Przedstawicielem nauki przodującej był np. Stachanow, bo obalił istniejące w nauce normy pracy, a przede wszystkim – Trofim Łysenko. Łysenko twierdził, że można wyhodować pszenicę z perzu – co Stalinowi bardzo się spodobało, bo czego jak czego, ale perzu w Związku Radzieckim nie brakowało.
Toteż Trofim Łysenko nie tylko cieszył się znakomitą reputacją w środowiskach naukowych, ale w dodatku każdy, kto w niego nie wierzył, narażał się na poważne nieprzyjemności. Ale Stalin wreszcie umarł i zaraz gwiazda Trofima Łysenki zaczęła przygasać, aż wreszcie okazało się, że był blagierem i hochsztaplerem. Mimo to jednak niektórzy – jak np członek Polskiej Akademii Nauk, prof. Kazimierz Petrusewicz – wierzyli w Łysenkę jeszcze w 1964 roku, aż ktoś życzliwy wyjaśnił im, że już nie muszą.
Wspominam o tym wszystkim dlatego, że te doświadczenia, podobnie jak doświadczenia z naukowcami, co to zajmowali się centralizmem demokratycznym, a więc czymś, czego nigdy nie było, nie ma i nie będzie – co nie przeszkadzało im robić z tego centralizmu doktoraty i habilitacje, obejmować katedry – w czym nie byłoby może nic złego, gdyby nie musieli duraczyć całych pokoleń studentów, którzy myśleli, że to wszytko naprawdę – więc te doświadczenia nauczyły mnie podchodzenia do nauki przodującej z pewną rezerwą, zwłaszcza gdy jej przedstawiciele ni z tego ni z owego zaczynają być nadymani przez naszych panów gangsterów, czyli Umiłowanych Przywódców.
A właśnie mamy do czynienia z takim nadymaniem przedstawicieli nauki przodującej, śpieszących na ratunek „planecie”. „Planecie” bowiem zagrażają rozmaite kataklizmy, między innymi – globalne ocieplenie. To znaczy jeszcze niedawno ponad wszelką wątpliwość zagrażało – ale kiedy w Ameryce jedna po drugiej nastąpiły surowe zimy, duraczenie o globalnym ociepleniu stało się trochę ryzykowane.
Ale na takie rzeczy nauka przodująca ma swoje sposoby. Zamiast walczyć z globalnym ociepleniem, skoncentrowała się na walce ze „zmianami klimatycznymi”. Jużci, klimat się zmienia, więc z takimi zmianami można walczyć bez żadnego ryzyka – a szmalec już jest prawdziwy. Bo podobnie jak przedstawiciele nauki przodującej w Związku Radzieckim, tak i przedstawiciele nauki przodującej, walcząc ze złowrogim klimatem, nie robią tego za darmo, co to, to nie.
Ale mniejsza z tym, bo warto chwycić byka za rogi i postawić pytanie; zmienia się klimat, czy nie? Jasne, że się zmienia – o czym każdy może się przekonać, zwłaszcza w strefie umiarkowanej, gdzie następują po sobie pory roku: wiosna, lato jesień i zima. Różnicę między zimą i latem zauważy chyba każdy – a przecież nie jest ona następstwem jakichś zarządzeń naszych panów w gangsterów, tylko nieznaczną zmianą kąta padania na ziemię promieni słonecznych, co z kolei jest następstwem nachylenia osi ziemskiej do płaszczyzny ekliptyki.
Pamiętam, że musiałem to tłumaczyć, a nawet narysować na tablicy studentom III roku, bo okazało się, że nie wiedzą dlaczego pory roku się zmieniają i dlaczego pewne linie na globusie nazywają się „zwrotnikami”.
Kiedy jednak wspomnieć o tym przedstawicielom nauki przodującej, oni zaraz się złoszczą i mówią, że nie chodzi o pory roku, tylko o zmiany klimatyczne o charakterze globalnym. No dobrze; zamiany o charakterze globalnym też mają miejsce, o czym przekonałem się w Kanadzie, w prowincji Alberta, gdy zwiedzałem muzeum dinozaurów. Były tam modele kuli ziemskiej w różnych epokach geologicznych i na przykład w epoce kredy poziom mórz był wyższy od obecnego o 200 metrów i na biegunach nie było czap lodowych, bo nawet tam temperatura nie spadała poniżej 4,5 stopnia Celsjusza. Nie da się ukryć, że w epoce kredy musiało być ciepło, znacznie cieplej, niż dzisiaj, kiedy na przykład na takiej Antarktydzie lodowiec ma około 5 kilometrów grubości. Właśnie dlatego poziom mórz się obniżył, bo ogromne ilości wody zostały uwięzione w lodowcach i wiecznych śniegach, dzięki czemu z wszechoceanu mogło wyłonić się więcej lądów.
No dobrze – ale dlaczego w epoce kredy było ciepło, cieplej niż dzisiaj, skoro nie było wtedy żadnego przemysłu, który emituje złowrogi dwutlenek węgla i ociepla klimat? Ba – wbrew temu, co sądziła pani premier Ewa Kopacz – nie było wtedy także ludzi, którzy mogliby rzucać kamieniami w dinozaury. Wprawdzie Antoni Słonimski twierdził, że zagłady dinozaurów nie może przeboleć, bo móżdżek dinozaura był idealną zakąską do wódki – o czym zapewniał go pewien „bardzo stary pijak” – ale to chyba tylko taka licentia poetica. Tak czy owak, w epoce kredy było znacznie cieplej, więc musiały być jakieś tego przyczyny – inne, niż zbrodnicza działalność człowieka. A jakie?
Myślę, że odpowiedzi należy szukać w przestrzeni kosmicznej, do czego skłoniła mnie lektura francuskiego pisma „Science et Vie” zajmującego się popularyzowaniem nauki. W jednym z numerów były przedstawione katastrofy, jakie mogą spotkać Ziemię, między innymi – gigantyczna protuberancja słoneczna, która zdmuchnęłaby ziemską atmosferę – ale również – całkowite zlodowacenie Ziemi.
Autor tego artykułu całkowite zlodowacenie przypisywał wejściu Ziemi w trochę zanieczyszczony obszar przestrzeni kosmicznej, co spowodowałoby zmniejszenie docierającego do powierzchni naszej planety promieniowania słonecznego. Bo trzeba nam wiedzieć, że Ziemia, wraz z całym Układem Słonecznym, obiega jądro galaktyki Drogi Mlecznej, a jeden pełny obrót, czyli rok galaktyczny, dla Układu Słonecznego trwa 250 mln lat ziemskich. Okazuje się, że dinozaury żyły zaledwie w poprzednim roku galaktycznym, a więc nie tak znowu dawno, by „stary pijak” nie mógł zachować z tego okresu żadnych wspomnień.
Ale na tym nie koniec, bo okazuje się, że Układ Słoneczny nie porusza się wokół jądra Drogi Mlecznej w osi swojego ruchu, ale wokół tej osi się zatacza, w związku z tym trajektoria jego lotu przypomina rozciągniętą spiralę, albo sprężynę. Lecąc w taki sposób, Układ Słoneczny przechodzi przez różne obszary próżni; jedne są czyściejsze, a więc – bardziej przejrzyste, podczas gdy inne – trochę zanieczyszczone jakimiś obłokami kosmicznej materii. Jeśli obszar jest czysty – to jest cieplej, bo więcej promieniowania słonecznego dociera do Ziemi, a jeśli zanieczyszczony – to jest zimniej, bo tego promieniowania dociera mniej. Okazuje się, że przyczyny globalnego ocieplenia, albo oziębienia wcale nie zależą od działalności człowieka, tylko od potężnych sił, nad którymi człowiek nie jest w stanie zapanować, nawet gdyby chciał.
No dobrze – ale jaki pożytek miałby płynąć z tego dla nauki przodującej? Żadnego pożytku by nie było, bo nauka ograniczyłaby się do wyjaśnienia przyczyny długookresowych zmian klimatycznych, wskazując w dodatku, że człowiek nie ma na nie wpływu, nawet gdyby chciał.
Tymczasem nauka przodująca nie jest nastawiona na objaśnianie świata, tylko – na zmienianie go – jak nakazał Karol Marks. Toteż przedstawiciele nauki przodującej, jeden przez drugiego rzucili się do zmieniania świata – a tak się akurat złożyło, że niektóre z ich pomysłów okazały się zdatne do wykorzystania przez naszych panów gangsterów, którzy nie tylko mają swoje widoki, co zrobić z bydełkiem trzymanym przez nich we wspólnych oborach zwanych „państwami”, ale również dysponują pieniędzmi, wydartymi temu bydełku, jak nie pod jednym, to pod drugim pretekstem.
Nie chodzi jednak o zmienianie świata byle jak, tylko o zmienianie go w kierunku zgodnym z oczekiwaniami naszych panów gangsterów – bo w przeciwnym razie nie daliby oni żadnych pieniędzy i nauka przodująca musiałby umrzeć śmiercią naturalną. Tymczasem ambitni przedstawiciele nauki przodującej też chcieliby wypić i zakąsić, toteż gotowi są żyrować wszystko, czego oczekują nasi panowie gangsterzy. I tak jak za komuny powstawały dysertacje na temat centralizmu demokratycznego, tak teraz powstają podobne, na temat globalnego ocieplenia – albo oziębienia – bo widocznie nasi panowie gangsterzy liczą na korzyści zarówno pod jednym, jak i pod drugim pretekstem.
Jedną z takich korzyści jest eliminowanie paliw kopalnych – żeby w ten sposób zmusić państwa głupie i słabe do wyrzeczenia się nośników energii, którymi u siebie dysponują, na rzecz nośników, którymi nie dysponują i będą musiały kupować je w państwach mądrzejszych i silniejszych – ot na przykład Polska wkroczyła właśnie na nieubłaganą drogę dekarbonizacji, co skończy się tym, że będzie musiała kupować rosyjski gaz od Niemiec, do których trafi on rurociągiem NordStream 2 – ewentualnie gaz amerykański, który przypłynie na gazowcach do Świnoujścia. Co prawda ze spalania gazu też powstaje zbrodniczy dwutlenek, ale z gazu jest czyściejszy niż z węgla, a chodzi przecież o to, żeby dogodzić „planecie”.
Z tym, nawiasem mówiąc, też trzeba uważać, bo jak się „planecie” za bardzo dogodzi, to może od tego zostać orgazmu – a to może być przyczyną trzęsień ziemi. Ale gaz, to jest rozwiązanie przejściowe, bo docelowym źródłem energii ma być elektryczność – co zresztą przewidział Lenin, pisząc, że socjalizm to władza radziecka, plus elektryfikacja całego kraju. Elektryfikacja ma jeszcze jedną zaletę – że w każdej chwili można prąd wyłączyć, zwłaszcza gdy wyłącznik jest na innym terytorium i w ten sposób zmusić każdego do uległości. Dlatego z taką zaciekłością zwalcza się „kopciuchy”, który wytwarzają znienawidzony smog – bo jak już wszyscy przejdą na elektryczność, to w razie nieposłuszeństwa naszym panom gangsterom będą musieli ogrzewać się własnym gazem.
Widzimy, że nie chodzi tylko o szmalec, ale i o tresurę. Rzecz w tym, że młodzi, zwłaszcza ci wykształceni w wyższych szkołach gotowania na gazie, jeśli zostaną zostawieni samopas, gotowi się zbisurmanić – od czego nasi panowie gangsterzy mieliby same zgryzoty. Ponieważ zakaz bisurmanienia się nie tylko mógłby wzbudzić podejrzenia ale i sprzeciw, więc nie byłby skuteczny, to niech się bisurmanią, ale w sposób kontrolowany. Niech „walczą” z dwutlenkiem węgla, „kopciuchami”, hodowlą zwierząt samochodami, czy ubraniami – byle tylko nie przyszło im do głowy obrócić się przeciwko naszym panom gangsterom, którzy w takiej sytuacji nie tylko mogą dać forsę na „walkę”, ale i na nadymanie – co mogliśmy obserwować na przykładzie panny Grety Thunberg, której dwutlenek węgla odebrał dzieciństwo i w ogóle.
Takie nieszczęśliwe dziecko nadaje się do nadymania jak mało kto, więc nic dziwnego, że wodzi za nos największych dygnitarzy, to znaczy – oni udają, że to ona ich wodzi, podczas gdy jest odwrotnie i tylko chodzi o to, by zawsze myślała, że z tą „planetą”, to wszystko naprawdę. Temu właśnie służy państwowy monopol edukacyjny, niezależne media głównego nurtu, które za pieniądze można namówić do wszystkiego, no i przemysł rozrywkowy, którego pracownicy właśnie będą wynajęci do stręczenia nam wszystkim zbawiennych szczepionek – a jak stręczenie nie pomoże, to weźmie się opornych za łeb i „wyszczepi”.
Rządy bowiem kupiły szczepionki, podobnie jak maseczki, a w tej sytuacji jest podobnie, jak w opisanej przez Melchiora Wańkowicza anegdocie z Kresów Wschodnich. Hryćko wraca z jarmarku w miasteczku i próbuje jeść mydło. Już się cały zapienił, kiedy przechodzący obok Żyd zwraca mu uwagę: „Hryćko, toż to miło! Na co Hryćko: cicho Szlomka; miło, nie miło, a kupił, tak zjesz!”
Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl/