Kiedy jeszcze leżałem w szpitalu kardiologicznym na Hożej w Warszawie, ale już z oddziału intensywnej terapii zostałem przeniesiony na sale ogólną i mogłem korzystać z komputera, zaraz rzuciły mi się w oczy reklamy książek „taniej książki”.
A rzuciły mi się w oczy, bo wśród reklamowanych książek zauważyłem opus magnum mojej Prześladowczyni, która pod artystycznym pseudonimem „Katarzyna Nowak” opisała swoje przeżycia z księdzem z zakonu Chrystusowców, opatrując ją tytułem ”Sama”.
Jestem pewien, że książkę rzeczywiście napisała sama, bez korzystania z pomocy jakiegoś Murzyna, ot na przykład – pani Mai Staśko, która też jest damą i pisarką. Daj Boże każdemu, bo skoro dzisiaj literackie Nagrody Nobla dostają autorzy o podobnym talencie, to znaczy, że każdy nosi buławę marszałkowską, jeśli nie w tornistrze, to w torebce.
Reklamowane jest nadal chyba pierwsze wydanie, ale nie to jest może takie ważne, co okoliczność, że nawet na pobożnym, „poświęconym” portalu „Fronda”, podobnie jak na „Onecie”, książka mojej Prześladowczyni reklamowana jest między innymi obok innej książki pod tytułem „Wielka księga cipek”.
Myślę, że nie jest to przypadek, bo tematyka jest zbliżona, z różnica – jeśli można tak powiedzieć – wynika z „dodania dramatyzmu”. Jak wiadomo z wyjaśnień udzielonych jeszcze na łamach „Życia Warszawy” przez pana Tomasza Jastruna, dramatyzm może być albo „nasz”, albo jakiś taki nie nasz.
Dramatyzm wypełniający książkę „Sama” jest z całą pewnością „nasz” a w dodatku – obliczony na niezbyt uważnego czytelnika. Bardziej uważny czytelnik od razu nabrałby wątpliwości, czy osoba „więziona” może przez cały czas uwięzienia swego chodzić do szkoły, a w dodatku – skoro była „gwałcona” – to czemu po drodze nie wstąpiła na posterunek policji – i tak dalej i tak dalej.
Ale celem tego „reportażu” – bo tak książka a jest zaprezentowana – nie tyle było przedstawienie rzeczywistego przebiegu wydarzeń, co wywołanie u czytelnika emocji. Tak właśnie jest w przypadku gatunku literackiego zwanego „haggadą”. Tam fakty się trochę naciąga, w każdym razie na tyle, by potwierdzały założony z góry morał.
Może ta reklama nie zrobiłaby na mnie takiego wrażenia, bo jakiemu wydawnictwu nie zależałoby na sprzedaży książek zalegających w magazynach, gdyby nie okoliczność, ze niemal jednocześnie ze wspomnianymi reklamami, na łamach portalu „Onet” pojawił się wywiad z moją Prześladowczynią.
Wywiad polegał na tym, że „Katarzyna Nowak” opowiadała o swoich dawnych „przeżyciach”, między innymi – o „więzieniu” i „gwałceniu”, a pani redaktor to wszystko łykała, można powiedzieć – bezrefleksyjnie. Wzbudza to podejrzenia, że wspomniany wywiad nie jest celem samym w sobie, bo wszystkie te rewelacje każdy może sobie przeczytać w reklamowanej książce. O co w taki razie chodzi?
Muszę w tym miejscu nakreślić modus operandi przemysłu molestowania w naszym nieszczęśliwym kraju. Zaczyna się od tego, że niezależne media głównego nurtu – w tej chwili przede wszystkim związane z Judenratem „Gazety Wyborczej”, najpierw wyszukują potencjalną ofiarę i – „dodając dramatyzmu”, oczywiście tego „naszego”, jakże by inaczej – ekscytują podatną na takie ekscytacje część opinii publicznej.
Ta podatność wynika albo z odruchowej wrażliwości, albo przeciwnie – z chłodnej kalkulacji. W przypadku odruchowej wrażliwości osoby wrażliwe identyfikują się z opisywaną ofiarą i gotowe są zlinczować każdego, kto wrażliwości w takim stopniu nie okazuje. W przypadku chłodnej kalkulacji osoba zainteresowana kalkuluje, czy włączając się do potępiającej nagonki, zostanie wciągnięta na listę autorytetów moralnych, co jeśli nawet nie stanowi biletu wstępu do dalszej kariery, to w każdym razie ją ułatwia. I kiedy już w odpowiedniej części opinii publicznej takie nastroje – czy to na tle wrażliwości, czy na tle kalkulacji – zostaną utrwalone, do akcji wkraczają niezawisłe sądy.
Wbrew dość rozpowszechnionej opinii, niezawisłe sądy nie są bynajmniej izolowane od reszty społeczeństwa, Jedne są bowiem podatne na rozmaite brzęczące argumenty i pamiętam, jak pewna pani mecenas w sytuacji towarzyskiej i dobrym chmielu powiedziała, że w dzisiejszych czasach rolą adwokata jest dotarcie do sędziego z łapówką.
Tego naturalnie wykluczyć się nie da, ale ponieważ wszyscy zachęcają nas do myślenia pozytywnego, to myślę, że nie samą korupcją niezawisłe sądy żyją, ale również – ludzkimi odruchami. Nie jest tajemnicą, że sądownictwo w naszym nieszczęśliwym kraju jest w znacznym stopniu sfeminizowane. Część tych kobiet – sędziów, miała, albo ma rozmaite traumatyczne przejścia z mężczyznami, więc o odruch nie tylko współczucia , ale i poczucia – jak to zjazd Solidarności w 1981 roku napisał w „Posłaniu do narodów Europy Wschodniej” – „głębokiej wspólnoty naszych losów”. Wtedy nie trzeba żadnych korupcji, aby uzyskać pożądany, piękny wyrok.
Poczucie wspólnoty wystarczy. I dlatego taka ważna jest medialno-literacka padgatowka do fazy sądowej. Kiedy zatwierdzony przebieg wydarzeń dostatecznie się utrwali, nie ma żadnej siły, by go podważyć tym bardziej, że niezawisłe sądy ucinają w zarodku taką możliwość, zwyczajnie nie dopuszczając wniosków dowodowych. Po cóż bowiem kobieta, która też doświadczyła traumatycznych przeżyć z mężczyznami, czy chociaż z jednym, miałaby wprowadzać do swego umysłu i serca jakieś poznawcze dysonanse?
Więc zarówno reklama książki mojej Prześladowczyni, jak i wspominany wywiad na lamach „Onetu” wzbudziły we mnie podejrzenia, że modus operandi może być w tym przypadku ponownie uruchomiony w nadziei, że „dramatyzm” udzieli się któremuś niezawisłemu sądowi.
Rzecz bowiem w tym, że wprawdzie egzekucja wyroku zaocznego, wydanego przez panią sędzię Urszulę Jabłońską-Maciaszczyk z Poznania zakończyła się, to w skutek mojego sprzeciwu, po upływie ponad 20 miesięcy, wyrok ten został uchylony i sprawa wróciła do punktu wyjścia. Oczywiście 150 tys. złotych nikt mi nie oddał, podobnie jak prawie 40 tys. złotych kosztów egzekucyjnych.
Żeby było śmieszniej, to sprawę tę ponownie rozpoznawała pani sędzia Urszula Jabłońska-Maciaszczyk. Cóż innego mogła zrobić, jeśli nie zatwierdzić swój poprzedni salomonowy wyrok? I tak właśnie zrobiła.
Złożyłem od tego wyroku apelację, to znaczy – najpierw wniosek o uzasadnienie. Na to uzasadnienie czekałem półtora roku, a pewnie czekałbym i dłużej, gdybym nie złożył skargi na przewlekłość postępowania. Ta skarga została wprawdzie uwzględniona, ale siłą inercji niezawisły sąd przyznał 2 tysiące złotych tytułem zadośćuczynienia… mojej Prześladowczyni! Dopiero po pisemnych wyjaśnieniach udało się rozładować nieporozumienie.
Więc kiedy dostałem wreszcie to nieszczęsne uzasadnienie, złożyłem apelację. Jak nietrudno się domyślić, sprawa ta nie jest jeszcze prawomocnie zakończona, tymczasem moja Prześladowczyni we wspomnianym wywiadzie powiada, że sprawę ze mną „wygrała”. Są zatem dwie możliwości: albo wie już coś, o czym ja jeszcze nie wiem, albo zwyczajnie mija się z prawdą, być może w przekonaniu, że skoro ksiądz nie płaci, to ktoś inny powinien wziąć ją na utrzymanie.
Bo niezależnie od tego, Sąd Okręgowy, tym razem w Warszawie, nakazał mi zapłacenie mojej Prześladowczyni 150 tys. złotych plus odsetek chyba co najmniej tyle samo, bo tak długo młyny sprawiedliwości tę sprawę – po podanie nazwiska mojej Prześladowczyni – przemielały. Od tego wyroku też złożyłem apelację i dlatego właśnie tak mnie zaniepokoiła ponowna aktywność medialna – że coś się szykuje.
Jest to niepokojące tym bardziej, że pełnomocnik mojej Prześladowczyni, drogi pan mecenas Jarosław Głuchowski, złożył mi coś w rodzaju propozycji nie do odrzucenia. Zaproponował mi mianowicie „ugodę” tej treści, że ja zapłacę mojej Prześladowczyni 180 tys. złotych i oczywiście wycofam apelacje, bo jak nie, to będzie mnie nękał dodatkowymi żądaniami, które zresztą wkrótce spełnił, kierując do niezawisłego sądu w Warszawie wniosek o nakazanie mi wypłacenia mojej Prześladowczyni dodatkowych 260 tys. złotych pod pretekstem, że nie dość szybko pousuwałem z mediów społecznościowych jej nieszczęsne nazwisko.
Zgodnie z pouczeniem niezawisłego sądu przedstawiłem wobec tego żądania moje „stanowisko” – no i teraz czekam na rozwój wypadków. Dlatego właśnie wznowienie aktywności medialnej przez moją Prześladowczynię wzbudziło moje zaniepokojenie – czy przypadkiem cykl nie zaczyna się od nowa?
Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz