poniedziałek, 2 marca 2020

Eurazja a talassokracja

Wiele się obecnie rozprawia o znaczeniu wszechoceanu, z drugiej zaś strony lądów – głównie Eurazji – w starciu o panowanie nad światem. Zasadniczo trwa ono od lat, a jego obecną fazę można uznać za symbolicznie rozpoczętą z chwilą wybuchu wojny w Donbasie, czyli w kwietniu 2014 r.

Są również i inne jej wyjaśnienia (tego konfliktu), lecz bez tej zasadniczej osi sporu, już dawno byśmy o Donbasie zapomnieli.
Jest przy tym kluczowe, że mocarstwo morskie stoi teraz w obliczu taktycznego sojuszu dwóch głównych przedstawicieli strefy lądów: Moskwy oraz Pekinu. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że gdyby ów pakt miał strategiczny charakter – Ameryka już od kilku lat byłaby unieważniona, ograniczona do roli stróża, w rozumieniu doktryny Monroe z 1823 r.
W rzeczywistości różnice interesów między Rosją a Chinami są dość fundamentalne, skrywane z powodu waszyngtońskiego zagrożenia; co właściwie zapewnia utrzymywanie kruchej równowagi i doprowadza Biały Dom do mylnego mniemania, że wciąż niepodzielnie rządzi.
Ale w rzeczywistości tak już nie jest. A to dlatego, że ujawniły swoją druzgocącą moc, tak zwane prawa dziejów. Przedstawmy je tutaj pokrótce. Glob uzyskał pewną formę jedności w wyniku geograficznych odkryć końca piętnastego i początku szesnastego wieku. Po nich nastała fantastyczna epoka dominacji Europy, a następnie jej amerykańskiej kolonii. W wyniku tego główny ciężar światowej cyrkulacji towarów, kruszcu, struktur organizacyjnych oraz idei przeniósł się ze szlaków lądowych na wodne akweny. Kto zatem władał morzami – był rzeczywistym panem świata.
Zauważmy, że na przykład Chiny wkroczyły wówczas w okres cywilizacyjnego uwiądu, a Rzeczypospolita upadła. Z tego zjawiska o wielkim geopolitycznym znaczeniu, wyłonił się projekt Pax Americana, obowiązujący aż do dzisiaj. Serce Lądu wtedy jakby opustoszało i mogła je zająć dość niezauważenie Rosja, która przez wieki wytrwale zbierała, co tylko znalazło się w zasięgu jej możliwości.
Obecnie wszystko się odwraca. Powstają ropociągi i gazociągi. W dalekich krajach tworzą się potężne składnice towarów, przesyłanych już w niemałej mierze lądem. Stąd pomysły na tak zwane pasy i szlaki. Je też ktoś musi nadzorować oraz pilnować. I raczej nie będą to Anglosasi. Zostaną ze swoimi statkami, lotniskowcami i nadmorskimi bazami, nieadekwatnie reagując na wymagania szybko zmieniających się czasów. Mogą oni i z pewnością będą uczestnikami wielkiej gry, ale muszą zająć pozycję odpowiadającą nowym warunkom. Inaczej dojdzie do wojny, którą Waszyngton tym razem przegra, a będzie to – być może? – porażka po prostu historyczna.
Świat zatem wymaga nowej Jałty. Rozmów w gronie najważniejszych. USA jeśli chcą w tym efektywnie wszystkim uczestniczyć i to z korzyścią dla siebie – muszą się spieszyć. Czas bowiem przestał im sprzyjać. Biegnie tak szybko, że powstałe z tego powodu różnice, wiry i przeciągi, niejednego powalą. Już bowiem teraz absolutne panowanie nad wodami świata jest niemożliwe, a właściwie pozbawione celu. A próba walki o tak marginalne akweny, jak na przykład Bałtyk, czy w mniejszym stopniu Morze Czarne staje się geopolitycznym anachronizmem.
Antoni Koniuszewski
Myśl Polska, nr 9-10 (1-8.03.2020)
http://mysl-polska.pl

Pomysłowy Dobromir, czyli między ignorancją a czubkiem własnego nosa


Tak wygląda młody zjeb.
„Dobra rada” Dobromira Sośnierza, której udzielił mieszkańcom obszarów pozbawionych transportu publicznego pokazuje jak bardzo szkodliwe mogą okazać się dla Konfederacji brak doświadczenia jej polityków i ignorancja wynikająca ze skrajnej ideologii – pisze Karol Kaźmierczak.
We wtorkowym programie telewizji Polsat „Polityka na ostro” politycy partii parlamentarnych poruszyli problem transportu publicznego. „W moim województwie pomorskim, w 90 miejscowościach idzie się na przystanek godzinę. Są takie miejscowości, gdzie w ogóle nie dojeżdża transport publiczny. Ludzie są po prostu wykluczeni” – skonstatowała posłanka klubu Lewicy Beata Maciejewska.
„Nie, bo ludzie po prostu kupują samochody” – wypalił w odpowiedzi poseł Konfederacji Dobromir Sośnierz. Żeby zaznaczyć, że jego słowa nie są jedynie opisem dysfunkcji ale odwrotnie, są rozwiązaniem problemu Sośnierz dodał, odpowiadając na propozycję rozwoju publicznej komunikacji autobusowej – „Ludzie jakoś dojeżdżają. W ten sposób natomiast znowu marnujemy pieniądze na państwowe autobusy, które będą nieefektywne, zamiast dać ludziom zarobić na to, żeby ci, którzy nie mają samochodów, też woleliby mieć samochód”.
Wystąpienie wywodzącego się z partii KORWiN posła to nie tylko przykład tego jak posługiwanie się schematami skrajnej ideologii można zastąpić racjonalny namysł nad uwarunkowaniami społeczno-ekonomicznymi i sposobami ich polepszania. Poprzez oddźwięk jaki znalazło wśród sympatyków posła i zwolenników jego ideologii pokazuje zupełną atrofię myślenia wspólnotowego i strukturalnego na którą cierpi część młodego pokolenia, co uniemożliwia mu konstruktywną walkę nie tyle o interes narodowy, co o własne interesy grupowe.
Samochód (nie) dla każdego
Rada Sośnierza jest oczywiście absurdalna z dwóch względów. Po pierwsze zawsze będziemy mieli spore grupy obywateli, żyjących w rozproszeniu na wsiach z dala od miast, którzy muszą korzystać z różnego rodzaju usług dostępnych w tych miastach, a jednocześnie nie mają możliwości dojeżdżać do nich samochodem.
Do grupy tej należą osoby starsze i schorowane, w ich przypadku jest wręcz wskazane by nie siadały za kółkiem. W obliczu tendencji demograficznej grupa ta już stanowi poważną część społeczeństwa, a będzie się tylko zwiększać. Brak transportu publicznego to dla nich realne wykluczenie, w dodatku wykluczenie groźne, bo to przecież właśnie te osoby muszą mieć możliwości regularnego korzystania z placówek służby zdrowia poza miejscami zamieszkania.
Inną kategorią jest młodzież uczęszczająca do szkół średnich. W większości jest to młodzież nieletnia, która z oczywistych względów nie może prowadzić samochodu, tymczasem szkolnictwo średnie, szczególnie to o najlepszym poziomie, skoncentrowane jest w poważniejszych ośrodkach miejskich. W warunkach XXI wieku w którym rozwój ekonomiczny jest w dużej mierze zależny od solidnego wykształcenia obywateli, zapewnienie młodym ludziom z odległych wsi, wśród których żyje niejeden talent, możliwości dogodnego, to jest umożliwiającego skoncentrowanie wysiłku na nauce, dojazdu do jak najlepszej szkoły w okolicy, jest kluczem do rozwoju.
Jednak absurdalność wywodu posła Konfederacji wykracza poza tę płaszczyznę. Pojawia się tu zabawny paradoks. Libertarianizm czy może raczej skrajny liberalizm, bo Dobromir Sośnierz jeszcze nie ogłosił dążenia do likwidacji państwa, niczym swoisty marksizm a rebours, koncentruje się całkowicie na ekonomicznej sferze życia ludzkiego. W perspektywie tej ideologii wszystkie relacje między ludzkimi atomami sprowadzają się właśnie do relacji transakcyjnych, a sfera gospodarki jest, podobnie jak w marksizmie, bazą, płaszczyzną pierwotną, której właściwe zorganizowanie ustanowi właściwe relacje na poziomie społecznym, politycznym, kulturalnym.
Tak więc likwidacja aktywności gospodarczej państwa, zminimalizowanie jego kompetencji do regulacji, idąca za tym minimalizacja redystrybucji (w tym obniżenie podatków) muszą w tej perspektywie prowadzić do powstania społeczności, której zasadą konstytucyjną stanie się wolność i które wytworzy taką właśnie wolnościową kulturę zapobiegającą zamachom i uzurpacjom.
Jednak jak się okazuje na omawianym przykładzie, cały korwinowski namysł nad gospodarką, który ma być fundamentem refleksji o całej reszcie kończy się na mikroekonomii podszytej ignorancją.
Po słowach posła chcąc usłyszeć vox populi prowokowałem dyskusje na grupach i stronach obsadzonych przez zwolenników Konfederacji. Jak się okazało wielu z nich, głównie młodych ludzi, odebrało słowa Sośnierza jak najbardziej dosłownie i całkiem serio rozpisywała się, że w sytuacji regresu transportu publicznego ludzie z prowincji po prostu powinni sobie kupić samochody lub dołożyć się do paliwa sąsiadowi, licząc, że podwiezie ich akurat w tym kierunku w jakim muszą się wybrać.
W ogromnej większości, w dyskusji składającej się z setek komentarzy, sympatycy Sośnierza analizowali kwestię wyłącznie przez pryzmat rentowności podmiotu wykonującego przewozy na danym połączeniu i wnioskując o jego nierentowności przez pryzmat subsydiów dla takiego podmiotu, czemu zdecydowanie się sprzeciwiali widząc już rękę fiskusa w swojej kieszeni.
Mikroekonomia własnej kieszeni
Mikroekonomia korwinistów okazuje się mikroekonomią czubka własnego nosa, mikroekonomią osobistej kieszeni lub portfela. Na końcu ich refleksji znajduje się bowiem wniosek, że w interesie wszystkich jest tylko to, żeby każdy zapłacił jak najmniejsze podatki. W podejściu takim widać nie tylko egoizm i atrofię myślenia wspólnotowego, które zachowywałoby wzgląd na tych wszystkich, którzy nie mogą sobie pozwolić na jeżdżenie samochodem z powodów materialnych bądź innych.
W podejściu takim widać wręcz ograniczenie intelektualne związane z atrofią myślenia strukturalnego. Ograniczenie nie pozwalające dostrzec, że współczesna gospodarka, a kierunek jej ewolucji zapowiada tylko wzmacnianie się tej cechy, bazuje w ogromnej mierze na codziennej mobilności siły roboczej, materiałów i surowców, półproduktów, towarów, a także osób świadczących usługi na niespotykaną wcześniej skalę.
I mimo, że w Polsce dokonał się największy skok pod względem rozwoju infrastruktury transportowej w jej historii, w postaci budowy od 2003 r. ponad 3 tys. km autostrad i dróg ekspresowych oraz modernizacji starych, to owe drogi i miasta stają się coraz bardziej zatłoczone. W zeszłorocznym holenderskim rankingu najbardziej zatłoczonych miast świata, opracowanym na podstawie danych z urządzeń geolokalizacyjnych używanych przez kierowców, Łódź znalazła się na 15 miejscu, Kraków na 26, Poznań na 33, a Warszawa na 44.
Jest tak ze względu na czynniki zewnętrzne – geografia czyni Polskę korytarzem nasilonego transportu tranzytowego na skalę kontynentalną, jak i wewnętrzne – poza grupami coraz bardziej wykluczonymi o których pisałem, coraz więcej ludzi jednak stać na samochody, a także na zamieszkiwanie w domach jednorodzinnych pod miastem. To ostatnie przybrało zresztą wymiary patologiczne w postaci suburbanizacji, rozlewania się miast, bo następowało w warunkach postulowanych przez korwinistów, to jest faktycznego braku regulacji zagospodarowania przestrzennego na poziomie wyższym niż gminy, w warunkach całkowitej abdykacji państwa z tej dziedzinie.
Dlatego zresztą obecnie tym bardziej musimy skupić się na organizacji transportu, który mimo wszystko można polepszyć szybciej niż zmienić kulturę aspiracji do własnego dworku na dużej działce, tak powszechną wśród Polaków. A regres w zakresie lokalnych połączeń kolejowych czy publicznej komunikacji autobusowej jest tak wielki, że zakres wykluczenia komunikacyjnego jest znaczący. Dotyczy całych gmin, które nie miały szczęścia znaleźć się na drodze krajowej czy na najbliższym od wielkiego miasta odcinku drogi wojewódzkiej.
W tych wszystkich uwarunkowaniach organizacja transportu staje się taką samą niezbędną do wykonania przez instytucje publiczne usługą, jak budowa infrastruktury transportowej z naszych podatków, czego jak się zdaje poseł Sośnierz jeszcze nie zakwestionował, każąc ludziom budować sobie drogi we własnym zakresie.
Organizacja transportu publicznego staje się tak samo niezbędnym dobrem publicznym, jak zapewnienie jego bezpieczeństwa przez wydziały ruchu drogowego policji czy obstawienie dróg odpowiednimi znakami i sygnalizacją świetlną przez utrzymywane z naszych podatków urzędy centralne bądź samorządowe. Czy może poseł Sośnierz chciałby, aby i te usługi ludzie organizowali i opłacali sobie poza instytucjami publicznymi?
Atrofia myślenia strukturalnego nie pozwala posłowi KORWiNa zauważyć, że transport stał się jednym z kluczowych elementów procesów produkcyjnych. Każdego dnia lokalne i regionalne struktury gospodarcze wymagają, w przypadku dużych miast, przemieszczania nie dziesiątek, a setek tysięcy ludzi, w tym tych zamieszkujących w dużym rozproszeniu, na wiejskiej prowincji, w promieniu 30-40 km.
Dla lokalnego właściciela przedsiębiorstwa transportowego przywiezienie tych z najmniejszych i najbardziej oddalonych od głównych dróg miejscowości będzie najpewniej nieopłacalne. Ale ta rzesza ludzi musi być przemieszona w ramach gospodarki kraju w którym z braku rąk do pracy ściągnięto już półtora miliona Ukraińców, a ściąga się nawet Nepalczyków. Jeśli jednak ta rzesza ludzi by podjąć pracę i mając takie możliwości będzie się konsekwentnie przesiadać do samochodów będzie tak samo konsekwentnie pogarszać warunki jakiegokolwiek transportu w ogóle.
Pogorszenie tych warunków znacząco komplikuje logistykę firm. Opóźnienia w dostawach ale też ich wyższy koszt związany ze zużyciem paliwa, spóźnienia i zmęczenie pracowników, kolizje i wypadki – te koszty zatłoczonych dróg i zakorkowanych miast zakłócają lokalne łańcuchy produkcji. Przynoszą one podmiotom gospodarczym globalnie straty znacznie większe niż środki jakie państwo i samorząd mogą wydać na zorganizowanie lub subsydiowanie przewozów autobusowych między miastem a jego otoczeniem. Nie wspominając o kosztach nieekonomicznych, związanych z większą liczbą ofiar wypadków drogowych i po prostu niższym komfortem.
Chiny – druga gospodarka świata i wzrastające supermocarstwo jeszcze 1978 r. były państwem o bogactwie i poziomie rozwoju podobnym do krajów afrykańskich. Jedną z podstaw najszybszego w historii świata wzrostu ekonomicznego, przebijającego szybkością wzrost USA w drugiej połowie XIX wieku, było postawienie przez władze ChRL na planowaną w długiej perspektywie i wykonywaną często przez podmioty publiczne a potem konsorcja z udziałem przedsiębiorstw państwowych rozbudowę infrastruktury transportowej, doprowadzanie jej do najodleglejszych zakątków raju łącznie z wysokogórskim Tybetem i zacofanym Sinciangiem. Teraz sporo inwestują w rozwój najnowocześniejszych środków transportu publicznego i jego utrzymywanie. Podniesienie mobilności Chińczyków było jednym z kół zamachowych ich dziejowo spektakularnego sukcesu.
Nie trzeba zresztą sięgać po tak odległe przykłady. W styczniu bieżącego roku w najbardziej liberalnym z państw Europy Zachodniej – Wielkiej Brytanii, rząd najbardziej liberalnej z zachodnioeuropejskich partii centroprawicowych zadecydował o renacjonalizacji kolei w całej północnej Anglii. Okazało się, że prywatni przewoźnicy i dzierżawcy infrastruktury nie potrafili przez lata ani zapewnić usług na odpowiednim poziomie, ani nie inwestowali dostatecznie w trakcje elektryczne. W efekcie połączeń było coraz mniej, a na tych, które pozostały aktywne pociągi spóźniały się coraz częściej.
W regionie, w którym przeprowadzona przez Margaret Thatcher deindustrializacja zmniejszyła znaczenie dawnych ośrodków ekonomicznych, miejsce których powoli zajęły nowe, utrzymanie mobilności społecznej było tak ważnym zadaniem, że nawet taki polityk jak Boris Johnson, którego trudno nazwać lewicowcem, zdecydował o konieczności wkroczenia państwa w celu uratowania kolei przed regresem.
Oczywiście na poziomie czysto politycznym wypowiedź posła Sośnierza dającego upust swojej ideologicznej predylekcji to wizerunkowy strzał w kolano. Na myśl przychodzi owe oklepane dictum „nie mają chleba – niech jedzą ciastka”, przypisywane, najpewniej niesłusznie, królowej Marii Antoninie, nie tracącej głowy w obliczu dramatycznej deklaracji o braku chleba dla poddanych. Królowa straciło głowę cztery lata po wygłoszeniu swojej porady, gładko ściętą przez gilotynę.
Jednak wypowiedź będąca kanwą tego artykułu przeciętnemu Polakowi jeszcze bardziej będzie kojarzyć się z „chwilą szczerości” prezydenta Bronisława Komorowskiego, który w czasie kampanii wyborczej z 2015 r. radził młodym obywatelom pracującym za niskie stawki „zmienić pracę, wziąć kredyt”. Było to jedna z tych deklaracji byłej głowy państwa, które z sondażowego pewniaka w wyścigu o reelekcję uczyniły Komorowskiego przegranym.
Szkodliwość polityczna wypowiedzi Sośnierza jest tym większa, że Konfederacja wycisnęła już z kręgu adeptów koliberalizmu wszystko co było wyborczo do wyciśnięcia. Charakterystyczne, że na wsi partia narodowców i konserwatywnych liberałów uzyskiwała mniejsze poparcie niż w miastach, zarówno w wyborach do Parlamentu Europejskiego, jak i w październikowych wyborach do Sejmu. To na wsi mieszka znaczna część elektoratu Prawa i Sprawiedliwości o który ubiegają się także politycy Konfederacji.
Nietrudno domyśleć się jak podziała na tych wyborców „dobra rada” posła Sośnierza. Poseł najwyraźniej postanowił naśladować ojca-założyciela nurtu do jakiego należy, prowadząc politykę w sposób anegdotyczno-skandaliczny. Janusz Korwin-Mikke od trzech dekad funkcjonuje bowiem w polskiej polityce stawiając „dla sportu” kontrowersyjne tezy i uzasadniając je anegdotami czy twierdzeniami, które wydają się słuszne tak długo jak nie zauważy się ograniczenia punktów odniesienia tej frazeologii. Tak długo jak nie zauważy się, że ludzi łączą nie tylko relacje transakcyjne i interesy, że społeczeństwa nie da się opisać i wyjaśnić tylko z perspektywy ekonomii, a sama ekonomia nie jest matematyką, wzorem na kartce papieru, lecz nauką opisującą działalność istoty o tak skomplikowanej strukturze jak człowiek (a cóż dopiero ludzkie społeczeństwo!).
Jednak to co dla pana Janusza, człowieka mającego bardziej naturę showmana i publicysty niż polityka, było przez lata trikiem na przyciąganie uwagi i pozostawanie na medialnej scenie, dla niemałej grupy młodych ludzi stało się przepisem na upraszczanie, trywializowanie, a w konsekwencji nierozumienie procesów społecznych, politycznych i w końcu nawet ekonomicznych. Z tego powodu zresztą nieudolne pod względem realizacji interesów narodowych, ale bardzo sprawne jeśli chodzi o załatwianie własnych interesów, elity polityczne III RP przez tyle lat musiały się bać górników czy rolników, ale nigdy nie musiały bać się młodzieży.
Wychowankowie pana Janusza
Wychowana w niemałej części przez Korwina-Mikke młodzież nigdy nie domagała się jako grupa społeczna dotowanego transportu czy lepszej edukacji lub taniego kredytu mieszkaniowego. Nie żądała w zasadzie żadnych usług publicznych. Nie domagała się, bo przecież państwo z zasady uważała za wroga lub uzurpatora psującego sytuację ekonomiczną.
Polska młodzież od 30 lat nie była zdolna do skutecznego udziału w polskiej polityce, choćby poprzez kontestację, jako grupa społeczna o swoich specyficznych problemach – swego czasu bardzo wysokim bezrobociu, obecnie niskiej jakości edukacji czy niestabilnych warunkach zatrudnienia. Nie była zdolna bo młody człowiek najczęściej widział świat tylko jako pole konkurencji z innymi młodymi ludźmi, a nigdy lub prawie nigdy jako pole solidarnego działania.
Polska młodzież w swej masie w zasadzie nie wychodziła na ulice i niczego się nie domagała od polityków, a do polityki jej nieliczni przedstawiciele wchodzili po to by zostać teczkowymi starych wyjadaczy i przy ich boku piąć się po szczeblach starych struktur. Polska młodzież najrzadziej chodziła do wyborów. Śniła całymi dniami swój sen o karierze od pucybuta do milionera we wzorcowym kapitalizmie.
W mojej generacji spora część polskiej młodzieży wyjechała do Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Szwecji, nie tylko by zarabiać więcej, ale także by żyć stabilniej i korzystać z tamtejszych o wiele lepszych usług publicznych, a także, w razie potrzeby, pobierać tamtejsze o wiele wyższe świadczenia, popularne benefity. Większość z nich nie zamierza wracać by budować w Polsce prawdziwy kapitalizm… tak jak pan Janusz powiedział.
Karol Kaźmierczak
https://kresy.pl

Koniec polskiego górnictwa?


Osoby niezorientowane w temacie mają ostatnio prawo odnieść wrażenie, że polski przemysł wydobywczy ta jakieś eldorado.
Oto – dokładnie w dniu 14 lutego – pracownicy Polskiej Grupy Górniczej (siedziba spółki na zdjęciu) otrzymują „walentynkowy” prezent w postaci „czternastki”, co Spółkę kosztuje – bagatela (w końcu bogatemu wolno) – 389 mln zł.
Ale negocjującym bonzom związkowym wciąż było mało i grozili marszem na Warszawę w dniu 28 lutego. Więc na negocjacje przyjechał sam „szef aktywów państwowych” Minister Sasin i obiecał związkowcom podwyżki, za które Polska Grupa Górnicza wyłoży kolejne prawie 270 mln zł. I jeszcze ogłosił negocjacyjny sukces, bo związkowcy domagali się podwyżek dwukrotnie wyższych.
Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, iż PGG (bodaj największa firma górnicza w Europie) jest de facto bankrutem. Niedawno Spółkę uratowała kroplówka, jaką musiały jej zafundować nasze cztery państwowe „koncerny” energetyczne, co bezpośrednio odbiło się na ich wyniku finansowym kwotą łącznie niemal 0,5 MILIARDA zł. (oczywiście odbiło się czkawką). Na „sensowność” tych inwestycji zwróciła zresztą niedawno uwagę Najwyższa Izba Kontroli. Kwota pół miliarda złotych jest tu zresztą liczbą magiczną, bo prawie tyle wynosi strata PGG za rok ubiegły. W roku bieżącym spółkę czeka z kolei wykup 1 raty obligacji opiewających na łączną kwotę kilka miliardów zł. Jednak związkowcy uzasadniają roszczenia płacowe „wykonaniem planu wydobycia”.
Czyli jak za starej dobrej komuny – nieistotna jest sprzedaż, liczy się produkcja. Co prawda w materii wydobycia można wskazać, ze w roku 2013 w Katowickim Holdingu Węglowym wyniosło ono 12 mln ton, zaś w Kompani Węglowej – 39 mln ton. Teraz powstała z ich połączenia PGG nie przekracza 30 mln ton rocznie. Natomiast wydajność w PGG zmalała do 680 ton/górnika/rok, gdy np. w lubelskiej Bogdance wynosi 1.200 ton.
Ale kluczowy jest brak sprzedaży. Nasz węgiel jest po prostu za drogi i nikt, łącznie z naszymi koncernami energetycznymi nie chce go kupować. W grudniu ub.r. cena naszego węgla oscylowała wokół 265 zł/tonę, zaś importowanego np. z państw bałtyckich (o tej samej kaloryczności) – nie sięgała nawet 170 zł/tonę. Nic dziwnego, że w ubiegłym roku z samej Rosji sprowadziliśmy ok. 11 mln ton, a przecież importujemy na dużą skalę węgiel również drogą morską. Pojawiła się nawet – pół żartem – propozycja, by obchody górniczego święta (Barbórka) przenieść ze Śląska do któregoś z trójmiejskich portów.
Składowany węgiel szacuje się już na 14 mln ton, głównie przy elektrowniach i ciepłowniach (gdzie jakieś rezerwy mają uzasadnienie) ale również na zwałach pod kopalniami (np. przy samej kopalni Piast-Ziemowit zalega już prawie pół miliona ton). Co prawda „geniusze” z PiS (być może sam geniusz Sasin) wymyślili już „plan” zaradzenia tej sytuacji. Ale wymyślili w swoim, centralistycznym, pisowskim stylu.
Remedium na ten problem ma stać się Centralny Magazyn Węgla, zlokalizowany na 42-hektarowym placu w Ostrowie Wielkopolskim. Patrząc z perspektywy śląskiej trudno zastanowiwszy się nad tym pomysłem powstrzymać się od śmiechu. Wożenie węgla kilkaset kilometrów na północ i następnie z powrotem to zlokalizowanych często niedaleko kopalń elektrowni to koncepcja – delikatnie rzecz ujmując – kontrowersyjna. W dodatku – skoro Centralny Magazyn ma pomieścić ok. miliona ton węgla – problemu to nie rozwiązuje nawet w teorii.
Z czego wynika zaporowa cena polskiego węgla? Przede wszystkim z głębokości naszych złóż – u nas górnik potrzebuje średnio 2,5 godziny na dojście do miejsca bezpośredniej pracy, a w miarę eksploatacji sięgamy do złóż położonych coraz głębiej i ekonomika całego przedsięwzięcia nie wytrzymuje rywalizacji z kopalniami odkrywkowymi. Do tego dochodzi irracjonalna, bałaganiarska i nadmiernie rozbudowana struktura zarządzania oraz liczne i rozpasane związki zawodowe. To po prostu nie może dobrze działać, nawet mimo naprawdę ciężkiej i często ryzykownej pracy górników. I to nie koniec problemów.
Dochodzą jeszcze szkody górnicze, które dotykają zwłaszcza śląskie miasta (np. Bytom jest już zdegradowany niemal totalnie). A świadomość tzw. społeczna rośnie, czego dowodem były głośne ostatnio manifestacje mieszkańców Imielina przeciw rozbudowę kopalni pod tym miastem. Podczas jednej z nich doszło do średnio przyjemnego spięcia ze związkowcami, którzy wyrażali swe poparcie dla dalszej eksploatacji tamtejszych złóż. Tu akurat względny komfort ma lubelska Bogdanka, położona z dala od zabudowań. Ale na Śląsku takiego komfortu kopalnie na ogół nie mają. I okoliczni mieszkańcy również nie.
Czy można polskie górnictwo węgla kamiennego jeszcze uratować? Nie wiem, ale mam poważne obawy, że na to już za późno. Niestety – rząd PiS przespał okres koniunktury na rynku węglowym, gdzie finansowe nadwyżki można było przeznaczyć na inwestycje np. w nowe technologie. Nie podejmę się oceny czy rzeczywiście naszym przepisem na sukces mogłoby być propagowane m.in. przez byłego posła Wilka podziemne zgazowanie węgla.
Ale trzeba było szukać oraz być może inwestować, np. poprzez nasze energetyczne „koncerny”, które niewątpliwie stosowne środki posiadają. Zamiast tego – zdecydowano się na konsumpcję, której dzisiejsze „walentynkowe” czternastki i podwyżki tudzież górnicze karczmy piwne są być może ostatnim symbolem. Bo to już chyba jest niestety bal na Titanicu.
Szkoda, że nie wyciągnięto wniosków z udanej prywatyzacji, jaka miała miejsce w tej branży. Nie chodzi mi o „prywatyzację” Jastrzębskiej Spółki Węglowej poprzez jej huczne wejście na giełdę, co niekonieczne wiąże się z dobrymi doświadczeniami ówczesnych, na ogół drobnych inwestorów. Pragnę w tym miejscu przywołać sprzedaż w roku 2010 kopalni „Silesia” w Czechowicach – Dziedzicach inwestorowi z Czech. Kopalnia dzięki temu wyszła na prostą – ku zadowoleniu zatrudnionych w niej górników. [Chwalebny wyjątek wśród inwestorów? – admin]
Jacek Matusiewicz
Rubryka: „Refleksje konserwatywnego zgreda”
Myśl Polska, nr 9-10 (1-9.03.2020)
http://mysl-polska.pl

Skutki uboczne 13. emerytury: Polska może trafić na „czarną listę”

Dodatkowe świadczenia, takie jak 13. emerytura, a raczej sposoby ich finansowania, mogą odbić się krajowi czkawką. Polsce grozi umieszczenie na „czarnej liście” obok Rumunii i Węgier.

Wydatki i deficyt strukturalny Polski w 2019 roku wzrosły, jak wynika ze środowego raportu Komisji Europejskiej.
KE niepokoi fakt, że Polska omija tzw. Stabilizującą Regułę Wydatkową. Główny ekonomista Pracodawców RP dr Sławomir Dudek wyjaśnia w rozmowie z Business Insider, że jeśli pojawi się konieczność wdrożenia procedury nadmiernego odchylenia, to Polska trafi na „czarną listę”, na której są już Rumunia i Węgry.
Country Report Poland 2020: nie jest dobrze
Raport o stanie polityki gospodarczej i fiskalnej w Polsce (Country Report Poland 2020), który opublikowano w środę, to coroczna ocena KE odnośnie realizacji zaleceń z poprzedniego roku i analiza aktualnej sytuacji w danym kraju. Każdy kraj członkowski Unii podlega takiej ocenie.
Wnioski po analizie sytuacji w Polsce nie są pozytywne – sytuacja fiskalna w 2019 roku uległa pogorszeniu – twierdzi Dudek. A co za tym idzie, krajowi grozi wdrożenie procedury nadmiernego odchylenia, co wchodzi w życie, jeśli dane państwo członkowskie nie stosuje się do rekomendacji KE w kwestii finansów.
Jak zauważa Dudek, KE zauważyła, że wydatki budżetowe są przekierowywane do Funduszu Solidarnościowego, z którego wypłacane będą m.in. 13. emerytury i zasiłki pogrzebowe, „wypchnięte” tym samym poza stabilizującą regułę wydatkową (chodzi o miliardy złotych). W ten sposób ukryto dziurę budżetową na rok 2020, ale i powiększono deficyt w sektorze instytucji rządowych i samorządowych.
Kreatywne omijanie reguły wydatkowej pod lupą KE
Zgodnie z raportem KE Polskę cechuje też znikomy postęp, jeśli chodzi o zalecenia odnośnie ścieżki wzrostu wydatków. Dudek określa sposób omijania przez polski rząd reguły wydatkowej jako „kreatywny”, podkreślając, że fakt, iż KE to dostrzega, jest istotny, będzie to powodem objęcia tej kwestii szczególnym nadzorem.
Można więc powiedzieć, że sygnał z tego dokumentu jest następujący – jeżeli w Polsce zostaną podjęte próby rozluźnienia reguły wydatkowej, to Komisja uważnie będzie się temu przyglądać w kontekście implementacji dyrektywy – podsumował ekspert.
Dodatkowo w raporcie można przeczytać o tym, że w Polsce pojawiają się nowe trwałe wydatki, które pogorszą kondycję fiskalną finansów publicznych. Zaznaczono też, że coraz trudniejsze jest uszczelnianie VAT.
To samo będzie z czternastkami dla emerytów
Wczoraj rząd przyjął projekt ustawy ws. dodatkowego, czternastego świadczenia dla emerytów i rencistów. Także i w tym przypadku finansowane ono będzie z Funduszu Solidarnościowego, jak wynika z dzisiejszej publikacji na stronie rządu. Łączna kwota to prawie 11 mld złotych, która „nie będzie widoczna” w deficycie budżetowym. Zdaniem głównego ekonomisty Polskiej Rady Biznesu Janusza Jankowiaka dla finansów państwa jest to „bardzo niekorzystne zjawisko”, a budżet zostanie usztywniony w taki sposób, że będzie to precedens na skalę europejską.
Wcześniej Fundusz Solidarnościowy służył pomocy niepełnosprawnym, zmian dokonano w 2019 roku. Po transformacji Funduszu finansowane mają być z niego m.in. trzynaste i czternaste emerytury. Dotychczas koszty zadań Funduszu szacowano na 20,4 mld złotych (więcej niż KRUS – 19,6 mld w 2020 roku), w 2021 dojdą wydatki na czternastki, czyli dodatkowe 10,6 mld zł, co łącznie da ok. 31 mld zł „wypchniętych” z budżetu.
Stabilizująca reguła wydatkowa, której trzyma się Komisja Europejska, w skrócie zabrania bezkarnego zadłużania kraju, wywierając presję na szefa resortu finansów, by każdy dodatkowy wydatek był równoważony dodatkowym przychodem. Natomiast jeśli środki przechodzą przez Fundusz Solidarnościowy, polski rząd omija tę regułę, co Komisji Europejskiej może się nie spodobać.

Potyczka o wolność słowa

Ponieważ Urząd Ochrony Danych Osobowych zażądał ode mnie złożenia wyjaśnień w terminie 7 dni, właśnie je tam przekazałem listem poleconym, a poniżej reprodukuję je w całości.

Warszawa, 22 lutego 2020 r.
Sygn. DS.523.888.2020.PR.MC
Urząd Ochrony Danych Osobowych
Departament Skarg
Wydział ds. Sektora Prywatnego
ul. Stawki 2
00-193 Warszawa
Odpowiedź na pismo z dnia 18 lutego
W odpowiedzi na Wasze Pismo z dnia 18 lutego br. w związku ze skargą pani Żanety Kąkolewskiej, reprezentowanej przez pana Jarosława Głuchowskiego o przetwarzanie jej danych osobowych, wyjaśniam, co następuje:
a) Dane w postaci imienia i nazwiska pani Żanety Kąkolewskiej pozyskałem – po pierwsze – z informacji telefonicznej, udzielonej mi 14 listopada 2019 r. przez pana Mateusza Stanisława Borka, komornika sądowego w Wołominie, który prowadził przeciwko mnie egzekucję świadczeń pieniężnych opiewających na sumę prawie 190 tysięcy złotych. Pan Borek w odpowiedzi na moje pytanie, kto jest moim wierzycielem, wyjaśnił, że jest nim pani Żaneta Kąkolewska.
b) Z odpisu wyroku Sądu Okręgowego w Poznaniu z 30 sierpnia 2019 roku, jaki na moją prośbę otrzymałem w listopadzie 2019 roku w związku z prowadzoną przeciwko mnie egzekucją.
c) Z pism wysłanych mi na moją prośbę przez pana Mateusza Stanisława Borka, komornika sądowego w Wołominie, który w ten sposób z opóźnieniem nadesłał mi zarówno tytuł wykonawczy, jak i zawiadomienie o wszczęciu egzekucji.
d) Z pisma Waszego Urzędu, na które właśnie odpowiadam.
Z okoliczności tych wynika, że z każdego źródła otrzymałem informację o imieniu i nazwisku pani Kąkolewskiej bez jakichkolwiek zastrzeżeń, co do dzielenia się tą wiedzą z kimkolwiek. Ponieważ w publikacji zatytułowanej „Ani dnia, ani godziny” zwracałem się do moich Czytelników o pomoc w wykonaniu wyroku Sądu Okręgowego w Poznaniu, uznałem za stosowne i celowe poinformowanie ich o osobie mego wierzyciela, ponieważ w przeciwnym razie mój apel o pomoc nie brzmiałby w pełni wiarygodnie.
Co do podstawy prawnej, której Wasz Urząd się ode mnie domaga, nie mogę powstrzymać się od spostrzeżenia, że w związku z nasilającą się walką o praworządność, w naszym kraju zapanowała atmosfera szalenie jurydyczna, w związku z czym dochodzi do sytuacji, że jeśli na lekcji rachunków nauczycielka mówi uczniom, że dwa dodać dwa jest cztery, to oni pytają, czy ma na to świadków.
Skoro jednak Państwo nalegają, to uprzejmie wyjaśniam, że na świecie jest mnóstwo ważnych rzeczy i zjawisk, które zachodzą bez konkretnej podstawy prawnej. Na przykład Ziemia obraca się wokół Słońca bez podstawy prawnej. Bez podstawy prawnej następują po sobie pory roku, a ponadto bez podstawy prawnej ludzie rodzą się i umierają – chyba, że któryś zostanie skazany na karę śmierci. Wtedy zgon następuje na podstawie prawnej – ale są to sytuacje raczej wyjątkowe.
Podstawą systemu prawnego obowiązującego w Polsce jest konstytucja z 1997 roku, której przepisy, na podstawie art. 8 ust. 2, stosuje się bezpośrednio, chyba, że sama konstytucja stanowi inaczej. Co więcej – zgodnie z orzeczeniami Trybunału Konstytucyjnego, które zapadły w okresie, gdy kompetencje TK nie były jeszcze kwestionowane – konstytucja ma pierwszeństwo przed prawem Unii Europejskiej. Oznacza to, że gdyby nawet jakimś cudem weszło w Polsce w życie prawo UE niezgodne z konstytucją, to decydują normy konstytucyjne. Zgodnie z art. 7 konstytucji, organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa. Oznacza to, że organy władzy publicznej na każdy swój krok muszą mieć wyraźne zezwolenie w systemie prawnym i poruszać się tylko w jego granicach. W przypadku obywatela jest inaczej.
Zgodnie z art. 31 konstytucji, wolność człowieka podlega ochronie prawnej, a z ust. 2 tegoż artykułu wynika, że nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego mu prawo nie nakazuje. Oznacza to, że w granicach wyznaczonych przez nakazy prawa, człowiek może postępować według swego uznania i nie musi w pośpiechu doszukiwać się w aktach promulgacyjnych podstawy prawnej, kiedy na przykład zamierza ulżyć naturalnej potrzebie.
Ponadto z art. 42 ust. 3 konstytucji, każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu. Ponieważ w zacytowanych artykułach konstytucji gwarancji wolności dostarcza Rzeczpospolita Polska, to oznacza, że na obywatelu nie może ciążyć obowiązek wskazywania podstawy prawnej swoich działań. Przeciwnie – to organ Rzeczypospolitej Polskiej powinien wskazać mu, jakiego rodzaju zakaz prawa naruszył, zwłaszcza w sytuacji, gdy mu grozi rozmaitymi konsekwencjami.
W piśmie, jakie pan mecenas Jarosław Głuchowski skierował do mnie z żądaniem, bym w terminie 7 dni zapłacił mu kolejne 150 tysięcy złotych, też domagał się, bym poinformował go o podstawie prawnej podania imienia i nazwiska pani Kąkolewskiej, ponieważ według „jego opinii”, mogłem „przetwarzać” te dane tylko w związku z postępowaniem egzekucyjnym.
Pomijam już okoliczność, że opinia pana mecenasa Jarosława Głuchowskiego nie jest źródłem prawa w Rzeczypospolitej Polskiej, ani on sam nie jest żadnym organem władzy publicznej, którego żądaniom powinienem się podporządkować, ale zwracam uwagę, że podałem tę informację do wiadomości właśnie w związku z toczącym się przeciwko mnie postępowaniem egzekucyjnym.
Wreszcie z art. 45 ust. 2 konstytucji wynika, że nawet w sytuacji, gdy postępowanie sądowe toczy się z wyłączeniem jawności, wyrok ogłaszany jest publicznie. Publicznie – to znaczy, że może zapoznać się z jego treścią nieograniczona liczba osób. A ponieważ w wyroku zaocznym, jaki zapadł przeciwko mnie, musiało znajdować się i się znajdowało imię i nazwisko pani Żanety Kąkolewskiej, jako mojego wierzyciela, to znaczy, że decydując się na wytoczenie mi powództwa, powinna zdawać sobie sprawę z tego, iż jej imię i nazwisko zostaną ujawnione w wyroku i w ten sposób przedostaną się do wiadomości publicznej. Jeśli nawet sama nie zdawała sobie z tego sprawy, to powinien poinformować ją o tym jej pełnomocnik, ale nie wiem, czy to zrobił, czy też informację tę przed swoją klientką zataił.
Tymczasem pan mecenas Głuchowski, który sam uchylił się od podania mi podstawy prawnej żądania zapłacenia mu w terminie 7 dni 150 tysięcy złotych, najwyraźniej próbuje instrumentalnie posłużyć się Waszym Urzędem w nadziei, że podpierając się jego autorytetem, będzie mógł swoje życzenia zrealizować za pośrednictwem niezawisłego sądu, czyli w tak zwanym majestacie prawa.
Tymczasem rozporządzenie Rady UE i PE 2016/679, na które państwo powołujecie się w skierowanym do mnie piśmie z 18 lutego br., implementowane w polskiej ustawie o ochronie danych osobowych, ma znaczenie wykluczające zastosowanie go wobec osoby fizycznej, nie zajmującej się automatycznym gromadzeniem i operowaniem danymi. Oświadczam tedy, że jestem osobą fizyczną i nawet mam na to świadków, że nie zajmuję się automatycznym gromadzeniem, ani nie zajmuję się operowaniem danymi.
Ponieważ w skierowanym do mnie piśmie Urząd Wasz domaga się ode mnie również ustosunkowania się do treści skargi pana mecenasa Jarosława Głuchowskiego, wyjaśniam, co następuje:
W punkcie 2 swojej skargi pan mecenas informuje, że spotkałem się „z powszechną krytyką” mego zachowania, to znaczy – podania do wiadomości imienia i nazwiska pani Żanety Kąkolewskiej. Myślę, że pan mecenas przesadza z tą „powszechnością” która zresztą jest pojęciem nieostrym, chociaż nie przeczę, że spotkałem się z – nazwijmy to – krytycznymi ocenami ze strony osobników szczególnie uwrażliwionych moralnie. W listach kierowanych na adres mojej poczty elektronicznej nie szczędzili mi krytycznych ocen, używając przy tym inwokacji, z których inwokacja: „Ty skurwysynu w dupę jebany” należała do najłagodniejszych. Pan mecenas powiada, że „nic sobie z tego nie robiłem”. To prawda – ale co by pan mecenas rozkazał mi w tej sytuacji zrobić?
Odnośnie tego, czy pani Kąkolewska została skrzywdzona i w jakim stopniu, nie zamierzam się wypowiadać, chociaż akurat mam przed sobą uzasadnienie wyroku Sądu Apelacyjnego w Poznaniu, zatwierdzającego orzeczenie nakazujące Towarzystwu Chrystusowemu dla Polonii Zagranicznej wypłacenie pani Kąkolewskiej miliona złotych.
W pierwszej części tego uzasadnienia Sąd Apelacyjny prezentuje ustalenia stanu faktycznego, dokonane przez sądy w Stargardzie Szczecińskim i Szczecinie, które prowadziły postępowanie przeciwko księdzu. Czytamy tam m. in. że powódka „po powrocie do domu (rodzinnego – SM) nie utrzymywała z R. B. kontaktów osobistych, wymieniali jednak SMS-y, które zawierały treść erotyczną”. Skoro „wymieniali”, to znaczy, że przynajmniej niektóre z nich musiała pisać pokrzywdzona. Z uzasadnienia wynika też, że „pierwszy proces odbywał się jawnie, a na sali rozpraw obecni byli przedstawiciele mediów” (…) W gazetach ukazywały się publikacje szczegółowo opisujące zdarzenia (w tym sugerujące istnienie związku faktycznego pomiędzy powódką a księdzem)”. Dalej czytamy, że Sąd „odmówił wiary jej (tzn. pokrzywdzonej – SM) zeznaniom w tej ich części, w których pokrzywdzona utrzymywała, że sprawca stosował wobec niej przemoc fizyczną, przymus psychiczny i kontrolował każdy jej krok”. W
świetle medialnego rozgłosu, jaki towarzyszył tej sprawie (gazeta „FAKT” w roku 2009 opublikowała nawet opatrzoną zdjęciem rozmowę z ojcem pokrzywdzonej i dopiero w roku 2019, wzorem orwellowskiego Ministerstwa Prawdy, publikację tę wycofała), trudno potraktować serio stwierdzenia zawarte w punkcie 6 skargi skierowanej przez pana mecenasa Głuchowskiego, jakoby „powódka NIGDY (podkr. Jarosława Głuchowskiego) nie ujawniała swego miejsca zamieszkania”.
Nie to jest jednak istotne, ale okoliczność, że w ramach tej konspiracji, jako swoje miejsce zamieszkania podawała adres kancelarii pana mecenasa Jarosława Głuchowskiego, co nie mogło odbywać się bez wiedzy i zgody jej pełnomocnika sporządzającego pozew. Wynika z tego, że pełnomocnik pani Żanety Kąkolewskiej z premedytacją wprowadził Sąd Okręgowy w Poznaniu w błąd co do faktycznego miejsca zamieszkania swojej klientki. Tymczasem to była właśnie podstawa, dla której Sąd Okręgowy w Poznaniu, najwyraźniej wprowadzony w błąd co do faktycznego miejsca zamieszkania pani Kąkolewskiej, uznał się za właściwy miejscowo i wydał wyrok zaoczny przeciwko mnie.
W zawartej w punkcie 11 skargi pana mecenasa Głuchowskiego sugestii, jakobym celowo nie odbierał korespondencji kierowanej pod adresem, pod którym nie mieszkałem od co najmniej 11 lat, nie ma jakiejkolwiek logiki. W jakim mianowicie celu miałbym nie odbierać korespondencji, nie uczestniczyć w postępowaniu, pozbawiając się w ten sposób możliwości obrony i narażając się na to, iż sąd – na podstawie art. 339 par. 2 kpc – wyda niekorzystny dla mnie wyrok zgodnie z żądaniem pozwu? To raczej stronie powodowej mogło zależeć na tym, by wprowadzić sąd w błąd również co do miejsca mego zamieszkania, nie dopuścić w ten sposób, bym wziął udział w postępowaniu i się bronił – bo dzięki temu uzyskiwała wszystko, czego się w pozwie domagała.
Ten przypadek znakomicie pasuje do rzymskiej zasady: is fecit cui prodest (ten zrobił, kto skorzystał). Jeszcze gorzej wygląda sugestia pana mecenasa Głuchowskiego z 15 punktu skargi, jakobym nadal mieszkał pod nieaktualnym od ponad 11 lat adresem. W tym samym punkcie bowiem podaje on informację, że złożyłem sprzeciw od wyroku zaocznego. Rzeczywiście 20 listopada ub. roku złożyłem taki sprzeciw (nawiasem mówiąc, do dzisiejszego dnia nie otrzymałem nań odpowiedzi), dołączając do niego zaświadczenie o stałym zameldowaniu pod aktualnym adresem, którego kopię, wraz z kopią sprzeciwu, powinien otrzymać z Sądu Okręgowego w Poznaniu pan mecenas Jarosław Głuchowski.
Sugerując zatem w skardze datowanej na 10 lutego br , jakobym nadal był zameldowany i mieszkał pod nieaktualnym od ponad 11 lat adresem, świadomie mija się prawdą. W jakim celu to robi – tego mogę się domyślać i pozwolę sobie podzielić się tymi domysłami z Waszym Urzędem.
Rzecz w tym, że wprawdzie Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej wypłaciło pani Kąkolewskiej zasądzony milion złotych, ale złożyło do Sądu Najwyższego wniosek o kasację wyroku. Sąd Najwyższy wniosku nie odrzucił, wyznaczając termin rozpatrzenia kasacji na 20 grudnia ub. roku. Jednak tego dnia pan mecenas Głuchowski nie stawił się w sądzie, uzasadniając to chorobą, wskutek czego termin rozpoznania kasacji został przesunięty. Następnie doszło do zmiany składu SN, który miał tę kasację rozpoznać, pod pretekstem że skład poprzednio wyznaczony był „za bardzo związany z Kościołem”. Wyznaczony został tedy skład jeszcze niezawiślejszy od poprzedniego, ale mimo to losy kasacji nie są stuprocentowo pewne.
Tymczasem – jak w wypowiedzi dla „Gazety Wyborczej” ujawniła pani Kąkolewska występująca tam jako „Kasia” – pan mecenas Jarosław Głuchowski pobrał od niej 300 tysięcy złotych tytułem honorarium za pełnomocnictwo. Gdyby Sąd Najwyższy kasację uwzględnił i wyrok Sądu Apelacyjnego w Poznaniu uchylił, to pani Kąkolewska musiałaby ten milion zwrócić, a przynajmniej – przekazać do depozytu sądowego – czym we wspomnianej wypowiedzi dla „GW” była bardzo zaniepokojona. Ona bowiem już tego miliona nie ma, bo pan mecenas… – i tak dalej. Tedy już doprowadził do uzyskania 150 tys. złotych ode mnie, a teraz żąda następnych 150 tysięcy – przypuszczam, że żywiąc nadzieję, iż w razie niekorzystnego rozwoju wydarzeń w Sądzie Najwyższym, nie będzie musiał stracić 300 tysięcy złotych, zwracając swojej klientce pobrane wcześniej honorarium.
Pan mecenas Głuchowski kolaboruje z fundacją „Nie lękajcie się!”, która stawia sobie w statucie za cel opiekę nad osobami molestowanymi. Okazuje się, nie wszystkie osoby tam funkcjonujące czynią to bezinteresownie – o czym świadczy przypadek pana Marka Lisińskiego, który wyłudził od pani Kąkolewskiej co prawda tylko 30 tysięcy złotych, niemniej jednak. Mamy zatem do czynienia z rozwijającym się przemysłem molestowania, w którego orbitę wciągane są kolejne organy państwowe – obawiam się, że między innymi Wasz Urząd.
W tym stanie rzeczy uprzejmie proszę o oddalenie skargi.
Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Dlaczego koty mruczą? Znaczenie mruczenia.


Zwykle koty domowe mruczą, wyrażając zadowolenie. Mogą jednak starać się zwrócić Twoją uwagę, aby dostać to, czego chcą. Może to być również wołanie o pomoc w niebezpieczeństwie.
Mruczenie kota to niski, wydawany rytmicznie dźwięk. Jest ono zazwyczaj niezbyt głośne. Ludziom mruczenie kojarzy się zwykle z przyjemnością lub relaksem, na przykład, gdy głaszczemy kota. Jednak koty domowe mogą emitować te dźwięki w różnych sytuacjach. Dowiedz się, dlaczego koty mruczą i co to może oznaczać.
Dlaczego koty mruczą, niezwykła umiejętność wydawania dźwięków
Wszyscy wiedzą, że koty, oprócz miauczenia i mruczenia, mają niesamowitą zdolność do wydawania innych dźwięków. Zwierzęta te są w stanie wydać ponad 100 różnych odgłosów w odmiennych sytuacjach.
Chociaż koty najczęściej używają języka ciała do komunikacji, wydawanie dźwięków odgrywa ważną rolę w ich relacjach z ludźmi, innymi kotami i ich środowiskiem. Wśród wielu możliwych dźwięków, 11 z nich wyróżnia się jako najczęściej używane przez koty. Są to:
  • Miauczenie
  • Mruczenie
  • Trajkotanie
  • Syczenie
  • Pieśń godowa
  • Warczenie
  • Pisk
  • Wzywanie pomocy
  • Wycie i zawodzenie
  • Pomrukiwanie
  • „Gdakanie”
Koty mruczą – to co oznacza?
Wielu właścicieli zastanawia się, dlaczego koty mruczą w różnych sytuacjach. Zanim odpowiemy na to pytanie, ważne jest, aby zrozumieć, że każdy kot jest inny i ma unikalną osobowość. Dlatego niemożliwe jest opracowanie uniwersalnego podręcznika o tym, jak rozumieć mruczenie i miauczenie kotów.
Aby zinterpretować, co oznacza mruczenie Twojego kota, musisz wziąć pod uwagę kontekst tej wokalizacji. Konieczne jest przeanalizowanie postawy kota i jego mimiki. Wówczas będziesz w stanie określić jego nastrój i zrozumieć wiadomość, którą stara się przekazać.
Poniżej przedstawiliśmy główne powody, dla których koty mruczą. Z pewnością wiedza ta pomoże Ci poprawić komunikację z kotem. Pamiętaj, że aby dobrze zrozumieć swoje zwierzę, musisz przeznaczyć trochę czasu na interakcje ze swoim kotem. Analizuj mowę jego ciała i poznaj jego wyjątkową osobowość.
Dlaczego koty mruczą, gdy się je głaszcze?
U kotów domowych, a także dzikich przedstawicieli rodziny kotowatych, mruczenie ma zazwyczaj bardzo pozytywne znaczenie. Wskazuje na takie emocje, jak samozadowolenie, pożądanie lub spokój. Mając kota w domu z pewnością zauważysz, że mruczy on w takich sytuacjach, które sprawiają mu przyjemność.
Wymienić tu można na przykład jedzenie, obecność ulubionej zabawki lub pieszczoty ze strony członka rodziny. Kiedy kot mruczy podczas głaskania, ten dźwięk jest zwykle delikatny i nieregularny. To znak, że Twój pupil jest zrelaksowany i zadowolony.
Mruczenie wskazuje również, że kot czuje się bezpiecznie w Twoim towarzystwie i że łączy was więź oparta na wzajemnym zaufaniu i miłości.
W innych przypadkach koty mogą również mruczeć, aby zwrócić Twoją uwagę, gdy o coś proszą. Wówczas mruczenie różni się od poprzedniego, ponieważ jest trwałe i ma regularny, intensywny ton. To znak, jak uparty może być Twój kot, aby dostać to, czego chce.
Dlaczego kocięta mruczą?
Podczas porodu można zauważyć, że kotka mruczy w spokojny, regularny sposób. Robi to, aby stworzyć spokojne otoczenie i uspokoić młode podczas pierwszego kontaktu ze światem zewnętrznym.
Mruczenie matki przewodzi kociętom w pierwszych dniach życia, kiedy wciąż nie potrafią w pełni korzystać z własnych zmysłów.
Kocięta mruczą z kolei, gdy piją mleko matki, co jest oznaką przyjemności i spokoju. Dodatkowo, maluchy mruczą, by prosić rodziców o pomoc w obliczu jakiegokolwiek zagrożenia lub nieznanego im bodźca.
Czy mruczenie bywa powodem do niepokoju?
Chociaż nie jest to tak częste, jak mruczenie z przyjemności, koty mogą również mruczeć z powodu bólu lub dyskomfortu. W takich przypadkach dźwięki mruczenia będą wyższe i głośniejsze. Wynika to z faktu, że mają na celu zwrócić uwagę właściciela i są prośbą o natychmiastową pomoc.
Jeśli Twój kot mruczy bardzo głośno i wykazuje inne oznaki bólu lub zauważysz zmiany w jego zachowaniu, musisz natychmiast zabrać go do weterynarza. Coś może być nie tak.
Z drugiej strony mruczenie to także sposób, w jaki kot prosi Cię o to, abyś zajął się czymś, co go irytuje lub jest niewygodne. Jeżeli ma to być dźwięk uspokojenia, jest wówczas emitowany równomiernie, ze stałą częstotliwością. W ten sposób kot wyraża przyjaźń i pokazuje, że nie chce brać udziału w żadnym konflikcie.

USA próbują organizować ruch eurosceptyczny w Europie Zachodniej

Ambasador USA w Polsce Georgette Mosbacher broni Polski przed UE i zapewnia, że Amerykanie odczuwają do Polski ogromną sympatię. Jej zdaniem zarzuty rzekomego łamania praworządności w Polsce są przesadne, bo Bruksela boi się rosnącej pozycji Polski.

Pani Georgette Mosbacher w wywiadzie dla „Super Expressu” oświadczyła, że „osobiście uważa, iż sprawa praworządności w Polsce jest silnie upolityczniona i Unia Europejska nie stroni od używania tej kwestii do osiągania swoich własnych celów”. O skomentowanie tej wypowiedzi Sputnik zwrócił się do politologa i publicysty prof. Adama Wielomskiego.
Czy opinia pani ambasador nie stanowi poparcia dla tych kół w Polsce, które są siłą odśrodkową wobec Unii Europejskiej?
– Myślę, że wypowiedź pani Mosbacher zawiera pewien element merytoryczny oraz pewną ocenę polityczną. Merytoryczna jest o tyle słuszna, że, biorąc pod uwagę kształt praworządności i sądownictwa w państwach Europy Zachodniej, krytyka Polski częstokroć bywa przesadzona.
Jeśli, na przykład, w tej krytyce przoduje prezydent Macron, który sam bez wahania pałuje dziesiątki i tysiące demonstrantów, to w Polsce takich przypadków nie ma i wypowiadanie się o stanie praworządności w Polsce w jego przypadku jest głęboko nie na miejscu. Jeśli na przykład krytyką polskiego Trybunału Konstytucyjnego zajmują się politycy z państw, w których w ogóle nie istnieje Trybunał Konstytucyjny, jest to też dosyć szokujące i dziwaczne.
Rzecz druga to ocena polityczna tej wypowiedzi. Zwróćmy uwagę, przede wszystkim, że pani Mosbacher bardzo mocno zwróciła uwagę na to, że to jej prywatna opinia, a więc nie wyraża w ten sposób stanowiska Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Ale sam fakt tego stwierdzenia, oczywiście, jest znaczący, dlatego że administracja Donalda Trumpa popiera wszystkie siły odśrodkowe, antyeuropejskie w Unii Europejskiej. Donald Trump osobiście wspierał Wielką Brytanię w Brexicie.
Widać, że Stany Zjednoczone (a mam tutaj przede wszystkim na myśli Johna Boltona, wieloletniego doradcę Donalda Trumpa), próbują organizować ruch eurosceptyczny w Europie Zachodniej. Też widać, że popierane jest stanowisko Polski (nawet jeśli to nie oficjalne, tylko prywatne poparcie). Stany Zjednoczone traktują Unię Europejską jako przeciwnika, który jako całość przeciwstawia się amerykańskim żądaniom, roszczeniom, dyktatom. Dlatego też Stanom Zjednoczonym wygodniej byłoby rozmawiać z poszczególnymi państwami, a nie z Unią Europejską jako taką.
Trzeba zwrócić również uwagę, że to w Polsce okres przed wyborami prezydenckimi. Jest dla mnie oczywiste, że USA są zainteresowane reelekcją obecnego prezydenta, dlatego, że są zainteresowane rządami Prawa i Sprawiedliwości, które są nie tylko eurosceptyczne [??? – admin], ale też chętnie kupują amerykańskie uzbrojenie.
Jeszcze jeden cytat z wywiadu Georgette Mosbacher: „Polska jest dziś dużym graczem na arenie międzynarodowej. Wiem to od pierwszej chwili, kiedy przyjechałam do Warszawy. Stany Zjednoczone to wiedzą, ale wydaje mi się, że w stolicach Zachodniej Europy jeszcze tego nie rozumieją” – ocenia pani ambasador. Dziennik Gazeta Prawna opatrzył wiadomość o wywiadzie pani ambasador w tytuł „Mosbacher broni Polski przed Unią Europejską”. Czyżby było aż tak źle na linii Polska – Unia Europejska, że Polska potrzebuje już obrony zza oceanu?
– Wydaje mi się, że nie jest tak źle, żeby potrzebna była obrona zza oceanu. Ja traktuję to przede wszystkim w kategoriach nieoficjalnego poparcia Stanów Zjednoczonych dla obecnego prezydenta, dla partii rządzącej. Ale zwracam uwagę, że nawet ta wypowiedź jest bardzo charakterystyczna. Mosbacher na pewno zauważyła, że polska klasa polityczna jest mocno zakompleksiona, w związku z czym tak zwane „klepanie po plecach”, pokazywanie, jacy jesteście wielcy, wspaniali, że was doceniają, robi w Polsce bardzo silne wrażenie na tejże zakompleksionej klasie politycznej.
Jak Pan profesor w ogóle ocenia sytuację na linii Warszawa – Bruksela?
– Bruksela przede wszystkim stara się używać argumentacji natury prawnej, prawdopodobnie możliwa jest jakaś argumentacja natury ekonomicznej, po to, aby zmusić w tej chwili Polskę do pozostania w strukturach europejskich i zachowania postawy proeuropejskiej. Oczywiście, Bruksela stawia na inne siły polityczne niż USA. Czyli nie na Prawo i Sprawiedliwość, tylko raczej na Koalicję Obywatelską czy też na siły związane z SLD.
Ale powiedzmy sobie szczerze, ten nacisk Brukseli nie jest na tyle silny, aby spowodować w Polsce jakieś znaczące przemiany polityczne. Odnoszę wrażenie, że Bruksela godzi się z faktem, że Europa Środkowo-Wschodnia generalnie jest zdominowana przez politykę proamerykańską. I stąd w państwach zachodnich, takich jak Niemcy czy Francja, czasami pojawiają się koncepcje przyśpieszenia integracji europejskiej w węższym kręgu państw – w tak zwanych „państwach Starej Europy”.
Więc widocznie wywiad pani ambasador nie jest dziełem przypadku?
– Uważam, że nie jest dziełem przypadku, bo mamy w maju wybory prezydenckie w Polsce. Myślę, że to jest poparcie, dosyć jasne i oczywiste. Aczkolwiek z wyraźnym zaznaczeniem, że jest to jej prywatna opinia. To oznacza, że Stany Zjednoczone liczą się z tym, że wybory prezydenckie zawsze mogą się potoczyć nie tak, jak przewidziano.

Przebudzenie

Marsze Polaków za pokojem – 19 października w  Rzeszowie  , 26 października w  Szczecinie  budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...