czwartek, 3 czerwca 2021

Mgła dezinformacji nad Białorusią

Od długiego już czasu trwa wojna informacyjna między Rosją i Zachodem. Ta wojna polega na odmiennej, często przeciwstawnej, interpretacji posunięć politycznych, gospodarczych, obronnych, a nawet wykładni historii czy wręcz podstaw cywilizacji, dokonywanych, z jednej strony przez Rosję, a z drugiej przez to co Rosja określa jako kolektywny Zachód, czyli, z drobnymi wyjątkami, państwa UE oraz pięć krajów anglosaskich, na czele z USA.

Tym, co zasadniczo dzieli obie strony, jest, dla przykładu, stosunek do propagowania wolności LGBT, które Zachód uważa za kwintesencję praw obywatelskich, zaś Rosja prawie w całości to odrzuca.

Nie będę tu jednak rozważał na czym polegają te różnice, ale skupię się na pewnym elemencie tej wojny hybrydowej, którą jest dezinformacja, czyli ukrywanie, odwracanie, bądź wręcz podsuwanie fałszywych informacji, celem siania zamętu w obozie przeciwnika i dyskredytowania wybranych osób. Uważa się, że Rosja zdecydowanie lepiej radzi sobie w tej konkurencji.

Takim przykładem może być przypadek Antoniego Macierewicza, który będąc polskim ministrem obrony dał się nabrać na nieprawdziwe internetowe informacje o tym, że Rosja zakupiła, za jednego dolara, wielkie okręty desantowe klasy Mistral. Co gorsza, tę, w sposób oczywisty absurdalną, wiadomość, pan Macierewicz podał w Sejmie. To mocno uderzyło w wizerunek i powagę ministra, jak też i rządu. I o to zapewne chodziło tym, którzy umieścili tę wiadomość w sieci, choć pewnie nie przypuszczali, że aż tak wielka ryba da się na to złapać.

Obecnie można obserwować, trwającą już kilka dni, walkę informacyjną wokół postaci Ramana Protasiewicza, białoruskiego aktywisty i dziennikarza, który został zatrzymany w Mińsku po wymuszonym lądowaniu samolotu linii Ryanair.

Większość polskich mediów przedstawiało Protasiewicza jako niezłomnego dziennikarza, który odważnie przeciwstawiał się władzy reżimu w Mińsku. Kreowano go na bohatera i organizowano kampanię na rzecz jego uwolnienia. Zaraz po zatrzymaniu, powołując się na jego matkę, kolportowano wiadomość, że jest on w szpitalu w stanie krytycznym z powodu choroby serca. Okazało się jednak, że władze białoruskie, już następnego dnia opublikowały film z jego wypowiedzią, w trakcie której mówi on, że jest zdrowy i na dodatek składa wyjaśnienia na temat swojej działalności.

W odpowiedzi na to zaczęto twierdzić, że Protasiewicz został zmuszony to takiego oświadczenia biciem i jest zastraszany. Jednak dopuszczona do niego adwokatka, stwierdziła, że jest on w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej: „trzyma się dzielnie”, jest “wesoły i pozytywny” i “nie ma się o co martwić”.

Na dodatek, zaraz potem zaczęły się pojawiać doniesienia, które mogłyby wskazywać na poważne rysy na wizerunku opozycjonisty. Najpierw, szef Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego Białorusi generał Iwan Tertel, który jest polskiego pochodzenia, oświadczył, że Raman Pratasiewicz – współtwórca kanału Nexta, jest ekstremistą i brał też udział, jako członek neonazistowskiej formacji Azow, w walkach na Ukrainie.

Początkowo uznano to za dezinformację, za próbę zamącenia wody i dyskredytowanie świetlanej postaci Protasiewicza. Tymczasem jednak, to co potem zaczęło wychodzić na jaw świadczyło, że jednak coś jest na rzeczy.

Najbardziej, rzec by można, wkopał Protasiewicza Andrij Biłecki, ukraiński neonazistowski polityk, zwany „białym wodzem”, który był też twórcą i dowódcą batalionu Azow. W sprawie Protasiewicza oświadczył on, m.in.: „Tak, Raman naprawdę, razem z Azowem i innymi jednostkami wojskowymi, walczył przeciwko okupacji Ukrainy. Był z nami w pobliżu Szirokino, gdzie został ranny. Ale jego bronią jako dziennikarza nie był karabin maszynowy, ale słowo”.

Już pobieżna analiza tej wypowiedzi wskazuje na zawartą tam sprzeczność, gdyż albo Protasiewicz był dziennikarzem, albo walczył. Pogodzenie obu tych zajęć jednocześnie nie jest możliwe, przynajmniej w naszym pojęciu, gdzie dziennikarz powinien być bezstronny, czyli niezaangażowany w konflikt, który przedstawia. Inaczej przestaje być dziennikarzem, a staje się uczestnikiem sporu, stroną i kombatantem. Biłecki potwierdził zatem, że Protasiewicz na Donbasie był, zaś kwestią jest tylko ustalenie w jakim charakterze tam występował.

Przypomnieć należy, że formacja Azow, ma neonazistowski charakter i używa takich, związanych z nazizmem, symboli, jak Wolfsangel (wilczy hak), czy Schwarze Sonne (czarne słońce). Z uwagi na to Azow był mocno krytykowany, objęty sankcjami przez rząd USA, zaś członkowie Izby Reprezentantów Kongresu USA żądali umieszczenia go w spisie organizacji terrorystycznych. To wyjaśnia dlaczego kręgi zaangażowane w popieranie Protasiewicza chcą zminimalizować jego związki z Azowem, a w szczególności zaprzeczają by był on członkiem tej formacji i uczestniczył w walkach.

I tu pojawiło się wiele sprzecznych informacji, podawanych nawet przez te same osoby. I tak, ojciec Protasiewicza, stwierdził ostatnio, że jego syn był tylko dziennikarzem na Ukrainie i w walkach nigdy udziału nie brał. Tymczasem, w sieci pojawiło się nagranie, gdzie osoba, która ma być tymże samym ojcem Protasiewicza, mówi, że brał on udział w walkach na Ukrainie.

U mnie ten film budzi niejakie wątpliwości, gdyż jest małej rozdzielczości i podobieństwo przedstawionej postaci do ojca Protasiewicza nie jest oczywiste. Pojawiło się też wiele fotografii, na których Protasiewicz ma występować w uniformie Azowa i z bronią, a nawet filmik mający jakoby dokumentować jego uczestnictwo w imprezie będącej czymś w rodzaju przysięgi tej formacji.

Osobę Protasiewicza łączy się też z wywiadem jaki pierwotnie ukazał się na portalu, finansowanego przez USA, Radio Swoboda, a przestawiającej członka Azowa o pseudonimie „Kim”. Ten „Kim” to ma być właśnie Protasiewicz. Przeczytałem ten tekst i zauważyłem, że są tam elementy budzące wątpliwości. Choćby taki, że pytany o jakieś własne dane, ów „Kim” podaje, że ma 22 lata, gdy tymczasem Protasiewicz, w czasie gdy wywiad był przeprowadzany, miał lat 20.

Nie jest to rzecz rozstrzygająca, gdyż wywiadowany mógł nie podać swojego prawdziwego wieku, ale jednak wątpliwość się pojawia. Dla mnie, tak czy inaczej, już samo to, że Protasiewicz był, jak to potwierdził Biłecki, razem z Azowem, stawia go w negatywnym świetle.

Warto jeszcze zająć się jedną sprawą, która w Polsce jest mało znana. Chodzi o istnienie na Białorusi sympatii neonazistowskich. Bezspornym jest fakt, że w Azowie była pokaźna grupa Białorusinów, którzy brali udział w walkach. Był to odział „Pogoń”, który miał na stałe liczyć około 40 ludzi, a ogółem przez jego szeregi przeszło ich dużo więcej.

Na wspomnianym już portalu Radia Swoboda natknąłem się na wywiad z innym Białorusinem o pseudonimie „McLaud”, który tę sprawę cokolwiek wyjaśnia. Mówi o motywacjach białoruskich nacjonalistów i ubolewa, że języka białoruskiego używa na Białorusi nie więcej niż 10 proc. mieszkańców. Sam też udziela tego wywiadu mówiąc po rosyjsku. Zwraca uwagę, że na Białorusi, zasadnicza linia podziałów politycznych wyróżnia dwie kategorie, które funkcjonują jednocześnie jako epitety: kołchoźnicy i naziści.

Jest też zrezygnowany i prosi, rządzącego wówczas na Ukrainie, Poroszenkę, by nadał białoruskim ochotnikom z Azowa, ukraińskie obywatelstwo, gdyż wracać nie mają do czego. Zapewne ostatnie zamieszanie na Białorusi na chwile obudziło nadzieje tych białoruskich ochotników neonazistowskiej formacji na powrót na Białoruś, ale obecnie one znowu gasną. Czy oni mogliby Białorusi przynieść coś dobrego, poza rozpętaniem konfliktu wewnętrznego?

Dla każdego, cokolwiek interesującego się tematem, ujawnione tak spore neonazistowskie sympatie na Białorusi są zaskoczeniem. Bo przecież zaciągnięcie się do walki, w tego rodzaju formacji jak Azow to już jest poważna sprawa. Nie to co spożywanie w krzakach tortu ozdobionego swastyką z batoników, choć i to oczywiście jest naganne. [… o ile miało miejsce – admin]

Polacy nie zdają sobie z tego sprawy, ale poziom kolaboracji z niemiecką III Rzeszą na Białorusi, szczególnie zachodniej, miał bardzo duży zakres, niewiele chyba ustępujący temu co działo się na terenie Galicji. Bardzo wielu Polaków wie o istnieniu zbrodniczej dywizji SS Galizien, zaś mało kto słyszał, że istniała też białoruska dywizja SS. Była to 30 Dywizja Grenadierów SS, zwana też 1 Białoruską (Weißruthenische Nr. 1).

Wielu Białorusinów służyło też w różnego rodzaju kolaboranckich formacjach policyjnych, a tylko białoruskich ochotników do SS miało być aż 12 tysięcy. Taką liczbę podaje George H. Stein w książce „The Waffen SS: Hitler’s Elite Guard at War,1939–1945”.

Nie powinno zatem dziwić, że jacyś, obecnie żyjący, potomkowie tych ludzi, uważają wybory swoich przodków za właściwe i chcą ich bronić, a nawet powtarzać ich działania. Do takich może należeć, na przykład, Stanislau Ganczarou pseudonim „Maszyna Terroru”, członek Azowa, osądzony na Białorusi. W sieci znalazły się zdjęcia jego tułowia, pokrytego tatuażami o nazistowskiej treści, wśród których wyróżniał się herb wspomnianej białoruskiej dywizji SS.

Sam wiele lat przebywałem w województwie podlaskim i słyszałem taką ciekawą relację o pewnym szczególnym przykładzie tej białoruskiej kolaboracji. Otóż, gdy w połowie lat ’80 zacząłem tam pracę w telekomunikacji, to starszy, dobiegający już 60 lat, pan Franek, opowiedział mi o wydarzeniu którego był świadkiem. Gdzieś w połowie 1944 roku, w Grajewie, ostatniej stacji kolejowej przed starą granicą III Rzeszy, na linii od Białegostoku do Ełku, działy się takie rzeczy.

Była tamtędy prowadzona ewakuacja niemieckiego wojska, do Prus Wschodnich, po klęsce zadanej im na Białorusi przez siły marszałka Rokossowskiego, podczas operacji „Bagration”.

Ewakuowali się też niemieccy oficerowie, wraz z dobytkiem. Jednak ci oficerowie często nie byli sami, a znaczna ich część miała tzw. „żony polowe”. Były to najczęściej Białorusinki, które ich obsługiwały, także seksualnie. Jednak zarządzania niemieckich władz były dla nich bezlitosne. Żaden z tych oficerów nie mógł zabrać tej swojej tymczasowej białoruskiej „żony” na teren starej Rzeszy. One wszystkie musiały pozostać w Grajewie, zaś tylko ich, jak byśmy dziś powiedzieli, niemieccy partnerzy mogli jechać dalej.

Pan Franek był świadkiem tych dramatycznych i czułych, miedzy nimi, pożegnań. One zostały w Grajewie i ich los wkrótce się wyjaśnił. Zaraz po tym, jak niemieccy oficerowie odjechali, Grajewo zajęła Armia Czerwona i została tam ustanowiona palcówka NKWD. Ci zaś zebrali razem te damy i potraktowali je po swojemu. To znaczy, obcięli im włosy do gołej skóry i zapakowali do transportów odjeżdżających na wschód, do obozów pracy. Taki to miała skutek, dla tych kobiet, ta ich osobista fraternizacja z niemieckimi oficerami podczas ostatniej wojny.

Faktycznie był to rodzaj kolaboracji i kobiety, które się tego dopuszczały, były wszędzie przedmiotem pogardy i podlegały różnym karom. Być może los tych białoruskich kobiet jest i dziś pewnym ostrzeżeniem dla tych na Białorusi, co patrzą tylko na Zachód i tam zmierzają, bez względu na cenę i własną godność.

Widać, że obecne zamieszanie wokół Białorusi było przykrywane dużą ilością dezinformacji, która spełniała jakby rolę mgły uniemożliwiającej rozeznanie się w rzeczywistym przebiegu zdarzeń, oceny postaci bezpośrednich uczestników, jak też kierujących nimi, i zabezpieczających działania, służb innych państw. Niektórzy oceniają, że polskie służby, pod których opieką miał być Raman Protasiewicz, słabo się sprawiły z tym zadaniem. Jeszcze daleko nie wszystko wiemy, ale już mgła się rozrzedza i coraz jaśniejszy obraz się wyłania, różny jednak od naszych dotychczasowych wyobrażeń jak i tego, co chciałaby nam serwować propaganda.

Stanisław Lewicki
https://myslpolska.info

wtorek, 1 czerwca 2021

Czyje interesy reprezentuje i realizuje rządząca banda PiS-owców?


Odpowiedzmy sobie na pytanie, czyje interesy reprezentuje i realizuje rządząca banda PiS-owców ? Bo, że nie są to interesy polskie jest bardziej niż oczywiste, a więc to, czego dotyczy poniższy tekst powinno stanowić podstawę do oskarżenia PiS-owców o zdradę stanu.

W 2005 r. rząd PiS-owców i jego żydowscy doradcy doprowadzili do rezygnacji z budowy gazociągu Jamał II, łączącego Rosję i państwa UE. Tym samym pozbawili budżet państwa wpływów za przesył rosyjskiego gazu przez terytorium Polski.

Decyzję o rezygnacji z budowy Jamał II rządzące Żydostwo tłumaczyło politycznym interesem III RP, który to interes dyktował bezpieczeństwo gazowe Ukrainy (?). Ale czy to bezpieczeństwo Ukrainy nie było przypadkiem dyktowane PiS-owcom z Waszyngtonu i Londynu?

26-03-2007 Minister Gospodarki, Piotr Woźniak: Polska nie jest już zainteresowana budową drugiej nitki gazociągu jamalskiego biegnącego tranzytem przez nasz kraj do Niemiec:
>https://www.wnp.pl/wiadomosci/gazociag-jamal-ii-nie-potrzebny,22091.html

W związku z tym władze Rosji podjęły decyzję o budowie gazociągu (Nord Stream) po dnie Bałtyku. W tamtych latach koszty podmorskiej inwestycji szacowano na ok. 5 mld dol., podczas gdy gazociąg przez Polskę kosztowałby ok. 1,5 mld dol. Polska otrzymywałaby opłatę przesyłową i zwiększone bezpieczeństwo dostaw gazu.

Według rosyjskich planów Jamał II omijał Ukrainę, która coraz bardziej niebezpiecznie ciążyła ku syjonistycznemu Zachodowi – głównie chodzi tu o wpływy żydowskich lichwiarzy z USA, którzy po opanowaniu Ukrainy przejęliby także kontrolę nad gazociągami dla Europy na obszarze Ukrainy. Rosja i NRF zbudowały, więc gazociąg po dnie Bałtyku i zablokowały wyjście z portów Szczecina (to kolejny sukces PiS-owców ).

Tak więc, tę potyczkę żydostwo z USA sromotnie przegrało. Polityka gospodarczej izolacji Rosji, której ważną częścią jest wojna gazowa, zawiodła na całej linii. Niestety, za sprawą rządzących PiS-dzielców wśród przegranych znaleźli się także Polacy.

Zdumienie u niektórych może budzić fakt, że wśród politycznych doradców i współpracowników w kwestiach polityki energetycznej rządu PiS-owców znaleźli się Żydzi z dwóch, wydawałoby się przeciwnych, opcji politycznych, np. R.Schnepf, H.Szlajfer, przyjaciele Michnika (opcja PO) i P.Naimski, kolega i współpracownik A.Macierewicza (opcja PiS) – różne polityczne opcje, a cele polityczne te same: na rzecz Żydostwa i przeciw Polsce i Polakom !

W Kancelarii Premiera Marcinkiewicza wyjątkowo silną pozycję zajmował jego doradca Ryszard Schnepf, pełniący funkcję sekretarza stanu ds. międzynarodowych i mający zasadniczy wpływ na obsadę tej części Kancelarii, która jest odpowiedzialna za politykę zagraniczną. M. in. nominatami Schnepfa są dyrektor i zastępca dyrektora departamentu polityki międzynarodowej. Jego związki z Premierem datują się jeszcze z czasów rządu Jerzego Buzka i po dziś dzień Premier publicznie podkreśla, że łączy ich osobista przyjaźń.

Schnepf zapewniał, że ma dobre stosunku ze Stefanem Mellerem, co gwarantuje bezkonfliktowość na linii Kancelaria MSZ. Było to zapewne szczególnie istotne dla Premiera w sytuacji, gdy ministrem spraw zagranicznych był polityk Unii Wolności, ściśle związany z lewicą laicką, a istotną rolę w MSZ odgrywał inny znany przywódca tej formacji Henryk Szlajfer.

Henryk Szlajfer. Facjata jak spod sztancy.

Za: Tygodnikiem Katolicko-Narodowym Głos (A.Macierewicza), „Dywersja, czy głupota”
>http://www.glos.com.pl/Archiwum_nowe/Rok%202006/021/strona/gaz_i_ropa.html

26.05.2021 USA dały zielone światło dla budowy Nord Stream 2:
>https://www.tvp.info/54009424/nord-stream-2-ekspert-komentuje-co-decyzja-usa-oznacza-dla-polski

I co osiągnęły rządy PiS-owców polityką wysługiwania się światowym syjonistycznym, żydowskim interesom Waszyngtonu i Londynu? Gdzie są korzyści dla Polski z takiej polityki? A może PiS-owcy zamierzają zażądać od USA i Wlk. Brytanii rekompensat za utracone opłaty przesyłowe?

Nie, nic z tych rzeczy. PiS-owcy wnieśli do kne-sejmu projekt uchwały wzywającej RFN do wycofania się z budowy gazociągu Nord Stream II – płakać, czy śmiać się?:
>https://www.tvp.info/54036835/uchwala-przeciw-nord-stream-2-w-sejmie-projekt-wniesli-poslowie-pis

Widać wytyczne Waszyngtonu i Londynu dla PiS-owców nie uległy żadnej zmianie. Niszczenie i okradanie Polski i Polaków to wyznaczony PiS-owcom priorytet i tego się trzymają.

Dariusz Kosiur
Za: https://wps-neon24-pl.neon24.pl/post/162093,rzady-pis-dzielcow-rzady-debili-czy-zdrajcow

Dziedzictwo Rąblowa

W dniu 14 maja 2021 roku minęła kolejna rocznica bitwy pod Rąblowem, w której połączone oddziały Armii Ludowej, Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich, wspomagane przez partyzantów radzieckich stawiły skuteczny opór oddziałom Wehrmachtu i 5. Dywizji Pancernej „Wiking”.

Kadr z filmu „Barwny walki” (1964)

W bitwie brało udział około 2000 żołnierzy niemieckich pod dowództwem Jakoba Sporrenberga, a po stronie polskiej około 900 partyzantów – w tym 600 żołnierzy Armii Ludowej, 50 żołnierzy Armii Krajowej, 50 żołnierzy Batalionów Chłopskich i 200 partyzantów radzieckich. Połączonymi oddziałami polskimi dowodził Mieczysław Moczar. [Działo się 14 maja 1944 roku – admin]

Z uwagi na znaczną dysproporcję sił, zarówno biorąc pod uwagę stan liczebny oddziałów jak i uzbrojenie, bitwa okazała się dużym sukcesem sił polskich – partyzanci polscy zdołali wyjść z okrążenia niemieckiego.

Bitwa pod Rąblowem była nie tylko sukcesem wojskowym, lecz miała także znaczenie symboliczne – stanowiła bowiem jeden z nielicznych przykładów zgodnego współdziałania formacji wojskowych różniących się ideowo i politycznie. Poczucie patriotyzmu i obowiązku obrony ojczyzny było silniejsze od uprzedzeń, animozji, a nawet otwartej wrogości.

Niestety w III RP pamięć o bitwie pod Rąblowem nie jest kultywowana przez czynniki oficjalne. Obecność władz na uroczystościach rocznicowych, o ile w ogóle ma miejsce – sprowadzona jest do wymiaru lokalnego. Na przykład w roku 2015 na uroczystości rocznicowe zorganizowane przez środowiska kombatanckie nie przybyli zaproszeni przedstawiciele władz państwowych i samorządowych.

O kolejnych rocznicach bitwy pod Rąblowem tradycyjnie milczą też media publiczne, pochłonięte gloryfikacją żołnierzy wyklętych, czy też kolejnych przegranych powstań.

Działania takie wpisują się w powszechną obecnie praktykę wymazywania ze świadomości zbiorowej czynu zbrojnego Armii Ludowej, czy też żołnierzy I i II Armii Wojska Polskiego. W oficjalnej narracji, na straży której stoi IPN, żołnierze ci nie wyzwalali kraju, lecz „kolaborowali z sowieckim okupantem”, niosąc „komunistyczne zniewolenie”. Postacie takie jak gen. Zygmunt Berling, marsz. Michał Rola-Żymierski, czy gen. Edwin Rozłubirski wykreślane są z podręczników historii, bądź określane mianem zdrajców i kolaborantów. Ich miejsce zajmują watażkowie w rodzaju Romualda Rajsa, odpowiedzialni za szereg zbrodni – również na ludności cywilnej.

Znamienne jest także ostentacyjne pomijanie rocznicy zdobycia Berlina w 1945 roku. Dzień Zwycięstwa kojarzy się rodzimym „antykomunistom” z „sowiecką okupacją” i „totalitarnym zniewoleniem” – przy czym okres ten rozciągają do 1989 roku.

W miejsce czynu zbrojnego skierowanego przeciw niemieckiemu okupantowi gloryfikuje się powojenne podziemie zbrojne, kontynuujące beznadziejną i skazaną na klęskę walkę z powojennym ładem. Szkodliwość tych działań jest oczywista i niezaprzeczalna. W tej narracji znów dominuje kult przegranej sprawy i zbiorowego samobójstwa, a polityczny realizm zastąpiony jest etosem insurekcyjnym.

Nie ulega wątpliwości, że obecna polityka historyczna motywowana jest czynnikami ideologicznymi i nie ma nic wspólnego z trzeźwym spojrzeniem na historię oraz wyciąganiem z niej wniosków. Jak słusznie zauważył dr Adam Danek: „z punktu widzenia pedagogiki narodowej błędem jest wynoszenie na piedestał tych, co przegrali. Rodakom, a zwłaszcza młodemu pokoleniu, jako wzór należy pokazywać żołnierzy, którzy przeszli po trupach nieprzyjaciół, nie odwrotnie. I dlatego peerelowskie uroczystości w rocznicę bitwy pod Lenino z 1943 r. czy szturmu Wojska Polskiego na Berlin z 1945 r. miały mimo wszystko nieporównywalnie więcej sensu, niż masochistyczny kult powstania warszawskiego rozdęty w czasach III Rzeczypospolitej czy konstruowany obecnie kult „żołnierzy wyklętych”.

Jest jeszcze jeden aspekt sprawy. Przyjęta narracja dzieli żołnierzy na lepszych i gorszych, zależnie od ocen i konotacji ideologicznych. Przypomina to do złudzenia politykę historyczną wczesnego PRL-u, kiedy to również dopasowywano fakty do obowiązującej ideologii. Tak jak kiedyś formacją wyklętą były Narodowe Siły Zbrojne, tak obecnie – formacją taką jest Armia Ludowa.

Zdaniem „historyków” z IPN – Armia Ludowa była „formacją realizującą priorytety sowieckiej racji stanu i narzędziem polityki Stalina wobec Polski” i „nigdy nie była częścią sił zbrojnych Polskiego Państwa Podziemnego”. Pomimo udziału żołnierzy Armii Ludowej w tak gloryfikowanym obecnie Powstaniu Warszawskim – IPN sprzeciwił się by w ramach uroczystości związanych z 74 rocznicą wybuchu powstania oddawać hołd jej przedstawicielom, stwierdzając że „gloryfikowanie całej formacji, wykorzystywanej przez Sowietów do polityki wymierzonej przeciw niepodległości Polski, nie może spotkać się z akceptacją”.

To samo dotyczy zresztą zwycięskiej bitwy pod Rąblowem, która poprzez niewygodny dla rządzących udział żołnierzy Armii Ludowej i partyzantów radzieckich jest skrzętnie pomijana w oficjalnym przekazie. Przykłady takie można mnożyć.

Podobnie jak kiedyś – drażliwe, bądź niewygodne politycznie wydarzenia i fakty wciąż stanowią tematy tabu, lub przedstawiane są w sposób tendencyjny. Tak jak w czasach minionych agresja 17 września 1939 roku, czy zbrodnia katyńska stanowiły problem, tak obecnie „trudnymi tematami” jest na przykład rzeź wołyńska, czy też będąca jej konsekwencją akcja „Wisła”, które burzą antykomunistyczną i antyradziecką narrację obozu rządzącego. Jak bowiem nie urazić politycznych przyjaciół z bratniej Ukrainy, dla których Stepan Bandera i jego kamraci są bohaterami narodowymi?

Symbolicznym wyrazem takiej postawy były słowa prezydenta Andrzeja Dudy wypowiedziane w czasie wizyty na Ukrainie w październiku 2020 roku: „Sława Ukrainie!” – będące tradycyjnym pozdrowieniem siepaczy z OUN-UPA. Kolejny przykład to uchwała w sprawie akcji „Wisła” z dnia 27 lutego 2007 roku, którą Lech Kaczyński i Wiktor Juszczenko uznali akcję za skutek działań totalitarnych władz komunistycznych sprzeczny z podstawowymi prawami człowieka.

Należy zadać pytanie – komu służy dzielenie formacji wojskowych walczących z hitlerowskim okupantem i jakie są przyczyny takiej polityki? Czemu prezydent Andrzej Duda może objąć honorowym patronatem obchody 75 rocznicy powstania Brygady Świętokrzyskiej NSZ, a nie może oddać hołdu uczestnikom bitwy pod Rąblowem, czy też bitwy pod Studziankami? Czy wytłumaczeniem takich działań jest wyłącznie ideologiczne zacietrzewienie, czy są może inne przyczyny?

Problem jest jednak znacznie szerszy i dotyczy również okresu po 1945 roku. W czyim interesie jest delegitymizacja ładu powojennego ustalonego na konferencjach w Teheranie, Jałcie i Poczdamie? W czyim interesie jest deprecjonowanie i podważanie statusu PRL? A może jest to zbieżne z dalekosiężnymi celami polityki niemieckiej? Skoro podważane są ustalenia konferencji międzynarodowych i legalność powojennych władz w Polsce, to idąc tym tropem można również podważyć powojenny kształt terytorialny Polski. To przecież także „relikt komunizmu” i „dziedzictwo Stalina”.

Taka narracja historyczna jest wodą na młyn dla Związku Wypędzonych i środowisk ziomkowskich w Niemczech, jak również jest wygodna dla pogrobowców UPA, którzy także mogą poczuć się ofiarami „komunistycznego totalitaryzmu”.

Czy zatem jest jakiekolwiek uzasadnienie dla obecnej polityki historycznej? Czy fobie, uprzedzenia i resentymenty polityków winny kształtować (a może raczej zniekształcać) historię? Czy w podręcznikach szkolnych bitwa pod Rąblowem, Studziankami, przełamanie Wału Pomorskiego, a wreszcie zdobycie Berlina winny być opisywane jako preludium do zniewolenia i kolejnej okupacji? Czy może jednak należy wrócić do dewizy, że krew przelana na różnych frontach w walce o Polskę ma jednakową wartość? I może właśnie przykład bitwy pod Rąblowem, w której zwaśnione formacje wojskowe pokonały wspólnego wroga, winien być drogowskazem dla przyszłych pokoleń.

Michał Radzikowski
Myśl Polska, nr 21-22 (23-30.05.2021)
https://myslpolska.info

Tomek w służbie postępu i rusofobii

Kto z nas nie czytał powieści Alfreda Szklarskiego (zmarł w 1992 roku) o przygodach Tomka Wilimowskiego. Okazuje się, że dostał „nowe życie”. Wydawnictwo Muza wydało powieść „Tomek na Alasce”, a na okładce widnieje nazwisko pisarza, ale zaraz pod nim Macieja J. Dzudziaka.

Nie jest to więc odnaleziona powieść samego Szklarskiego, tylko wariacje pana Dzudziaka – pisane ponoć na podstawie notatek Szklarskiego. Śmiem w to wątpić.

Dlaczego wątpię? Bo ta nowa odsłona Tomka jest do szpiku kości poprawna politycznie, jest zgodna ze wszystkimi trendami obecnej epoki – ideologicznymi i geopolitycznymi.

Jak pisze autor recenzji w „Polsce The Times”, Dudziak „reanimował Tomka Wilmowskiego i wysłał go na Alaskę. Ale – co ciekawe – tylko w towarzystwie małżonki Sally i bosmana Nowickiego. Przybywają na Alaskę jako uczestnicy wspólnej naukowej wyprawy amerykańskiego uniwersytetu w Chicago oraz Bry­tyjskiego Towarzystwa Geogra­ficznego. Wyprawę finansuje znany milioner i filantrop – John Davison Rockefeller.

Na miejscu okazuje się jed­nak, że wcześniejsza grupa geo­logów i kartografów, do której mieli dołączyć Polacy, zniknęła bez śladu w tajemniczych oko­licznościach. Tomek, Sally oraz kapitan Nowicki ruszają na pół­noc z wyprawą ratunkową”.

Kto czyha na nich i innych na Alasce?: „Otóż nastają na nich elementy zdegenerowane – w postaci by­łych łagrowych „zeków”, chcą­cych wykroić z Alaski autono­miczne państwo ciążące ku Ro­sji. Rebelianci są świetnie uzbro­jeni, dysponują łącznością (tele­graf) i siecią kolaborantów.

Ale najciekawsze jest to, że śladu ich mocodawców trzeba szukać na Kremlu, w otoczeniu cara Mikołaja II. Maciej J. Du­dziak nie pozostawia w tej spra­wie wątpliwości – za krwawą awanturą na Alasce stoi Czarna Sotnią. Ale nie precyzuje, kto konkretnie. W momencie, gdy Tomek przemierzał Alaskę, Sot­nią stanowiła bowiem skompli­kowaną panoramę organizacji radykalnie nacjonalistycznych i konserwatywnych. Czamosecińcy byli w każdym razie zwo­lennikami idei samowładztwa carskiego, występowali prze­ciwko jakimkolwiek zmianom w ustroju Imperium Rosyj­skiego. Ponadto, co ważne w tym przypadku, opowiadali się za rusyfikacją wszystkich narodowości zamieszkujących imperium i szerzeniem prawo­sławia.

Najważniejsze organiza­cje czamosecinne to: Związek Narodu Rosyjskiego, Rosyjska Partia Monarchistyczna i Zwią­zek św. Michała Archanioła.

Idea czamosecinnej irredenty na Alasce warta jest od­dzielnych studiów, nam wystar­czy że Tomek, bosman Nowicki i ich sojusznicy, walcząc z wro­gami i pokonując ich, zapobiegli ponownej rusyfikacji regionu. Tu ważna uwaga: bohaterowie Szklarskiego [to raczej wątpliwe czy Szklarskiego – JE] i Dudziaka są za­wsze antyrosyjscy, traktując Ro­sjan en bloc jako wrogów i ciemięzców polskości. Z rąk jed­nego z takich ciemiężycieli To­mek o mało nie ginie”.

Pięknie, pachnie to na milę odniesieniem do Donbasu itp. No i ta wyraźna wskazówka – „bohaterowie są zawsze antyrosyjscy, traktując Ro­sjan en bloc jako wrogów i ciemięzców polskości”. Tomek w służbie Rockefellera walczy z Rosjanami i Rosją – czyż to nie jest piękne, i jakże aktualne. W obecnej Polsce mamy ich całe tabuny. Powieść jest więc osadzona w głównym nurcie epoki – prawda czasu, prawda literatury.

Swoją drogą, to interesujące, że polscy „odkrywcy” w tej powieści penetrują i ratują akurat Alaskę, a nie badają np. Syberii, gdzie naprawdę działało mnóstwo Polaków. No ale tamci Polacy, realni a nie fikcyjni, tacy jak Benedykt Dybowski, Bronisław Piłsudski, Wiktor Godlewski, czy Aleksander Czekanowski – pracowali często na zlecenie i za pieniądze Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, więc wedle obecnych standardów byli po prostu „kolaborantami”. Lepiej więc osadzić Tomka w roli agenta Rockefellera – nikt się nie przyczepi a i przykład do naśladowania dobry.

Ale to nie wszystko. Powieść Dudziaka (bo przecież nie Szklarskiego) jest także na wskroś ideologiczna z innego punktu widzenia – jest wymierzona przeciw tzw. „cywilizacji białego czło­wieka”. Jak pisze dalej recenzent „Polski The Times”: „Stąd znaczna część książki stanowi wyliczanie – w wielu miejscach słuszne – wszelkich zbrodni i występków przeciw „rdzennej ludności Ameryki”.

Zwrot „wszystkiemu winny jest biały człowiek”, przewija­jący się przez karty powieści, za­czyna w pewnym momencie przypominać mantrę albo wy­stąpienia Deb Haaland, sekreta­rza zasobów wewnętrznych w gabinecie Joe Bidena, zajmującej się życiem prawie 600 uznanych przez władze fede­ralne plemion indiańskich. Można tu dostrzec ślady modnej dziś ekologiczno-antropologicznej utopii – przeświad­czenia, że tylko rdzenni miesz­kańcy w otoczeniu dziewiczej przyrody mogą osiągnąć egzy­stencjalne spełnienie. Wszelka ingerencja z zewnątrz, w tym wypadku białego człowieka, wprowadza chaos i katastrofę”.

Powstaje pytanie – kto zgodził się, by w tym ideologiczno-politycznym przedsięwzięciu wykorzystać nazwisko Alfreda Szklarskiego i nadać tej książce pozory autentyczności, wskazując, że ponoć powstała ona na podstawie notatek mistrza.

Bardzo wątpię, by w zamyśle Szklarskiego pojawiły się takie pomysły i bzdury, jakie znalazły się w „Tomku na Alasce”. Wygląda to na ordynarną mistyfikację z wykorzystaniem legendy Tomka. Poza tym, tamten oryginalny Szklarski jest uznawany przez współczesne lewactwo za „nudnego” i „drewnianego”, jak to określiła inteligentna inaczej redaktorka Radia TOK FM. Skoro tamten Szklarski jest passe, bo pewnie jest zbyt konserwatywny (tak jak Sienkiewicz), to stworzyliśmy „nowego” Szklarskiego – postępowego ekologa, walczącego z „cywilizacją białego człowieka” i z wrogiem całej ludzkości – Rosją.

Jan Engelgard
https://myslpolska.info

List Berlinga do Stalina

Minęła 125. rocznica urodzin pierwszego dowódcy 1. Armii Wojska Polskiego w ZSRR – generała broni Zygmunta Henryka Berlinga (1896-1980). Jednego z najbardziej niesprawiedliwie ocenianych naszych dowódców okresu wojny w III RP.

Zygmunt Berling był żołnierzem Legionów Polskich, uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej, odznaczonym za obronę Lwowa Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari.

Był podpułkownikiem piechoty Wojska Polskiego II RP, generałem broni Wojska Polskiego, współtwórcą Wojska Polskiego w ZSRR, pierwszym dowódcą 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki i 1. Armii Wojska Polskiego, zastępcą Naczelnego Dowódcy Wojska Polskiego.

30 września 1944 decyzją Stalina został odwołany ze stanowiska dowódcy 1. Armii Wojska Polskiego. Po zakończeniu wojny pełnił funkcję Komendanta Akademii Sztabu Generalnego w latach 1947 oraz 1948-1953. Generał zmarł w 1980 roku w Konstancinie. Jego trzytomowe „Wspomnienia” („Z łagrów do Andersa”, „Przeciw 17 republice” i „Wolność na przetarg”) są jednym z najważniejszych dokumentów mówiących o skomplikowanych losach Polski Ludowej.

Stefan Kisielewski, u którego trudno byłoby znaleźć sympatię do komunizmu, będąc publicystą oraz wnikliwym obserwatorem polskiej sceny politycznej, tak pisał w 1963 roku w liście do Jerzego Giedroycia: „Oburza mnie zawsze, gdy we wspomnieniach emigracyjnych oficerów czy polityków poniżany jest czy spotwarzany generał Berling. Wszak fakt, że ten, z legionowych wywodzący się formacji oficer, pozostał w Rosji i potrafił znaleźć wspólny język z komunistami, dla Polski ma większe znaczenie polityczne i praktyczne niż działalność najbardziej bohaterskich oficerów polskich na Zachodzie”.

Warto przypomnieć słowa żony generała Marii Berling (1918-1994), Biuletyn ZP „Grunwald” „Bliżej prawdy”:

„Po klęsce wrześniowej , już na początku roku 1940 był pewien, że wcześniej czy później, a raczej się spodziewał że wcześniej, musi dojść do starcia dwu sił, jakie stanowiły przeciwstawne ideologie: faszyzm i komunizm. Że na skutek tego konfliktu musi nastąpić przegrupowanie sił w Europie, co z kolei wpłynie na politykę Rosji. Twierdził, że sytuacja po wojnie – zakładając oczywiście wygraną Związku Radzieckiego – a w to nie wątpił – będzie dla nas korzystna, że Związek Radziecki bogatszy o doświadczenia z Litwą, Łotwą i Estonią zajmie w stosunku do nas, ponad trzydziestomilionowego narodu odmienne niż w przypadku wymienionych państw stanowisko, oparcie o niego pomoże nam w odzyskaniu niepodległości nie przeszkodzi iść własną drogą ku postępowi (…)

Zygmunt twierdził, że warunkiem zabezpieczenia naszych interesów jest przede wszystkim to, byśmy się już teraz, w czasie wojny znaleźli u boku ZSRR, aby po jej zakończeniu, kiedy zwycięskie państwa zasiądą do stołu konferencyjnego, Związek Radziecki miał podstawy i moralny obowiązek bronić naszych interesów (…)

Na pytanie Berii, na temat poglądów politycznych Zygmunt jednoznacznie się określił. Oświadczył, że nie jest komunistą, nigdy z tym ruchem nie miał nic wspólnego i że ideologia ta, wcielona na wzór radziecki według jego rozeznania jest nie do przyjęcia przez Polaków. „Nasz kraj ma głęboko zakorzenione tradycje katolickie oraz różniącą się od narodów radzieckich kulturę. Będą nam potrzebne własne przemyślenia” (…) Ani Zygmuntowi, ani mnie nigdy nie przychodziło do głowy, że może nas cokolwiek łączyć z Kominternem. Sprawy ideologii komunistycznej były sprawami partii komunistycznej. Nas jako bezpartyjnych zajmowała przede wszystkim polityka tego państwa i to, na ile ona odpowiada lub w przyszłości może odpowiadać naszym interesom”.

Myślę, że wspomnienie jego żony jest bardzo trafne. Berling nie miał przekonań komunistycznych, ale doskonale wiedział, że tylko taka Polska jest realna. W czasie II wojny generał Berling dokonał wyboru, wyboru świadomego i poprzedzonego głęboką analizą. Legionista, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, kawaler Virtuti Militari, świadek 17 września, wiedział, że Polska może powstać tylko i wyłącznie w sojuszu z Rosją.

To nie była łatwa dla niego decyzja. Nie miał łatwego życia jako dowódca 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki i 1. Armii WP. Był w obcym dla siebie środowisku. Był skonfliktowany z talmudycznymi komunistami z tajnego Centralnego Biura Komunistów Polski przy Komitecie Centralnym WKP (b), w tym z Wandą Wasilewską. Zarzucali mu kłamliwie faszyzm, antysemityzm, dążenie do marginalizacji roli oficerów politycznych. Pragnął utworzenie jednostek polskich bez udziału kadry oficerskiej z Armii Czerwonej, spotykając się z odporem Jakuba Bermana. Pisał do Stalina w sprawie tego ostatniego: „Błagam Was, uratujcie Polskę dla Związku Radzieckiego z rąk trockistowskiej szajki międzynarodowego bandytyzmu!”, odnosząc te słowa również do Minca i Zambrowskiego

Myślę że w rocznicę jego urodzin warto przypomnieć list generała Berlinga do Józefa Stalina, doskonale on pokazuje jakie cele przyświecały generałowi. Jak sprytnie chciał wyrwać jak najwięcej suwerenności. List ten jest mało znany, ukazał się jako druk ulotny Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald” i jako załącznik do trzeciego tomu „Wspomnień” generała Berlinga „Wolność na przetarg”.

Łukasz Marcin Jastrzębski

„Drogi Towarzyszy Stalin!

Istnieje pogłębiający się podział między pracownikami aparatu politycznego a masą żołnierską. Zmusza to do przestawienia swojego wniosku.

Proszę wybaczyć mi ewentualne błędy, wynikające z nieznajomości języka. Uważam, że wielkiej sprawie partii grozi niebezpieczeństwo, ponieważ łamana jest linia partii i powstaje obawa utraty przez nas wpływu w decydującym momencie, który nastąpi po przejściu Bugu. Interpretację kierownictwa politycznego uważam za błędną. Nie odzwierciedla ona polityczno-moralnego oblicza wojska. Żołnierze milczą i nie wypowiadają się głośno, ale w ziemiankach, na kwaterach i w czasie pracy coraz częściej można usłyszeć krytyczne, a nawet wrogie głosy pod adresem Wasilewskiej, Zawadzkiego, całego aparatu politycznego, oficerów Armii Czerwonej i moim.

Oczywiście ten stan rzeczy się pogarsza i natychmiast jest wykorzystywany przez wrogą propagandę. Żołnierze oficjalnie milczą, ale w tajemnicy się wypowiadają.

Korzenie tego tkwią w sekciarskich tendencjach w działalności zarządu politycznego i to wpływa na powstawanie nieufności do aparatu partyjnego dowództwa.

Następną przyczyną jest niewłaściwy dobór personalny. Niewłaściwe metody pracy i oderwanie od życia są dalszą sprawą, ale nie mniej ważną. Sens sekciarstwa wyraża się w wytworzonej w wojsku atmosferze nieufności, wynikającej ze sprzeczności między tym, co się mówi, a rzeczywistością. Głosi się zasadę wspólnej walki, o wolność, do której wzywa się wszystkich bez wyjątków, a odsuwa się od działania, pod różnymi pozorami, niekomunistów, a a nawet komunistów nie należących do grupy zaufanych, przy czym służy temu głównie oszczerstwo. Grupa zaufanych to polscy Żydzi i ich znajomi. W 2. Dywizji w wydziale politycznym na trzydziestu ludzi jest dwudziestu siedmiu Żydów. Przy czym Żyd, były kupiec jest także, jest elementem pewnym, ale Zawadzki tego rodzaju polski element uważa za wyjątkowo szkodliwy.

Tak właśnie skutecznie odsunięto od pracy politycznej szereg dobrych pracowników – polskich inteligentów – z kierowniczych stanowisk. W tych warunkach rodzi się brak zaufania i podejrzliwość. Usuwani rozmawiają o tym między sobą, a w wyobraźni zaufanych powstają zmowy niechęci z następstwami. Niedawno i ja byłem uważany za udziałowca w zmowie. I w ten sposób, nie bacząc na nastroje żołnierzy, tworzy się kierownictwo mniej więcej wygodne, ale pozbawione zaufania i nie prowadzące żołnierzy, bezbronnych w tak skomplikowanej sytuacji, nie rozumiejące ich oraz ich potrzeb, niepopularne, odseparowane od masy żołnierskiej, a przez żołnierzy oceniane jako dokuczliwy nauczyciel. Żołnierze nazywają oficerów politycznych drwiąco „świętymi”.

Jedyne na czym opiera się praca polityczna, to surowa dyscyplina. Moje starania idące w kierunku wprowadzenia zmian w ten stan rzeczy nie dają rezultatu. Moje uwagi w tej materii Zawadzki ignoruje, czując za sobą Wasilewską, która powinna kierować pracą polityczną w wojsku, a która do dzisiejszego dnia zajmuje wrogą pozycję w stosunku do mnie dlatego, że jestem faszystą i antysemitą.

Był przypadek, że ja ukarałem oficera za złe prowadzenie się w czasie pracy, a parę dni później Zawadzki podsunął mi do podpisu awans dla niego. Tłumaczył się, że uważa go za niewinnego. Taka moja ocena rzeczywistości. Jestem bardzo daleki od oportunizmu, ale rzeczywistość uważam za niebezpieczną. Wszystkie te zagadnienia omówiłem z tow. Świerczewskim. Obecną sytuację rozumiem tak: koło postępu na drodze do socjalizmu cofnięto bardzo daleko, znajdujemy się w ciężkiej sytuacji, którą przewidział Lenin pod koniec pierwszej wojny, prowadzimy wojnę o wyzwolenie, a przejście do socjalizmu zostało dziś odsunięte na czas nieokreślony.

W tej wojnie wyzwoleńczej powinniśmy wziąć kierownictwo w swoje ręce i poprowadzić Polskę do narodowego wyzwolenia, doprowadzić do pełnego zaufania do nas mas mówiąc prawdę, potwierdzać ją wykonaniem. Tylko wtedy masy pójdą za nami teraz i później, kiedy ruszymy naprzód z postępem. Jeśli tego nie zdołamy dokonać, będziemy się nadawać tylko do wyrębu lasu na Kołymie.

Z rozmów z Wasilewską i niektórymi polskimi komunistami wiem, że zarówno ona, jak i oni, uważają możliwe wprowadzenie w Polsce socjalizmu natychmiast. Na co oni mogą liczyć? Wojsko Polskie do tego celu w obecnym sanie absolutnie się nie nadaje. W kraju nastroje są niekorzystne. O tym wiedzą Wasilewska i polscy komuniści. Zdaje się im, że przez zajęcie kierowniczych stanowisk przez komunistów i tych, którym zawierzyli, oraz przez odsunięcie niekomunistów, znaleźli wyjście, że mogą dużo zdziałać przy pomocy aparatu partyjno-politycznego, który w tej chwili jest słaby, ponieważ nie ma kierownictwa, a kierują nim sekciarze.

Był wypadek, kiedy oficerowie Armii Czerwonej chwycili za broń przeciw polskim oficerom. Dwa wypadki postrzelenia Polaków z Polski (jeden z nich oficer) przez oficerów Armii Czerwonej. Wszystko to przedstawiono jako wypadki, ponieważ tym sposobem teraz wprost nie wolno zmuszać ludzi do socjalizmu. Mogą jeszcze liczyć na jedno, i jest to najprawdopodobniej dla nich największa nadzieja, mianowicie, wojsko straci zaufanie do swojego dowództwa, i w Polsce zaczną strzelać do Armii Czerwonej. Do poderwania tego zaufania zrobili już bardzo dużo. Wtedy Polska, będzie okupowana i pacyfikowana przez wojska NKWD i będzie wprowadzony socjalizm. Być może dlatego Wasilewska afiszuje się w charakterze żony ministra Ukrainy. W radzieckiej Polsce jej to nie zaszkodzi, a do innej nie przyjedzie. W ten sposób socjalizm można wprowadzić natychmiast, ale ja nie tak rozumiem linie partii i postępowanie Wasilewskiej oraz polskich komunistów uważam za sekciarskie.

Rozumiem, że w tej sytuacji mój atak na Wasilewską może być przyjęty jako moje osobiste z nią porachunki – ale ponieważ nie widzę innego wyjścia, zdecydowałem się, nie bacząc na tę ewentualność, zwrócić się do Was osobiści. Inni tego nie ujawnią, boją się Wasilewskiej i polskich talmudystów komunizmu:

Wasilewska dobrze wie, że w demokratycznej Polsce nie zdoła się utrzymać na eksponowanym stanowisku. Tam trzeba dobrze popracować, żeby utrzymać kierownictwo w swoich rękach. Tego ona nie umie i nie jest wstanie uczynić. W radzieckiej Polsce ona zostałaby szyldem, za nią wykonywali by pracę ludzie radzieccy, rząd radziecki, tak jak było to dotąd. Bardzo chciałaby być kimś, ale nie umie pracować. Nie przebiera w środkach. Wszystkie są dobre. I kłamstwo, i oszczerstwo. Sprzymierzyła się z polskimi komunistami, których nienawidzi sama uważa za sekciarzy – w listopadzie zażądała od tow. Żukowa wysiedlenia ich do Moskwy, ode mnie zażądała zdegradowania ich do szeregowców. Teraz jest na jednej drodze z nimi. Jej ofiarą stał się Sokorski – słaby i mały człowiek, ale niewątpliwie wykonał ogromną pracę. Nie chciał iść po jej linii i przepadł. Bardzo skrzętnie wykorzystała jego słabe strony i błędy – niestety było ich sporo, i utrąciła człowieka, który pod właściwym kierunkiem mógł przysporzyć wielkich korzyści. Mściwa i bezgranicznie ambitna Wasilewska wszelkimi dostępnymi jej sposobami usiłuje się na mnie zemścić za to, że jej teraz przeszkadzam.

Doświadczenie ubiegłego roku nauczyło mnie, że szukanie u Wasilewskiej zrozumienia ogólnych interesów, które nie łączyły się z jej osobistymi, nie dałoby efektów. Komunistów polskich ja dobrze rozumiem. Chcą oni objąć władzę jak można najszybciej w tym kraju, w którym byli prześladowani. Nic chcą czekać, nie bacząc na nic. Rzuca się w oczy jako ogólny rys żądza władzy. Aż dziw bierze. Oni do tego stopnia kochają socjalizm, że raczej go pogrzebią, aniżeli pozwolą komukolwiek zając się nim. Dlatego ja w ich mniemaniu jestem faszystą, i przyszłym dyktatorem, dlatego każdy, kto dobrze o mnie mówi, jest ich wrogiem, to oni wymyślili nazwę „berlingowiec”, grożą mi, że załatwią mnie tak, jak Sokorskiego. Dlatego pozwalają sobie na poważny brak lojalności. Najważniejszą ich bronią jest oszczerstwo i dotąd posługują się nim z powodzeniem.

W Polsce będziemy musieli pracować z dziesiątkami, a nawet setkami tysięcy ludzi, którzy dzisiaj o socjalizmie nie chcą słyszeć. A dziesiątki polskich inteligentów, którzy po wojnie przybędą z Niemiec? Czy Wasilewska zamierza ich wszystkich rozstrzelać? Czy też wysłać do obozów pracy. Kto to będzie robił? Czyżby ona liczyła na wojsko, NKWD? Czy mało w tej chwili mamy wrogów Polski? Czy to nie aby kontrrewolucja?

Ich tupet sięga tak daleko, że Wasilewska i Zawadzki pozwolili sobie na sabotowanie Waszego postanowienia w sprawie H. F. Usijewicz. To poza partią istnieje duży odłam ludzi, którzy wierzą partii i Wam, uczciwie idą na sojusz i których można prowadzić do socjalizmu, ale nie drogą nachalności i oszustwa, jak to chce zrobić Wasilewska i jej współtowarzysze. Dobrze rozumiem, że rewolucja to przemoc większości nad mniejszością, ale gdzież oni mają tą większość? Czy mają to przeprowadzić czołgi Armii Czerwonej? Oni myślą, że po odejścia Niemców władza w Polsce będzie leżała na ziemi, my ja podniesiemy i już będzie socjalizm. Tak prymitywnie może myśleć tylko człowiek, któremu ambicje i żądza władzy odebrały rozum. Oni nie zdają sobie sprawy, że wiszą tylko u mocnej żerdzi, którą jest Związek Radziecki, a pod nogami mają pustkę. Nie budują fundamentów. Nie widzą własnej katastrofy. Długo wisieć nie można.

Moje wnioski:

  1. Wasilewska jest ze wszech miar elementem szkodliwym. jej odejście od spraw polskich spowoduje zasadnicze uzdrowienie stosunków.
  2. Zawadzki był mianowany mimo mojego sprzeciwu. Podkreślam jego ograniczenie, ogromną pewność siebie i brak lojalności. Te wszystkie zarzuty się potwierdziły. Przedstawiono Wam Zawadzkiego do awansu na generała bez mojej wiedzy i zgody. Na zajmowanym stanowisku jest szkodliwy. W dalszym ciągu razem pracować nie możemy.
  3. Metody pracy kierownictwa politycznego jak i kierunek, w jakim zmierza, oraz podejście do pracy aparatu politycznego powinny ulec gwałtownej zmianie, jak również powinny być wprowadzone pewne zmiany w składzie osobowym kierownictwa politycznego i całego aparatu. Konieczna jest interwencja partii.
  4. Konieczna jest kontrola partii z Biura Politycznego polskich komunistów, ponieważ Wasilewska jej nie zapewnia.

Być może, że się mylę w swoich sądach. Wówczas należy uznać, że ja jestem tym, który przeszkadza w pracy innym, a postawione mi zadanie przez partię jest mi nie na rękę. W takim wypadku, proszę, byście mi pozwolili zrezygnować z tej pracy. Ja wiem, że prośba ma cechy demonstracji, ale z całego serca zapewniam Was, Towarzyszu Stalin, że to nie jest demonstracja. Nie będzie żadnego pożytku, jeśli zostanę z Wasilewską i Zawadzkim.

Zrobiłem wszystko co mogłem. Jedynym rezultatem były oszczerstwa i poniżenie. Jak długo to dotyczyło tylko mnie osobiście – cierpiałem, ale teraz jest zagrożona wielka sprawa i milczeć mi nie wolno. Wiem, że prosto i nieefektownie wyrażam swoje myśli, ale to na skutek niedostatecznej znajomości języka. Proszę mi wybaczyć. Proszę Towarzyszu Stalin, przyjąć moje szczere, żołnierskie pozdrowienia”.

Myśl Polska, nr 21-22 (23-30.05.2021)
https://myslpolska.info

Wojna o parę. Czy to Józef Bożek zbudował pierwszy pojazd parowy?


Józef Bożek, zwany Stephensonem spod Bielska, po stu latach został bohaterem opowiadań. Dlaczego to nie on wygrał w wyścigu konstruktorów pojazdów z silnikiem parowym.

18 kilometrów na godzinę to maksymalna prędkość, z jaką przez stulecia mogli podróżować ludzie. A przynajmniej ci, których stać było na wierzchowca. Cała reszta skazana była na przemieszczanie się pieszo, z prędkościami nieprzekraczającymi kilku kilometrów na godzinę.

Dlatego tak gigantyczny przełom przyniósł początek XIX wieku i wynalezienie pojazdu parowego. Już pierwsze lokomotywy George’a Stephensona osiągały prędkość 45 kilometrów na godzinę! To była istna rewolucja i zwieńczenie wysiłku kilku pokoleń ambitnych wynalazców próbujących wykorzystać siłę pary.

Mało brakowało jednak, żeby to ktoś inny, a nie Brytyjczyk Stephenson, kojarzył się z przełomem w transporcie lądowym. Nie on jeden pod koniec epoki napoleońskiej zajmował się budowaniem napędzanych parą pojazdów. Po piętach deptał mu Józef Bożek, syn młynarza ze wsi Biery w Księstwie Cieszyńskim. Co sprawiło, że to Anglik, a nie Bożek, trafił do panteonu wynalazców wszech czasów?

Początek epoki pary – w oczekiwaniu na rewolucję

O tym, że para może stanowić siłę napędową, wiedziano już w starożytności. Prototyp turbiny parowej zaprojektował dwa tysiące lat temu Heron z Aleksandrii (ok. 10–70 r. n.e.). Była to kula obracająca się pod wpływem odrzutu wydobywającej się z niej pary. Heron próbował znaleźć dla niej praktyczne zastosowanie – między innymi wymyślił urządzenie otwierające drzwi świątyni uruchamiane ciepłym powietrzem.

Cóż z tego, skoro imperium rzymskie nie było zainteresowane wykorzystaniem energii parowej. Prawdopodobnie wynikało to z powszechnego dostępu do taniej siły roboczej, jaką stanowili niewolnicy. To zaspokajało potrzeby ówczesnych, niewielkich przecież, zakładów wytwórczych.

Sytuacja zmieniła się w XVII w. za sprawą odkryć naukowych – w tym włoskiego fizyka Evangelisty Torricellego, wynalazcy barometru rtęciowego. Naukowcy uświadomili sobie wówczas, że atmosfera ziemska ma pewien ciężar. Stąd był już tylko krok do próby stworzenia silnika wykorzystującego ciśnienie atmosferyczne. Wykonał go angielski wojskowy Thomas Savery, który w 1698 r. opatentował pompę parową. To symboliczna data narodzin maszyny parowej.

Wynalazek ulepszali innowatorzy z Wysp Brytyjskich, a ich kreatywność i rywalizację pobudzały kolejne udzielane im patenty, zmuszające pozostałych badaczy do szukania nowych rozwiązań. W 1712 r. Thomas Newcomen zbudował pierwszy atmosferyczny silnik parowy. Był to tłok poruszany dzięki wytwarzaniu w połączonym z nim kotle podciśnienia.

Później do gry wkroczył James Watt. W 1763 r. stworzył swój pierwszy model maszyny, przez kolejne lata udoskonalany. Zaczęto eksperymentować z wykorzystaniem pary pod wyższym ciśnieniem. Po poprawkach urządzeniami Watta zainteresował się przemysł górniczy – przede wszystkim służyły od odwadniania kopalni.

Tak zaczął się „wiek pary”. Tylko kwestią czasu było, kiedy nowa maszyna usprawni transport. Pozostało pytanie – kto dokona tego wyczekiwanego przełomu?

Józko Mechanik, czyli polski Stephenson

Józef Bożek, nazwany później „polskim Stephensonem”, urodził się w 1782 roku. Od dzieciństwa ciągnęło go do eksperymentowania. Zaczął od obserwowania kół młyńskich, potem wyrabiał m.in. drewniane zegary.

W efekcie w gabinecie dyrektora cieszyńskiego gimnazjum, do którego chodził, wylądowało 29 mechanizmów jego autorstwa. W tym młyn do szlifowania zwierciadeł, winda do dźwigania ziemi, kilka katapult, dobosz bębniący według taktu czy model ołomunieckiego zegara ratuszowego.

To były czasy geniuszy! Dziś o nich znacznie trudniej

W 1803 r. utalentowany młody wynalazca wyjechał na studia – najpierw do Brna (matematyczne), potem do Pragi (filozoficzne). Rodzina nie była jednak zadowolona z wyborów Józefa, więc ten musiał utrzymywać się z napraw zegarków i grawerowania sygnetów.

Wszystko zmieniło się, gdy do życia Bożka wkroczył Franciszek Józef Gerstner, profesor Politechniki Praskiej. Szybko zorientował się, że ma do czynienia z niezwykłym talentem. Zamówił u młynarczyka z Bierów modele krosna tkackiego i postrzygarki.

Bożek poradził sobie znakomicie. Gorzej szło mu na studiach, gdzie na pięć egzaminów zdał tylko logikę. To nie szeroko rozumiana filozofia, ale mechanika była jego powołaniem. 27 czerwca 1805 roku został zatrudniony jako mechanicus i mistrz zegarmistrzowski na Politechnice Praskiej.

To było miejsce dla niego. Urządził halę maszyn i modeli, czyli coś w rodzaju pierwszego muzeum technicznego w Pradze. Konstrukcje Bożka służyły jako prototypy dla przedsiębiorstw – wykonał wielki zegar wieżowy dla huty w Horzowicach i wagony kolejowe dla austriackiej huty w Mariazell. Przede wszystkim jednak zaczął pracować nad maszyną parową, co stało się dla niego zarazem błogosławieństwem i przekleństwem.

Profesor Gerstner był zafascynowany maszyną parową Jamesa Watta. Import z Anglii odpadał ze względu na koszty. W 1803 r. zdobył oryginalny model maszyny, ale czeskie huty nie potrafiły wykonać precyzyjnie części. Gerstner udał się nawet na wycieczkę po Górnym Śląsku, znajdującym się wówczas w granicach Prus, aby przyjrzeć się tamtejszym maszynom.

Kiedyś podejrzewano, że Bożek zmontował pierwszą maszynę parową z części przywiezionych z Anglii. W rzeczywistości w pracę było zaangażowanych kilka osób, spośród których najważniejszą był Gerstner. Budowę zakończono na przełomie 1807 i 1808 r. Nie było jednak czego świętować. Z powodu niewłaściwej konstrukcji kotła i jego małych rozmiarów maszyna przeważnie zatrzymywała się po 20 minutach.

Gerstner się załamał – ale nie Bożek. Kilka lat później, na przełomie 1814 i 1815 r., sam zbudował maszynę parową. „Był to nieduży model, który jednak pracował i potrafił napędzać aż 25 różnych mechanizmów” – pisał czeski badacz František Jílek. Zaraz potem Bożek rozpoczął pracę na kolejnym projektem, który mógł odmienić dzieje ludzkości: pojazdem napędzanym parą.

Czeska konkurencja dla Brytyjczyków

Niestety monarchia Habsburgów była gospodarczo zacofana. Co innego Wyspy Brytyjskie, gdzie zaczął się „wiek pary”. Jeżeli pojawiają się sponsorzy z pieniędzmi, jest większa szansa na odkrycia naukowe. Wyspiarscy przemysłowcy – przynajmniej od czasu do czasu – byli gotowi sięgnąć do kieszeni, jeżeli widzieli w tym perspektywę wzbogacenia się.

Już pod koniec XVIII w. rozważano, czy niskoprężną maszynę parową można wykorzystać do napędzania pojazdu. Jednak dopiero na początku XIX w. Brytyjczyk Richard Trevithick dowiódł, że trzeba przynajmniej dwukrotnie podnieść ciśnienie w kotle (do około dwóch-trzech atmosfer), bo gwarantuje to większą moc maszyny przy mniejszym zużyciu opału. On i jego parowóz kariery nie zrobili, bo ostatecznie Trevithick nie zdołał przekonać sponsorów.

Pomysł z wysokociśnieniową maszyną parową wykorzystał jednak Józef Bożek. Jak pisze Jílek, „wybrał konstrukcję z dwoma cylindrami i z wałem wykorbionym. Sam nakreślił plany i własnymi rękoma wykonał większość drobnych części. Lecz sporządzenie kotła, cylindra, wału korbowego i kół trzeba było zlecić większym warsztatom”.

Wynalazca z Bierów nie mógł liczyć na żadnego mecenasa. Musiał się zadłużyć. I spieszyć się, bo nie on jeden w Pradze pracował nad pojazdem parowym. Jego konkurentem był Józef Franciszek Brunich. Bożek zdołał wyprzedzić rywala i 24 września 1815 r. publiczność w Pradze mogła zobaczyć, jak to on jedzie na trzyosobowym wozie parowym.

Para buch, robot w ruch

„Sukces przeszedł wszelkie oczekiwania – pisze Jílek. – Pojazd funkcjonował bardzo dobrze i Bożek wykonał wiele jazd nie tylko sam, lecz także zapraszając na przejażdżkę różne oficjalne osobistości. Praska prasa zamieściła na drugi dzień entuzjastyczne informacje, wynalazca zaś obiecał, że uwzględniając wielkie zainteresowanie pokaz jeszcze raz w tym tygodniu powtórzy”.

Idąc za ciosem, dwa dni później złożył podanie o zgodę na podróż pojazdem parowym do Wiednia. Odpowiednie władze poprosiły o opinię prof. Gerstnera, który niestety był już wówczas zagorzałym przeciwnikiem napędu parowego. To był koniec marzeń Bożka. 13 listopada 1815 r. rozgoryczony pisał, że stoi „bezradnie i musi patrzeć, jak jego wysiłki zmierzające do tego, aby być pożytecznym i aby produktom zagranicznym przeciwstawić własne równie dobre osiągnięcia, są paraliżowane przez ludzką nieprzychylność”.

Tymczasem w Anglii, o czym prawdopodobnie Bożek nie wiedział z powodu blokady Wysp Brytyjskich przez Napoleona Bonapartego, już rok wcześniej George Stephenson zaprezentował lokomotywę. Jemu wspomniana blokada akurat… pomogła. W jej wyniku cena paszy dla koni wzrosła tak bardzo, że brytyjscy przemysłowcy rozpaczliwie szukali tańszego środka transportu i gotowi byli sporo weń zainwestować.

Bilety na parowy wóz bez koni

Bożek był upartym Ślązakiem i spróbował jeszcze raz. Planował udoskonalić swój pojazd, a dodatkowo rozpoczął pracę nad łodzią napędzaną parą. Był jednak zdany tylko na siebie. Rodzina nie utrzymywała z nim kontaktu, na politechnice otrzymywał skromną pensję, prośby o wsparcie do władz były odrzucane. Miał też problemy z nieprzychylnym mu cechem zegarmistrzów w Pradze.

Przełomem miał być 1 czerwca 1817 r. Tego dnia Bożek zorganizował w Pradze pokaz, którym chciał przyćmić wszystkie pozostałe. Zaprezentował udoskonalony pojazd parowy i łódź. Bilety sprzedały się świetnie (dzieci do lat 8 wchodziły za połowę ceny). „Widok na owe czasy rzeczywiście niezwykły: wóz bez koni, łódki bez wioseł i żagli” – oceniał jeden z biografów Bożka, historyk Rudolf Ochman.

Ten dzień miał być nagrodą za lata wyrzeczeń, a zarazem szansą na wyjście z długów. Niestety, w trakcie pokazu rozpętała się gwałtowna burza. Publiczność rozpierzchła się, a w zamieszaniu ktoś ukradł Bożkowi pieniądze za bilety wstępu. Wynalazca był zrujnowany. Chwycił młot i rozbił stworzony przez siebie pojazd parowy.

Kiedy emocje opadły, wrócił do pracy. W 1818 r. skonstruował pierwszą maszynę parową dla czeskiego przemysłu (dla wytwórni porcelany), później projektował wagony dla kolei konnej Budziejowice–Linz. W 1834 r. otrzymał propozycję naprawy zegara wieżowego w Ołomuńcu.

Mimo tych zleceń żył nader skromnie. Kiedy zmarł w 1835 r., urzędnicy mający spisać jego majątek nie znaleźli niczego, co mogliby zewidencjonować. Jedyne ruchomości, jakie pozostawił, to narzędzia i kilka maszyn.

W tym samym czasie George Stephenson był już statecznym bogatym i sławnym człowiekiem. Brytyjski wynalazca znalazł po prostu bogatych mecenasów, tymczasem – jak pisał historyk Rudolf Ochman – „nieszczęsny Bożek nie posiadał nikogo, i gdyby nie brak środków, to w Europie jeździłyby lokomotywy nie Stephensona, lecz Bożka”.

Polak, Czech czy Austriak?

Bożek nie rozmyślał nad swoją tożsamością etniczną. Pytania o nią pojawiły się dopiero w XX w. Dla czeskich autorów to „czeski Stephenson”, dla tych znad Wisły to zwykle „polski Stephenson”. Nie można się sugerować przynależnością polityczną Księstwa Cieszyńskiego, które już od XIV w. stanowiło czeskie lenno.

Językiem ojczystym Bożka był polski. W 1783 r., czyli rok po urodzeniu Bożka, proboszcz jego rodzinnej parafii w Grodźcu Jan Musioł prosił o przeniesienie wikarego, bo ów katechizował dzieci w języku morawskim, którego parafianie – w przeciwieństwie do polskiego – nie rozumieli. Jednak od czasu wyprowadzki z Cieszyna Bożek znajdował się poza polskim środowiskiem. Większość życia spędził w Pradze, co w jego przypadku oznaczało wejście w świat kultury czeskiej i niemieckiej.

Chyba najtrafniej zagadnienie jego przynależności podsumował niedawno zmarły cieszyński historyk Mariusz Makowski: „Kim był więc Bożek – Polakiem, Czechem, a może Niemcem, bo przecież w tym języku studiował i opisywał swe wynalazki. Pojęcie narodowości w naszym rozumieniu rozwinęło się znacznie później, w okresie Wiosny Ludów, której już Bożek nie dożył. Z pewnością miał świadomość swego pochodzenia, ale też świadomość austriackiej przynależności państwowej, a może jeszcze bardziej do określonego kręgu kulturowego, w którym w równym stopniu znajdowały się Cieszyn, Praga i Wiedeń”.

https://www.focus.pl/

Zamek w Pieskowej Skale – przystanek na Szlaku Orlich Gniazd

Zamek w Pieskowej Skale znajduje się na terenie wsi Sułoszowa w Dolinie Prądnika niedaleko Krakowa. Leży on na terenie Ojcowskiego Parku Narodowego. Wspomniany zamek jest dzisiaj bardzo dużą atrakcją turystyczną na Szlaku Orlich Gniazd. Warto też zwrócić uwagę na jego historię oraz architekturę.

Historia Zamku w Pieskowej Skale

Pierwsza wzmianka na temat zamku pochodzi z roku 1315 w dokumencie, który został wydany przez Władysława Łokietka, a występuje on pod niemiecko brzmiącą nazwą – „Peskenstein”.

Wzmiankę tę trzeba łączyć z odnalezionym na terenie wsi Sułoszowa pozostałościami fortyfikacji, które prawdopodobnie zostały wybudowane przez Henryka Brodatego podczas walki o tron krakowski. Były to umocnienia, których zadaniem było strzeżenie drogi łączącej Kraków ze Śląskiem.

Podobną funkcję pełnił nowy zamek, który wybudowano na obecnym miejscu za sprawą Kazimierza Wielkiego w pierwszej połowie XIV wieku. Wtedy to postawiono królewską strażnicę, na którą składała się część górna i dolna.

Jednak zamek górny dzisiaj już nie istnieje, a stał on na niedostępnej skale, która dzisiaj nazywana jest „Dorotką”.

Natomiast zamek dolny znajdował się w miejscu dzisiejszego renesansowego dziedzińca.

Do końca XIV wieku Pieskowa Skała była w posiadaniu królewskim. W 1377 roku król Ludwik Węgierski podarował Piotrowi Szafrańcowi z Łuczyc, który był podstolim krakowskim – zamek Pieskowa Skała. Potem Władysław Jagiełło dwa razy potwierdzał tę darowiznę, a potem ostatecznie przekazał go w wieczyste posiadanie synowi Piotra Szafrańca, który również miał na imię Piotr.

Jednak w kolejnych pokoleniach Szafrańcowie roztrwonili cały majątek, a do tego stracili wysoką pozycję na dworze królewskim oraz dobre imię.

Zgodnie z przekazami Długosza trzeci Szafraniec o imieniu Piotr podobno zajmował się na tym zamku alchemią oraz czarną magią. Z kolei jego młodszy syn Krzysztof jest najsłynniejszym polskim rycerzem rozbójnikiem. W 1484 roku z polecenia króla Kazimierza Jagiellończyka doszło do pojmania Krzysztofa Szafrańca, a następnie do jego osądzenia oraz ścięcia.

Pomimo tego w XV wieku doszło do kolejnej rozbudowy zamku, a przeważnie jego systemu obronnego.

Następnie w XVI wieku właściciele Pieskowej Skały znowu zaczęli mieć ważne znaczenie na dworze królewskim.

Wtedy to Hieronim Szafraniec cieszył się dużym zaufaniem króla Zygmunta Starego, który mianował go swoim sekretarzem, ale też wydał za niego za mąż swoją córkę Reginę. Dzięki pieniądzom z posagu panny młodej Hieronim Szafraniec mógł rozpocząć przebudowę rezydencji w Pieskowej Skale. Niestety nie dokończył on przebudowy zamku, a jego aktualny wygląd zależy głównie od bratanka Hieronima – Stanisława Szafrańca.

Dzięki Stanisławowi Szafrańcowi, który był także wojewodą sandomierskim w Pieskowej Skale, powstała renesansowa rezydencja z arkadowym dziedzińcem oraz loggią widokową.

Kiedy zmarł ostatni z Szafrańców – Jędrzej w 1608 roku – dobra w Pieskowej Skale razem z zamkiem, stały się własnością Macieja Łubnickiego.

W pierwszej ćwierci XVII wieku zamek ten kilka razy zmieniał właścicieli i ostatecznie stał się rezydencją Jana Zebrzydowskiego, który był miecznikiem koronnym.

Kolejnej rozbudowy zamku dokonał jego syn – Michał Zebrzydowski.

Jednak to wszystko nie wystarczyło, ponieważ w 1655 roku zamek ten niestety nie oparł się atakowi wojsk szwedzkich, przez co został zdobyty, zniszczony oraz ograbiony. Remontem zamku oraz przywróceniem go do dawnej świetności zajęli się jego nowi właściciele.

W połowie XVII wieku Pieskowa Skała przechodzi na własność rodziny Wielopolskich. Jednak zamek ten przez potomków Jana Wielopolskiego nie był traktowany jako główna rezydencja, gdyż przyjeżdżali tutaj przeważnie na polowaniu.

W drugiej połowie XVIII wieku w zamku tym osiadł się Hieronim Wielopolski i miał tu swój warsztat stolarski. Zamek, który był trochę zaniedbany i zniszczony przez pożar w 1718 roku, został gruntownie wyremontowany i przebudowany za czasów Hieronima Wielopolskiego.

Następnymi właścicielami była rodzina Mieroszewskich – od roku 1842.


Jan Mieroszewski miał syna Sobiesława, za czasów którego zamek został dwa razy zniszczony. Jednym z nich był pożar w 1850 roku, poprzez który trzy lata później doszło do zawalenia się najstarszej części rezydencji, a był to kazimierzowski zamek górny na Skale Dorotki.

Nie doszło jeszcze do ukończenia prac, a zamek ten w 1863 roku znowu ucierpiał podczas powstania styczniowego w wyniku ostrzału artylerii carskiej. W nocy z 3 na 4 marca 1863 roku na zamku rozegrała się bitwa.

Potem Sobiesław Mieroszewski przeprowadził prace remontowe, które nadały Pieskowej Skale modnego neogotyckiego charakteru.

Następnie pod koniec XIX wieku zamek, który był już zaniedbany, został sprzedany przez Mieroszewskich, ale nowi właściciele nie byli go w stanie utrzymać.

Przed całkowitym zniszczeniem Pieskową Skałę uratowała specjalnie utworzona dla niej Spółka Akcyjna, która wykupiła zamek i przeznaczyła go na ekskluzywny pensjonat. Najważniejsi inicjatorzy tego przedsięwzięcia to Adolf Dygasiński oraz doktor Józef Zawadzki, a akcjonariusze wywodzili się z kilku wpływowych rodzin warszawskich.

Związki zamku z Warszawą, a nie Krakowem wynikały z sytuacji politycznej po okresie wojen napoleońskich, gdyż wtedy Dolina Prądnika razem z Pieskową Skałą weszła w skład Królestwa Kongresowego, a poprzez to stała się popularnym miejscem turystycznym mieszkańców Warszawy oraz całego zaboru rosyjskiego.

Pensjonat na zamku działał w latach 1903 – 1939. Potem podczas niemieckiej okupacji właściciele udostępnili pomieszczenia hotelowe, które znajdowały się w zamku, na sierociniec.

Po II wojnie światowej zamek w Pieskowej Skale spotkał los, taki jak wiele innych zamków, pałaców oraz dworów. Najpierw został on przekazany Ministerstwu Rolnictwa, a w roku 1950 przejęło go Ministerstwo Kultury i  Sztuki, a wtedy rozpoczęły się gruntowne prace remontowe, które potem kontynuowano. [Istotnie, straszny był to los… – admin]

Architektura zamku w Pieskowej Skale

• Siedemnastowieczne fortyfikacje bastionowe

Zostały one wzniesione przez Michała Zebrzydowskiego zaraz przed najazdem Szwedów w 1655 roku. Umocnienia te postawiono w tzw. systemie nowowłoskim, gdzie ich najważniejszymi elementami są wieloboczne bastiony połączone z budynkami kurtynowymi.

W budynku kurtynowym znalazła się główna brama wjazdowa, która ma kształt łuku triumfalnego.

Natomiast ponad portalem można znaleźć rekonstrukcję kartusza z herbem Radwan rodziny Zebrzydowskich.

• Budynek oficyny

Do połowy XVIII wieku w tym miejscu znajdowała się północna kurtyna barokowych fortyfikacji. Kiedy właścicielem był Hieronim Wielopolski, obiekt ten został przebudowany na oficynę, w której znajdowało się mieszkanie burgrabiego oraz pokoje dla gości.

• Ogrody parterowe

Znajdują się w bastionie południowym na miejscu dawnego budynku stajni oraz wozowni, który już dzisiaj nie istnieje.

Jest to kompozycja ogrodowa, która nawiązuje do XVI-wiecznych założeń. Powstała ona w latach 50. według projektu profesora Gerarda Ciołka.

• Baszta gotycka

To jedna z dwóch XV-wiecznych baszt, których zadaniem była ochrona zamku od strony wschodniej. Były one przystosowane dla potrzeb wczesnej artylerii, w której otwory strzelnicze rozmieszczono na dziesięciu poziomach.

• Loggia widokowa

Na polecenie Stanisława Szafrańca w drugiej połowie XVI wieku od strony wschodniej została dobudowana loggia, z której do dzisiaj można podziwiać piękne widoki na dolinę z rzeką oraz skałą Maczugi Herkulesa.

W XVIII loggię zamurowano, a podczas odbudowy zamku po zniszczeniach w wyniku Powstania Styczniowego cały ryzalit został przekształcony w wieżę.

Podczas remontowania zamku po wojnie tej części został przywrócony renesansowy charakter.

• Dziedziniec arkadowy

Jest to renesansowy dziedziniec, który powstawał w XVI wieku w kilku fazach. Arkady filarowe nadały architekturze dziedzińca taki północnowłoski charakter.

Na uwagę zasługują duże nieregularności w skrzydle północnym, które charakteryzują się odmiennymi proporcjami filarów, różną szerokością arkad, a także zaburzeniami rytmu. Szczególnie duży poziom artystyczny przedstawia dekoracja rzeźbiarska.

Zróżnicowane są również maszkarony, które znajdują się pomiędzy arkadami – przedstawione w sposób naturalistyczny, praktycznie karykaturalny. Z kolei kartusze zawierają herb Starykoń (Szafrańców), a także herb Rawicz (Anny Dębińskiej, żony Stanisława Szafrańca).

W południowo-zachodnim narożniku dziedzińca warto również zwrócić uwagę na mechanizm studni, która została wykuta w skale i ma 45 metrów głębokości.


• Skała Dorotki

Skała Dorotki jest najwyższą częścią wzgórza zamkowego i tutaj do połowy XIX wieku znajdowała się najstarsza część, czyli zamek górny. Na ten zamek składała się wysoka wieża, która była kwadratowa u podstawy i ośmioboczna u góry i do tego były tu dwa małe budynki.

Właśnie z tą częścią zamku związane jest pewna legenda o Dorotce, która była niewierną żoną jednego z Szafrańców. Zgodnie z legendą okrutny mąż kazał ją zamurować żywcem w piwnicy pod wieżą i do dzisiaj Dorotka ta ma się ukazywać jako Biała Dama z Pieskowej Skały.

• Kaplica św. Michała

Kaplica została wybudowana przez Michała Zebrzydowskiego w roku 1655 zaraz przed najazdem Szwedów. Jest to kaplica, która nawiązuje do architektury berecciowskiej kaplicy bp. Tomasza w katedrze na Wawelu.

• Skrzydła zachodnie oraz wschodnie

Są to główne skrzydła zamkowe, które zostały wybudowane pod koniec XVI wieku i tutaj do ich budowy zostały częściowo wykorzystane mury średniowiecznego zamku dolnego.

• Ściana północna

Jest to ściana parawanowa, która oddziela już nieistniejący zamek górny od zamku dolnego.

• Skrzydło północno-wschodnie

To z kolei część średniowiecznego zamku dolnego, która została przebudowana w XVI wieku.

• Budynek bramy

Ten budynek powstawał w kilku fazach w XVI wieku na miejscu średniowiecznej baszty bramnej, a pozostałością tej gotyckiej, kolistej budowli jest sień wjazdowa, w której znajduje się piec chlebowy.

https://www.tajemnice-swiata.pl

Oznaki upadku państwa

Przejdź do treści                 Aktualizacja strony została wstrzymana … Facebook-f   Twitter   Google-plus-g   Instagram   Youtube Menu O...