piątek, 2 lipca 2021

„Codex Gigas” zwany „Biblią Diabła” spisał sam Diabeł?

Owinięty w mroczne legendy „Codex Gigas”, znany również jako „Biblia Diabła”, jest największym, a jednocześnie jednym z najbardziej nietypowych manuskryptów, jakie kiedykolwiek powstały. „Codex Gigas” słynie nie tylko ze swoich olbrzymich rozmiarów, ale także z faktu, iż w jego wnętrzu znajduje się portret diabła w całej swojej okazałości.

Biblia Diabła jest tak ogromna, że do jej wytworzenia użyto ponad 160 skór zwierzęcych i jest tak ciężka, że do przenoszenia księgi potrzebna jest siła dwóch osób. Mierzy 91 cm wysokości, 50,5 cm szerokości i prawie 22,86 cm grubości. Waży 74,8 kg.

Legenda głosi, że średniowieczny manuskrypt powstał w efekcie paktu z diabłem. Przeprowadzone nad dziełem badania sugerują, iż tekst został w całości napisany przez jedną i tą samą osobę, a opowiadania mówią, że autor znajdował się pod ogromną presją w trakcie tworzenia swojego dzieła. Powiada się, że autorem tajemniczego manuskryptu jest niejaki Herman Pustelnik, który został skazany na śmierć przez zamurowanie żywcem za złamanie ślubów zakonnych.

W ostatniej chwili zawarł jednak umowę ze swoimi oskarżycielami. W zamian za darowanie mu życia, zakonnik miał podjąć się stworzenia księgi zawierającej ogromnie cenną wiedzę. Jego propozycja została niezwłocznie przyjęta, ale tylko pod warunkiem pełnego ukończenia dzieła w ciągu jednej nocy.

Pustelnik szybko pojął, że samemu nie zdoła napisać tak obszernego tekstu, wraz z niezbędnymi ilustracjami, w ciągu jednej nocy, ale ponieważ bał się o swoje życie, postanowił poprosić o pomoc diabła.

Po sprzedaniu swojej duszy, pisarz był w stanie spełnić stawiany przez oskarżycieli warunek i odzyskać wolność. Powiada się, że Diabeł pomógł mnichowi ukończyć wielkie dzieło w ciągu jednej nocy, a niektórzy badacze są przekonani, iż wielką księgę napisał Diabeł własnoręcznie! Chociaż historia o pakcie z diabłem wydaje się być dla wielu osób mało wiarygodna, to badania łacińskiego manuskryptu jednoznacznie potwierdzają, że został on sporządzony w całości przez jedną osobę.

Autorem prawdopodobnie nie był Herman Pustelnik, lecz mnich, który mieszkał w XIII-wiecznych Czechach, rejonie należącym do współczesnej Republiki Czeskiej. Zdaniem National Geographic, samo przepisanie manuskryptu – nie włączając w to ilustracji – zajęłoby jednej osobie jakieś pięć lat! W rzeczywistości autor musiałaby poświęcić od 25 do 30 lat własnego życia, aby stworzyć tego rodzaju dzieło.

Kodeks sprawia wrażenie, jakby natura skryby pozostała niezmieniona w czasie. Nie są zauważalne oznaki jego starzenia się, ewentualne choroby, ani zmiany nastroju, które to powinny towarzyszyć autorowi podczas pisania. Spójność, niezmienność i niebywała jednolitość charakteru pisma, mogą potwierdzać to, co głosi legenda: dzieło musiało zostać utworzone przez jedną i tą samą osobę w dość krótkim czasie.

Oryginalnie Biblia Diabła składała się z 320 stron welinu utworzonych ze skóry 160 osłów, ale w pewnym momencie jej historii usunięto z księgi dziesięć stron. Uważa się, choć nie ma na to jakichkolwiek dowodów, że te strony zawierały tak zwaną Regułę św. Benedykta – swego rodzaju przewodnik po życiu monastycznym w VI wieku. Do dziś nie wiadomo jednak, jakiego rodzaju treści widniały na usuniętych stronach i z jakiego powodu ktoś je sobie przywłaszczył, ukrył, bądź zniszczył.

Kodeks zawiera całą „Biblię” („Stary” i „Nowy Testament”) w łacińskim przekładzie Wulgaty (Dzieje i Apokalipsa w przekładzie starołacińskim), encyklopedię „Etymologiae” Izydora z Sewilli, „Antiquitates” oraz „De bello Judaico” Józefa Flawiusza, „Chronicę Boemorum Kosmas”a z Pragi, różne traktaty (historyczne, etymologiczne i medyczne), kalendarz z nekrologiem, listę braci zakonnych z klasztoru w Podlažicach, magiczne formuły i inne lokalne zapiski.

Olbrzymia księga zawiera ponadto osiem traktatów natury medycznej, z których pięć pierwszych pochodzenia greckiego, lub bizantyjskiego, a trzy ostatnie autorstwa Konstantyna Afrykańczyka. W kodeksie znajdziemy także Kronikę Kosmasa, która uchodzi za najwierniejszą i najstarszą kopię tego dzieła.

Naukowcy są jednoznacznie przekonani, że wiedza zawarta w kodeksie nie mogła być w posiadaniu jednego człowieka, szczególnie w tak dalekiej przeszłości. Wielką zagadką pozostaje także fakt, iż w żadnych innych manuskryptach w dziejach historii, nie zauważono widniejącego w tajemniczej księdze charakteru pisma.

Manuskrypt zawiera rozmaite pisma o egzorcyzmach, magiczne formuły oraz kalendarz z listą świętych. Dzieło jest przepełnione ogromną liczbą imponujących i bardzo starannie wykonanych ilustracji. Do najbardziej znanych należą portrety Diabła i obraz Niebiańskiego Miasta. Diabeł przedstawiony jest jako istota zajmująca całe piekło. Ma ogromne pazury na końcach wyciągniętych dłoni, czerwone rogi, małe czerwone oczy, zieloną głowę i dwa długie czerwone języki.

Przedstawiono go w pozycji kucającej między dwiema dużymi wieżami. Choć ogólnie przyjmuje się, że powstał on w Czechach, w rzeczywistości prawdziwe pochodzenie „Codexu Gigas” pozostaje jak dotąd nieznane. W tekście znajduje się adnotacja, że ​​rękopis został sporządzony przez mnichów z Podlažic w klasztorze w Sedlcu w 1295 r. Opowiadania i legendy mówią, że „Codex Gigas” został przeklęty i przynosi katastrofę lub chorobę każdemu, kto go posiada.

„Nigdy nie zdołasz opisać i pojąć mojego istnienia, tego, co mnie uformowało i do czego zmierzam. Wiesz tylko, że jestem diabłem, kłamcą i nigdy nie umrę. Wiedz jednak, że zbliża się czas, kiedy nadam moim wybranym znamię. To znamię będzie oznaczało moją własność nad nimi. Nadciąga chaos, ja jestem jego ojcem oraz kreatorem i wyprowadzę z chaosu demoniczny porządek.

Przez całe wieki pośród was ludzie, znajdowały się jednostki gotowe pracować dla mnie, to oni są znakiem mojej obecności w historii ludzkości. Chcecie przedstawienia? Otrzymacie je, ono już realizuje się na waszych oczach ślepi, ale wy tego nie widzicie, bo już dawno temu zatraciliście siebie. Wiara? Dla wielu z was jest już za późno, wrota oddzielające nasze światy zostały otwarte, a ja przez nie przybywam.”

Powyższy tekst miał zostać znaleziony pośród prywatnych zapisków Antona LaVey. Na karteczce, która zawierała ów myśl, cytat czy też proroctwo, w rogu widniał napis: „Codex Gigas”. Czy to przypadek? Na to pytanie odpowiedzcie sobie już sami, niemniej jednak La Vey był założycielem i najwyższym kapłanem Kościoła Szatana.

Źródło: Globalne-Archiwum.pl
https://wolnemedia.net

Wirtuoz intrygi przekonspirował


Na nic fortele, na nic fortele! Głupi wygrywa, mądry ginie!” – Takie myśli z szybkością błyskawicy przelatywały przez głowę pana Zagłoby, pędzącego wraz z husarią dowodzoną przez pana Skrzetuskiego do ataku na wojsko Krzywonosa.

Rzeczywiście; na pierwszy rzut oka wygląda na to, że umiłowane przez Naczelnika Państwa intrygi i spiskowe metody wzięły w łeb. Chodzi oczywiście o żydowskie roszczenia majątkowe w zakresie tzw. „mienia bezdziedzicznego” wobec Polski, po praz pierwszy podniesione w roku 1996 przez sekretarza Światowego Kongresu Żydów, Izraela Singera.

Zapowiedział on wtedy, że w razie odmowy, Polską będzie „upokarzana” na arenie międzynarodowej. I rzeczywiście – zaraz uruchomiony został pan dr Jan Tomasz Gross, awansowany na tę okoliczność na „historyka” i to od razu „światowej sławy”. Przemysł holokaustu obstalował u niego dzieło pt. „Sąsiedzi”, jak to polscy mieszkańcy Jedwabnego w roku 1941 wymordowali swoich żydowskich sąsiadów, czemu Niemcy, zwłaszcza ci z Einsatzgruppen, którzy właśnie kontynuowali atak na Związek Sowiecki, przyglądali się temu z niedowierzaniem i obrzydzeniem.

10 lipca 2001 roku z wielkim przytupem odbyła się w Jedwabnem uroczystość, podczas której wysunięta została teza, jakoby Polacy byli „współwinni” masakry europejskich Żydów, pretensjonalnie nazwanej „holokaustem”, a którą to tezę potwierdził ówczesny prezydent Kwaśniewski, składając za to „w imieniu narodu polskiego” publiczne przeprosiny.

Potem już się potoczyło; pojawiły się „polskie obozy koncentracyjne”, a nawet – „polskie obozy zagłady”, które trafiły nawet do przemówienia Naszego Najważniejszego Sojusznika, prezydenta Obamy, a w roku 2011, ówczesny prezydent Komorowski postawił kropkę nad „i”, umieszczając w liście skierowanym do uczestników skromniejszej już uroczystości w Jedwabnem zdanie, iż „Naród polski” powinien przyzwyczaić się do myśli, że był również sprawcą. A więc już nie „współsprawcą”, tylko sprawcą samodzielnym. Było to wyjście naprzeciw skoordynowanym politykom historycznym: niemieckiej i żydowskiej, skierowanym na wytypowanie zastępczego winowajcy tego całego „holokaustu” i rozpoczęcie szlamowania go pod pretekstem „roszczeń”.

Dwa lata wcześniej w Pradze przemysł holokaustu zorganizował międzynarodową konferencję, której efektem była „deklaracja terezińska” uważana za rodzaj „moralnej podstawy” żydowskich roszczeń. Ta deklaracja stała się z kolei pretekstem do przeforsowania w amerykańskim Kongresie ustawy nr 447, na podstawie której rząd USA przyjął na siebie zobowiązanie dopilnowania, żeby kraje, do których przemysł holokaustu zwróci się o haracz, ten haracz wypłaciły.

Wobec kompletnej bezczynności polskich władz, które zorganizowały nawet coś w rodzaju dywersji wobec wysiłków Polonii amerykańskiej, by tę ustawę zablokować w Izbie Reprezentantów Kongresu USA, prezydent Trump, w imieniu Naszego Najważniejszego Sojusznika, podpisał ją w roku 2018. Mleko się rozlało, ale Umiłowani Przywódcy, zarówno z obozu „dobrej zmiany”, jak i obozu zdrady i zaprzaństwa bagatelizowały tę sprawę, albo w ogóle nie zabierając głosu, albo deklamując, że nie oddamy ani guzika.

Nie zmieniło tego nawet ujawnienie, iż władze polskie prowadzą z przedstawicielami Departamentu Stanu USA rozmowy w sprawie realizacji tych roszczeń. W tej sytuacji zaproponowałem przyjęcie ustawy „antyroszczeniowej”, zobowiązującej Radę Ministrów do oświadczenia, iż Rzeczpospolita Polska nie zadośćuczyni żadnym roszczeniom odnoszącym się do tzw. „własności bezdziedzicznej” i nakładającej kary, jak za „zdradę dyplomatyczną” (art. 129 kodeksu karnego) na sprawców wszelkich prób złamania tego zakazu, czy prób jego obejścia.

Pojawił się też drugi, podobny projekt autorstwa posła Rzymkowskiego, od którego jednak autor wkrótce się odciął i uznał go za „niepotrzebny”, po czym przeszedł do Klubu Parlamentarnego PiS i został posłem na obecną kadencję z listy Zjednoczonej Prawicy.

Ale pod podobnym projektem Roty Niepodległości, kierowane przez pana Roberta Bąkiewicza, zebrały ponad 200 tys. podpisów i projekt ten, jako „projekt obywatelski” trafił do Sejmu, który miał obowiązek postawić go na porządku dziennym w terminie 3 miesięcy. I tak się stało – ale projekt został skierowany do komisji, gdzie bez śladu utonął, a – o ile mi wiadomo – organizator akcji zbierania pod nim podpisów przestał się jego losem interesować.

Kiedy w ten oto sposób Naczelnik Państwa zablokował wszelkie próby chwycenia byka za rogi i zajęcia jasnego i zdecydowanego stanowiska, to swoim zwyczajem przystąpił do tak zwanego „chachmęcenia”, to znaczy – schowania przepisu blokującego możliwość realizowania roszczeń odnoszących się do „własności bezdziedzicznej” w jakiejś innej ustawie i niepostrzeżenie przepchnąć ją przez Sejm. Padło na kodeks postępowania administracyjnego, gdzie w art. 156 postanowiono dopisać paragraf 3 stanowiący, że nie jest dopuszczalne stwierdzenie nieważności decyzji nawet podjętej z rażącym naruszeniem prawa, jeśli od jej podjęcia lub ogłoszenia minęło 30 lat, a inne osoby nabyły dzięki niej prawa, albo przynajmniej ekspektatywę.

Ale zanim jeszcze projekt nowelizacji kpa trafił pod obrady Sejmu, czujny jak żuraw przedstawiciel Departamentu Stanu USA na Polskę, charge d’affaires USA w Warszawie, pan Bix Alliu, w liście do pani marszałek Witek dał wyraz swemu straszliwemu zaniepokojeniu, że nowelizacja zablokuje zadośćuczynienie ocalałym z holokaustu oraz ich rodzinom, powołując się przy tym właśnie na ustawę 447.

Jako człowiek uważający Jarosława Kaczyńskiego za wirtuoza intrygi, jestem prawie pewien, że tak właśnie sobie to wykombinował, a może nawet osobiście obudził czujność pana Blix Alliu – bo niby skąd miałby on wiedzieć, że ma taką uwagę zwracać akurat na nowelizację nudnego kodeksu postępowania administracyjnego?

Zamarkujemy intencję zablokowania możliwości realizowania roszczeń, ale potem, kiedy na Polskę obruszy się gniew Departamentu Stanu i bezcennego Izraela, ulegniemy przemocy. Bo bezcenny Izrael też już gniewnie zareagował. Nikt tedy nie będzie miał do nas pretensji o zablokowanie poprzednich propozycji ustaw antyroszczeniowych, bo przecież dobrze chcieliśmy, a że wyszło jak zawsze, to już siła wyższa.

Podobna sytuacja miała miejsce za rządów AWS, które forsowało ustawę restytucyjną, firmowaną przez pana prof. Bielę, która zawierała „paragraf aryjski” w postaci zablokowania możliwości dochodzenia roszczeń osobom, które nie mieszkały w Polsce przez ostatnie 5 lat. Osobiście odradzałem panu profesorowi umieszczanie „paragrafu aryjskiego”, wskazując na inne, bezpieczne wyjście, ale gdzie tam! „Paragraf aryjski” pozostał, prezydent Kwaśniewski ustawę zawetował i tyle.

Dopiero wtedy ze wstydem zrozumiałem, że AWS, nie mówiąc już o UW, nie miały najmniejszego zamiaru przeprowadzenia restytucji własności, tylko nie chciały się do tego przyznać, więc stworzyły pozory. I teraz, jak przypuszczam, Jarosław Kaczyński robi dokładnie to samo, a każdego, kto go skrytykuje, postraszy Putinem, który jest dobry na wszystko, nawet „na ładną niewinną panienkę”.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl/

Ruskie tanki w Wilnie

Za co się nie weźmiemy w tzw. światowej polityce zagranicznej, kończy się kompletnym blamażem. Ostatnim, wręcz upokarzającym przykładem jest nasz stały i kategoryczny sprzeciw budowie Nord Stream 2: jako jedyne (chyba) państwo krzyczeliśmy (wręcz ujadaliśmy – zresztą bez ładu i składu) przeciwko tej inwestycji, którą przecież funduje sobie nasz miejscowy protektor i samozwańczy „adwokat sprawy polskiej w Europie”.

Prawdopodobnie nasze działanie było zlecone przez Waszyngton. Jaki był sens tego gadania? Mniej więcej taki: Rosja budowę tej drugiej nitki przesyłowej jakoby uzależnia energetycznie od siebie Niemcy, a my musimy bronić niezależności tego państwa. Teraz to my jesteśmy samozwańczym adwokatem tego państwa, w dodatku działającym na jego szkodę, bo Niemcy nie boją się lub wręcz negują owo zagrożenie.

Przecież było z góry wiadomo, że nie tylko Rosja i Niemcy ukończą tę inwestycję (dlaczego miałyby jej zaniechać i kto mógłby temu skutecznie przeszkadzać?), lecz również politycy w Waszyngtonie, niezależnie od wieku, koloru włosów, skóry i oryginalności intelektualnej, nie mają tu nic do gadania: wręcz odwrotnie – muszą szukać poparcie w Berlinie i Moskwie, bo ich strategicznym i śmiertelnym wrogiem jest Pekin.

Zgodnie z przewidywaniami Waszyngton wycofał się z wrogiej retoryki w stosunku do tej inwestycji (jak nie można przeszkodzić, to trzeba się „ostatecznie” zgodzić), a my wyszliśmy na oszukanych naiwniaków (żeby nie powiedzieć bardziej dosadnie), podobnie jak w przypadku polityki ukraińskiej.

Teraz będziemy przez kilka tygodni biadolić, jak to ów cały Zachód nie dba o swoje interesy: dogaduje się z Rosją, będziemy załamywać ręce nad tym, że „nikt nas nie słucha”, mimo że w naszym mniemaniu posiedliśmy tajemną wiedzę na temat Rosji, która jakoby „odbudowuje imperium”. Raczej prędzej niż później przestaniemy biadolić, pogrążymy się w rozpaczy oszukanej oblubienicy, którą bezceremonialnie wyrzucono za drzwi. Będziemy milczeć, co da nam szansę na bogactwo, bo jak wiemy „milczenie jest złotem”.

Aby przykryć tę porażkę nasi geostratedzy po raz kolejny zaczynają nas straszyć wojną z Rosją (już parę razy przewidywali konflikt, a ich prognozy sprawdzają się z tą samą dokładnością, co zapowiedź „zablokowania” przez USA budowy Nord Stream 2). Najnowszą, dość nachalnie prezentowaną ich prognozą jest taki oto scenariusz:

* Rosja ich zdaniem ma zaatakować państwa bałtyckie,
* NATO „stanie w obronie” swoich członków wysyłając przeciwko Rosji nasze wojska (innych wysyłać na zmarnowanie nie będzie, zresztą innych już nie ma),
* Rosjanie zniszczą Wojsko Polskie, bo są silniejsi a my słabsi,
* Po zmarnowaniu wojsk staniemy się bezbronni i wydani na pastwę „hord Putina”,
* NATO jednak zmobilizuje swoje siły i wyśle tu swoje wojska (Hiszpanów czy Niemców?); którzy wyzwolą zarówno nasz jak i państwa bałtyckie spod „postsowieckiej okupacji”, Zachód jak zawsze zwycięży a ci co przeżyją będą (do końca) żyć długo i szczęśliwie.
[Wyślą oddziały holenderskich homoseksualistów – admin]

Powyższy scenariusz jest zdaniem jego autorów bardzo prawdopodobny i tylko patrzeć jak do Wilna i Rygi będą wjeżdżać „rosyjskie tanki”, a nasi żołnierze w wykonaniu sojuszniczych obowiązków pójdą na pewną śmierć w imię obrony „zachodniej cywilizacji”, za którą w każdej chwili jesteśmy gotowi umrzeć.

Wręcz niepotrzebnie ironizuję te pseudoteorie, miast nazywać je po imieniu, bo przecież są to brednie. Rosja nie zaatakuje państw bałtyckich, jeżeli przejmie nad nimi polityczną kontrolę, to zrobi to za zgodą i wiedzą Stanów Zjednoczonych, bo państwa te potrafią przehandlować swoich pseudosojuszników. Polscy żołnierze nigdy nie będą ginąć w obronie litewskich nacjonalistów, którzy naszym rodakom żyjącym w tym państwie odmawiają nawet prawa do własnego nazwiska; musi ono być przymusowo lituanizowane (kompletny nonsens), a polska klasa polityczna zachowuje się być może niezbyt estetycznie, lecz nie składa się wyłącznie z wariantów: żadnej partii nie dano legitymacji do wysłania polskich żołnierzy na z góry przegraną wojnę, zresztą nikt nie będzie chciał walczyć (bo w imię czego?). [Czy aby na pewno? – admin]

Po co więc ktoś nas męczy tego rodzaju opowieściami? Odpowiedź jest tylko jedna: mamy się przestraszyć, wyprzedać aktywa, uciec z Polski i zasilić rzesze gastarbeiterów Starej Europy, która już wymiera i wymrze.

Ale polski biznes nie wierzy w scenariusze, a ich propagatorów traktuje się jak niegroźnych wariatów. I tak trzymać. [A gdzie jest ten „polski biznes”? Producenci kapci góralskich? – admin]

Witold Modzelewski
https://myslpolska.info/

Szkocja na zawsze! – rozmowa z Kennym MacAskillem

Szkocka polityka od lat wydawała się wyjątkowo statyczna i ustabilizowana: z jednej strony szkockie z nazwy oddziały partii brytyjskich (torysi, Labour, Lib-Dem) – a naprzeciw nich Szkocka Partia Narodowa (SNP), reprezentująca różne nurty szkockiego ruchu niepodległościowego.

Co się stało, że w tym roku powstała nowa siła polityczna, Alba Party, której został Pan członkiem? Czy można powiedzieć, że to odnowienie starego sporu fundamentalistów i gradualistów, czyli tych którzy śpieszyli się do niepodległości pełnej i tych, którzy w nią nie wierząc, chcieli robić małe kroki?

– Przede wszystkim trzeba podkreślić i przyznać, że przez bardzo długi czas za niepodległością Szkocji opowiadała się mniejszość tutejszego społeczeństwa i to, pomimo faktu, że kolejne kampanie na rzecz szkockiego Home Rule stawały się coraz bardziej widoczne. Należy też wyraźnie zauważyć, że mniejsze partie, takie jak Szkoccy Zieloni i Szkocka Partia Socjalistyczna, również zdecydowanie popierały i nadal popierają postulaty niepodległościowe.

Faktem też jest jednak, że rosnąca frustracja i rozczarowanie postawą kierownictwa Szkockiej Partii Narodowej, a także odczuwana coraz szerzej potrzeba bardziej radykalnego dążenia zarówno do zmiany ustrojowej, jak i politycznej spowodowały, że Alba Party praktycznie wyewoluowała z SNP. W wielu krajach zupełnie normalna jest aktywność kilku różniących się od siebie formacji niepodległościowych i jest to postrzegane raczej jako oznaka siły i witalności całego szerokiego nurtu. W naszym przypadku Alba reprezentuje radykalną tradycję i prowadzi radykalną politykę, na tym właśnie polega jej atrakcyjność.

Był Pan jednym z liderów 79 Group, która w latach 1980-tych była uważana w obrębie SNP za jej skrajnie lewe skrzydło. Również po powrocie do SNP był Pan jednoznacznie kojarzony z lewicą. Bez wątpienia twardym lewicowcem jest także inny secesjonista z SNP do Alba Party, George Kerevan. A mimo to, zarówno konkurenci z SNP, jak unioniści oskarżają Alba Party o „szkocki trumpizm” i bycie szkockim odpowiednikiem europejskich ruchów populistycznej prawicy. Jak połączyć Pana życiorys i poglądy z takimi zarzutami?

– Zawsze byłem lewicowcem, podobnie jak mój kolega George Kerevan i wielu innych. Alba jest formacją socjaldemokratyczną, podobnie jak inne partie w Europie, a taka pozycja polityczna ma w Szkocji długą tradycję. Niektórzy członkowie mogą być bardziej na lewo niż inni, ale wszyscy są na lewo od centrum. Sugerowanie, że to „trumpizm” musi być traktowane jak zniewaga pozbawiona najmniejszego choćby uzasadnienia.

SNP rządzi Szkocją już od 14 lat, oczywiście w zakresie władzy przyznanym przez Westminster. Pod kierownictwem Pierwszej Minister Nicoli Sturgeon SNP cieszy się wysokim poparciem, obiecując w kolejnej już kampanii wyborczej, że po zwycięstwie na pewno przyspieszy starania o organizację kolejnego referendum niepodległościowego. Czy nie uważa Pan, że jest to niebezpieczny paradoks: dopóki SNP tylko obiecuje niepodległość – wygrywa wybory, uzyskując niemal wszystkie głosy jej zwolenników. Jednak, gdy niepodległość już będzie – wyborcy będą mogli podzielić się według zupełnie innych, programowych i ideowych kryteriów. Aparatowi SNP odzyskanie niepodległości w ogóle się więc nie opłaca – może więc sprawa niepodległościowa zabrnęła w ślepą uliczkę?

– SNP skorzystała na byciu postrzeganym jako najlepsza ścieżka ochrony Szkocji przed rządami torysów wybieranymi w Anglii. Co warto przypomnieć, od wyborów w 1955 roku Szkoci nigdy nie wybierali do Izby Gmin konserwatywnej większości. Przez lata szkockie głosy padały przede wszystkim na kandydatów Partii Pracy, jeszcze przed referendum z 2014 roku, a na pewno po nim zastąpionej w tej roli przez SNP. Bez wątpienia dla tych wyborców kwestia ustrojowa pozostaje absolutnie najważniejszą i to prawda, że SNP zawiodła i niestety będzie zawodzić, jeśli chodzi o spełnienie tych oczekiwań. Mimo kolejnych sukcesów wyborczych, mimo całej niepodległościowej otoczki – SNP okazuje się zbyt słaba, by zwrócić Szkocji niepodległość, co zaczyna budzić rozczarowanie co bardziej świadomych wyborców. I to jest właśnie miejsce i moment dla Alba Party, dającej nadzieję i promującej państwotwórcze działania i społeczną, narodową aktywność.

Jedyną oficjalną ścieżką do niepodległości uznawaną przez SNP i Pierwszą Minister Nicolę Sturgeon jest proszenie Londynu o uruchomienie Section 30, czyli wyrażenie zgody na kolejne referendum niepodległościowe, co rząd Borisa Johnsona wyklucza, stojąc na stanowisku „raz na pokolenie”. Alba Party domaga się natychmiastowego rozpoczęcia negocjacji między Szkocją a Zjednoczonym Królestwem i dążenia do niepodległości wszelkimi możliwymi sposobami. Wszystkimi – czyli jakimi? Czy Szkocja może domagać się uznania swojej podmiotowości prawnej i podnosić, że Treaty of Union została zawarta między dwoma suwerennymi państwami? Czy chodzi o uznanie międzynarodowe, czy organizację obywatelskiego bojkotu i nieposłuszeństwa wobec Westminsteru?

– Odzyskanie niepodległości to kwestia przede wszystkim walki politycznej, a nie dysput prawnych. Nie możemy mieć pod tym względem żadnych złudzeń. Ale oczywiście, równolegle wszystkie drogi muszą zostać wykorzystane. Naciski polityczne, prawne, międzynarodowe oraz demonstracje i inne pokojowe akcje w Szkocji mające na celu potwierdzenie, że stanowisko Londynu jest nie do zaakceptowania przez Szkotów – przed żadną z tych metod nie można się cofnąć w naszej walce.

Są nurty, zwłaszcza w SNP, które odcinają się od zbyt radykalnej, ich zdaniem wizji niepodległej Szkocji. Domagają się oni wycofania ze zbyt daleko idących postulatów – gotowi byliby poprzeć zachowanie monarchii, utrzymanie funta brytyjskiego jako wspólnej waluty, pozostawienie na terytorium Szkocji brytyjskiej broni jądrowej, przynależność niepodległej Szkocji do NATO i udział w operacjach tego Paktu, a także generalnie liberalną agendę ekonomiczną. Czy to tylko metoda pozyskania dotąd unionistycznych wyborców, czy wg tego planu niepodległa Szkocja rzeczywiście miałaby różnić się od obecnego Zjednoczonego Królestwa tylko akcentem i folklorem?

– Niestety, obawiam się, że wielu moich dawnych kolegów, członków obecnego kierownictwa Szkockiej Partii Narodowej i rządu szkockiego zaakceptowało brytyjską dewolucję [obecny kształt autonomii – KR] i postrzega SNP już tylko jako maszynkę do wygrywania wyborów, a nie partię, która zapewni nam niepodległość. Tymczasem świat i Szkocja nie stoją w miejscu, ruszyły naprzód od 2014 roku i w kwestiach takich jak monarchia czy NATO Alba będzie formułować własną politykę.

W latach 2007-2014 był Pan ministrem sprawiedliwości rządu szkockiego. W tym okresie udało się uzyskać realne zmniejszenie szeregu pospolitych przestępstw w Szkocji. Czy nie ma Pan jednak wrażenia, że polityka obecnego rządu skupia się raczej na prawnym definiowaniu kwestii stricte ideologicznych, jak rozszerzanie zakresu Hate Crime w sposób, który nasuwa wątpliwości o gwarancje ochrony wolności słowa?

– Tak, osiągnięto ogromny postęp jeśli chodzi o zmniejszenie zwłaszcza szczególnie brutalnej przestępczości, a faktycznie także wszystkich pozostałych przestępstw, ograniczono recydywę i wdrożono zdecydowanie bardziej spójną praktykę wymiaru sprawiedliwości i policji i muszę przyznać, że jestem z tego naprawdę dumny. Z tym większą przykrością stwierdzam, że wprowadzony przez obecny rząd Hate Crime Bill jest po pierwsze niepotrzebny, a po drugie potencjalnie niebezpieczny. Zawsze słusznie szczyciliśmy się faktem, że Szkocja jest demokratyczna i wolnościowa w zakresie powszechnie wyznawanych tu wartości, tymczasem niektóre z obecnie wdrażanych regulacji są co najmniej wyzwaniem dla takiej właśnie, typowo szkockiej postawy i co gorsza, mają wyraźny posmak tendencji autorytarnych.

Problem wolności słowa, wolności mediów dotyczy także relacji szkocko-brytyjskich. Znanemu niepodległościowemu blogerowi Craigowi Murray’owi, byłemu dyplomacie – grozi osiem miesięcy za relacjonowanie procesu byłego Pierwszego Ministra, Alexa Salmonda, fałszywie oskarżonego o molestowanie seksualne. Znający temat ostrzegają, że w ten sposób może dojść do uciszenia ważnego świadka w toczącym się w Hiszpanii procesie o nielegalną inwigilację Juliana Assange’a. Czy nie są to objawy politycznej cenzury?

– Tak, oba te przypadki, moich przyjaciół Alexa Salmonda i Craiga Murray’a budzą we mnie bardzo poważne obawy. Byłem adwokatem przez 20 lat, a przez siedem i pół roku pełniłem funkcję ministra sprawiedliwości i z perspektywy całego mojego doświadczenia widzę ogromną perfidię tych zdarzeń, wymagającą natychmiastowej, zdecydowanej interwencji i zmian. Dla jasności – nadal uważam, że nasz system prawny jest zbudowany na potężnej tradycji i solidnych podstawach, ale na samą potrzebę reform i korekt również nie możemy zamykać oczu. Analogicznie, nie mam też wątpliwości, że większość osób pełniących służbę w policji, prokuraturze i sądownictwie czyni z to z pełnym poświęceniem i sumiennie. Wystarczyło jednak tylko kilkoro, by zniszczyć reputację wszystkich…

Konflikty ideologiczne, nie tylko zresztą w Szkocji i Wielkiej Brytanii, nabrały obecnie specyficznej dynamiki. Weźmy kwestię feminizmu i praw kobiet. Były to zawsze zagadnienia frontowe dla ruchów postępowych na całym świecie. Tymczasem dziś można przeczytać i usłyszeć, że są to postawy niemal reakcyjne, feministki krytykujące niektóre zapisy dotyczące gender wyzywane są publicznie od faszystek, grozi im też odpowiedzialność karna. Jak to możliwe, by nie zmieniając ani trochę swoich poglądów w ciągu kilku lat z postępowca stać się „faszystą”?

– To nie jest możliwe i nic takiego oczywiście się nie dzieje. Obrona praw kobiet związanych z płcią nie jest żadną transfobią. Zarzuty faszyzmu są równie absurdalne, jak oskarżenia o trumpizm. Tylko ludzie o złych, fałszywych językach chcą uczynić zasadę polityczną z wygrywania negatywnych emocji przeciw osobom wyrażającym w pełni uzasadnione zastrzeżenia i obawy wobec narzucanej narracji.

Jest Pan Członkiem Parlamentu, w opozycji do rządu Borisa Johnsona. Prawica europejska często podaje jego politykę jako wzór, oczywiście na czele z poparciem dla BREXITu. Jakie są jego realne skutki dla mieszkańców Szkocji, którzy w ogromnej większości głosowali przeciw opuszczeniu Unii Europejskiej? Czy niepodległa Szkocja faktycznie wróci do UE, czy też, jak o tym pisze się coraz częściej, wybierze raczej integrację z EFTA i współpracę z Radą Nordycką? A może zdecydować powinni o tym sami Szkoci w kolejnym referendum?

– Szkoci byli, są i zawsze będą narodem zwróconym ku Europie. Nasze związki z kontynentem są tak zakorzenione w historii, jak bardzo szerokie. Jest absolutnie oczywiste, że europejska fala imigracyjna przyniosła naszemu krajowi wymierne korzyści [??? – admin]. Co do detali – zgadzam się, że najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby Szkocja przystąpiła do EFTA, co pozwoliłoby uniknąć twardej granicy z Anglią, ale umożliwiłoby dostęp do wspólnego rynku UE. To sytuacja, w której znajduje się dziś Norwegia, dysponująca profitami nie gorszymi od tych zapewnianych przez członkostwo w UE bez problemów, które – jak wiemy – są następstwem bezpośredniej unijnej integracji. I niepodległa Szkocja potrzebowałaby co najwyżej kilku tygodni, by stać się członkiem European Free Trade Association, nie zaś lat, których wymaga Unia Europejska. A przede wszystkim pytanie czy w ogóle ubiegać się o członkostwo w UE musi zostać rozstrzygnięte w ogólnonarodowym referendum po odzyskaniu niepodległości.

Rząd brytyjski prowadzi politykę jednoznacznie imperialistyczną i militarystyczną, uczestnicząc w amerykańskich i NATO-wskich kampaniach militarnych na całym świecie. Również w polityce zagranicznej Boris Johnson należy do jastrzębi, popierając eskalację w stosunkach z Rosją, opowiada się po stronie Izraela przeciw wolnej Palestynie. Równocześnie jednak Brytania zaznacza swoją odrębność od Stanów Zjednoczonych w niektórych kwestiach gospodarczych, w odniesieniu do konfliktów na Kaukazie czy Środkowym Wschodzie. Czy w Pana opinii Londyn to wobec Waszyngtonu odrębny czy komplementarny ośrodek imperializmu?

– Boris Johnson (podobnie zresztą jak i poprzedni premierzy, jeszcze z Partii Pracy) faktycznie był i jest znacznie bardziej atlantycki niż europejski. Wiele osób postrzega Wielką Brytanię jako najlepszego sojusznika Ameryki, z całym rzekomym prestiżem i niby to dodaną siłą, jakie status ten przynosi. Dążenie do utrzymania tego stanu rzeczy prowadzi wprost do oczywistych szaleństw, takich jak atak na Irak i BREXIT. Uzależnienie od USA będzie więc tylko postępować w sytuacji, gdy rozważna, powtarzam: rozważna, współpraca europejska jest absolutnie niezbędna m.in. dla budowy realnej przeciwwagi dla Chin z jednej, i Stanów Zjednoczonych z drugiej strony globu.

Według ostrożnych szacunków, w Szkocji mieszka około 180 tysięcy przybyszów z Polski. Zwłaszcza w ostatnim okresie daje się zauważyć wzrost zainteresowania przeprowadzką do Szkocji znacznej części polskiej imigracji w Anglii, sięgającej blisko jednego miliona. Szkockie podejście do imigracji, a zwłaszcza do integracji, bardzo różni się od brytyjskiego. Jak widzi Pan udział tych Nowych Szkotów w budowie niepodległego państwa szkockiego?

– Jest on mile widziany, potrzebny i zapewne absolutnie kluczowy. Szkocja przez niemal całą swą nowożytną historię traciła swoje dzieci – także w wyniku emigracji i innych tragicznych zdarzeń. Potrzebujemy ludzi i mamy przestrzeń, na którą mogą przybyć i się osiedlać. Wielu Polaków już to zrobiło i zapewniam, że z ogromną radością i gościnnością powitamy kolejnych. Prywatnie pozwolę sobie nadmienić, że mój siostrzeniec jest żonaty z Polką. Jestem także więcej niż pewny, że bardzo ważne jest pełne włączanie Polaków w aktywność naszego społeczeństwa obywatelskiego. Dla wielu to ich nowy dom, choć oczywiście Polska zawsze będzie ta jedyna i wyjątkowa. Wasz udział i to, by był widoczny, jest w naszym wspólnym interesie!

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Rękas

Kenny MacAskill (ur. 1958, Edynburg) – szkocki polityk i prawnik, w latach 1999-2016 poseł do parlamentu Szkocji, od 2019 roku członek Izby Gmin. W latach 2007-2014 był ministrem sprawiedliwości w szkockim rządzie. Członek niepodległościowej i narodowej Partii Alba, na czele której stoi obecnie były szef szkockiego rządu Alex Salmond.

Myśl Polska, nr 27-28 (4-11.07.2021)
https://myslpolska.info/

Fotografie Leonarda da Vinci – alternatywny dziejopis.

… Cały sposób myślenia o sztuce zostaje tutaj zakwestionowany – koncepcja samowystarczalnych geniuszy, których umiejętności nie jesteśmy już w stanie pojąć, interpretowanych dla nas dzisiaj przez kapłaństwo historyków sztuki…

Nad opracowaniem poniższego artykułu, jego tłumaczeniu, wyprostowaniu w zasadzie mechanicznego niekiedy bełkotu internetowego tłumacza, wyedytowaniu do postaci czytelnej dla edytora tekstu Neonu, spędziłem łącznie z 16 godzin.

Nie mam czasu ani sił na jakieś szerokie słowa wprowadzenia. Mam za dużo zajęć w prozie życia, a i zmęczony jestem.Może późnie j w sekcji komentarzy się odezwę.

KMIEĆ.

*                        *                         *

Aleksiej Artemiew – „Fotografie Leonarda da Vinci”.

Dziś Internet pełen jest artykułów na temat unikatowej techniki malarskiej Leonarda da Vinci. Niektórzy twierdzą nawet, że był on odkrywcą nanotechnologii. Ale rzeczywistość jest o wiele ciekawsza od wyobraźni – bo wygląda na to, że da Vinci nie zawsze malował swoje obrazy…

Rozważmy całą tę niewiarygodną historię stopniowo i ściśle rozumowo. W każdym razie, Czytelnik w każdej chwili będzie mógł odmówić dalszego zagłębiania się w technikę renesansowej sztuki pięknej. A jeśli czytający niniejsze słowa czuje, że nie jest to jasne, że dotyka go budząca grozę „dolina niesamowitości” – lepiej niech dalej nie czyta. Może nadal słuchać z przyjemnością i pewnością siebie, bzdur, jakie przynoszą historycy sztuki…

1. Niesamowity realizm renesansowych obrazów.

Europejczycy to bardzo skrupulatni ludzie. I oto pewnego dnia taki skrupulatny brytyjski artysta David Hockney, oglądając rysunki Ingresa (XIX wiek), postanowił przyjrzeć się im w powiększeniu. Uderzyło go, jak bardzo realistyczne były te prace. Hockney zauważył też wyraźne podobieństwo do prac współczesnego artysty Andy Warhola, który rzutował zdjęcia na powierzchnię malowanego podłoża i je obrysowywał.

Hockney uznał, że Ingres używa Camera Lucida, urządzenia, które jest prostym przyrządem optycznym. Pryzmat przymocowany jest na podstawce do tabletu, a artysta patrząc na swój rysunek jednym okiem widzi rzeczywisty obraz, a drugim – sam rysunek i swoją rękę. Przyczynia się to do zwiększenia realizmu tworzonego obrazu.

Przyszło mu do głowy, aby spróbować zbadać wiele obrazów z różnych krajów i czasów. To zrozumiałe, ponieważ namalowanie naprawdę realistycznego obrazu nie jest łatwe. Zadał sobie pytanie, czy w dawnych czasach artyści korzystali z optycznych gadżetów? Czekało na niego wiele ciekawych odkryć. Okazało się, że artyści renesansu (XIV…XV w.) malowali z takim realizmem, jakiego nie można było osiągnąć bez optyki.
Oto wspaniały przykład – obraz Jana Van Eycka zatytułowany „Portret małżonków Arnolfinich”.

Na obrazie znajduje się wizerunek metalowego żyrandola. Aby potwierdzić swoje przeczucie, Hockney zamówił nawet idealnie identyczny metalowy żyrandol, który został dla niego wyprodukowany, a następnie, poprzez dobór odpowiedniego źródła światła, Hockney uzyskał dokładnie takie same odblaski jak na obrazie.

Dlaczego to musi być optyka? – zapyta dociekliwy czytelnik. Może po prostu artysta był bardzo uważny i dokładny w rysowaniu tego, co widzi.

Ale właśnie o to chodzi, że rozjaśnienia na metalu nie są tylko zwykłą grą świateł. Wystarczy zmienić położenie oka obserwatora względem obiektu o ułamek stopnia (niewielki kąt – przyp. Kmieć), a rozbłysk znika. Aby osiągnąć taki efekt, malarz musiałby więc zamocować głowę w uchwycie i pracować pędzlem z zawrotną prędkością. Przecież źródłem światła jest Słońce, a ono się porusza. Bez tego wszystkie odblaski nie zostaną zapamiętane i nie będą mogły być odtworzone przez jego wyobraźnię. To będzie piękne, ale nie będzie się pokrywać z rzeczywistością.

2. Artyści używali optyki od czasów starożytnych.

Jeszcze raz należy podkreślić, że wnioski te zostały wyciągnięte przez profesjonalnego artystę, który znał malarstwo z pierwszej ręki. Ponadto Hockney dostrzegał w wielu ówczesnych obrazach zniekształcenia charakterystyczne dla stosowania optyki. Na przykład, ogólna leworęczność, jak na obrazie z muzeum Fransa Halsa (XVII w.), gdzie para leworęcznych ludzi tańczy, grozi im palec starca lewej ręki, a spod sukni kobiety zerka leworęczna małpa. Uzyskuje się to poprzez obrysowanie odbitego obrazu.

Jeśli optyka nie jest doskonała, to trzeba przesunąć płótno podczas projekcji oryginalnego obrazu, aby wyostrzyć go w tej lub innej części obrazu. W tym przypadku pojawiają się błędy w proporcjach. Przykłady: ogromne ramię Antei Parmigianina (ok. 1537), mała głowa Lady Genovese Antonisa Van Dycka (1626), czy ogromne stopy chłopa z obrazu Georgesa de La Tour. [zob. obraz poniżej – admin]

I wreszcie słynny efekt sfumato. Jest to rozmycie (niewyostrzenie) pewnych obiektów na obrazie. Na przykład, artysta był w stanie dość dobrze rzutować obraz na płótno dzięki swojej optyce i najważniejsze jest już w centrum uwagi. W takim przypadku, małe obiekty będące tłem, przy krawędziach, jako nieistotne są więc rysowane w postaci rozmytej.

W ten sposób Hockney udowodnił niezbicie i profesjonalnie, że niektórzy malarze renesansowi używali optyki do jak najbardziej realistycznego oddania rzeczywistości. Mówiąc prościej, nie rysowali, tylko obrysowywali i kolorowali.

(Więcej o badaniach Davida Hockneya w artykule „Mit artystów renesansu” na naszej stronie „Миф о художниках Ренессанса”, https://www.kramola.info/vesti/letopisi-proshlogo/mif-o-hudozhnikah-renessansa – przyp. red.)

3. Leonardo da Vinci, twórca nieznanej technologii.

I to właśnie Leonardowi przypisuje się odkrycie techniki sfumato. Tak więc nie tylko zajmował się optyką, ale był tym, który ją zapoczątkował. Jest jednak jeszcze jedna cecha jego obrazów, której Hockney nie zgłębił. Na przykład, słynne arcydzieło Mona Lisa nie ma ani jednego pociągnięcia pędzlem, ani jednego odcisku palca. To znaczy, że zrobił to w jakiś niepojęty sposób, a nie tylko obrysował i pokolorował.

Muszę przyznać, że słowa pewnej wybitnej pani historyk sztuki, która wystąpiła kiedyś na kanale Kultura w programie „Akademia”, były dla mnie objawieniem. Powiedziała, że dzisiejsi artyści po prostu nie są w stanie powielać osiągnięć dawnych mistrzów. Nie potrafią tak malować – „tajniki rzemiosła” zostały utracone. Publiczność natychmiast zapytała: „A co z podróbkami?”. Powiedziała jednak, że najczęściej na obrazach nieznanych autorów podrabiane są tylko podpisy znanych autorów. Ale z tego samego czasu i na podobnym poziomie rzemiosła.

Dlatego też obrazy te uważane są za bezcenne arcydzieła! Specjaliści nie rozumieją, jak one powstają! A w przypadku Leonarda da Vinci, technologia wykonania jego dzieł jest całkowicie niewykonalna dla dzisiejszej techniki artystycznej. Dlatego badania nad takimi obrazami trwają do dziś.

Na przykład, laboratorium Centrum Badań Muzealnych i Restauracji oraz Europejskie Laboratorium Światła Synchrotronowego połączyły ostatnio siły, aby odkryć tajemnice kunsztu Leonarda. Piszą o tym w artykule opublikowanym w czasopiśmie naukowym Angewandle Chemie. Badaniami kierował dr Philip Wagner. Naukowcy wykorzystali metodę zwaną spektroskopią fluorescencji rentgenowskiej. W ten sposób możliwe jest badanie struktury warstw bez pobierania próbek, czyli bez naruszania struktury materiału (obrazu). Na tkaninę skierowano silną wiązkę promieniowania rentgenowskiego, określono strukturę warstw i skład. Stwierdzili oni, co następuje:

„ … każda nałożona warstwa pigmentu (farby) ma grubość 2 µm (mikrometrów), czyli jest 50 razy cieńsza od ludzkiego włosa. W niektórych miejscach obrazu łączna grubość wszystkich warstw glazury wynosi 55 mikronów, oznacza to, że malarz wielokrotnie nakładał warstwę po warstwie, aby uzyskać pożądany efekt…”.

Badacze poinformowali również, że cząstki pigmentu (minerał barwiący) są tak małe, że nie mogą być mierzone „w zwykły sposób”. Okazuje się, że nawet jeśli pigment został nałożony tak cienko i równomiernie, że jego cząsteczki znajdują się dokładnie w jednej warstwie, nie powinny one być większe niż 2 mikrony (mikrometry, µm). Nie większe, a być może są nawet znacznie mniejsze.

Od razu powiem, że te wyniki absolutnie nie mieszczą się nie tylko w ramach nowoczesnych wyobrażeń o ówczesnych technologiach, ale także w „optycznych” wyobrażeniach Davida Hockneya. W ogóle (do żadnych wyobrażeń) nie pasują…

4. Jak wytworzyć parę z kamienia, wie nasz doktor Gaspar…

(W oryginale rosyjska gra słów: „Как из камня сделать пар, знает доктор наш Гаспар…” – przyp. Kmieć).

Przeciętny człowiek nie ma w swoim bagażu umysłowym jasnych obrazów i pojęć super dużego i super małego. Nie wie nic konkretnego o kiloparsekach czy mikrometrach. Jest to naturalne, nie używa się ich na co dzień. Należy więc nakreślić, czym jest cząstka pigmentu o wielkości 2 mikronów.

Jak myślicie, czy spotkaliście się z substancjami o takiej wielkości w prawdziwym życiu? Z reguły nie. Najmniejszą rzeczą, z jaką możesz mieć do czynienia, jest talk. Używa się go na przykład do produkcji pudru dla niemowląt. Wielkość cząstek talku w proszku waha się od 2 do 10 mikronów. Trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystkie farby i teraz i wcześniej są wykonane na bazie pigmentów. Kamienie (minerały jak talk) nie zawsze są wykorzystywane do tego celu. Czasami pigmenty są pozyskiwane z roślin lub nawet owadów, ale cząsteczki barwnika są niezmiennie obecne. A nasz artysta malarz po prostu nie miał innego wyboru w kwestii rodzaju materiałów do wytwarzania farb (pigmentów).

Tak więc, nawet jeśli Leonardo zdecydował się malować swoje obrazy talkiem rozcieńczonym w substancji wiążącej, nawet wtedy nie byłby w stanie uzyskać grubości 2 mikronów jednej warstwy farby, ponieważ większość cząsteczek jest większa niż ten rozmiar. Jednak po wyschnięciu to wielkość cząsteczek pigmentu decyduje o grubości warstwy.

Jak więc uzyskać tak drobne cząsteczki?

Co ciekawe, talk jest stosowany głównie ze względu na miękkość tego minerału. Jest najłatwiejszy do zmielenia. Do malowania jednak zawsze używano innych minerałów o charakterystycznych kolorach. Ale wszystkie są znacznie twardsze od talku. Oznacza to, że jeszcze trudniej jest je zmielić do tak drobnej wielkości cząstek. Obecnie nowoczesne młyny osiągają rozmiary cząstek pigmentu od 15 do 55 mikronów. Jest to masowa i dość tania produkcja pigmentów do farb olejnych, alkidowych i innych podobnych. Wielkość tę uznaje się za właściwą. Z jednej strony im drobniejsze cząstki, tym lepsze właściwości farby, z drugiej strony proces mielenia jest również czasochłonny i wiąże się z różnymi trudnościami technologicznymi.

Okazuje się, że współczesny poziom technologii masowych pozwala nam na nakładanie jednej warstwy farby o grubości około 30 mikronów. No, a nasze samochody, malowane w kilku warstwach, mają grubość powłoki 80 – 100 mikronów. Jak Leonardo da Vinci tworzył swoje farby? To wcale nie jest jasne!

Wszystko, co jest mielone (lub wykonane innymi zaawansowanymi metodami) jeszcze drobniej, nazywamy mikroproszkami i jest to temat innych dziedzin – mikropolerowania, optyki, nanotechnologii i typografii.

Farby drukarskie to szczególna dziedzina. Pigmenty do nich są uzyskiwane bardzo skomplikowaną metodą chemiczną. W tych metodach cząsteczki są hodowane (krystalizowane) w pewnym ośrodku jednocześnie w bardzo małe kryształy. Wyciśnięty osad jest następnie oczywiście suszony i mielony, ale to nie to samo, co mielenie całego kamienia. W wyniku takich najnowocześniejszych i kosztownych procesów chemicznych powstają na przykład następujące pigmenty:

«… Żółty kolor charakteryzują igiełkowate, gwiaździste wytrącenia wodorotlenku żelaza alfa, o wymiarach 0,01 – 10 mikronów… Czerwony kolor nadają słupkowe kryształy tlenku żelaza – hematytu (α-Fe2O3), o wymiarach 0,05 – 1 mikronów… Narastający (do 10 – 20 mikronów) – przesuwa odcień na stronę wiśniową i liliową … »

To jest właśnie ta najdrobniejsza grubość, która przydałaby się naszemu artyście do uzyskania „efektu sfumato”. Ale nie wszystkie rozmiary tych pigmentów do farb drukarskich są również używane. W rezultacie okazuje się, że farby do druku typograficznego i offsetowego tworzą w gotowej odbitce warstwę koloru o grubości mniejszej niż 2 mikrony. W jaki sposób Leonardo da Vinci mógł przewyższyć technologicznie nasze współczesne zakłady chemiczne swoim średniowiecznym moździerzem?

Ale to wszystko z pewnością nie przeszkadza historykom sztuki i naukowcom. „I co z tego?” – mówią. – „Weźcie jego moździerz i zmielcie pigment tak jak on. On to potrafił, dlatego był geniuszem”.

Musiałem się więc zastanowić, co to znaczy dokładnie utrzeć coś w moździerzu? I do czego w ogóle takie narzędzie jest zdolne?

Okazuje się, że istnieją techniki i wytyczne dotyczące procesu ucierania w moździerzu. Dziś ten proces zachował się w branży farmaceutycznej. Jest w tym pewna osobliwość – im drobniej zmielona jest substancja czynna, tym silniejsze jest jej działanie na organizm. Dlatego farmaceuci starają się rozdrabniać najlepiej jak potrafią. Ale wszystko ma swoje granice.

Tutaj granica jest następująca: jeśli potrafisz rozróżnić poszczególne cząsteczki wzrokowo, pracuj dalej. I jeśli uzyskasz idealnie jednolity proszek, to jest to – odłóż tłuczek. Osiągnąłeś już możliwe do uzyskania kryterium. Owszem, możecie dalej ucierać tak długo jak chcecie, ale nic już się wizualnie nie zmieni. Jakbyś się nie starał, nie jesteś w stanie stwierdzić, ile mikronów już osiągnąłeś. Nie ma sposobu, by to stwierdzić. Metody mówią, że ludzkie oko jest w stanie rozróżnić w jednokolorowym proszku pojedyncze cząsteczki o wielkości do 70 mikronów. Dlatego, gdy dziś pigmenty są mielone do 15 – 55 mikronów, ludzie nie polegają na oku, ale używają sita kontrolnego, tzw. mikrosita.

Czy mam myśleć, że rozdzielczość oka Leonarda była 40 razy większa niż wszystkich innych ludzi? Nawet jak na geniusza, to przesada. A jeśli przyjmiemy, że Leonardo da Vinci, zanim wykonał swoje farby, utkał sobie mikrosito, to sama Mona Lisa nie jest zaskoczeniem. Ponieważ wszystko jest tam precyzyjne i bardzo „mikro”.

Zbyt wiele niedorzeczności i niemożliwości nakłada się na siebie. Może ten obraz, jak wiele innych z tamtych czasów, jest po prostu zrobiony w inny sposób? Tym bardziej pasuje to do frazy „tajemnica została utracona”. Co jeszcze jest do stracenia oprócz innej techniki produkcji? Sposób, w jaki przycięto włoski pędzla? Skład farby?

Wystarczy tego ogłupiania. Współcześni ludzie nie są tak głupi, by nie powtórzyć osiągnięć jednego człowieka w ciągu kilku wieków malowania tymi samymi narzędziami i materiałami (jak twierdzą krytycy sztuki).

5. A może jednak odbitka?

Znawcy historii sztuki twierdzą, że metoda tworzenia obrazów przez Leonarda da Vinci była następująca:

  • Najpierw przygotowywał farby w moździerzu w niemożliwy (jak się dowiedzieliśmy) sposób. Najwyraźniej za pomocą swoich genetycznie zmienionych oczu, w których ulepszona soczewka o zwiększonej przezroczystości uzupełniła dno oka o czterdziestokrotnie zwiększonej liczbie światłoczułych czopków. W takie oczy, zapewne, aż strach patrzeć (i jest mało prawdopodobne, że takie zmieszczą się w ludzkiej głowie), ale to właśnie takie oczy dałyby niezbędną rozdzielczość obrazu do kontroli wytwarzania w moździerzu mikroproszków.
  • Następnie malował „szerokimi pociągnięciami” (granice i przejścia nierozróżnialne przez oko) w różnych częściach obrazu w odpowiednich miejscach jednej i tej samej tonacji. Jednocześnie nie popełnił błędu w rozmieszczeniu i kontraście. Musiał wcześniej wymyślać przeciągnięcia warstwa po warstwie i skomplikowane schematy kolorystyczne, a także używać niesamowitych nano-pędzli, które pozwalały mu nie tylko malować we właściwych miejscach po konturach, ale także nie zostawiać śladów pociągnięć farbą, regulując jednocześnie gęstość tonu. Takie narzędzie idealnie łączyłoby w sobie właściwości atomizera i pędzla artystycznego, którego nikt jeszcze nie wymyślił.
  • Następnie brał nano-farbę o innym odcieniu i nanosił ją w następnej warstwie dokładnie tam, gdzie trzeba. Ponawiał działanie na całym obrazie i z odpowiednią gęstością. I tak „namalował” około 20 półprzezroczystych warstw, każda unikatowa w aranżacji, niejednorodna w gęstości i dopiero po nałożeniu wszystkich warstw uzyskał ostateczny wygląd.

W tym przypadku (jak już ustaliliśmy), Leonardo da Vinci musiał wykonać około 20 bezbłędnych układów dla każdej warstwy kolorystycznej. Mógł jedynie wirtualnie nałożyć na siebie te wszystkie warstwy i sprawdzić efekt końcowy (w swojej głowie). Komputery, jak twierdzą, wtedy nie istniały. W taką głowę, zdolną do takich zabiegów spekulacyjnych, można by włożyć te same zmodernizowane oczy.

Dobra robota, krytycy sztuki! Fantaści! Na tle takich realiów każda bajka wyda się wiarygodna. Mogę też dodać, że ta technologia jest zadziwiająco podobna do współczesnego druku wielokolorowego. Kolorowe obrazy są również ułożone w monochromatyczne warstwy. Następnie są one nakładane na papier w warstwach o grubości nieco poniżej 2 mikronów każda. Nakładając się na siebie, warstwy te tworzą wielobarwny obraz. Tylko liczba tych warstw wynosi dzisiaj od 2 do 6. Większa liczba nie ma uzasadnienia dla nowoczesnej technologii. Jest to skomplikowane i uciążliwe. Obrazy Leonarda posiadają do 20 warstw.

Pawdą jest, że druk kolorowy istniał już w czasach Leonarda da Vinci. Tak więc Peter Schöffer (uczeń Gutenberga) już w 1457 r. zastosował w druku kolorowe farby – niebieską i czerwoną. Jego „Psałterz moguncki” z 1457 roku jest najwcześniejszym znanym przykładem druku trójkolorowego. Na pewno nie ma tych samych kolorów co dziś, ale i tak posiada trzy warstwy! Trzeba jednak przyznać, że 2 mikronowe warstwy, i 20 warstwowe, bardzo skomplikowane graficznie obrazy da Vinci to nieskończenie odległa perspektywa technologiczna dla ówczesnej prasy drukarskiej. Odłóżmy więc na półkę z bajkami teorie o 20 warstwowej i wielokolorowej typografii Leonarda.

Wobec powyższego, na tle oficjalnej wersji, możemy założyć wszystko – gorzej już nie będzie. Jak więc te mistrzowskie obrazy powstały? „Pofantazjujmy”.

6. Co do tej pory ustaliliśmy?

a). Brak pociągnięć pędzla w obrazach Leonarda, a także w innych dziełach z tamtych czasów. Powiedziano nam, że malarze starannie rozmazali warstwę farby. A potem, w XVIII wieku, po prostu utracili wiedzę, jak to robić. I dzisiaj my też tego nie wiemy (nie umiemy tak malować – przyp. Kmieć).

b). Efekt sfumato, czyli rozmycie obiektów, które są nieostre. Mówi się nam, że robiono to szerokimi pociągnięciami i warstwowo, ale w XVIII wieku zapomnieliśmy, jak to się robi. Do dziś nie wiemy, jak to zrobić.

c). Ciemna tonacja w ówczesnych obrazach. Powiedziano nam, że jest to tylko konsekwencja efektu sfumato. A do oglądania takich obrazów potrzebne jest jaśniejsze oświetlenie (podziwiać takie obrazy można jedynie przy przy oświetleniu w pełnym słońcu albo przy użyciu silnych źródeł światła – elektrycznego? – przyp. Kmieć). Co jednak przeszkadzało malarzom w wyborze jaśniejszych odcieni farb, jeśli malowali pędzlami? W XVIII wieku malarze zaczęli już prawidłowo (albo stosownie do posiadanych wówczas źródeł oświetlenia – przyp. Kmieć) dobierać odcienie.

d). Skrajny realizm wykraczający poza zasięg ludzkiego wzroku i wyobraźni w tradycyjnych technikach malarskich. Wmawia się nam, że jest to geniusz (czytaj: modyfikacja genetyczna) ówczesnych artystów. Wiemy jednak, że owo artystyczne rzemiosło (technologia) było nauczane wśród zwykłych ludzi (inaczej mówiąc: „nie święci garnki lepią” – przyp. Kmieć). A w XVIII wieku, znów wszystko przepadło. A przecież nadal istniały szkoły artystyczne. Czy jakoś zabrakło utalentowanych ludzi?

7. Wnioski.

Czy mi się to podoba czy nie, muszę przyznać, że brak pociągnięć i odcisków pędzla oraz warstwowość dzieł czasów Leonarda sugeruje, że emulsja była wówczas nakładana na płótno naprzemiennie.

Fakt zastosowania optyki (udowodniony przez Davida Hockneya) sugeruje, że możliwe było wywołanie obrazu bezpośrednio w warstwach emulsji poprzez naświetlanie fotograficzne. Potwierdza to niesamowite źródło pochodzenia barw w warstwach kolorystycznych. Z jednej strony: jedna warstwa, jeden kolor. Z drugiej strony: niemożność określenia wielkości cząstek pigmentu metodami konwencjonalnymi.

Potwierdza to również ciemna tonacja ówczesnych obrazów. Albo wyblakły(?) (jako właściwość fotochemii warstw), albo jest to nieuchronność odcieni kolorów dostępnych w tym czasie, ponownie z powodu fotochemii. Bo tam były zwykłe jaskrawe kolory. (niezrozumiały dla mnie akapit – przyp. Kmieć)

Utrata „tajemnic artyzmu”, a także zanik wszystkich opisanych wyżej cech malarstwa do XVIII wieku świadczy o utracie techniki i technologii, które umożliwiały wytwarzanie odpowiednich związków fotochemicznych, nanoszenie ich na płótno i optyczną projekcję obrazu.

Można też przypuszczać, że technologia ekspozycji zdjęć nie została utracona od razu. Prawdopodobnie jej elementy zostały wykorzystane później częściowo, wraz z typowymi technikami malarskimi. Optyka na przykład. Nadal jest w użyciu. A pierwsze elementy fotochemii zaczęły być ponownie wykorzystywane na początku XIX wieku.

Dziś najważniejsza wskazówka dotycząca tajemnic Leonarda da Vinci musi należeć do chemików. Przecież to właśnie skład (chemiczny – przyp. Kmieć) i zasada manifestowania się kolorów w najcieńszych warstwach emulsji może wszystko ostatecznie wyjaśnić.

Ale tutaj moje wysiłki są daremne. Przepraszam, nie jestem zbyt dobry z chemii. Znalazłem jednak czas na zapoznanie się z niektórymi tekstami Leonarda dotyczącymi mieszania kolorów, alchemii itp. Okazuje się, że jego poglądy nie tylko wyprzedziły współczesną naukę, ale były jakby na nieco innej płaszczyźnie. Obserwowane zjawiska wiązał bardziej z pewnymi ogólnymi prawami filozoficznymi. Z drugiej strony, był bardzo praktyczny. Dlatego trudno sobie wyobrazić, że miesiącami ucierał proszki w moździerzu, mając pełną świadomość, że nikt tego nie tylko nie doceni, ale nawet nie będzie w stanie zauważyć.

Tak czy inaczej, ale jego zapisy w ogóle trudno porównywać z tymi wnioskami, które zostały poczynione powyżej.

Jednakowoż mamy jedno wielkie „ALE”. Tyle razy wciskano nam fałszywki, że nie możemy nawet ręczyć za autentyczność tych (Leonarda) tekstów. Nie możemy mieć też 100% pewności, że to Leonardo da Vinci namalował te obrazy.

Jedyne, w co wierzę, to wzbierająca fala faktów, która uparcie prowadzi nas do wniosków o zaawansowanej technologicznie przeszłości naszej ziemskiej cywilizacji. Ktoś przecież stworzył te obrazy i to w sposób, w jaki nie mogły się one pojawić w średniowiecznej technologii. A było to nie tak dawno temu, bo w XV wieku.

I nie znamy żadnych rosyjskich obrazów z tego okresu. To tak, jakby nie istniały. Może nie mamy wiedzieć, co na nich przedstawiono? Warto się nad tym poważnie zastanowić.

Aleksiej Artemiew, Iżewsk (ros. Алексей Артемьев, Ижевск)

*                        *                         *

„Tak więc, podsumowując, cały sposób myślenia o sztuce zostaje tutaj zakwestionowany – koncepcja samowystarczalnych geniuszy, których umiejętności nie jesteśmy już w stanie pojąć, odciętych od otaczającego ich karczemnego społeczeństwa nauki i produkcji, interpretowanych dla nas dzisiaj przez kapłaństwo historyków sztuki…

Jeśli Hockney ma rację, to wiele z tego zostaje nagle i bezlitośnie wywrócone do góry nogami. Jest to, zdecydowanie, największa rzecz, jaką zrobił bez pędzla.”

— The Guardian.
Źródło w jęz. ang. https://www.theguardian.com/theobserver/2000/feb/06/focus.news „Portrait of the artist as a cheat.”

*                        *                         *

Po słowie:
Tłumaczenie mechaniczne: DeepL
Korekta, edycja, „wygładzenie” tekstu z tłumaczenia mechanicznego na „ludzki”: Kmieć

Oryginalny artykuł w języku rosyjskim: tutaj.
Film omawiający/streszczający ten artykuł w języku polskim na kanale „Dziad Wszewied„.
Film omawiający/streszczający ten artykuł w języku rosyjskim tutaj.

https://kmiec.neon24.pl/

czwartek, 1 lipca 2021

Terroryzm wewnętrzny w Ameryce – widziane z USA

Według Department of Justice terrorystą wewnętrznym może być każdy Amerykanin, nie mając o tym zielonego pojęcia. W.W. Putin miał całkowitą rację twierdząc, że Ameryka zmierza w stronę komunizmu.

Do tej pory myślałam, że tylko mareczek w. jest wybitnym specjalistą od tematów amerykańskich, a tu idzie mu w sukurs niejaki drugi mędrek salonowy, bloger echo24, emerytowany nauczyciel akademicki. Przyznaję, że fragment notki, poświęcony tematyce amerykańskiej przypomina mi lata komuny, jakbym czerpała wiadomości o Ameryce z „Trybuny Ludu, lub słuchała w drugiej połowie lat 70-tych programu „Tu jedynka”.

Nie bardzo wiem skąd bloger echo24 czerpie wiadomości o Ameryce, ale właśnie tym wpisem udowadnia, że jest zakutym łbem. Oto próbka talentu emerytowanego nauczyciela akademickiego.

„Czy nasze dzieci będą robiły gazetki ścienne o Jarosławie Kaczynskim?”

„…Z tego płynie niezaprzeczalny moim zdaniem wniosek, że ci „miłośnicy” partii Jarosława Kaczyńskiego są taką samą tłuszczą (termin użyty przez Joe Bidena), jak ta, która zaatakowała Kapitol Stanów Zjednoczonych 6 stycznia 2021 roku w Waszyngtonie. Wówczas tysiące zwolenników ustępującego prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa w proteście przeciwko wynikom wyborów prezydenckich z listopada 2020 roku wtargnęło do Kapitolu Stanów Zjednoczonych, gdy obie izby Kongresu prowadziły obrady mające potwierdzić zwycięstwo Joego Bidena w wyborach z listopada 2020 roku.

Po dostaniu się do budynku uczestnicy szturmu dopuszczali się licznych aktów wandalizmu i rabunku, zanim po kilku godzinach zostali usunięci przez siły policyjne. Z powodu ataku tej hołoty konieczne było przerwanie obrad izb Kongresu i ewakuacja kongresmenów. W wyniku wydarzeń na Kapitolu śmierć poniosło 5 osób, a co najmniej 138 policjantów zostało rannych.

Atak spotkał się ze zdecydowanymi reakcjami sprzeciwu zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na świecie, doprowadził do wszczęcia procedury impeachmentu wobec Donalda Trumpa, a przez Federalne Biuro Śledcze został uznany za akt krajowego terroryzmu…”

Otóż Panie emerytowany nauczycielu akademicki. Masz Pan internet, nie wiem jakie strony Pan przegląda, ale pańska ocena wydarzenia z tzw. zamachu 1/6, jest bardzo jednostronna i fałszywa. Nie dziwiłabym się, gdyby Pan pisał swój tekst dzień po tym wydarzeniu. Wtedy byliśmy zdani tylko na relacje od przedstawicieli Kongresu, oraz na MSM.

Zaś od jakiegoś miesiąca już jest wiadomo że tak zwany atak na Kongres zwolenników Trumpa był klasyczną prowokacją FBI. Od dwóch miesięcy wiadomo, że główni prowodyrzy tzw. Proud Boys, są organizacją całkowicie kontrolowaną przez FBI. Wiadomo jest tylko o jednej śmiertelnej ofierze, i była nią uczestniczka wiecu poparcia dla Trumpa, która została zastrzelona przez czarnoskórego policjanta. Rodzina zastrzelonej białej weteranki wojskowej, domaga się ujawnienia danych osobowych policjanta, który ją zastrzelił, by wytoczyć mu proces o morderstwo I stopnia z premedytacją.

Niewielka część uczestników wiecu dała się zaprosić do środka przez właśnie policjantów, którzy nie mieli nic przeciwko temu, by wpuścić owych uczestników tzw. ataku na Kapitol. Więc weszli z czystej ciekawości. Policja Kongresu wiedziała więc, że wpuszcza ludzi FBI. Zaś najbardziej hałaśliwi byli prowodyrzy z FBI „Dumni Chłopcy”, oraz zwolennicy niejakiego Q-anona. Nie wiem i nie mam pojęcia, gdzieś Pan wyczytał o co najmniej 138 rannych policjantach, chyba w New York Times albo w Washigton Post, którego teraz właścicielem jest Jeff Bezos.

Przecież nawet Proud Boys nie mieli przy sobie żadnej broni palnej, więc skąd się Panu w swoim zamulonym łbie wzięło aż 138 rannych policjantów. Nie wiem co Pan pije i co Pan bierze, pisząc powyższe słowa.

Dzisiejsza sytuacja wewnętrzna Stanów Zjednoczonych przypomina czasy PRL. Właśnie uchwalono przepisy wydane przez Departament Sprawiedliwości określające kto i dlaczego będzie określany jako wewnętrzny terrorysta. Według wytycznych terrorystą wewnętrznym będzie ten lub ta i być może jeszcze inne płcie, które sprzeciwiają się nadmiernym uprawnieniom rządu Bidena, oraz sprzeciwiają się kapitalizmowi korporacyjnemu i globalizacji.

Ogólnorządowa strategia walki z terroryzmem wewnętrznym mówi o powstrzymywaniu przemocy na tle rasowym, ale nigdzie się nie określa jak walczyć z ekstremizmem rasowym, więc łatwo będzie pod walkę z rasizmem podciągnąć krytykę rządu i niepochlebne opinie o nim, wyrażane w internecie i wszelkich mediach społecznościowych.

W tej walce nastąpi połączenie organizacji wywiadowczych, policji, firm technologicznych, organizacji społecznościowych, takich jak np. ADL, oraz niektórych obcych rządów, by przede wszystkim skupić się na walce z rasistowskimi ekstremistami , oraz białymi supremacjonistami w mediach społecznościowych. Ponieważ nie ma wyraźnego określenia, kto jest rasistowskim ekstremistą czy też białym supremacjonistą, więc każdy krytyk rządu może być podciągnięty pod obie definicje.

Nie będzie żadnej tolerancji rządu federalnego dla przemocy, która to ma zmierzać do zmiany rządu i polityki społecznej. Z PRL pamiętam takie mętne sformułowanie, jak próba obalenia ustroju przemocą. Inaczej mówiąc, jeśli obywatele zechcą wyrazić swoje niezadowolenie w jakiekolwiek formie, będą podciągnięci pod ekstremizm rasowy, bądź biały supremacjonizm, czyli najogólniej mówiąc, terroryzm wewnętrzny.

Jak więc widać, każda osoba rasy kaukaskiej, może być bardzo łatwo oskarżona o biały supremacjonizm i ekstremizm rasowy, który to podpada pod walkę z terroryzmem wewnętrznym. Jeszcze do tego dochodzi tzw. mowa nienawiści w internetowych mediach społecznościowych, więc jakakolwiek krytyka rządu, będzie zwalczana przez FBI, organizacje pozarządowe takie jak np. ADL, służby wywiadowcze, oraz niektóre obce rządy, zgodnie z nowymi wytycznymi Departamentu Sprawiedliwości.

Jeśli do tego dodamy teorię rasy krytycznej, to żaden biały osobnik się nie wywinie od bycia terrorystą wewnętrznym. Wystarczy że biały komuś przeszkadza zająć atrakcyjne finansowo stanowisko w pracy, już jest potencjalnym wewnętrznym terrorystą. A jak jeszcze nie daj Boże da swój upust złości z powodu zwolnienia go dlatego że jest biały, to mu dodadzą rasowego supremacjonistę i rasistowski ekstremizm. Czegoż chcieć więcej.

Kiedy się to szaleństwo zaczęło? Początków należy upatrywać w czasach Ronalda Reagana, kiedy to sprzeciw wobec amerykańskiej interwencji w Ameryce Łacińskiej został podciągnięty pod spisek komunistyczny, któremu koniecznie państwo amerykańskie musi dać zdecydowany odpór. Więc już wtedy FBI zaczęło infiltrować te grupy sprzeciwu i wyczuło znakomity interes do poszerzenia swojej władzy wewnątrz kraju. W taki sposób ekipa Reagana, walcząc z wpływami komunistycznymi, otworzyła puszkę pandory, dla wszelkiej maści zamordystów i totalniaków w stylu komunistycznym.

Ale prawdziwe żniwa dla terroru wewnętrznego państwa rozpoczęły się w wyniku 9/11, za prezydentury G.W. Busha. Na podstawie Patriot Act, państwo amerykańskie mogło aresztować kogokolwiek bez podania przyczyny, tylko zarzucając mu czyny wymienione w tym akcie terrorystycznym państwa wobec każdego obywatela. Można było zostać skazanym bez procesu sądowego, byleby FBI przedstawiło prokuraturze jakiekolwiek dowody wskazujące, że oskarżony organizował wraz z innymi atak terrorystyczny.

FBI chcąc uzasadnić swój bardzo rozdęty budżet, musiało z braku terrorystów tworzyć własne grupy terrorystyczne złożone głównie z nastolatków, dlatego że takimi małolatami jest najbezpieczniej manipulować, by ich następnie z wielkim triumfem w świetle kamer aresztować.

Każda kolejna administracja od czasów Ronalda Reagana, rozszerzała prawa antyterrorystyczne, widząc głównie własnych obywateli jako tzw, terrorystów wewnętrznych. Obecna administracja zdejmuje rękawiczki, mówiąc obywatelom wprost: spróbujcie tylko nas krytykować, potraktujemy was jak terrorystów.

Według propozycji departamentu sprawiedliwości pod terroryzm wewnętrzny ma być podciągnięta krytyka szczepionek przeciw Covid-19, no bo jest to walka egzystencjalna państwa amerykańskiego. A według administracji Bidena, kto bowiem się nie zaszczepi, ten jest terrorystą wewnętrznym, bo może zarazić tysiące niewinnych współobywateli.

Pod terroryzm wewnętrzny mają być podciągnięte nabierające coraz większej popularności wszystkie teorie spiskowe, z których obecna administracja będzie w najmniejszym stopniu niezadowolona. Przy czym specjalnie powołana do tego celu prokuratura wraz ze służbami będzie określać, która opinia wyrażona w mediach społecznościowych, będzie teorią spiskową, szkodzącą w walce obecnej administracji z jej urojonymi problemami.

Pod terroryzm wewnętrzny będzie również podciągnięta krytyka polityki zagranicznej administracji amerykańskiej. Ciekawa jestem jak będą w świetle tych przepisów karani kongresmeni z partii republikańskiej, wyrażający sprzeciw wobec polityki obecnej administracji.

Pozostaje przyznać Władimirowi Putinowi rację, że obecna ekipa zmierza szybkimi krokami w stronę komunizmu. Budżet na walkę z terroryzmem wewnętrznym wynosi na razie skromnie, bo około 100 milionów USD. Ale dzielni chłopcy i dziewczęta z FBI i innych organizacji we ścisłej współpracy, zwłaszcza z ADL, znajdą tyle nienawistników i terrorystów wewnętrznych, że tak skromny budżet nie wystarczy i trzeba będzie go zdecydowanie podnieść.

A więc w tym celu FBI i inne służby będą tworzyły własne organizacje terrorystyczne, wzorem XIX-wiecznej carskiej ochrany, kiedy to wykrywano organizacje złożonych z samych agentów ochrany.

Warto wspomnieć w tym miejscu o nie tak dawnym przypadku Jerry’ego Drake’a Varnella z Oklahoma City z 2017 roku. 23-letni J.D. Varnell, który został wcześniej przez lekarzy zdiagnozowany jako schizofrenik, został oskarżony o próbę wysadzenia banku w Oklachoma City. Według dokumentów okazało się, że był przygotowywany przez FBI do dokonania tego zamachu, który następnie FBI udaremniło. Wmówiono mu, że należy do organizacji, która walczy z korupcją i niesprawiedliwością.

Oto co mówią rodzice J.D. Varnella, którzy przyłapali FBI na spisku, mającego zmusić ich psychicznie chorego syna do dokonania zamachu terrorystycznego:

„To, na co opinia publiczna powinna patrzeć, to fakt, że FBI dało naszemu synowi środki, aby tak się stało. Nie ma pracy, pieniędzy, pojazdu, ani prawa jazdy, ponieważ jest schizofrenikiem i my, jego rodzice robimy wszystko, co w naszej mocy, by był bezpieczny i funkcjonalny. Cierpiał przez niezliczone, poważne epizody urojeń schizofrenicznych i był umieszczany w wielu szpitalach psychiatrycznych od 16 roku życia. FBI przyjechało i odebrało go z naszego domu, dali mu pojazd, podarowali mu fałszywą bombę i wszelkie środki, by to się stało, do których nie miał dostępu”.
„FBI powinno było wstrzyma spisek na naszego syna i umieścić go w szpitalu psychiatrycznym. Nie powinni byli pomagać i podżegać paranoidalnego schizofrenika do popełnienia tego czynu. Jest wiele innych faktów, których nie podam do wiadomości publicznej, które będą wspierać mojego syna przeciw niepokojącym działaniom FBI.
Zdaję sobie sprawę, że wielu powie, że mój syn mógł znaleźć inną osobę do popełnienia tego czynu. Jednak każda osoba, która ma dostęp do materiałów i osoby o stanie umysłu niezbędnego do wysadzenia budynku, nie potrzebowałaby schizofrenika, który nie ma środków, aby taki zamach przeprowadzić”.

Otóż każdy normalny, przeciętny obywatel, będący zdrowy na umyśle, w pierwszej kolejności na taką propozycję poszedłby na policję i doniósł szeryfowi o niebezpiecznych propozycjach jakie dostał od przypadkowego nieznajomego, który to jak się okazuje ma środki i logistykę do przeprowadzenia takiego aktu terroru. Następnie zapytałby go, czemu tego sam nie przeprowadzi, tylko namawia lub chce wrobić inne osoby, za który wiadomo że grozi długoletnie więzienie. Nikt by nie poszedł na taki numer. Takie numery można odstawiać tylko z naiwnymi nastolatkami, oraz z osobami chorymi psychicznie.

Myślę że w ramach walki z terroryzmem wewnętrznym będziemy mieli do czynienia z dużą ilością prób tego typu zamachów, ale dzięki przytomności i ofiarności agentów FBI oraz innych służb, próby zamachów na szczęście będą udaremnione.

Ślepa Mańka
https://slepamanka.neon24.pl/

Tajne procesy wszystko ukryją

Sędziwy Józio Biden miał swój tydzień w Genewie! Szczytował aż trzy razy: raz na szczycie G7, raz na szczycie NATO, wreszcie na cokolwiek dziwnym szczycie Unia Europejska-Rosja.

Co do szczytowania na G7 – najważniejszą konkluzją było jego poparcie dla „walki z ociepleniem” i „brudną energetyką”, co dla krajów biedniejszych oznacza kosztowny przymus korzystania z najdroższych technologii. To wyraźne ustępstwo Józia wobec Berlina, żywo zainteresowanego w takim dołowaniu biedniejszych członków UE.

Co do szczytowania w NATO – Józio już wcześniej ustąpił Berlinowi i Moskwie w sprawie Nord Stream. Co za to uzyska? Przychylność Berlina i Moskwy wobec nasilającej się konfrontacji amerykańsko-chińskiej? Byłaby to wielka naiwność ze strony Józia i jego ekipy; chodzi więc raczej o zwłokę, o grę na czas. Ale ten czas – potrzebny do czego? Eksperci wojskowi powiadają, że Rosjanie osiągnęli nad Amerykanami dużą przewagę w supersonicznych rakietach z ładunkami jądrowymi, które latają na niskim pułapie, mają zmienną trajektorię lotu i sprawiają wiele trudności radarom…

Z tym NATO coraz więcej kłopotów… W latach 60-ych i 70-ych ub. wieku obok NATO (obejmującego kraje Północnego Atlantyku) były jeszcze dwa inne pakty wojskowe z udziałem Amerykanów i Anglików: CENTO i SEATO. CENTO (Central Treaty Organisation) – łączył z Ameryką i Wielką Brytanią w militarnym wysiłku obronnym wobec komunizmu Moskwy i Pekinu kraje Środkowego Wschodu: Turcję, Irak, Pakistan, Iran, a SEATO (Southeast Asia Treaty Organisation) kraje południowo-wschodniej Azji (Nowa Zelandia, Australia, Tajlandia, Pakistan). Te dwa pakty rozwiązano jednak pod koniec lat 70-ych.

Teraz wobec Moskwy i Pekinu mają Amerykanie tylko NATO… Nie dziwi zatem, że w głowach niektórych polit-strategosów kiełkuje myśl, by zostawić to NATO samemu sobie, a ułożyć się z Rosją ponad NATO. Oczywiście – bez nadmiernej ostentacji, bez likwidowania NATO, przynajmniej na razie, raczej rozpuszczając je w jakichś nowych strukturach, na przykład unijnych? A może, w przyszłości, unijno-rosyjskich – jeśli strategiczne partnerstwo Berlina z Moskwą będzie się dalej umacniało?…

No, ale nie wybiegajmy za daleko w przyszłość, chociaż… W naszych czasach historia przyśpiesza: imperium zachodniorzymskie upadało coś około 300 lat w konfrontacji z barbarzyńcami, a tu już dzisiaj słychać głosy uczonych historiozofów (wprawdzie dość rzadkie, ale jednak!), że rozpoczął się schyłek imperium amerykańskiego w konfrontacji z Moskwą, Pekinem i – last byt not least – Berlinem. Szkoda, że ludzie umierają szybciej, niż imperia – bo byśmy się przekonali…

Tak czy owak po szczytowaniu genewskim nabiera w Polsce aktualności pytanie: czy rząd Józia Bidena – za cenę wątpliwej neutralności Moskwy – w swej globalnej geo-przepychance z Pekinem sprzeda Polskę, z „trójmorzem” na kupę, strategicznym parterom, Moskwie i Berlinowi? Wygląda przynajmniej na to, że taka oferta została – owszem, w sposób głęboko zakamuflowany – złożona, a tajny proces politycznego resetu – uruchomiony. Rzecz jasna – odpowiedź ruskich szachistów nie padnie szybko.

W sprawie Ukrainy Józio Biden wypowiadał się nader powściągliwie: owszem, demokratyczna Ukraina to jest to, jak najbardziej, ale najpierw powinna sama poradzić sobie ze swą korupcyjno-oligarchiczną podszewką życia politycznego. O, będzie trudno i sam Józio wie chyba o tym najlepiej!… Wszak problem korupcji nęka dziś nie tylko „młode demokracje”, ale i te najstarsze także, zwłaszcza gdy ulegają socjalistycznym lub socjaldemokratycznym ciągotom ku centralizacji gospodarki i etatyzacji. Wiadomo: przedsiębiorca nie korumpuje przedsiębiorcy, korumpuje polityka albo urzędnika. Im szerszy styk gospodarki z państwem – tym większe możliwości korupcji, przez co walka z nią jest „gonieniem króliczka”, wpisanym w zbiurokratyzowane systemy demokratyczne.

Jak globalizacja – to globalizacja: skoczmy z Genewy do Łodzi, ze szczytów w doliny…

Właśnie w Łodzi – przy medialnym milczeniu – trwa w Sądzie Rejonowym Łódż-Widzew proces b. posła PO Stefana Niesiołowskiego, oskarżonego o korupcję.

Ciekawa sprawa: niby rozprawy sądowe są jawne; licha to, ale ostatnia chyba forma obywatelskiej kontroli nad sądownictwem. Ale „niezawisłe” sądy i tę formę kontroli często olewają, korzystając ze swego statusu gwarantującego bezkarność nawet największemu łapsowi w todze sędziowskiej. Quis custodiet ipsos custodos? – Kto upilnuje samych strażników? – pytali już starożytni…

Prokuratura zarzuca Niesiołowskiemu, że w ramach tej korupcji brał wynagrodzenie od korumpujących go 2 biznesmanów w postaci sponsorowanych przez nich usług prostytutek. Trudno uwierzyć, by nawet najgłupszy poseł był tak głupi, żeby dać się tak korumpować…

Toteż skłonny jestem nie wykluczać, że miała miejsce raczej jakaś finezyjna prowokacja służb wobec kipiącego jadem nienawiści wobec PiS Niesiołowskiego; nie wykluczam nawet, że współoskarżeni korumpujący go biznesmani są członkami tych służb, a i pośród prostytutek powołanych na świadków o konfidentkę służb nie trudno…

No ale to wszystko są domysły, spekulacje, przypuszczenia – a oskarżenie jest poważne: 13 milionów złotych „przysporzone” tym biznesmanom przez urzędującego posła wykorzystującego swą pozycję…

Osobną zagadkę tego procesu stanowi fakt, że korumpujący niby Niesiołowskiego „biznesmani” robili w branży gastronomicznej, a on, niby w ramach seks-korupcji, miał im załatwiać dostawy… „ miału węglowego i fosforytów” dla Grupy Azoty Zakłady Chemiczne Police S.A.! Skąd faceci z branży gastronomicznej brali ten „miał węglowy” i „fosforyty”? Dlaczego nie dostarczali do Polic kotletów schabowych albo karpia po żydowsku?…Bardzo ciekawy proces, obfitujący w zagadkowe wątki uboczne….

Wydawałoby się, że właśnie dla transparentności naszego skorumpowanego życia publicznego tego rodzaju procesy powinny toczyć się przy całkowicie otwartej kurtynie: im więcej smrodu pokażą, ujawnią – tym lepiej dla walki z korupcją… Tymczasem obrońcy Niesiołowskiego złożyli wniosek o utajnienie rozprawy – a sąd ten wniosek uwzględnił. Czyli opinia publiczna niczego się nie dowie, poza wyrokiem!

No ale… czy same sądy są w Polsce poza podejrzeniem o korupcję?…Śmiechu warte! Trudno zrozumieć, dlaczego procesy o korupcję są utajniane, podczas gdy – przeciwnie – powinny być szeroko udostępniane opinii publicznej. Przypomnijmy, że przed laty utajniony został w Łodzi także proces niejakiego Cyby, zabójcy działacza PiS, Marka Rosiaka; zanim proces utajniono zdążyliśmy się dowiedzieć, że broni dostarczył mordercy … b. funkcjonariusz SB. Czy przejęty przez nowe służby? Tajność procesu uniemożliwiła odpowiedź.

Utajnianie rozpraw – jako forma cenzury?

Marian Miszalski
http://marianmiszalski.pl

Przebudzenie

Marsze Polaków za pokojem – 19 października w  Rzeszowie  , 26 października w  Szczecinie  budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...