czwartek, 14 października 2021

Kiblówka



Przed kilkoma dniami otrzymałem z Sądu Rejonowego dla Warszawy-Żoliborza odpis „wyroku nakazowego”, na podstawie którego zostałem skazany na grzywnę w wysokości 150 stawek dziennych, czyli 12 tysięcy złotych oraz uiszczenie stosownych opłat.

Wyrok zapadł bardzo szybko po doręczeniu mi odpisu aktu oskarżenia, co nawet mnie zaskoczyło, bo młyny sprawiedliwości zazwyczaj mielą powoli, więc przypuszczam, że tutaj ktoś przyspieszył ich obroty.

To przypuszczenie opieram również na tym, że kiedy Sąd Najwyższy miał rozpatrywać kasację zakonu Chrystusowców od wyroku skazującego go na zapłacenie miliona złotych zadośćuczynienia z tytułu – jak to się teraz mówi – „molestowania” panny Hermenegildy Kociubińskiej przez księdza z tego zgromadzenia, zanim doszło do rozpoznania kasacji, skład Sądu Najwyższego został zmieniony pod pretekstem, że skład pierwotnie wyznaczony był „za bardzo związany z Kościołem”. Z kim był ściśle związany skład wyznaczony później – tajemnica to wielka – ale musiał być chyba z kimś związany, skoro „powinność swej służby zrozumiał” i zaskarżony wyrok przyklepał.

Wyrok w mojej sprawie został wydany bez przeprowadzania rozprawy, na co pozwala faszystowskie ustawodawstwo, mimo, iż konstytucja gwarantuje „każdemu” prawo do „jawnego” rozpatrzenia jego sprawy przez sąd.

Tymczasem wyrok ten został wydany w ramach tzw. „kiblówki”, chociaż mimo podobieństw są też pewne różnice. „Kiblówki” to były rozprawy przeprowadzane przez niezawisłe komunistyczne sądy w więziennych celach, a więc bez dostępu publiczności, ale oskarżony bywał na nich obecny – podobno sadzany podczas postępowania na więziennym kiblu.

W moim przypadku żadnej rozprawy, nawet „kiblówki” nie było, więc ten tryb postępowania bardziej przypomina procedurę stosowaną przez „trójki NKWD”, gdzie wyrok zapadał bez wysłuchiwania oskarżonego, a nawet bez jego obecności. Aleksander Sołżenicyn w „Archipelagu GUŁag” podaje przykład pewnego nieszczęśnika, skazanego w tym trybie na 25 lat łagru. Jakimści sposobem udało mu się te 25 lat przeżyć, a podczas chruszczowowskiej „odwilży” – nawet odnaleźć w archiwach bezpieki swoją teczkę. Była tam jedna, jedyna kartka, na której zapisano jedno zdanie: „Zatrzymany podczas obchodu dworca”. I tak miał szczęście, że nie trafił od razu do dołu z wapnem.

W tej sytuacji dziękować Bogu za przywilej późnego urodzenia możemy zarówno my, jak i niezawiśli sędziowie – że my nie musimy znosić, a oni – dopuszczać się takich łajdactw – co za Stalina byłoby nieuniknione. Dzisiaj skazany „wyrokiem nakazowym” może nawet złożyć od niego „sprzeciw” – co jest niewątpliwym dowodem postępu, zarówno w zakresie moralności, jak i praworządności.

Korzystając z tego dobrodziejstwa składam taki sprzeciw, nawet nie dlatego, żebym miał specjalną nadzieję, że to coś da w sytuacji, gdy młyny sprawiedliwości, na skutek podkręcenia ich czyjąś Mocną Ręką, nabrały takiego stachanowskiego tempa, tylko raczej dla spokoju własnego sumienia – że dochowałem – jak to się mówi – „należytej staranności”.

Skazany zaś zostałem za podanie do wiadomości personaliów mojej wierzycielki, której musiałem zapłacić 150 tysięcy złotych plus koszty, a która – za pośrednictwem swego pełnomocnika, drogiego pana mecenasa Jarosława Głuchowskiego z Poznania, skarży mnie w kolejnej sprawie cywilnej o następne 150 tysięcy złotych – tym razem za podanie jej imienia i nazwiska.

Tymczasem ona postanowiła się konspirować pod pseudonimem „Katarzyna Nowak”. Jest to pseudonim literacki, ponieważ właśnie wydała książkę pod tytułem „Sama”, w której opisuje swoje przygody ze wspomnianym księdzem. Jestem absolutnie pewien, że napisała ją od początku do końca sama, a nie kto inny, na przykład – pani Maja Staśko, Dzięki temu Hermenegilda Kociubińska staje się damą i pisarką, w dodatku intensywnie nadymaną przez „Gazetę Wyborczą”, więc na pewno nie minie jej nagroda „Nike” a w przyszłości – kto wie – może nawet Nagroda Nobla? I pomyśleć, że to wszystko dzięki temu jurnemu księdzu, bo w przeciwnym razie – cóż by „Katarzyna Nowak” opisywała?

Wspominam o tym również dlatego, że uderzyła mnie liczba stawek dziennych grzywny, na jaką zostałem skazany: 150. Tyle tysięcy złotych przysoliła mi w wyroku zaocznym niezawisła sędzia Sądu Okręgowego w Poznaniu, pani Urszula Jabłońska-Maciaszczyk i dokładnie tyle żąda ode mnie w kolejnym pozwie Hermenegilda Kociubińska.

Taka regularność nie może być przypadkowa, więc przypuszczam, że w przemyśle molestowania liczba „150” pełni jakąś magiczną funkcję, niczym tajne formuły w Kabale. Ciekawe, że tylko u nas, bo na przykład we Francji jest chyba inaczej. Świadczy o tym tamtejsza piosenka o molestowaniu: „En allant chercher de la biere, je suis tombe le cul par terre, un garcon m’a ramasse, m’a couvert trente-six baises” – co się wykłada, że kiedy szłam po piwo, wyrżnęłam tyłkiem o ziemię, a jakiś chłopak mnie podniósł i pokrył trzydziestoma sześcioma pocałunkami. – Trzydziestoma sześcioma – a nie stu pięćdziesięcioma. Najwyraźniej nasze damy wiążą z molestowaniem nadzieje większe, niż damy francuskie. Zarówno finansowe, jak i emocjonalne.

PS. A oto mój „sprzeciw” (he, he!)
Sprzeciw od wyroku nakazowego 

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przebudzenie

Marsze Polaków za pokojem – 19 października w  Rzeszowie  , 26 października w  Szczecinie  budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...