środa, 26 stycznia 2022

Witos idzie! Z Pawlakiem?

 



Witos – Pawlak – Lepper. Triada chłopskich przywódców. Czemu bez następców?

W najbliższych dniach o Witosie będzie pewnie dużo – w końcu rocznica. Współcześni ludowcy nauczyli się zaklinać na jego nazwisko w zasadzie bezrefleksyjnie, z cytatem z pomnika. Z zewnątrz wydaje się z kolei kimś na kształt równie posągowego Piłsudskiego – tylko dla określonej klasy społecznej (stąd i pokłony od partii rządzącej).

Tymczasem Witos żywy to cios zadany inteligenckiej chłopomanii. To człowiek skryty, skłonny do fałszu niczym kmieć na targu i intrygi, niczym babina na zapusty. Warto o tym pamiętać obserwując rewitalizację współczesnej, nie w pełni udanej inkarnacji pierwszego chłopskiego premiera – Waldemara Pawlaka.

Chłopom nie wierzyć!

Szlachcic-inteligent polski nie chciał widzieć istotnych cech chłopa polskiego, przydawał mu natomiast cechy uznawane we własnej kaście za pozytywy – a na wsi budzące śmiech pusty. Nieprzypadkowo najlepszy pomnik Witosowi stworzył jego przeciwnik, piłsudczyk Kaden-Bandrowski pisząc Bigdę, który zostawszy premierem rzuca: „chłopom nie wierzyć, bo kłamią!”.

W ludzie polskim siłą nie były i nie są inteligenckie sentymenty, ale barbaria – chamstwo, kłamstwo, wiecznie niedobra pogoda, umowy dotrzymywane dokąd się warunki nie zmienią, wieczne ni to ni sio w negocjacjach. Dzięki temu Witos był chłopskim Machiavellim, przerastając o głowę wielu polityków międzywojnia.

Dlatego też – choć rolnictwo zdycha – to jednak ruch ludowy, nawet tak koślawy i fałszywy jak dzisiaj, ale jednak trwa i może swemu najpierwszemu nazwisku kłaść kwiaty pod pomnikiem.

I dla jasności – nie są to bynajmniej żadne „ciemne strony” chłopstwa polskiego. Przeciwnie, te cechy dawały mu przetrwanie i osłonę. Nie tylko przed pańskim, przeważnie bezmyślnym wyzyskiem, ale także, a może przede wszystkim przed pasożytującym na nim (za przyzwoleniem szlachty) żydostwem. Pod tym względnie korzystnie różniły się bodaj tylko polskie kresy, te prawdziwe, sięgające poza Mińska i po Kijów, gdzie wielkie posiadłości naszego ziemiaństwa nie tylko przeważnie miały sens ekonomiczny, ale i cywilizacyjny, odpowiednio oddziałując (do czasu) także na miejscowy, litewski i prawosławny lud, bez odwoływania się do arendarskiego rabunku.

Kres temu położyli jednak najpierw Niemcy z Ober-Ostu, oddający polskie ziemie tymże arendarzom, a następnie rewolucje z udziałem synów tych samych niechętnych polskiemu gospodarowaniu karczmarzy i handlarzy kradzionym drewnem. Nieprzypadkowo więc ruch ludowy nie powstał tam, gdzie polskie klasy posiadające rozumiały lepiej swoje obowiązki narodowe i cywilizacyjne, ale tak, gdzie zbyt chętnie o nich zapominały, a więc w Galicji.

Lęk przed Szelą, Trockim, Szmaciakiem

I tam właśnie było źródło siły Witosa, który swym chłopskim sprytem ogarnąć musiał i porywy nachalnej, żenującej krakowskiej chłopomanii i podskórny, paniczny, genetyczny lęk panów przed Rabacją. Ludowców niosło tam i zadufanie konserwatystów, chcących za ich pomocą osłabić siłę konkurencyjnego (społecznie i geopolitycznie) nurtu wszechpolskiego, i właśnie wszechpolskie, endeckie przekonanie, że bez ludu program narodowy nigdy w pełni narodowym nie będzie.

„Bez wpływu na włościan – będziemy skończeni!” – pisał Roman Dmowski w liście do Aleksandra hr. Skarbka w sierpniu 1919 r. Chłop jak to chłop jednak – za darmo nic nie da, ale i brać darmo nie chce, zawsze zastanawiając się cztery razy czy go ktoś osłabić nie chce. Prawdą jest, że Witos wstąpił (na rok) do Ligi Narodowej, a więc formalnie podporządkował się tajnemu kierownictwu ruchu narodowego – ale też przecież wiadomo było, że czego jak czego, ale słuchać się, to ten konkretny włościanin nie lubi i coraz słabiej umie.

To prawda także, że Witos odpłacił endecji lojalnością, gdy powołany „per procura” w skład piłsudczykowsko-socjalistycznego rządu lubelskiego wszedł na salę jego obrad, przesunął oczami po obecnych i zapytawszy tylko „…a gdzie endecja?” wrócił od razu do Krakowa.

Realnie jednak Witosa, jakiego znamy, tego z pomnika, w wykrochmalonej koszuli bez krawata, w wysokich butach do garnituru, twardo mówiącego o wieczności Polski – stworzyli… bolszewicy.

To oni właśnie idąc na Polskę z prowokacji Piłsudskiego – wytworzyli sytuację, w której galicyjski lęk przed Szelą został zamieniony na współczesny pański strach przed Trockim. A to wygenerowało sytuację chwilę później trudną do pomyślenia, powołania pierwszego prawdziwie ludowego premiera. Nie socjalistycznego przebierańca-szlachciury-inteligenta, ale chłopa z chłopów. I tego właśnie chłopi polscy nigdy już nie zapomnieli.

Czy nie ma w tym, przy wszystkich proporcjach zapowiedzi premierostwa Pawlaka? Najpierw tego 33-dniowego, przejściowego, które jednak obudziło wizję, że ludowiec może być szefem polskiego rządu. A następnie już tego prawdziwego, prowokowanego przez Wałęsę, grającego na współczesny lęk przed „komuną”, oczywiście nieco parodystyczny wobec II RP, jak niemal wszystko w Rzeczypospolitej trzeciej?

Dlaczego nie ma ruchu ludowo-narodowego

Oczywiście, przeważnie historia jednak nie chce się powtarzać, nawet jako farsa. Dowodzi tego choćby bliższe przyjrzenie się przedwojennym i współczesnym relacjom endecko-ludowym. I nie, nie chodzi tylko o to, że wówczas znaczna część ruchu ludowego była szczerze, oddolnie i naturalnie nacjonalistyczna. Znacznie istotniejsze, że prawdziwie ludowi byli ówcześni endecy. Nie tylko ze względu na plebejskość swoich mas członkowskich, ale i przez udzielanie odpowiedzi na zasadnicze dla ludności wiejskiej pytanie o awans cywilizacyjny. I choć nie była to odpowiedź pełna (bowiem zdecydowanie w kwestii reformy rolnej wyrażały przede wszystkim grupy narodowo-radykalne, zwłaszcza falangiści), to jednak cały obóz zgadzał się co do fundamentalnej kwestii rozładowania nadmiaru rąk do pracy w rolnictwie drogą oczyszczenia dostępu do sfery handlu i usług (a docelowo także industrializacji).

I myliłby się ktoś sądząc, że była to wizja alternatywna wobec tej, której hołdował np. Witos. Przeciwnie. Jeszcze w Pakcie Lanckorońskim lider „Piasta” zgadzał się, że rząd „będą tworzyć wyłącznie Polacy”, a na VI Kongresie Stronnictwa podkreślał, że mniejszość żydowska „staje się coraz bardziej bezczelna i arogancka”. Witos nie bał się „oskarżenia” o nacjonalizm twardo zaznaczając, że „W ujęciu ludowców nacjonalizm to nie jest szowinizm. Trudno zresztą zrozumieć, jak można uważać za zło i zbrodnię, jeżeli Polacy robią to, co robią wszystkie narody, to znaczy bronią swoich interesów”.

Współcześnie słusznie zżymamy się na fałszywą ludowość eurokratycznego, demoliberalnego Stronnictwa Biurokratyczno-Korupcyjnego. Ale czy i dzisiejsi endecy nie zapomnieli, że bez ludowej bazy społecznej są… zgubieni? Dzisiejsi ludowcy, gdyby nawet chcieli dobierać sobie junior-partnerów po stronie narodowej (a parę razy, jeszcze w latach 90-tych, w czasach… Pawlaka) chcieli – to i tak by przecież nie mieli z kim rozmawiać. Nie tylko ze względu na chroniczną słabość i rozbicie tego nurtu, ale i na jego polityczną ślepotę, skostnienie i sklerozę, nie pozwalającą dostrzec w polskiej wsi, rolnictwie i szerzej prowincji jedynego choćby potencjalnie dostępnego zaplecza społecznego. Nic więc dziwnego, że środowiska te zagospodarowali inni, nie tak zaślepieni.

Trza być w butach (Witosa) na weselu

Stało się tak także dlatego, że neo-ludowcy również od dawna zatracili już ambicje witosowskie. Stając się partią dzieci-swoich-członków-których-dziadkowie-kiedyś-może-faktycznie-byli-rolnikami obecne PSL pogodziło się z pozycją partii, która już stale będzie musiała brać rozbieg do pokonania 5 proc. I nic w tym niby nagannego, dopóki przy okazji uzyskuje się stawiane, przeważnie doraźne cele. Jest to jednak wyraźne samoograniczenie nie tylko wobec dziedzictwa Witosa, ale i własnej, niedawnej tradycji pawlakowskiej.

Co ciekawe, to pierwsze przetrwało raczej poza głównym nurtem ludowości, bowiem i ambicje, i do pewnego stopnia talent pierwszego chłopskiego premiera – w III RP reprezentował bodaj tylko Andrzej Lepper. To on tak jak i Witos marzył o prezydenturze i nie widział w jej zdobyciu niczego niemożliwego – i on jak i Witos przeliczył się fatalnie, zagrał, zakiwał, odchodząc gdy wciąż wydawało się, że gra może być przed nim. Nikt dziś do takiego formatu nawet nie nawiązuje, bo pomniejsi naśladowcy muszą jeszcze sporo podrosnąć, a w PSL z kolei samo takie myślenie wywołałoby raczej zażenowanie niż wsparcie.

…a jednak Waldemar Pawlak powrócił do gry. Jak próbował wracać Witos, jeśli nie z endecją – to z centrolewicą, z masonami, z diabłem samym nawet (bo i komunistów z PKWN się przecież nie bał). Pawlak wraca i jest w tej miernocie nie tylko PSL-owskiej, ale i III-RP-owskiej zmiana na lepsze. A na pewno na jakieś. Choćby w tym, że kiedy nowy szef Rady Naczelnej ludowców mówi, to o prawdziwych przyczynach podwyżek cen gazu, a nie o obowiązku szczepionkowym, jak dzisiejszy prezes jego Stronnictwa.

Pawlak to człowiek poważny, a czego jak czego – ale powagi partii Kosiniaków, Hetmanów i Jarubasów brakowało dotąd z całą pewnością, czego by nie chcieli sobie wyobrażać anachronicznie chłopomani. Oczywiście też, z powrotu Pawlaka równie dobrze może wyniknąć nic, a droga z kierowania Radą do prezesury PSL może być tak długa, że aż nie do przejścia (jeśliby nawet ex-prezes naprawdę chciał ją przechodzić).

Długa jest też lista przeciwników takiej opcji, dobrze wymoszczonych w PSL 5-procentowym, flankującym sobie „obóz eurodemokracji” III RP. Pawlak, choć nieco młodszy – jest też przecież takim samym dowodem, że nie skończyły się w Polsce lata 90-te, jak choćby Kaczyński z Tuskiem. Ale mimo wszystko jest JAKIŚ. Jako jeden z dwóch nie tak złych jak reszta premierów III RP (obok Józefa Oleksego) – zasługuje na zamiecenie na odrębną stertę.

Bo wprawdzie jest tylko odbiciem cienia Witosa – ale przynajmniej wie czyj to cień.

Konrad Rękas
Konserwatyzm.pl
https://chart.neon24.pl/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przebudzenie

Marsze Polaków za pokojem – 19 października w  Rzeszowie  , 26 października w  Szczecinie  budzące Polaków z letargu wywołują emocje. Powodu...