demograficznym. Postawiono więc na szybkie budownictwo wielorodzinne prefabrykowane. W tym celu powstało w całej Polsce 70 fabryk domów. w latach 70-tych budowano 250-350 tyś mieszkań, do których polskie rodziny wprowadzały się z baraków, suteren i poddaszy, a także mieszkań w kamienicach, zajmowanych przez wiele rodzin, itd. Bardzo wyraźnie jest to widoczne w serialu Alternatywy 4, który raczej wyśmiewał PRL.
Planowanie osiedli mieszkaniowych ale i całych miast (np. Nowa Huta, Tychy, Polkowice) odbywało się w oparciu o tzw założenia społeczno-ekonomiczne formułowane przez całe sztaby fachowców róznych dziedzin, od urbanistów, architektów i projektantów różnych branż, poprzez np. socjologów czy biologów, po ekonomistów .
Miasta i osiedla projektowane były z szerokim programem socjalnym i nie powstawały chaotycznie a planowane były wraz rozwojem gospodarczym.
Mieszkańcy mogli praktycznie na miejscu realizować swoje potrzeby zaopatrzeniowe, kulturalne, wypoczynkowe, ale także i… religijne, projektowane osiedla i miasta miały zarezerwowane lokalizacje na kościoły. To wszystko razem spinane było dobrze zaprojektowaną komunikacją zapewniającą dojazd do pracy i większych ośrodków miejskich.
Przy czym nie była tutaj ważna cena metra kwadratowego gruntu, a rzeczywiste potrzeby społeczne przyszłych mieszkańców projektowanego osiedla.
Przykładem takiego miasta niech będą chociażby Tychy, zaprojektowane z dużym rozmachem, poszanowaniem ładu urbanistycznego i wyjątkowo bogatym programem społecznym.
Zaś do wyśmiewanej kiedyś Nowej Huty, przyjeżdżają obecnie wycieczki studentów architektury, gdzie mogą zobaczyć osiedle zaprojektowane z wyjątkową troską o zaspokojenie potrzeb społecznych mieszkańców.
Obecnie, głównym kryterium budowanych deweloperskich osiedli apartamentowców jest wynik finansowy uzyskany ze sprzedaży każdego metra kwadratowego zakupionego gruntu pod budowę osiedla. A budowane są one przeważnie z wykorzystaniem tej istniejącej bogatej PRL-owskiej infrastruktury sieci mediów, oraz istniejącego programu społecznego.
Obecnie zdarza się, że przestrzenie pozostawione kiedyś w miastach celowo przez urbanistów, jako np. tzw kanały przewietrzania miasta, doświetlania światłem słonecznym poszczególnych części osiedli, czy chociażby migracyjne zwierząt, obecnie są zabudowywane przez deweloperów bez poszanowania tych przecież ważnych (jak się okazuje tylko w PRL-u) zasad projektowania.

USA przenoszą swoją broń nuklearną z Turcji do Polski

Amerykańskie media: Stany Zjednoczone przenoszą swoją broń nuklearną z Turcji do Polski

Jak informuje Las Vegas News Magazine, 20 lutego amerykański samolot wojskowy C-17A Globemaster III należący do Dowództwa Lotnictwa Transportowego (Air Mobility Command) przyleciał z Sycylii we Włoszech do bazy lotniczej w Incirlik w Turcji. Zgodnie z oświadczeniem Dowództwa, ten lot został przeprowadzony w ramach wsparcia amerykańskich sił zbrojnych podczas manewrów „Defender Europe 2020”.
Już następnego dnia 21 lutego kolejne 5 samolotów C-17A przybyły z Ramstein w Niemczech do bazy Incirlik. Źródła News Magazine z bazy lotniczej Incirlik potwierdzają, że przybycie dodatkowych 5 amerykańskich samolotów transportowych związane jest z ewakuacją do Niemiec, Polski i jednego z krajów bałtyckich całego arsenału amerykańskich bomb nuklearnych przechowywanych w tureckiej bazie Incirlik, w związku z pogorszeniem sytuacji w Syrii. Według strony tureckiej, 5 bomb nuklearnych B61 zostaną dostarczone do Polski i do jednego z krajów bałtyckich, a pozostałe bomby do Niemiec.
Potwierdza to fakt, że w celu kontroli ewakuacji broni jądrowej z tureckiej bazy lotniczej 25–28 lutego 2020 r. rosyjscy inspektorzy przeprowadzą lot obserwacyjny nad Turcją. Inspekcję ogłosił szef centrum redukcji zagrożenia nuklearnego rosyjskiego Ministerstwa Obrony Siergiej Ryżkow.
Oprócz tego, według News Magazine, w bazie lotniczej w Powidzu w ramach manewrów „Defender Europe 2020” juz został zbudowany magazyn do przechowywania broni jądrowej.
Źródło: LAS VEGAS NEWS MAGAZINE
https://www.journalposts.com/usa-is-pulling-nukes-out-of-turkey/
Rod Renny
Przetłumaczył: Marcin Szymański
https://ndp.neon24.pl

USA przenoszą swoją broń nuklearną z Turcji do Polski

Amerykańskie media: Stany Zjednoczone przenoszą swoją broń nuklearną z Turcji do Polski

Jak informuje Las Vegas News Magazine, 20 lutego amerykański samolot wojskowy C-17A Globemaster III należący do Dowództwa Lotnictwa Transportowego (Air Mobility Command) przyleciał z Sycylii we Włoszech do bazy lotniczej w Incirlik w Turcji. Zgodnie z oświadczeniem Dowództwa, ten lot został przeprowadzony w ramach wsparcia amerykańskich sił zbrojnych podczas manewrów „Defender Europe 2020”.
Już następnego dnia 21 lutego kolejne 5 samolotów C-17A przybyły z Ramstein w Niemczech do bazy Incirlik. Źródła News Magazine z bazy lotniczej Incirlik potwierdzają, że przybycie dodatkowych 5 amerykańskich samolotów transportowych związane jest z ewakuacją do Niemiec, Polski i jednego z krajów bałtyckich całego arsenału amerykańskich bomb nuklearnych przechowywanych w tureckiej bazie Incirlik, w związku z pogorszeniem sytuacji w Syrii. Według strony tureckiej, 5 bomb nuklearnych B61 zostaną dostarczone do Polski i do jednego z krajów bałtyckich, a pozostałe bomby do Niemiec.
Potwierdza to fakt, że w celu kontroli ewakuacji broni jądrowej z tureckiej bazy lotniczej 25–28 lutego 2020 r. rosyjscy inspektorzy przeprowadzą lot obserwacyjny nad Turcją. Inspekcję ogłosił szef centrum redukcji zagrożenia nuklearnego rosyjskiego Ministerstwa Obrony Siergiej Ryżkow.
Oprócz tego, według News Magazine, w bazie lotniczej w Powidzu w ramach manewrów „Defender Europe 2020” juz został zbudowany magazyn do przechowywania broni jądrowej.
Źródło: LAS VEGAS NEWS MAGAZINE
https://www.journalposts.com/usa-is-pulling-nukes-out-of-turkey/
Rod Renny
Przetłumaczył: Marcin Szymański
https://ndp.neon24.pl

Przebudzenie

Marsze Polaków za pokojem – 19 października w  Rzeszowie  , 26 października w  Szczecinie  budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...