Zdrada Europy Środkowej
Tak, wiem: w polityce, szczególnie tej międzynarodowej, kategoria lojalności i zdrady ma bardzo niewielkie znaczenie.

Czasem zachowywanie lojalności za wszelką cenę może być nawet szkodliwe, choć z drugiej strony warto zachowywać ją tam gdzie można, a przynajmniej werbalnie ją manifestować, bo stanowi ona pewien kapitał wizerunkowy, który też ma określoną wartość.
Najgorsze jest jednak całkowicie bezinteresowne demonstrowanie zdrady i braku lojalności w sytuacjach, w których nic naszemu krajowi to nie przynosi. A tak właśnie zachowuje się państwo polskie w stosunku do przyjaciół i sąsiadów, z którymi teoretycznie nie mamy żadnych sprzeczności interesów.
W 1991 roku Polska była jednym z współzałożycieli Trójkąta Wyszehradzkiego, w którego skład weszły trzy państwa naszego regionu – poza naszym krajem, Czechosłowacja i Węgry. W 1993 roku w wyniku rozpadu federacji naszych południowych sąsiadów trójkąt przekształcił się w grupę z Czechami i Słowacją w składzie.
Idea nie była nowa, lecz sięgała z jednej strony wspólnoty interesów i pewnej wspólnej tożsamości czasów habsburskich, a z drugiej strony licznych pomysłów integracyjnych międzywojnia, które nigdy nie zostały zrealizowane, jednak wciąż krążyły w różnych nurtach myśli politycznej regionu.
W latach 1990. koncepcja współpracy sprowadzała się do w zasadzie słusznego i racjonalnego założenia, że tylko działając razem możemy jako Europa Środkowa uzyskać w miarę korzystne warunki udziału w Unii Europejskiej.
Nie do końca to wyszło, bo w grupie z przyczyn politycznych marginalizowana była Słowacja pod rządami Vladimira Mecziara. W kolejnych latach wciąż jednak słyszeliśmy od przedstawicieli polskiej klasy politycznej o znaczeniu i dużej wadze przywiązywanej do współpracy regionalnej w naszym regionie Starego Kontynentu.
W ciągu ostatnich lat na słowach się jednak kończy. Nie dzieje się tak bynajmniej z powodu pojawienia się jakichś poważnych sporów geopolitycznych, ekonomicznych czy znaczących sprzeczności interesów. Europa Środkowa ma nadal dość jasne i oczywiste priorytety, wśród których wymienić można wspólne zabieganie o nasze interesy w Unii Europejskiej oraz stabilizację sytuacji za naszymi wschodnimi granicami. Ta ostatnia rzecz jasna wiąże się z unikaniem eskalacji i konfliktów oraz utrzymywaniem pragmatycznych, poprawnych relacji ze wschodnim sąsiedztwem UE.
Polskie władze – zarówno te spod znaku PiS, jak i PO – kierują się jednak konsekwentnie irracjonalnym założeniem dominującej u nas matrycy ideologicznej narzucającej wszystkim dookoła postawę fobii przed Rosją. Kto na tą fobię nie cierpi i stara się mówić językiem politycznego realizmu, ten z miejsca okrzyknięty jest wrogiem, albo wręcz kremlowskim agentem. Tak właśnie stało się już z dwoma przywódcami krajów Grupy Wyszehradzkiej: premierem Węgier Viktorem Orbánem i szefem rządu Słowacji Robertem Ficą.
W kolejce są Czechy, w których w jesiennych wyborach najprawdopodobniej zwycięży równie pragmatyczny Andrej Babisz. W efekcie w grupie czterech państw pozostaniemy osamotnieni ze swoimi kompleksami i fobiami.
Własne fobie można jednak jakoś maskować dla dobra zachowania normalnych relacji ze światem zewnętrznym. Wariat często stara się ukrywać swoje szaleństwo, stwarzając pozory, iż jest człowiekiem normalnym, kłaniającym się sąsiadom i miłym dla znajomych.
Poziom szaleństwa polskiej sceny politycznej jest już jednak tak wysoki, że zachowywanie pozorów uniemożliwia. Ostatnim tego przykładem jest oburzenie Donalda Tuska na wiadomość o tym, że Budapeszt może stać się miejscem negocjacji pokojowych z udziałem prezydentów Stanów Zjednoczonych i Rosji mających zakończyć wojnę na Ukrainie.
Państwo racjonalne cieszyłoby się, że nasz region ma szansę stać się gospodarzem istotnych dla bezpieczeństwa nas wszystkich rozstrzygnięć. Mógłby w nim wystąpić wręcz element zazdrości, żalu, że do tej rangi wydarzenia nie dochodzi u nas.
Polskie szaleństwo polega jednak na tym, by publicznie kraj regionu osiągający pewien sukces obrazić, bo ów sukces niezgodny jest z pożądaną wizją wojennej zawieruchy, którą wciąż żyje nadwiślańska klasa polityczna.
Właściwie POPiS wypisał nas już geopolitycznie z Grupy Wyszehradzkiej. Pozostała nam na otarcie łez przyjaźń z innymi pacjentami politycznego szpitala psychiatrycznego – niknącymi w oczach demograficznie i ekonomicznie republikami bałtyckimi.
Mateusz Piskorski
https://myslpolska.info/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz