wtorek, 1 lutego 2022

Obojętność i znieczulica. Słynny fotograf zmarł na przeziębienie na ulicy w centrum Paryża – nikt mu nie pomógł.

 


René Robert, szwajcarski fotograf najbardziej znany z fotografowania najsłynniejszych hiszpańskich gwiazd flamenco, zmarł na hipotermię w Paryżu, a jego tragiczna śmierć wstrząsnęła francuską opinią publiczną.

Według Guardiana, w zeszłym tygodniu artysta wyszedł na zwykły wieczorny spacer po okolicy, w której mieszkał, ale poślizgnął się i nieszczęśliwie upadł. Według jego przyjaciela, dziennikarza Michela Momponte, Robert został ranny na Rue Turbigot między Place de la République a Les Halles.

Nieszczęsny 85-latek leżał na mrozie przez dziewięć godzin, a fakt, że ludzie go ignorowali i przechodzili obojętnie, ostatecznie doprowadził do jego śmierci. Wywołało to oburzenie i szok we Francji i poza nią.

[Bali się „covida”? – admin]

„Poczuł zawroty głowy i upadł. Nie mogąc wstać, leżał bezradny przez dziewięć godzin. Jakiś bezdomny mężczyzna wezwał karetkę, ale było już za późno. René cierpiał już na ciężką hipotermię. Przez dziewięć godzin ani jeden przechodzień nie zatrzymał się, by sprawdzić, dlaczego mężczyzna leżał na chodniku” – napisał Momponte na Twitterze.

„Robert został zabity przez obojętność. Gdyby jego straszna śmierć mogła służyć jako cel, to byłoby to – gdy człowiek leży na ulicy, trzeba zawsze sprawdzić, co się z nim dzieje, bez względu na to, jak szybko się tylko da. Wiele osób, w tym ja, odwraca wzrok, gdy chodzi o ludzi na ulicy. Zmieńmy to, zatrzymajmy się na chwilę” – powiedział dziennikarz France TV Info.

Śmierć René w części Paryża, gdzie egzystuje wielu bezdomnych, wywołała debatę na temat odpowiedzialności obywatelskiej i podstaw ludzkiej przyzwoitości. Szacuje się, że co roku na ulicach Francji ginie co najmniej 600 osób.

https://zmianynaziemi.pl

Zaszczepiona 20-latka: zawał serca, sinica, kwasica. Obcięli obie nogi.

 



Młoda dziewczyna trafiła do szpitala z silnymi bólami nóg. 20-letnia Claire Bridges, piękna modelka została przyjęta 16 stycznia br. do szpitala Tampa General Hospital na Florydzie, gdzie zdiagnozowano u niej zapalenie mięśnia sercowego, rabdomiolizę, zapalenie płuc, sinicę, kwasicę…

W kilka godzin później doznała zawału, z zatrzymaniem akcji serca. Akcja ratowania trwała półtorej godziny, z dwiema próbami przywrócenia krążenia.

Następnego dnia jej kolejne organy obumierały, nerki przestały działać, zastosowano dializę, a w nogach powiększył się ból i ciśnienie uniemożliwiające krążenie. To doprowadziło do nieodwracalnych zmian, co zmusiło lekarzy do podjęcia decyzji o amputacji obu nóg. Operację wykonano wczoraj, 28 stycznia br.

Na stronach GoFundMe utworzono zbiórkę pieniędzy. W opisie na wstępie stwierdzono jasno i dumnie: „Tak, była zaszczepiona!”

Przyczyna – oczywiście Covid!  [chociaż była „zaszczepiona”… – admin]

Krótka informacja o jej przypadku zamieszczona w lokalnej telewizji oczywiście nie wspomina o zaszczepieniu, gdyż według obowiązującej mantry nie ma to nigdy nic wspólnego z jakimkolwiek pogorszeniem stanu zdrowia, a szczepionki są z definicji „bezpieczne i skuteczne”.

Filmik zaczyna się natomiast od propagandowego podkreślenia, że „Wirus jest cały czas z nami … Lekarze zdiagnozowali zapalenie mięśnia sercowego … krótko po tym jak została ona zdiagnozowana pozytywnie na Covid”.

Co ciekawe, reportaż nie wspomina nawet o wcześniejszych problemach zdrowotnych. Opis na stronie kanału TampaBay również wskazuje na „Covid-19” jako przyczynę jej nagłego upadku na zdrowiu, ale dodaje enigmatyczną historię chorobową. Oto jak opisują przypadek, zwróćmy uwagę na szczegóły, bo tam lubi przebywać dziennikarski diablik:

„Claire Bridges była jak każda inna 20-latka, ale z lekką osobliwością: urodziła się z ciężkim przypadkiem choroby serca. Ojciec Claire wyjaśnił, że czuła się dobrze i wykonywała regularne badania. Dwa tygodnie temu Clair [1] została szybko przewieziona na oddział intensywnej terapii. Clair [2] została przetestowana pozytywnie na Covid-19. Jej ojciec wyjaśniał, że zdrowie Clair szybko się pogorszyło i inne organy zaczęły odmawiać. … Ale kiedy to się zaczęło? Clair została przyjęta do szpitala 16 stycznia z [1] silnymi bólami nóg i [2] z Covid-19. W szpitalu Clair została zdiagnozowana z kowidowym zapaleniem mięśnia sercowego, rabdomiolizą, zapaleniem płuc, sinicą, kwasicą…”

Uważny czytelnik zauważy natychmiast manipulację: czy rzekomy Covid był przyczyną jej przyjęcia do szpitala, czy jednak silny ból nóg? Z opisu wynika dosyć jasno następstwo wydarzeń: najpierw był silny ból nóg – zaznaczyliśmy to numerem [1], a później wykonano „test na Covid” – [2]. Jest to zresztą logiczne, gdyż w momencie przyjmowania do szpitala rutynowo wykonuje się „kowidowe testy”.

Zresztą, to ostatnie, najbardziej zmanipulowane zdanie wyjaśnia wszystko („została zdiagnozowana z kowidowym zapaleniem mięśnia sercowego”). Nie ma czegoś takiego jak „kowidowe zapalenie mięśnia sercowego”, nie odejmuje się nóg osobom z pozytywnym „testem”, natomiast np. zapalenie mięśnia sercowego jest typowym, powszechnie wystepującym tzw. skutkiem ubocznym „szczepionek przeciwko Covid-19”. Kiedy młoda Clair zaszczepiła się, kiedy przyjęła może kolejną cudowną dawkę „szczepionki” – nie dowiemy się, bo wyjaśniłoby to zbyt jasno związki przyczynowo-skutkowe.

Jak widać, absurdalna propaganda nie ustępuje i według niej mityczny kowid „wykrywany przez testy” jest przyczyną zawałów serca, całej serii obumierania narządów i w konsekwencji amputacji nóg u młodej dziewczyny.

Ile jeszcze istnień ludzkich musi zostać poświęconych bożkowi kowidowemu zanim nastapi przebudzenie ze świata iluzji pisanego ręką geszefciarzy? Kiedy zostaną odrzucone „testy na Covid” i inne zabobonne praktyki? Kiedy znikną eksperymentalne, genetyczne ludobójcze preparaty zwane „szczepionkami przeciwko Covid-19”, powodujące spustoszenie wśród młodych i starych, zdrowych i schorowanych?

[A covidiota na to: „Ale gdyby nie wzięła szczepionki, to by jeszcze ciężej zachorowała…” – admin]

Na podstawie: TheCovidWorld
https://www.bibula.com

W odpowiedzi na liczne pytania „zatroskanych”: nie, nie szczepiłem się, ani razu – i nie przestrzegam żadnych restrykcji. O dwu i pół roku nie byłem nawet przeziębiony.
Admin

Grecja chroni swoje bezdroża

 



Grecja zapewniła ochronę prawną sześciu pozbawionym dróg górskim obszarom Natura 2000, wprowadzając pierwszą w Europie krajową politykę dotyczącą bezdroży – poinformował europejski oddział Society for Conservation Biology.

Ciągły rozwój dróg poważnie zagraża różnorodności biologicznej i ekosystemom na całym świecie, powodując podział terenów na coraz mniejsze fragmenty. Wprowadzając jako pierwszy kraj w Europie narodową politykę ochrony bezdroży, Grecja objęła ochroną prawną sześć górskich obszarów Natura 2000, co ma zapobiec ich dalszej fragmentacji.

Premier Grecji Kyriakos Mitsotakis ogłosił program ochrony „Nietknięte Góry” na konferencji klimatycznej (COP26) i przedstawił go 21 stycznia 2022 r. Sześć decyzji ministerialnych podpisał wiceminister środowiska i energii Giorgos Amyras.

Ustawodawstwo wyklucza wszelkie sztuczne zmiany w środowisku naturalnym, które zmieniają charakter sześciu obszarów dziewiczych gór. Oznacza to, że bez zmian pozostanie 974 km2 terenów górskich (0,74 proc. powierzchni Grecji). Nowe drogi i inna infrastruktura są tam zakazane. Ma to być początek szerszej krajowej polityki.

Society for Conservation Biology-European Section (SCB-ES), reprezentująca 28 krajów europejskich międzynarodowa organizacja profesjonalistów zajmujących się ochroną przyrody uważa grecką inicjatywę za pionierską w Europie i kluczowy krok w łagodzeniu kryzysu klimatycznego i bioróżnorodności. „Mamy nadzieję, że ta ważna inicjatywa będzie kontynuowana w Grecji i zachęci inne kraje europejskie do utrzymania ostanich obszarów bezdrożnych w Europie”, mówi John Piccolo, przewodniczący SCB-ES.

Europa jest kontynentem o największej fragmentacji związanej z drogami, ale nadal posiada duże połacie nierozdrobnionych ziem naturalnych. Naukowcy wzywają do powstrzymania rozbudowy infrastruktury na obszarach o wysokiej bioróżnorodności oraz do wdrożenia polityki bezdroży dla bioróżnorodności i zachowania funkcji ekosystemów. Podczas gdy obszary pozbawione dróg są od 20 lat chronione w USA zgodnie z regułą ochrony obszarów bezdrożnych, Grecja jest pierwszym krajem w Europie, który legalnie rozwiązuje sedno problemu: niekontrolowany rozwój dróg, który jest niepowstrzymanym motorem zmian w użytkowaniu gruntów.

Strategia UE na rzecz różnorodności biologicznej 2030 zobowiązuje do ochrony co najmniej 30 proc. powierzchni lądowej UE i zapewnienia ścisłej ochrony jednej trzeciej tej powierzchni.

„Paradoksalne jest to, że w tym samym czasie, kiedy miliardy euro zostaną zainwestowane w przywracanie zdegradowanych gruntów w ramach unijnej strategii ochrony różnorodności biologicznej, naturalne i nieskazitelne ekosystemy pozostają podatne na nowe drogi i projekty pochłaniające ziemię” – mówi Vassiliki Kati, grecki profesor z University of Ioannina, główny autor publikacji, która dostarczyła dowodów do podjęcia tej decyzji politycznej.

Zdaniem specjalistów z University of Ioannina zapewnienie statusu prawnego bezdroży pozostałym nierozdrobnionym obszarom będzie prostym i opłacalnym sposobem na zaradzenie kryzysowi klimatycznemu i kryzysowi bioróżnorodności w UE. Grecka inicjatywa powinna inspirować politykę ochrony bezdroży w innych częściach Europy i świata.

Paweł Wernicki
Nauka w Polsce – PAP
https://www.magnapolonia.org

Pożegnanie z Konfederacją

 



Wielu z Państwa pyta dlaczego wycofałem się z popierania projektu Konfederacja i czy chodziło o jakieś konkretne wydarzenie czy też o całokształt i czy uważam, że od samego początku projekt był zły?

Odpowiadam:

1/ Pierwszym punktem zwrotnym była dla mnie postawa Konfy w sprawie lex TVN. Wtedy zrozumiałem, że w Konfie górę bierze tendencja libertariańska, głosząca likwidację interwencji państwa i urynkowienie wszystkiego, z samych tylko przyczyn dogmatyczno-ideologicznych.
W praktyce oznacza to zastąpienie zobiektywizowanej przemocy państwowej przez nieformalną przemoc międzynarodowych korporacji. O ile przemoc państwowa raz jest trafna, raz nie, o tyle przemoc korporacyjna ex definitione służy globalistom, a nie narodom i ich dobru. Obrona przez Konfę TVN-u była dla mnie szokiem. W polityce zawsze przyświecała mi racja stanu i szukałem zawsze stronnictwa pro-państwowego. Wsparcie dla TVN było akceptacją neoliberalnego dogmatu o prymacie wolności dla kapitału nad racją stanu państwa.

2/ Drugim momentem było ostatnie głosowanie całej Konfy (wyjąwszy Grzegorza Brauna) z poparciem dla Ukrainy. Uważam, że słaba Ukraina jest w polskim interesie. Polska ma interes w tym, że Ukraina istniała – aby nie sąsiadować bezpośrednio z Niedźwiedziem [dlaczego? – admin] – ale jako państwo buforowe, a nie samodzielny podmiot w stosunkach międzynarodowych. Dla mnie stanowisko Konfy było hołdem lennym wobec geopolityki Waszyngtonu, czyli wejściem na drogę geopolityki PiS-u. Zadecydowały o tym czynniki na poziomie niezwykle tandetnej taktyki (RN) + libertariański zachwyt nad wszystkim, co głoszą Amerykanie (wolnościowcy).

3/ Uważam, że pomysł stworzenia wspólnej listy i wspólnego startu łączącego Wolność i Ruch Narodowy był słuszny i nadal opinię tę podtrzymuję. Mimo że obydwie te partie nominalnie mają po pięciu posłów, to dominacja Wolności nad RN jest jednak totalna. Winę ponosi za to kierownictwo RN, które wykazało się całkowitą impotencją intelektualno-doktrynalną.
Nie jestem specjalnym fanem libertarianizmu Wolności, ale przyznaję, że mają koherentną ideologię i naprawdę całkiem sporą grupę ideologów na wysokim poziomie. Tymczasem kierownictwo RN trzyma swoje szeregi w radykalnej ascezie intelektualnej, sprowadzającej się do „walki z marksizmem”, a w dodatku raz za razem namiętnie wyczesuje z tych szeregów wszystkie osoby inteligentniejsze i czytające, podejrzewając je o intelektualną zdolność do samodzielnego myślenia.

Gdy więc z jednej strony mamy spory tłumek oczytanych liberałów i libertarian, tam z drugiej strony mamy aktyw zdolny co najwyżej do wieszania plakatów i krzyczenia „Śmierć wrogom Ojczyzny!”. W tej sytuacji ideologia libertariańska dosłownie przykryła intelektualnie ascetyczną i skromną doktrynę RN, a Konfa jako całość zjechała w odmęty libertarianizmu. Co gorsza, intelektualnie impotentne kierownictwo RN nawet nie dostrzega w tym problemu. A właściwie – co wiem nieoficjalnie – to dostrzega, lecz boi się, że współpraca z osobami mądrzejszymi może doprowadzić do stwierdzenia, że obecne kierownictwo nie nadaje się do kierowania czymkolwiek.

Nie mam do wolnościowców w żadnym razie żalu, że głoszą to, w co wierzą i propagują swoje idee, przykrywając całą Konfę. Mam pretensje do kierownictwa RN, które w całości obciążam winą za przechylenie Konfy w stronę libertarianizmu z którym nie mam i nigdy nie miałem nic wspólnego. Libertarianizm uważam za formę zsekularyzowanego kalwinizmu.

Adam Wielomski
Za: FB
https://konserwatyzm.pl/

Zbrodnia w Koniuchach

 



29 stycznia 1944 r. partyzanci sowieccy [czytaj: żymiańscy – admin] spacyfikowali wieś Koniuchy na Wileńszczyźnie. W wyniku bestialskiej zbrodni w Koniuchach zginęło na miejscu 45 osób, 12 zostało rannych, część z nich zmarła później w szpitalu w Bieniakoniach.

Wieś zamieszkana była przez około 300 polskich mieszkańców, istniało w niej około 60 zabudowań. Partyzanci radzieccy wcześniej często rekwirowali mieszkańcom wsi żywność, ubrania i bydło, dlatego też tutejsi mieszkańcy powołali niewielki ochotniczy oddział samoobrony.

Napadu dokonały sowieckie oddziały partyzanckie stacjonujące w Puszczy Rudnickiej: „Śmierć faszyzmowi” i „Margirio”, wchodzące w skład Brygady Wileńskiej Litewskiego Sztabu Ruchu Partyzanckiego, oraz „Śmierć okupantowi”, wchodzący w skład Brygady Kowieńskiej. Do oddziałów tych należeli Rosjanie, Litwini i Żydzi, przy czym ci ostatni służyli przede wszystkim w oddziale „Śmierć okupantowi”.

Oddział żydowski liczył 50 ludzi, a oddziały rosyjsko-litewskie około 70 osób. Dowódcami ich byli Jakub Penner i Samuel Kaplinsky. Według jednego z napastników, Chaima Lazara, celem operacji była zagłada całej ludności łącznie z dziećmi jako przykład służący zastraszeniu reszty wiosek.

Mordowali z zimną krwią bezbronnych – mężczyzn oraz kobiety i dzieci, z których najmłodsze miało 2 latka.

O przebiegu tej strasznej „akcji” najchętniej pisali sami oprawcy. Już w 1946 r. Żydzi Meir Jelin i Dymitrij Gelperm, członkowie Żydowskiej Brygady Kowieńskiej, wchodzącej w skład partyzantki sowieckiej, opisali zbrodnię w Koniuchach jako „wybitny bój z wrogiem, skierowany przeciwko… Niemcom”. Przytoczmy niektóre wyjątki z tego pouczającego zwierzenia żydowskich „bohaterów”:

„W wiosce Koniuchy, jakieś 30 kilometrów od bazy partyzanckiej, usadowił się niemiecki garnizon. Faszyści ścigali partyzantów; zastawiali na nich zasadzki na drogach. Kilka zgrupowań partyzanckich, a w tym «Śmierć okupantom», otrzymało więc rozkaz zniszczenia tej placówki bandytów. (…) Opuściwszy bazę wieczorem i przeprawiwszy się przez bagna i lasy, partyzanci doszli do skraju tej wioski. (…)

Czerwona rakieta stanowiła sygnał do ataku. (…) Zastosowano kule zapalające, granaty ręczne oraz race świetlne, aby eksterminować Niemców. Kowieńscy partyzanci: Dowid (Dawid) Teper, Jankl (Jankiel) Ratner, Pejsach Folbe, Lejzor Zodikow i inni zaatakowali wroga, nie zważając na ostrzał. Silny Lejb Zając zaatakował jeden z budynków, a zużywszy całą amunicję, wyrwał karabin z rąk Niemca i zaczął bić wroga kolbą od karabina, aż kolba pękła.”

Natomiast Rużka Korczak, członek tzw. Brygady Litewskiej, w skład której wchodzili uciekinierzy z getta wileńskiego, przedstawia zbrodnię w odmiennym świetle, jako pacyfikację ludności kolaborującej z Niemcami. Pisze m.in.:

„Sztab brygady zdecydował się przeprowadzić przeciwko wsi wielką ekspedycję karną. (…) Na dowódcę operacji wyznaczono oficera radzieckiego z oddziału Szilasa. Dowódcą wojsk żydowskich był Jaakow Prenner. Część grupy partyzantów okrążyła wieś i weszła do niej. Inni, wśród których byli partyzanci żydowscy, pozostali poza wsią w zasadzce, aby przeszkodzić nadejściu wsparcia ze strony niemieckiego garnizonu. Jako miejsce zasadzki wybrano wiejski cmentarz. (…)

Rozpoczęto walkę wręcz. Wielu Litwinom udało się wymknąć ze wsi. Rzucili się do ucieczki w kierunku garnizonu niemieckiego. Wpadli w zasadzkę; zostali wybici, tylko niektórzy się uratowali. (…) Żydowscy partyzanci opuścili miejsce zasadzki i poszli do boju. Po zaciętej potyczce (starciu) opór mieszkańców został złamany. Partyzanci palili dom za domem; od ich kul zginęło wielu chłopów (wieśniaków), kobiet i dzieci. Tylko nieliczni uratowali się. Wieś została starta z oblicza ziemi.”

W podobnym tonie pisał Chaim Lazar:

„Pewnego wieczoru 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych w najlepszą broń, wyruszyło w stronę tej wsi. Między nimi było około 50 Żydów pod dowództwem Jaakowa (Jakuba) Prennera. O północy dotarli w okolicę wioski i zajęli pozycje wyjściowe. Rozkazano nie zostawić przy życiu nikogo, łącznie z żywym inwentarzem, a zabudowania spalić. (…) Sygnał dano tuż przed wschodem słońca. W ciągu kilku minut okrążono wieś z trzech stron. Z czwartej strony była rzeczka, a jedyny most był w rękach partyzantów.

Przygotowanymi zawczasu pochodniami partyzanci palili domy, stajnie, magazyny, gęsto ostrzeliwując siedliska ludzkie. (…) Półnadzy chłopi wyskakiwali przez okna i usiłowali uciec. Ale zewsząd czekały ich śmiertelne pociski. Wielu z nich wskoczyło do rzeki, aby przepłynąć na drugą stronę, ale tam też spotkał ich taki sam los. Zadanie wykonano w krótkim czasie. Sześćdziesiąt gospodarstw chłopskich, w których mieszkało około 300 osób, zniszczono. Nie uratował się nikt”.

Podobne relacje w formie sprawozdań zostawili po sobie: Israel Weiss, Zalman Wyłożny, Alex Faitelson. Ten ostatni wymienia nazwiska 6 Żydów biorących udział w tej zbrodni na bezbronnej ludności: Shimon Eidlson, Michael Gelbtrunk, Mendl Deitch, Aba Diskant, Itzchak Lifszitz i Yanki Ratener.

[Sami Rosjanie… – admin]

Młoda dziewczyna zdążyła uciec i schować się przed tą masakrą, po latach tak wspominała:

„Jak my spali, strzelali, światło się pokazało, dom stał o tam, zboże się paliło, 29 stycznia to było. Siano, owce, świnie, konie – wszystko się spaliło. U sąsiadów też. Sąsiada to tu zabili, koło domu, a matkę jego to w lesie zabili, koło mogiły, tam gdzie teraz krzyż postawili. My wybiegliśmy z domu w nic nieodziani, tak jak z łóżka wstali.

15 lat pełnych wtedy miałam, w dołek wpadłam i tak leżałam, mróz i lód był, śniegu mało, ojciec tam poszedł, ja też pobiegłam za ojcem. Wiadomo, cała wieś pali się. Wszyscy, co pobiegli nad rzekę, to zostali ocaleni, a jak do lasu – to zostali zabici. Leżeli wszyscy goli. Kto szedł z wioski, to mówił, że dużo trupów w wiosce. I trochę kobieta z tego domku dała coś do odziania się i wreszcie przeszliśmy.

Wszędzie pobici, ranni, naliczyłam 12 rannych, a było i więcej, a pobitych cała wieś. Kto uciekał w tamtą stronę, to wszyscy. A czterech Babinów to cztery dusze. Ojciec, matka, córka i syn. Za granicą mówią, że o tym wiedzą, a my nie. Nie wiemy, kto to był, ja z nimi nie rozmawiałam. Gdybym rozmawiała, to bym już nie żyła. Mówią, że to Ruskie byli, bo tak jak po ulicy biegli, to krzyczeli: «ura, ura». Mówią, że i Ruskie, i Żydzi, i Litwini, kto jego wie.

Przyszli tu kiedyś z jesieni. Zabili bydło i zabrali. I wtedy my zaczęli bronić wioski, żeby oni nie przychodzili i nie brali. No to rozeźlili się i tak nam zrobili. No i co, co ta wioska miała zrobić. Kto tam miał broń, to i tak nie dali sobie rady. Okrążyli i ot co. Rzadko kto jaki stróż tu przyjdzie. Z jednej strony przyjdzie, to z drugiej strony biją i palą. Tam dalej to zabili kobietę – matkę Jankiewiczową. Mały chłopak na rękach jej był. I jak ją zabili, to jak snopek stał i go podpalili, to się dziecko popaliło. Ale jakoś go uleczyli w szpitalu. Wojtkiewiczowa też sama z małym była, mały padł, ale przeżył. Parnicką Urszulę jak biegła tu, w tą stronę, koło mogiły w kierunku lasu, to pobili, kamieniami po głowie dobili”.

W wyniku bestialskiej zbrodni w Koniuchach zginęło na miejscu 45 osób, 12 zostało rannych, część z nich zmarła później w szpitalu w Bieniakoniach. Z 85 domów zostały tylko 4 (Aleksandrowiczów, Wandalewiczów, Radzikowskich i Łaszkiewiczów).

WK
https://www.magnapolonia.org/


Chińczycy pokazują, kto tu rządzi

 



Ceny gazu i energii poszybowały na kosmiczne wysokości. W Brukseli nie wywołało to żadnych reakcji, choć biurokraci tamtejsi nawet czasami pogrozili („musimy skończyć ze spekulacją na rynkach energii” – Ursula von der Leyen), ale na słowach się kończyło.

Władzę nad cenami gazu i energii pozostawiono w rękach giełdowych inwestorów, czyli globalnego kapitału. Zupełnie inaczej potoczyły się sprawy w Chinach. Tam merytokracja, która wyłoniła się z partii komunistycznej, szybko i skutecznie pokazała „rynkom finansowym”, gdzie raki zimują.

Państwo Środka doświadczyło na początku września poważnych problemów z energią – blackouty na przemian z ograniczeniami dostaw. Niektóre fabryki musiały wstrzymać produkcję. To nic nadzwyczajnego w Chinach, zdarza się to często, ostatnio w grudniu 2020 r.

Jednak tej jesieni zaczęto spekulować węglem na giełdach towarowych, jego notowania pięły się błyskawicznie w górę. Na najważniejszej giełdzie węglowej w 10-milionowym mieście Zhengzhou, notowania instrumentów futures, opartych na węglu, osiągnęły 310 dolarów. A przecież ceny węgla były w Chinach od kilku lat stabilne – około 100 dolarów.

19 października tę spekulacyjną gorączkę przerwało państwo chińskie. Agencja rządowa, zarządzająca gospodarką, ogłosiła w sieci WeChat, że „obecny wzrost cen jest kompletnie oderwany od fundamentów popytu i podaży”. Zapowiedziano „interwencję w ceny węgla i doprowadzenie do ich powrotu do racjonalnego poziomu”. Chiński wicepremier Han Zheng zapowiedział „twarde środki” walki ze spekulacją w sektorze energetycznym.

Regulator zalecił giełdom zwiększyć opłaty za instrumenty pochodne, ograniczyć ilości handlu i likwidować objawy spekulacji węglowymi papierami. Opłaty za transakcje podniesiono z 30% do 40%, jak i koszty opłat transakcyjnych o 50%. Już wcześniej Pekin zmienił zasady dla indeksów cen towarów, zabraniając używania innych, niż oficjalne.

Ograniczając swobodę huśtania cenami, wzięto się także za banki. Zostały zmuszone przez chiński nadzór bankowy, by zapewniły finansowanie przemysłowi węglowemu i umożliwiły zgromadzenie zapasów na zimę. Zagrożono tym, którzy chcieliby w tak trudnej sytuacji wymawiać umowy kredytowe. Zakazano też udziału funduszy bankowych w spekulacji towarami, takimi jak węgiel, stal czy metale nieżelazne.

Odcięto więc spekulantom tlen – dostęp do pieniądza, zapewniając jednocześnie kredyt dla węgla i energetyki. Uniemożliwiono również tzw. „hoarding”, czyli wykupywanie węgla i chomikowanie go w celu sprzedaży po wyższych cenach.

Wzięto się też za sferę informacyjną, która w takich spekulacyjnych atakach odgrywa kluczową rolę. Ogłoszono politykę „zero tolerancji” dla rozpowszechniania fałszywych informacji, związanych z grą na rynkach. Wszczęto dochodzenia w sprawach podawania fałszywych cen transakcyjnych, używania pogłosek jako informacji i manipulowania indeksami cenowymi. Dostawców serwisów na temat cen spotowych transakcji jest dużo i trudno jest natychmiast zweryfikować ich dane, a to one napędzały ruch cen w górę, gdyż zaczęły się pojawiać informacje o cenach transakcji powyżej 400 USD. Często nieprawdziwe.

Chiny wzięły się za problem z dostawami węgla i błyskawicznie zwiększyły jego wydobycie – osiągnięto rekordowe 12 milionów ton dziennie (dziennie!… czyli w ciągu pięciu roboczych dni wydobywają tam więcej niż Polska przez cały rok – a wydobywamy już tylko 54 mln ton). Na składach zapasy zaczęły rosnąć, by wystarczyło ich na zimę.

Wszystkie te działania przyniosły błyskawiczny sukces. Gorączka spekulacyjna opadła, ceny węgla na giełdzie obniżyły o 60% – do poziomu 120 dolarów. I do tej pory tam się znajdują. Operator sieci energetycznych poinformował o przywróceniu równowagi popytu i podaży energii, zaspokojeniu potrzeb odbiorców i powrocie do sytuacji sprzed kryzysu. W końcu listopada ogłoszono koniec kryzysu.

Naprawdę imponująca sprawność i wszechstronność działania. Ale przede wszystkim przykład, że w Chinach władza jest ciągle w rękach polityków, nie są jedynie marionetkami. Państwo pokazało kapitałowi, kto tu rządzi.

Andrzej Szczęśniak
Myśl Polska, nr 5-6 (30.01-6.02.2022)
https://myslpolska.info

Utopie klimatyczne

 



Niewiele osób w Polsce, a już na pewno nikt z PO, nie zdaje sobie sprawy z tego, że pod dyktatem klimatycznym UE realizowana jest w Polsce szkodliwa rewolucja gospodarcza.

Stanowisko PO da się wytłumaczyć ich dążeniem do zdobycia władzy, bez względu na koszty. Podobnie ocenić można pozostałą część opozycji, która nie mając szans na samodzielne zdobycie władzy, liczy na okruchy jakie ewentualnie spadną w przypadku zwycięstwa Platformy.

Natomiast obecnie rządząca Zjednoczona Prawica usiłuje temat klimatyczny „zamieść pod dywan”. Świadczą o tym dość powściągliwe reakcje przedstawicieli wielu branż, m.in. budownictwa, transportu, którzy już ponoszą z powodu dyktatu UE pośrednie i bezpośrednie koszty.

Można odnieść wrażenie, że nie są świadomi postępującego zagrożenia. A dziś ta swoista rewolucja energetyczna dotknęła praktycznie całe społeczeństwo. Przez lata, zamiast podjąć działania (dotyczy to w równej mierze wszystkich opcji sprawujących dotychczas w Polsce władzę), by zapobiec katastrofie, wszyscy sprawujący w Polsce władzę mamili społeczeństwo mitycznymi miliardami Euro, jakie mieliśmy na transformację energetyczną otrzymać z Unii.

Proponowana i wdrażana szantażem przez Unię transformacja energetyczna będzie miała opłakane skutki dla Polski.

Jesteśmy krajem, którego energetyka oparta jest na węglu. Polska nie dysponuje alternatywnymi źródłami energii, ani też nie ma w tej chwili możliwości ich rozwinąć. Przede wszystkim nie dysponujemy odpowiednimi zasobami wodnymi by budować elektrownie wodne. Ponadto nie dysponujemy możliwościami technologicznymi i kadrą, która mogłaby nie tylko wdrożyć ale też nadzorować pracę elektrowni atomowej, gazowej czy wodorowej.

Warto w skrócie przypomnieć jak toczyły się losy polskiej energetyki atomowej. Spółka pod nazwą PGE EJ1 została powołana w 2010 roku. Pierwszym jej prezesem został członek PO Aleksander Grad, który w 2013 roku zapowiadał, że pierwsza polska elektrownia atomowa zostanie uruchomiona w 2024 roku. Ale już w roku 2014 Grad ustąpił ze stanowiska prezesa i objął intratne stanowisko w Tauronie. Dość powiedzieć, że w ciągu swojej pracy w spółce Aleksander Grad nie zdołał określić miejsca powstania tej inwestycji. W kolejnych latach także działo się niewiele w przedmiocie budowy elektrowni atomowej.

W 2019 roku w Sejmie posłowie Kukiz’15 zapytali o sytuację w spółce. Okazało się, że w ciągu 10 lat działalności spółki nie zdołano nawet przeprowadzić badań lokalizacyjnych i środowiskowych, które mają na celu wskazanie miejsca, gdzie powinna zostać zbudowana elektrownia! Natomiast z informacji resortu energii wynika, że w latach 2010-2018 spółka wydała na wynagrodzenia 102 mln zł, a łączne koszty działalności w tym okresie wyniosły 447 mln PLN. I nawet nie wskazano lokalizacji!

Oczywiście, że znajdą się tłumaczenia takiego stanu rzeczy. Dziś, kiedy Niemcy zlikwidowali pod presją Zielonych swoje elektrownie atomowe, spowolnienie prac w Polsce znajduje jakieś uzasadnienie. Ale docierają także sygnały z UE, że atom ma jednak być zaliczony do „zielonej energii”. Zobaczymy.

Zieloni i środowiska ekologiczne rozpowszechniają narrację o zastąpieniu energetyki węglowej fotowoltaiką i elektrowniami wiatrowymi. Są to moim zdaniem zwykłe bajdurzenia ekologów, którym wydaje się, że jest możliwa prosta zastępowalność elektrowni węglowych na proponowane przez nich źródła energii. Ekolodzy nie uwzględniają w swoich propozycjach niebezpieczeństw jakie wynikają z niestabilności tych źródeł energii. Uzależnione są one od warunków atmosferycznych takich jak wiatr i słońce. Budowanie natomiast bezpieczeństwa energetycznego na imporcie powoduje powolną utratę suwerenności poprzez uzależnienie jednej z najważniejszych gałęzi gospodarki od innych krajów.

Skutkiem takiej polityki klimatycznej są już dotykające nas i całą Europę podwyżki cen energii elektrycznej. Głównym wskaźnikiem ceny za energię elektryczną jest obowiązek wykupywania uprawnień do emisji CO2. Do tego dochodzi handel tymi uprawnieniami na rynkach finansowych, który obciąża w efekcie kieszeń konsumenta.

Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że samo naliczanie emisji CO2 jest od samego początku wielkim oszustwem. W tym procesie pomija się bowiem pochłanianie dużych ilości CO2 przez drzewa i emitowanie przez nie w wyniku syntezy, tlenu do atmosfery. O uwzględnienie wpływu drzewostanu na poziom obciążenia emisją CO2 walczył z determinacją zmarły niedawno prof. Szyszko. Ale UE odrzuciła propozycje uwzględniania pochłaniania CO2 przez drzewa.

A jest o co walczyć. Badania przeprowadzone w Finlandii wykazały, że lasy fińskie oraz gleba wiążą ok. 31 mln ton substancji pochodzących z gazów cieplarnianych, czyli głównie CO2. Poziom fińskich emisji wynosi 57 mln ton. Finlandia jest w bardzo korzystnej sytuacji, bowiem zalesienie wynosi ok.70%, gdy w Polsce ok.40%. Niemniej, wiedząc, że jedno drzewo pochłania 6-7 kg CO2 rocznie warto w ogólnym bilansie uwzględniać tą wielkość. Do tego nie uwzględnia się przy naliczaniu obciążeń za emisję CO2 tych ilości, które pochłaniają morza i oceany. I to, jak wynika z badań pochłaniają najwięcej.

Kilka miesięcy temu media poinformowały, że wstrzymano, pod naciskiem ekologów i UE, budowę nowoczesnego bloku węglowego w Ostrołęce. Dotychczasowy koszt budowy tego bloku wyniósł ok. 1,3 mld PLN. Jest to oczywiście dobre paliwo do walki politycznej, ale… co zrobimy z pozostałymi, przestarzałymi blokami energetycznymi? Jeśli wiemy, że wg danych rządowych, w latach 2021-2040 koszty transformacji energetycznej wyniosą około 1,6 biliona złotych. Kwota ta stanowi cztery budżety Polski. To suma niewyobrażalna. Wstrzymanie zatem budowy nowoczesnego bloku energetycznego w Ostrołęce spowoduje eksploatację starych bloków, mniej sprawnych, a zatem emitujących do atmosfery więcej gazów cieplarnianych. Przecież ten nowy blok w Ostrołęce spełniał wyśrubowane normy środowiskowe, zatem powstaje pytanie dlaczego? Dobrze chociaż, że nie zablokowano nowego bloku w Jaworznie.

Obecnie najtańsza jest energia z węgla brunatnego. Sektor ten nie korzysta z dotacji państwa i wykazuje dodatnią rentowność. Generuje też nadwyżki, które umożliwiają finansowanie inwestycji rozwojowych lub odtworzeniowych. Polska dysponuje bardzo dużymi złożami zarówno węgla kamiennego, jak i brunatnego. Rentowność obniża się z powodu konieczności zakupu praw do emisji CO2, co pogarsza w sposób znaczący rentowność. Ale Bruksela nakazuje likwidację kopalń i elektrowni węglowych nie z powodów ekonomicznych, ale politycznych i ideologicznych.

Popatrzmy jak wygląda sytuacja z elektrowniami węglowymi w niektórych krajach Europy. Polska obecnie dysponuje 44 elektrowniami i produkuje w nich 70% zapotrzebowania. Sąsiadujące z nami Niemcy mają aż 67 elektrowni węglowych, które pokrywają zaledwie 24% krajowego zapotrzebowania. Resztę pokrywały czynne do niedawna 3 elektrownie atomowe. Maleńkie Czechy posiadają aż 31 elektrowni węglowych, które pokrywają 40% zapotrzebowania na energię elektryczną.

Musimy wiedzieć, że obecny kształt oraz zasady funkcjonowania EU ETS w Polsce wynika z decyzji podjętych w latach 2008-2014 przez rząd Donalda Tuska. To właśnie decyzje podjęte wówczas mają decydujący dziś wpływ na rujnowanie gospodarki, szczególnie rujnujący jest unijny system handlu emisjami EU ETS. Dla przypomnienia – w roku 2014 cena uprawnień do emisji CO2 wynosila 6 Euro/tonę, dziś przekracza 85 Euro/tonę. Prognozy przewidują, że wkrótce osiągnie lub nawet przekroczy 100 Euro/tonę. Ceny opłat za emisje CO2 przekładają się na hurtowe ceny za energię elektryczną, które w 2017 r. wynosiły poniże 200 zł/MWh, a w 2021 r. osiągnęły poziom 500 zł/MWh. Tak drastyczny wzrost cen musiał przełożyć się na cenę, jaką musi zapłacić końcowy konsument. Nie widać nadziei na to, aby ceny zmalały, ponieważ cena uprawnień do emisji CO2 może nadal rosnąć. Wynika to ze spekulacyjnego systemu EU ETS. Zobaczmy, co wpływa na to:

Zgoda na kontynuację redukcji gazów cieplarnianych w UE i dalsze kontynuowanie systemu EU ETS po roku 2012. Unijny system EU ETS powstał w 2004 roku i zobowiązywał kraje unijne do redukcji gazów cieplarnianych w ramach protokołu z Kioto w latach 2008-2012. Ponieważ nie było dalej żadnych wiążących zobowiązań międzynarodowych system ten winien przestać obowiązywać w 2012 roku. Ale powstał wówczas unijny cel redukcji gazów cieplarnianych tzw. 3×20, który zobowiązywał do redukcji CO2 w wysokości 20% do roku 2020. Rząd D. Tuska poparł ten projekt, a tym samym dalsze funkcjonowanie systemu EU ETS.

Likwidacja od roku 2013 krajowych limitów emisji w ramach EU ETS na rzecz jednolitego limitu unijnego. Zrezygnowano tym samym z odmiennego niż w krajach starej Unii (EU-15) roku bazowego, który obowiązywał Polskę w ramach Konwencji Klimatycznej i Protokołu z Kioto. (Pierwszy Pakiet klimatyczno- energetyczny z 2008 r.). W ramach protokołu z Kioto Polska miała zdefiniowany swój własny cel redukcji CO2 na lata 2008-2012, w którym ustalono rok bazowy na 1988. Trzeba też podkreślić, że w systemie EU ETSw pierwszych dwóch okresach rozliczeniowych w latach 2005- 2007 i 2008- 2012 Polska posiadała własny cel redukcji i limit krajowy. Przydział uprawnień dokonywany był przez poszczególne kraje UE, w tym Polskę dla własnych instalacji w ramach tzw. Krajowego Planu Rozdziału Uprawnień.

Niestety, w 2013 roku rząd D. Tuska zgodził się na likwidację krajowych limitów emisji na rzecz jednego limitu dla wszystkich krajów UE. Ponadto przyjął jako rok bazowy 1990 zamiast 1988 r. Ta rezygnacja miał przełożenie na wzrost kosztów energii.

W ślad za przyjęciem jednego wspólnego limitu dla krajów UE przyjęto obowiązkowy aukcjoning (obowiązek zakupu wszystkich uprawnień do emisji) dla producentów energii elektrycznej. Musimy przy tym wiedzieć, że w dwóch pierwszych okresach rozliczeniowych w systemie EU ETS, czyli w latach 2005-2007 i 2008- 2012 uprawnienia do emisji były rozdawane bezpłatnie na podstawie Krajowego Planu Rozdziału Uprawnień.

Wg Projektu KE z 2014 roku od października 2015 r. wdrożono mechanizm MSR (Mechanizm Stabilizacji Rynkowej) do systemu EU ETS. Praktyczne działanie tego projektu rozpoczęło się od roku 2019 i spowodował on następujące efekty: – wzrost ceny uprawnień do emisji CO2; – zmniejszenie przydziału uprawnień do emisji CO2 dla krajów członkowskich. Przez ten mechanizm Polska traci per saldo o. 20 mld zł rocznie; – zmniejszenie przychodów wynikających ze sprzedaży uprawnień.

Zgoda na traktowanie uprawnień emisyjnych w systemie EU ETS jako instrumentów finansowych (dyrektywa MIFD II z dnia 15 maja 2014 r.). Do czasu powstania tej dyrektywy uprawnienia do emisji traktowane były jako towar, co umożliwiało obrót nimi wszystkim podmiotom, które takie uprawnienia posiadały. Uznanie uprawnień do emisji za instrumenty finansowe utrudniło obrót emisjami pomiędzy podmiotami gospodarczymi objętymi systemem EU ETS, a dało preferencje instytucjom finansowym.

Cena uprawnień emisyjnych jako instrumentów finansowych zaczęła rosnąć i zależała od spekulacji instytucji finansowych. Doszło do paradoksalnej sytuacji, ze koszt uprawnień do emisji zaczął przekraczać koszty wytworzenia energii elektrycznej. A to przełożyło się na cenę energii.

Pozbawienie Polski elektrowni węglowych, wzrost ceny uprawnień do emisji, uderza w naszą gospodarkę i jest wbrew polskiej racji stanu. Politycy, którzy zgadzają się na taki dyktat z Brukseli działają wbrew polskim interesom. Jedynym ratunkiem jest odrzucenie coraz bardziej restrykcyjnej polityki unijnej w tym zakresie.

Ireneusz T. Lisiak
Myśl Polska, nr 5-6 (30.01-6.02.2022)
https://myslpolska.info

Oznaki upadku państwa

Przejdź do treści                 Aktualizacja strony została wstrzymana … Facebook-f   Twitter   Google-plus-g   Instagram   Youtube Menu O...