Z książki Białkowskiego, 1
„Kolejną zbiorową akcją represyjną była tzw. sprawa zamojska-lubelska. Aresztowano wówczas 65 osób, w większości oficerów. Prowokacja GZI polegała na rozrzuceniu przed koszarami ulotek (napisanych łamaną polszczyzną) nawołujących do buntu w wojsku. Wyroki były wysokie: od kary śmierci do 5 lat więzienia.
Nim więc Rokossowski objął funkcję w Polsce, do więzienia trafiło już wielu przedwojennych wojskowych, np. kontradmirał Adam Mohuczy.
Prawie całe kierownictwo ówczesnego GZI znajdowało się już w rękach oficerów radzieckich z NKWD i jeszcze bezwzględniejszej „Smiersz-y” (organizacji tropiącej faktycznych oraz wyimaginowanych szpiegów i zdrajców wśród radzieckich wojskowych), oddelegowanych do służby w polskiej armii. GZI, instytucję z założenia powołaną do celów kontrwywiadowczych, stopniowo zamieniali w wojskową policję polityczną.
GZI formalnie podlegał ministrowi obrony narodowej, ale za rządów marszałka Żymierskiego w praktyce nadzorowany był przez I zastępcę ministra, generała Spychalskiego. Zresztą on także znalazł się wkrótce w niełasce i musiał opuścić
wojsko. W tym momencie faktyczny nadzór nad wojskową informacją przejęli cywile z Bierutem na czele. Właśnie z inicjatywy prezydenta, 24 lutego 1949 r. utworzono Komisję Biura Politycznego ds. Bezpieczeństwa Publicznego, która z ramienia
PZPR miała sprawować nadzór nad cywilnym i wojskowym aparatem bezpieczeństwa. Zresztą nie tylko nadzorować, ale przede wszystkim inspirować. Komisja składała się z Bolesława Bieruta, Jakuba Bermana, Hilarego Minca, Stanisława Radkiewicza i kilku jego zastępców – wiceministrów bezpieczeństwa publicznego.
wojsko. W tym momencie faktyczny nadzór nad wojskową informacją przejęli cywile z Bierutem na czele. Właśnie z inicjatywy prezydenta, 24 lutego 1949 r. utworzono Komisję Biura Politycznego ds. Bezpieczeństwa Publicznego, która z ramienia
PZPR miała sprawować nadzór nad cywilnym i wojskowym aparatem bezpieczeństwa. Zresztą nie tylko nadzorować, ale przede wszystkim inspirować. Komisja składała się z Bolesława Bieruta, Jakuba Bermana, Hilarego Minca, Stanisława Radkiewicza i kilku jego zastępców – wiceministrów bezpieczeństwa publicznego.
Bierut, po postawieniu Rokossowskiego na czele wojska, również i jego pragnął włączyć do Komisji Bezpieczeństwa. Jednakże gdy zorientował się, że marszałek do tego się nie pali, dał mu spokój.
INCYDENT. Słuchy o tym, że Rokossowski nie garnie się do tropienia „wroga klasowego” w wojsku, dotarły oczywiście do Moskwy. Beria doszedł do wniosku, że w tej sytuacji polską wojskową służbę bezpieczeństwa należy wzmocnić. Zażądał
od Warszawy zdjęcia ze stanowiska szefa GZI Polaka, pułkownika Stefana Kuhla i zastąpienia go dotychczasowym zastępcą, sowieckim pułkownikiem Dmitrijem Wozniesienskim. Marszałek „dwóch narodów” zaakceptował to.
od Warszawy zdjęcia ze stanowiska szefa GZI Polaka, pułkownika Stefana Kuhla i zastąpienia go dotychczasowym zastępcą, sowieckim pułkownikiem Dmitrijem Wozniesienskim. Marszałek „dwóch narodów” zaakceptował to.
Nowy szef GZI poczuł się tak pewnie, że zaczął gromadzić materiały nawet przeciwko samemu Rokossowskiemu. Pułkownik, wiedząc z wcześniejszych (odbywanych w cztery oczy) rozmów z marszałkiem, że często wyrażał on osobiste poglądy o sytuacji politycznej w Polsce, postanowił je dyskretnie nagrać. W tym celu, wybierając się na kolejną rozmowę, zabrał kieszonkowy magnetofon, ukrywając go pod mundurem.
Rokossowski dostrzegł jednak przewód od mikrofonu. Wyrwał go, a pułkownika nie tylko obrzucił stekiem wyzwisk, ale nawet kopniakami wypędził z gabinetu.
Incydentu nie dało się zataić. W kołach politycznych i wojskowych Warszawy oczekiwano więc reperkusji wydarzenia. Liczono dni do zdjęcia Wozniesienskiego ze stanowiska. Nie nastąpiło to jednak szybko. Ewidentnie, dowodziło natomiast,
jak mocną pozycję, tak w Warszawie, jak w Moskwie miał Wozniesienski. Rokossowskiemu udało się go pozbyć dopiero po kilku miesiącach.
jak mocną pozycję, tak w Warszawie, jak w Moskwie miał Wozniesienski. Rokossowskiemu udało się go pozbyć dopiero po kilku miesiącach.
Bardzo pewnie czuł się także inny, wysokiej rangi Rosjanin w polskim mundurze płk Antoni Skulbaszewski (od sierpnia 1950 r, zastępca szefa GZI do spraw śledczych). Zwrócił on kiedyś Rokossowskiemu uwagę, że rozkazywać mogą mu tylko Beria, Bierut i Wozniesienski.
Buta większości radzieckich oficerów GZI, a także „cywilnego” Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, była posunięta tak daleko, że nawet podczas odznaczania ich polskimi orderami, gromko wypowiadali radziecką okolicznościową formułę: „Służu Sowieckomu Sojuzu!” zamiast polskiej: „Ku chwale Ojczyzny!”.”
Od czasu uwolnienia z łagru Marszałek Rokossowski zawsze miał przy sobie mały pistolet wazie ponownego aresztowania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz