poniedziałek, 30 października 2023

Dżentelman nihilista – Maurice Cowling

 

Dżentelman nihilista – Maurice Cowling


„Nie jestem pewien głębi swoich przekonań religijnych. Być może są one tylko polemiką z liberalizmem, a nie uświadomieniem sobie prawdy chrześcijaństwa. …

Przypuszczam, że w spisie ludności określiłbym siebie jako członka kościoła anglikańskiego. Jeśli zaś zapytasz czy myślę że powinienem być anglikaninem, odpowiedź brzmi, że prawdopodobnie powinienem być katolikiem, ale nie widzę żadnych perspektyw że tak się stanie, posiadam za bardzo protestancki umysł”. – M.Cowling

Maurice Cowling – ostatni bodajże brytyjski konserwatysta odwołujący się do, i próbujący odrodzić w szeregach polityków partii konserwatywnej, ducha oryginalnego (jak to rozumiał) toryzmu. Był założycielem i intelektualnym przywódcą tzw. Szkoły Peterhouse, która postawiła sobie za cel odrodzenie klasycznej, czyli wolnej od naleciałości liberalnych, filozofii politycznej konserwatyzmu, a której manifestem były zredagowane przezeń Eseje konserwatywne (1978).

Antagoniści Cowlinga najczęściej oskarżają go o „zaściankowość”, ukrywanie „niechęci do współczesnego świata i jego wpływów na świat kultury” o „sceptycyzm i nieufność wobec wszystkiego, łącznie z poprawą ziemskiej egzystencji człowieka”. Jego prace były zwane „osobliwymi”, jego myśli „męczącymi „, a jego styl „pompatycznym” i „dwuznacznym”. Wszystko to, ku jego satysfakcji i zadowoleniu.

Prawdę mówiąc, ten klnący, wybuchowy, uwielbiający poker, angielski historyk, niejednokrotnie publicznie dziękował za negatywne recenzje z jakimi spotkały się jego publikacje. Burdy akademickie zachwycały go. Był zwolennikiem tego, co nazywał „reakcyjnym rodowodem”, często zachęcając swoich uczniów do [werbalnej] „podłości” wobec swoich intelektualnych przeciwników a swoich sojuszników namawiał do używania „ironii, serdeczności i złośliwości”.

W przeciwieństwie do Trevor-Ropera, Cowling nigdy nie zagościł pod strzechami przeciętnych gospodarstw domowych Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych – gdzie był praktycznie nieznanym. Nie był gwiazdą telewizji, jak A.J.P. Taylor, czy wieloletnim ‘elementem’ programu nauczania, jak Christopher Hill. Nie pisał bestsellerów, nawet książek dobrych, które można byłoby nazwać popularnymi. Być może pomimo, lub wręcz odwrotnie, to znaczy – dzięki, obronie „wojny klasowej” jak również głoszonej nienawiści do wszystkiego tego co nawet otarło się o „retorykę postępu, cnoty i ideę ulepszania świata” był tylko letnim zwolennikiem pani Margaret Thatcher.

Urodzony w Norwood [dobitnie niemodnym londyńskim przedmieściu] w 1926 roku, jako młokos zachwycał swoim wychowaniem gimnazjalnych nauczycieli [Battersea], a dyrektor jego szkoły stwierdził kiedyś że ten uczeń, który jawił się w równej mierze pobożnym jak i mądrym, pewnego dnia zostanie arcybiskupem Canterbury. Jego esej [egzamin wstępny do Jesus College na uniwersytecie w Cambridge] z roku 1943 w obronie [prawowitej] dynastii Stuartów napisany pod wpływem Arnolda Toynbee, przyniósł mu stypendium. Po ukończeniu pierwszego roku studiów, został powołany do wojska po czym służył w Indiach, Egipcie i Libii. Po powrocie do Anglii, ten bogobojny młody adiutant rozważał przez jakiś czas wejście w stan kapłański.

Środowisko intelektualne na Jesus College sprzyjało pogłębieniu zarówno jego konserwatyzmu i chrześcijaństwa. Cowling spotkał się tam z dawno zapomnianą grupą prawicowo-anglikańskich dżentelmenów, których reputację będzie później wspierał na każdym kroku. W tym własnie okresie Cowling zaczął głosić specyficzny rodzaj mistycznego fideizmu, odrzucającego zarówno pozytywistyczną krytykę religii jak i racjonalne argumenty stojące w jej obronie. Prawdę o chrześcijaństwie utożsamiając jako coś, co istniało, wyjątkowo, poza granicami intelektualnego dochodzenia. Wcielenie i Zmartwychwstanie jako cudowne wydarzenia stojące poza historią i transcendentne wobec jej perypetii. Nie uważał teleologii jako podłoża dla ludzkich wydarzeń i podążając w swoich rozważaniach śladem Herberta Butterfielda – który stał się jego mentorem i ostatecznie kolegą – odrzucił liberalne pojęcie postępu, jako filozoficznie niespójne.

Podczas swego pobytu w Cambridge, Cowling uczęszczał na nabożeństwa w jednej z uniwersyteckich kaplic, która [jak zdecydowana z nich większość] przetrwała obrazoburcze profanacje okresów Edwarda VI i Cromwella, tym samym stając się silnym symbolem oporu tzw. anglikańskiego kościoła Wysokiego [High Church] wobec nadmiernej protestantyzacji.

Po utracie stypendium (1953r.), kolejne osiem [z plusem] lat, nasz bohater zaliczał do straconych – określając ten okres jako ‘zgubioną dekadę’. Przez pewien czas wykładał na Uniwersytecie w Reading, spędził sześć miesięcy pracując w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Jordanii, po czym zwrócił się w stronę pracy dziennikarskiej. W krótkim odstępie czasu był zatrudniony i zwolniony z Manchester Guardian, The Times, Daily Express i The Daily Telegraph. W 1959 roku startował [bezskutecznie] w wyborach parlamentarnych, doświadczenie później wspominane przez niego jako „rwanie pięćdziesięciu zębów na raz.”

Nowoczesną politykę Cowling identyfikował jako krwawy sport bez zasad lub podziałów grupowych, spektakl który daje tylko kilka możliwości na bycie widzem; chciał aby nauczyciele akademiccy porzucili moralizatorstwo i skoncentrowali się na przejrzystym wyjaśnianiu mechanizmów wpływających na sukcesy i porażki polityczne. Podobnie, wierzył że dziennikarstwo to „gra, która wykorzystuje życzenia opinii publicznej aby informować lub zabawiać, tylko po to, aby zarobić pieniądze lub wpływać na opinię publiczną: dopóki dopóty nie dopuści się niczego więcej, to jest to dopuszczalnym. Ale gdy udzielanie informacji ustępuje pretensji do głoszenia kazań, zaczyna się jego [dziennikarstwa] nieistotność”.

Uważał, że szukanie wolności w pojęciu abstrakcyjnym to ślepy zaułek. Stawianie dobrego „klasycznego” liberalizmu na przeciw złemu „postępowemu” liberalizmowi było dla niego rozróżnieniem bezpodstawnym. „Przypuszczam” – powiedział raz do wychowanka szkolnego – „że jesteś jakimś wolnościowcem [libertarianinem]. Szkoda że młodzi nie zdają sobie sprawy, iż celem partii torysów jest utrzymanie nierówności”.

Wiele kontrowersji wzbudzały poglądy Cowlinga na temat II wojny światowej. Stanowczo zaprzeczał autorytetowi moralnemu przeciwników ustępstw wobec hitlerowców, podkreślając że konserwatyści dali gwarancję militarnego wsparcia dla Polski tylko po to aby poprawić swój wizerunek w oczach wyborców w stosunku do Partii Pracy. Z czasem potępiając „wojnę moralnego oburzenia do której przystąpiono bez odpowiednich środków do jej prowadzenia” a której konsekwencją był koniec Imperium Brytyjskiego i stworzenie państwa opiekuńczego. Ubolewał nad „dogmatyzmem”, który zmusił brytyjskich konserwatystów do „prezentowania porażki [tej wojny] jako zwycięstwa, kiedy już dawno stało się jasne, że to była porażka.”

Dla niektórych dziwnym jest także złożoność sympatii i wrogiego nastawienia Cowlinga wobec postaci historycznych, i tak dowiadujemy się że jego zarzutem wobec Burke’a jest jego fiksacja na rewolucji z 1789 roku, w przeciwieństwie do roku 1688 – roku który Cowling uważał za istotniejszy, bo zalążkowy, kiedy to przewrotowa zgnilizna zdołała wcisnąć się w ludzką świadomość.

Twierdził również że katolicka konwersja Johna Henry’ego Newmana, podczas gdy spełniała jego osobiste pragnienie zepchnęła go w publiczny niebyt. Churchilla skreślił jako pogańskiego wiga, pisarza C.S Lewisa* jako bezskutecznego podżegacza– fantastę, a Rogera Scrutona [chociaż był jego mentorem] niejednokrotnie nazywał bezpłodnym nudziarzem, który zbyt bardzo identyfikuje się z post-chrześcijańskim stanem rzeczy.

Maurice Cowling należał do gatunku intelektualistów, którzy potrzebowali bliskich powiązań z uprawiającymi aktywną politykę konserwatystami: nie po to aby dostarczać im pomysłów które mogliby wdrażać w życie, lub przyczyn do opracowania swojej polityki (nigdy nie byłby tak wulgarnym) – raczej aby zaoferować im swą pomoc, w rozwoju idei prawdziwego toryzmu.

Źródłem światopoglądu Cowlinga było uznanie faktu gwałtownie zmniejszającej się roli chrześcijaństwa w doktrynie publicznej rozpoczętej końcem XIX i na początku XX wieku. W konsekwencji tej realizacji, zrozumiałym jest jego kompletne odrzucenie liberalizmu który ewoluował w tym właśnie okresie. Wyjaśniając, co tak naprawdę składa się na toryzm i dlaczego ludzie określają się torysami, Cowling rozumiał potrzebę związania tych przekonań w jedność, której celem powinno być polityczne zwycięstwo i sprawowanie władzy. Jednak, chociaż słynący ze swego cynizmu był on zaskakująco optymistyczny. Wierzył w potencjał polityków, stwierdzając w roku 1963 że: „im więcej dana osoba posiada władzy”, „tym większa szansa na czynienie przezeń dobra.”

Cowling odszedł z Wydziału Historii w Cambridge w 1988 roku, żegnając środowisko Peterhouse w 1993. Osiadł na stałe w Swansea, gdzie w roku 1996 poślubił byłą żonę George’a Galea – Patrycję. Zmarł po długiej chorobie.

Arkadiusz Jakubczyk

* Cowling nie przepadał za stylem literackim Lewisa. Jednak, jego opinia o nim opierała się na tego drugiego wczesnej twórczości. Przede wszystkim, Cowling zarzucał Lewisowi egalitaryzm. Fakt że Lewis nie chciał zostać częścią, wszakże nie formalnego, ale to przecież nic nie zmienia, tzw.’inner circle’ śmietanki myślicieli chrześcijańskich, jak również jego tendencje do okazywania specjalnej troskliwości względem ludzi pochodzących z biednych rodzin i mających ciężkie dzieciństwa, bardzo Cowlinga irytowały. Cowling uważał że zadaniem chrześcijaństwa jest, jak to ujął, tworzenie ‚maluczkich Chrystusów’ obojętnie czy są oni arystokratami czy żebrakami i że ciężkie dzieciństwo nie powinno być powodem do wyróżniania czy też dowodem na cięższą drogę jaką ta osoba przeszła w osiągnięciu świętości. A więc można powiedzieć że Cowling uważał Lewisa za podżegacza klas niższych do wywyższania się i uważania się za lepszych tylko i wyłącznie ze względu na ich pochodzenie czy status społeczny.

https://myslkonserwatywna.pl/

Deficyt budżetowy w 2024 r. wyniesie 164,8 mld zł.

Deficyt budżetowy w 2024 r. ma wynieść 164,8 mld zł — dowiaduje się Business Insider Polska. To efekt zwiększonych wydatków na finansowanie armii, programy socjalne oraz ochronę zdrowia.

Podczas konferencji prasowej premiera Mateusza Morawieckiego i minister finansów Magdaleny Rzeczkowskiej nie padła kluczowa kwota. Politycy nie ujawnili deficytu ani wydatków budżetowych w 2024 r.

Jak dowiaduje się Business Insider Polska, deficyt budżetowy zaplanowany przez rząd na 2024 r. wyniesie 164,8 mld zł. Dla porównania, w znowelizowanej niedawno ustawie na 2023 r. sięgnął on 92 mld zł.

— Taka kwota wynika przede wszystkim ze zwiększonych wydatków na obronność, ale również programy socjalne oraz ochronę zdrowia — mówi nam informator zbliżony do kręgów rządowych.

Deficyt na poziomie blisko 165 mld zł oznacza, że wydatki budżetowe w przyszłym roku sięgną ponad 848 mld zł. Przypomnijmy, że dochody zaplanowane przez rząd mają wynieść 683,6 mld zł.

Szczegóły budżetu

Rząd na swojej stronie internetowej przedstawił szczegóły ustawy budżetowej. Oto one:

Produkt krajowy brutto

W 2024 r. nastąpi ożywienie gospodarcze, a wzrost PKB powinien osiągnąć 3,0 proc. Wpływ na to będzie miała spadająca inflacja, powrót do dodatniej dynamiki płac realnych w ujęciu całorocznym oraz polepszenie nastrojów konsumentów.

Spożycie prywatne

W 2024 r., wraz z poprawą sytuacji gospodarczej oraz waloryzacją świadczenia 500 plus do 800 zł, dynamika spożycia prywatnego osiągnie poziom 3,3 proc.

Inwestycje

W 2023 r. realny wzrost nakładów brutto na środki trwałe wyniesie 3,8 proc.

W 2024 r. nakłady brutto na środki trwałe ogółem powinny wzrosnąć o 4,4 proc. Wpływ na rosnącą dynamikę inwestycji będzie miało polepszenie sytuacji gospodarczej, a w dłuższym horyzoncie także oczekiwany przez rynek spadający koszt kapitału.

W najbliższych latach przewidywany jest także wyraźny wzrost inwestycji publicznych, w tym zwiększenie zdolności obronnych kraju.

Eksport i import

W 2023 r. realne tempo wzrostu eksportu wyniesie 2,0 proc. W 2024 r., wraz z poprawą sytuacji gospodarczej na rynkach eksportowych, wzrost ten wyniesie 3,6 proc.

Z kolei realny import w 2023 r. zmniejszy się o 1,5 proc., przede wszystkim z powodu spadku popytu krajowego. W 2024 r. import będzie rósł w tempie zbliżonym do eksportu (3,9 proc.).

W efekcie, saldo obrotów bieżących w relacji do PKB zmieni się z -3,0 proc. PKB w 2022 r. do 0,1 proc. PKB w 2023 r. oraz 0,0 proc. PKB w 2024 r.

Stopa bezrobocia

Przeciętne zatrudnienie w gospodarce narodowej w 2023 r. będzie wyższe niż rok wcześniej o 0,3 proc., a w 2024 r. wzrośnie o 1,2 proc. Na umiarkowaną dynamikę zatrudnienia będzie oddziaływać ograniczona podaż pracy, która jest efektem procesów demograficznych.

Bezrobocie na koniec 2024 r. wyniesie 5,2 proc.

Przeciętne wynagrodzenie

Prognozuje się, że wzrost przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej wyniesie w 2023 r. 12,3 proc., a w 2024 r. 9,8 proc.

Inflacja

Oczekuje się, że inflacja w 2023 r. wyniesie średnio 12,0 proc. (do końca 2023 r. inflacja spadnie do wartości jednocyfrowej), a w następnym roku 6,6 proc.

Głównymi czynnikami, które będą wpływały na obniżanie się inflacji, będą stabilizacja cen surowców energetycznych i żywności na rynkach światowych, relatywnie niska dynamika spożycia prywatnego w bieżącym roku oraz polityka pieniężna.

https://businessinsider.com.pl/

W Argentynie kobieta weszła do kabiny wyborczej i zniknęła bez śladu

 

W Argentynie kobieta weszła do kabiny wyborczej i zniknęła bez śladu


Argentyna, kraj pełen pasji, tanga, futbolu i… tajemnic? Chociaż nie kojarzony powszechnie z niewytłumaczalnymi zjawiskami, w ubiegłym tygodniu w miasteczku Rawson stał się areną jednego z najbardziej niezwykłych i dyskutowanych zdarzeń, które miały miejsce podczas prawyborów prezydenckich. W czasie wyborów na oczach ludzi zniknęła kobieta.

Miejsce zdarzenia to lokal wyborczy w szkole Escuela 14 de Febrero w departamencie San Juan. Tamtego dnia nic nie zapowiadało niecodziennego wydarzenia.

Jednak wszystko zmieniło się, gdy do lokalu przyszła kobieta o siwych włosach. Bez wahania, podeszła do stołu numer 698, odłożyła dowód osobisty i skierowała się do kabiny wyborczej.

Ludzie czekający w kolejce do głosowania zaczęli się niecierpliwić. Kolejna minuta mijała, a kobieta nie opuszczała kabiny. Zaniepokojeni wyborcy zwrócili się do grupy wojskowych obserwujących wybory z prośbą o interwencję.

Jednak kiedy żołnierze i osoby nadzorujące wybory zajrzeli do kabiny, nie znaleźli w niej nikogo. Kobieta zniknęła, a jej dowód osobisty również. To, co jeszcze bardziej zdumiało obecnych, to fakt, że nikt nie pamięta, by widział moment, w którym opuszczała lokal wyborczy czy zabierała swój dokument.

Wkrótce po tym incydencie korytarze wyborcze zaczęły brzęczeć od plotek. Niektórzy sądzili, że kobieta była duchem, inni sugerowali, że mogła to być czarownica, a jeszcze inni spekulowali, że był to duch zmarłej nauczycielki lub innej lokalnej mieszkanki, która chciała wypełnić swój obywatelski obowiązek.

Sceptycy wśród zgromadzonych próbowali szukać racjonalnych wyjaśnień, ale nawet w ich ustach czuć było nutę niepokoju. Szef sekcji wyborczej, odpowiedzialny za ten lokal, stwierdził dobitnie: „Myślcie, co chcecie”, podkreślając, że zdarzenie było obserwowane zarówno przez zwykłych obywateli, jak i wojskowych.

Historia ta stała się szeroko komentowana i dyskutowana zarówno w lokalnych mediach, jak i w całym kraju. Niezależnie od tego, czy uwierzymy w niewytłumaczalne czy nie, jedno jest pewne: ten niezwykły incydent dodał koloru do prawyborów w Argentynie i przypomniał nam, że czasem rzeczywistość potrafi być bardziej zadziwiająca niż fikcja.

https://innemedium.pl/

Prorocy i prekursorzy

 Prorocy i prekursorzy


Pewna moja uczennica usiłowała się kiedyś dostać na wydział elektroniki PW. Były to czasy gdy nie było komputerów natomiast przeprowadzano egzaminy wstępne na uczelnie. Sekretarka wydziału wywieszała określonego dnia listę wyników egzaminu z matematyki i fizyki, w kolejności alfabetycznej, a nie według rankingu wyników, a następnego dnia po zdjęciu tej listy, listę przyjętych.


Dlaczego – nie chcę nawet zgadywać. Moja uczennica była osobą podejrzliwą, a może tylko życiową. Przepisała ręcznie listę wyników przed jej zniknięciem (dziś sfotografowałaby ją telefonem) i porównała z listą przyjętych. Okazało się, że na studia się nie dostała, natomiast przynajmniej kilkanaście osób przyjętych na wydział miało o wiele gorsze od niej wyniki egzaminów.


Zgłosiła się do dziekana wydziału. Zdenerwowany dziekan usiłował jej wytłumaczyć, że aby było sprawiedliwie połowę miejsc na wydziale przeznacza się dla kandydatów z najlepszymi wynikami, a następną połowę rekrutuje od końca listy rankingowej, czyli przyjmuje tych z najgorszymi stopniami.


Po chwili dziekan zasłabł, stracił przytomność i pomimo interwencji lekarskiej zmarł. Uczennica oczywiście została przyjęta, studia ukończyła, lecz przez cały czas studiów ciągnęła się za nią opinia osoby, która zabiła dziekana.


Powinniśmy sobie uświadomić, że dziekan który zapewne doznał wylewu był prekursorem obecnego postmodernistycznego paradygmatu zabraniającego oceniania czegokolwiek i kogokolwiek. Trudno uwierzyć, że w tym stanie rzeczy odbywają się jeszcze jakieś zawody sportowe, olimpiady, mecze piłki nożnej, wyścigi konne i konkursy chopinowskie.


Z naszej Warszawskiej Gazety dowiedziałam się, że Publiczna Szkoła Podstawowa w Śremie wprowadziła obecnie następujące zasady promowania uczniów. Otóż każdy uczeń otrzymuje świadectwo z paskiem. Pasek białoczerwony oznacza – świetnie mi idzie, pasek niebieski – wierzę w swoją moc, pasek zielony – najlepiej wychodzi mi odpoczynek.


W ten sposób nie tylko obniża się znaczenie czerwonego paska na świadectwie lecz całkowicie likwiduje rywalizację w wynikach nauki i praktycznie realizuje hasło: „róbta co chceta”. Każdy uczeń ma według autorów tego projektu jakieś zalety. Jeden dobrze się uczy a drugi z pasją leniuchuje. Każdy zasługuje żeby docenić jego talenty.


Zasada, żeby pod żadnym pozorem nie dzielić ludzi wydaje się na pozór szlachetna. Każdy podział na uczniów bardziej zdolnych i mniej zdolnych jest przecież zwykłą dyskryminacją. Zgodnie z tą zasadą wielu pedagogów postuluje obecnie całkowite zlikwidowanie w Polsce szkół specjalnych i włączenie dzieci z problemami intelektualnymi do klas integracyjnych szkół zwykłych. Wydają się nie rozumieć, że w ten sposób robią krzywdę przede wszystkim właśnie dzieciom z problemami psychologicznymi, mało zdolnym czy wręcz upośledzonym. W szkole specjalnej miałyby one szanse nauczyć się niezbędnych w codziennym życiu umiejętności, które pozwoliłyby im potem na samodzielne funkcjonowanie w społeczeństwie.


Otrzymałam ostatnio dokument „Procedura postępowania w sytuacji zaistnienia podejrzenia przemocy w rodzinie”. Wśród wymienianych w dokumencie oczywistych rodzajów kryminalnej przemocy fizycznej, wymienione są zabronione i penalizowane rodzaje przemocy psychologicznej takie jak: krytykowanie, kontrolowanie, ograniczanie kontaktów oraz przemocy ekonomicznej jaką ma być wydzielanie pieniędzy.


Zastanówmy się jakie środki wychowawcze mają zatem rodzice. Nie mogą krytykować, ani kontrolować dziecka źle się uczącego albo biorącego narkotyki bo jest to przemoc psychologiczna. Nie mogą zabronić niewłaściwych znajomości, bo jest to ograniczanie kontaktów, nie mogą odebrać kieszonkowego bo jest to wydzielanie pieniędzy. Wobec wybryków dziecka są praktycznie bezradni. To nie są teoretyczne dywagacje.


Rodzice szesnastoletniej uczennicy ze szkoły, w której pracowałam skarżyli mi się, że dziewczyna przyprowadza do domu przypadkowych partnerów i nigdy nie wiedzą kogo spotkają w nocy w kuchni czy w łazience. Gdy przestali dawać jej pieniądze oddała sprawę do sądu o alimenty i tę sprawę wygrała. Nie mogli wyrzucić jej z domu, choć dawała zły przykład młodszym dzieciom, bo chroniło ją prawo. Jej kochankowie pustoszyli lodówkę, czuli się w ich domu jak u siebie, łykali jakieś prochy i palili marihuanę. Jedyne co rodzicom doradzał pedagog szkolny to wzywanie policji. Nie chcieli jednak żeby córka była notowana za narkotyki, stale mieli nadzieję, że się opamięta.


Próbowałam z nią porozmawiać tłumacząc, że przy jej trybie życia skończy jako prostytutka przy autostradzie. Nawymyślała mi, po czym doniosła do dyrekcji, że ją obraziłam. Odtąd w czasie lekcji całkowicie ją ignorowałam. Poskarżyła się dyrektorowi, że ją poniżam przez manifestacyjne pomijanie jej przy wzywaniu uczniów do tablicy. Widać było, że wśród kochanków ma sprytnego doradcę prawnego. Dyrektor wygłosił do nauczycieli przemowę w stylu: „wicie rozumicie – nie trzeba się wychylać, takie są przepisy i jesteśmy bezradni, jej nic już i tak nie pomoże, a my musimy być kryci”.


Oczywiście, że był to skrajny przypadek i nie należy wyciągać z niego daleko idących wniosków. Nie jestem psychiatrą ani psychologiem i nie mam zamiaru analizować ukrytych, głębokich przyczyn jej postępowania. Nie wiem i nawet nie chcę wiedzieć co się z nią stało. Nie zrobiłam jej żadnej krzywdy, dostała ode mnie promocję na wyrost, z najniższą oceną. Nie pracuję już w tej szkole. Z innymi byłymi uczniami mam bardzo dobry kontakt, zapraszają mnie na śluby, chrzty i komunie dzieci oraz obrony prac doktorskich.


Podobnie proroczym prekursorem okazał się Krzysztof Kononowicz, kandydat na prezydenta Białegostoku, europosła, a potem nawet na prezydenta RP, który zasłynął sformułowaniem: „nic nie będzie”.


Musimy sobie uświadomić, że wszystko co obecnie obserwujemy w kraju i na świecie to wypisz wymaluj wizje umierającego na wylew dziekana elektroniki i sympatycznego choć nieco opóźnionego w rozwoju kandydata na najwyższe stanowiska w kraju i za granicą.


Izabela Brodacka Falzmann

https://naszeblogi.pl

Anoreksja energetyczna

 

Anoreksja energetyczna


Unia Europejska postanowiła zagłodzić się energetycznie. Brukselskie elity odczuwają jakiś paniczny lęk przed konsumpcją energii i z żelazną konsekwencją starają się wprowadzić reżim energetycznego głodu. Typowy objaw ultraradykalizmu, dziecięcej choroby lewicowości, jakby powiedział towarzysz Lenin.

Ostatni europejski kryzys energetyczny, którego doświadczamy do dzisiaj w naszych portfelach, był spowodowany wojną energetyczną z Rosją. Unia Europejska chcąc wyjść z tego kryzysu, rzuca się głową do studni i szybciej maszeruje w kierunku transformacji energetycznej. Jej najważniejszym celem jest zaciskanie pasa, czyli ograniczenie korzystania z energii. Sektor energii ma się kurczyć, potrzeby użytkowników i gospodarki mają się zmniejszać. I to drastycznie.

W tym celu przyjęto właśnie dyrektywę o efektywności energetycznej. Centralny brukselski planista stwierdził, że w 2030 r. Europa może zużyć znacznie mniej energii niż obecnie – jedynie 763 miliony ton odpowiednika ropy naftowej (mtoe). W 2021 roku Unia zużyła 968 mln toe (ton odpowiednika ropy naftowej, mtoe) energii pierwotnej.

Czyli mamy się energetycznie odchudzić o 205 mtoe, zmniejszyć zużycie energii o 22%. To dużo czy mało? Polska zużyła w 2021 r. prawie 110 mtoe. Wobec tego, w ciągu 7 lat z krajobrazu energetycznego Europy mają zniknąć prawie dwie Polski.

Proces kurczenia się energetycznego Europy trwa od lat. Jeśli porównać Europę z 2006 roku (szczyt zużycia energii 1617 mtoe) i dzisiaj (1422 mtoe w 2021 r.), to odchudziła się o 12%. Był to okres globalnych kryzysów gospodarczych. W 2020 roku, gdy Europę spowił Covid, zużycie energii spadło o 8% (118 mln toe), w 2009 r. po kryzysie finansowym, obniżyliśmy jej zużycie o 6% (86 mln toe).

Przy czym po tych kryzysowych latach następował szybki wzrost, odbicie, a w dzisiejszym scenariuszu z Brukseli nie ma być żadnego wzrostu, mamy zmniejszyć zużycie energii pierwotnej o 205 mtoe, czyli mamy doświadczyć energetycznie dwóch kryzysów Covidowych i prawie trzech po szoku finansowym. Rzeczywiście, ambitne plany mają brukselscy urzędnicy.

Jednak mimo tego, że po kryzysach podnosiliśmy naszą konsumpcję energii, trend ogólny ostatnich lat był spadający, rocznie Europa zmniejszała zużycie o pół procenta. Teraz czeka nas gwałtowne zaciągnięcie hamulca – najbliższe lata to 6-krotnie wyższe tempo zmniejszania zużycia energii. Europa przepisuje sobie obowiązkową (wiążącą prawnie) głodową dietę, która przypomina anorektyczne uzależnienie.

Nikt w Brukseli nie chce w ogóle przyjąć do wiadomości, że obniżenie zużycia energii to objaw kryzysu, a rozwój, wzrost dobrobytu – to zwiększenie jej zużycia. A przecież to oczywiste – zużycie energii to praca, wykonywana na nasze dobro. Im mniej energii zużywamy (poza rosnącą z czasem sprawnością jej wytwarzania) – tym mniej pracy na naszą rzecz jest wykonywane dzięki źródłom energii. Mniej dóbr i usług, mniej transportu, mniej ciepła, obniża się standard naszego życia. To się nazywa regres.

Śmiechu warte są dzisiaj deklaracje, składane od początku wieku, o prześcignięciu Stanów, przywództwie w innowacyjności i technologii, zwiększaniu udziału w globalnym rynku. Kurczące się znaczenie Europy wyraża się choćby w tym, że wśród 20 topowych koncernów światowych, 15 było amerykańskich, 4 z Azji i i jeden (tak, jeden!) z Europy. Zaszczytne 20. miejsce zajął modowy koncern francuski Louis Vuitton.

Niedawne lata, gdy zużywano coraz mniej energii, wcale nie były latami rozwoju. Pozycja globalna Europy osuwa się coraz mocniej w wielu wskaźnikach globalnej konkurencji. Wiele mówi się o narastającym zapóźnieniu wobec Chin, ale w porównaniu z Wielkim Sojusznikiem też nie wypadamy najlepiej. W dynamicznej pięciolatce przed Covidem (2014-2019) w porównaniu do koncernów z USA duże europejskie firmy miały o 40% mniejsze zyski, inwestowały o 8% mniej, a co najgorsze – znacząco mniej (o 40% mniej) inwestowały w badania i rozwój.

Czekający nas ascetyczny scenariusz zużycia energii jedynie umocni ten regresywny trend, pogarszający pozycję Europy w świecie. Zaciskanie energetycznego pasa to głodzenie gospodarki, a nie stymulator rozwoju, jak głosi oficjalna narracja.

Andrzej Szczęśniak
https://myslpolska.info

poniedziałek, 2 października 2023

Przygotowania Żydów do powrotu do władzy.Część II.



Przygotowania Żydów do powrotu do władzy.
Część II.

O marcu 1968 inaczej.

W marcu 44 r. p.n.e. podczas Idów marcowych grupa 60 zamachowców zamordowała Juliusza Cezara zadając mu 23 pchnięcia sztyletem. W tej grupie był jego przyjaciel Brutus.

Wydarzenia w Polsce z marca 1968 r. miały ten sam cel, co wydarzenia na Zachodzie w latach 1967-68. Były częścią dokonującej się w Europie rewolucji obyczajowej. Tak jak i w Warszawie, tak i w Paryżu demonstracje były brutalnie rozpędzane. Czy ktoś je inspirował? Wydaje się, że za tymi wszystkim wydarzeniami stali rewizjoniści/trockiści, czyli prawdziwi komuniści.

O ile na Zachodzie wydarzenia odbywały się w państwach liberalnych, to w Polsce rewizjoniści/trockiści dążyli najpierw do zmiany rządu, a następnie wprowadzenie rządów liberalnych, gdyż komunizm młodego Marksa może dokonywać się tylko w liberalizmie. Właśnie dlatego w 1956 r. rewizjonistom głównie chodziło o liberalizacje systemu. Z liberalizmu do komunizmu. Właśnie te przechodzenie odbywa się obecnie.

W Polsce w październiku 1967 r. istnieje już w grupie „Komandosów” wyraźny podział na kierownictwo w osobach Karol Modzelewski, Jacek Kuroń i Adam Michnik, na aktyw w osobach Barbara Toruńczyk, Jan Lityński, Seweryn Blumsztajn, Irena Lasota, Wiktor Górecki. W związku z „Międzynarodowym tygodniem solidarności z Wietnamem” zredagowano i wydano w ilości 100 sztuk ulotki o treści wietnamskiej, a następnie rozdano je na terenie UW, konkretnie chyba na Wydziale Filozoficzno-Socjologicznym UW.

Scenariuszem rewizjonistów/trockistów było doprowadzenie do obalenia rządu Gomułki i ustanowienie władzy stalinowców: Zambrowskiego, Alstera, Staszewskiego, którzy już po 1956 r. przekręcili się na liberałów.
Cała ta grupa spiskowców miała już wyłoniony rząd z Alsterem jako przyszłym premierem z czym zdradził się Michnik („Kapusie na świeczniku”, https://getpocket.com/a/read/1028326154).

Na wystąpienia w Polsce miały również wpływ, obok rewolucji obyczajowej na Zachodzie, następujące wydarzenia:

- brak ukarania zbrodniarzy komunistycznych. Ten temat przez cały okres 1945-1970 stanowił oś konfliktów politycznych, najistotniejszych wydarzeń, zarówno wewnątrz układów władzy, jak i był przyczyną społecznych zachowań i nastrojów. Zablokowanie przez Gomułkę ukarania zbrodniarzy komunistycznych, zostały przez kręgi żydowskie odebrane jako słabość rządu, Słabych nikt nie szanuje. Za komandosami stali, będący jeszcze na wysokich stanowiskach stalinowscy zbrodniarze czekający na powrót do władzy Żydów.

- 5 czerwca 1967 r. Izrael dokonał agresji przeciwko trzem krajom arabskim: Zjednoczonej Republice Arabskiej (obecnie Egipt), Jordanii i Syrii. Była to wojna sześciodniowa wygrana przez Izrael.  ZSRR poparł kraje arabskie, a USA poparło Izrael. Zerwanie przez Polskę stosunków dyplomatycznych z Izraelem wywołało w kręgach żydowskich wielbicieli Izraela w Polsce gwałtowny sprzeciw. Wyrażał się on nie tylko manifestacyjnym świętowaniem izraelskiego zwycięstwa, ale także bezpardonowymi atakami na władze PRL i osobiście na Władysława Gomułkę. W tej antygomułkowskiej kampanii aktywnie uczestniczyło wielu Żydów pełniących wysokie funkcje w PZPR, administracji państwowej, w prasie, radiu i TV a także wyższych oficerów i generałów Wojska Polskiego. Na Kongresie Związków Zawodowych w dniu 19 czerwca 1967 roku, a więc w dwa tygodnie po napaści Izraela na kraje arabskie, Gomułka powiedział:

„W związku z tym, że agresja Izraela na kraje arabskie spotkała się z aplauzem w syjonistycznych środowiskach Żydów - obywateli polskich, którzy nawet z tej okazji urządzali libacje, pragnę oświadczyć co następuje: nie czynimy przeszkód obywatelom polskim narodowości żydowskiej w przeniesieniu się do Izraela, jeżeli tego pragnęli. Stoimy na stanowisku, że każdy obywatel Polski powinien mieć tylko jedną ojczyznę - Polskę Ludową. Podziela to olbrzymia większość obywateli polskich narodowości żydowskiej i służy wiernie naszemu krajowi” (Jerzy Brochocki, „Rewolta Marcowa - narodziny, życie i śmierć PRL”, Dom Wydawniczy „Ostoja” Warszawa 2000.).

- na zaostrzenie polityki wewnętrznej PRL wpłynęły również wydarzenia w Czechosłowacji związane z dojściem do władzy Alexandra Dubčeka 4 stycznia 1968 r. i tzw. praskiej wiosny, czyli próby liberalizacji systemu komunistycznego w tym kraju. Swój program określał głośnym w swoim czasie sloganem „socjalizm z ludzką twarzą”.

- w listopadzie 1967 r. przypadała 50. rocznica wybuchu rewolucji październikowej. Kazimierz Dejmek postanowił z tej okazji wystawić „Dziady” Adama Mickiewicza, w nowoczesnej inscenizacji. Premiera odbyła się 25 listopada 1967 r. Pretekstem do wystąpień studenckich stało się zdjęcie ze sceny w Teatrze Narodowym „Dziadów”. Ostatnie przedstawienie odbyło się 30 stycznia 1968 r.

Pułapka

Jesienią 1967 r., jak pisze Jerzy Brochocki, plan marcowej rewolucji był już gotowy. Poszukiwanie zapalnika nie trwało długo. W dniu 25 listopada 1967 r. na scenie Teatru Narodowego odbyła się premiera „Dziadów” A. Mickiewicza: „Rozpoczęła się akcja, której świadomie założonym celem było doprowadzenie do usunięcia „Dziadów” z repertuaru Teatru Narodowego.

Grupy komandosów urządzały na widowni hałaśliwe, antyrosyjskie, a więc w tamtej rzeczywistości antyradzieckie manifestacje. Wielu widzom – co także jest przecież zrozumiałe – bardzo się podobało. W ciągu kilku dni rozpowszechniono w Warszawie wieść, że w Teatrze Narodowym dzieje się coś niesłychanego ważnego, wielkiego i wspaniałego, że przeciw Ruskim i przeciw Partii, że Gomułka się wścieka, widownia szaleje i co najważniejsze, że ambasador radziecki zażądał usunięcia „Dziadów” ze sceny (…) Znakomita reżyseria na Dejmka, świetnie wykonanie czołówki aktorskiej z Gustawem Holoubkiem na czele (Gustaw), nie mogły pozostawić widzów obojętnymi. Swoją robotę komandosi wykonali doskonale. Poszło im tym łatwiej, ze nie tylko normalni widzowie, ale też wielu studentów, których komandosi skłonili do pójścia na spektakle nie miało – co zrozumiałe – żadnego pojęcia co kryje się za spontaniczną reakcja widowni” (Jerzy Brochocki, „Rewolta Marcowa - narodziny, życie i śmierć PRL” Dom Wydawniczy „Ostoja” Warszawa 2000.).

Kierownictwo KC PZPR z Gomułką na czele wpadło w zastawioną przez komandosów pułapkę, kiedy samo podjęło w dniu 16 stycznia 1968 r. decyzję o usunięciu „Dziadów” z repertuaru Teatru Narodowego, ostatnie przedstawienie miał się odbyć 30 stycznia. Wiadomość ta dotarła do komandosów od Puławian wcześniej niż otrzymał ją Wydział Kultury Komitetu Warszawskiego PZPR. Natychmiast ruszyła akcja protestacyjna Puławian, przeciwko zdjęciu „Dziadów”, przeciwko cenzurze, przeciwko władzy „ciemniaków” (Chamów) i w obronie narodowej kultury.

Po ostatnim przedstawieniu 30 stycznia 1968 r. doszło do manifestacji studentów, którzy wznosząc okrzyki (m.in. „niepodległość bez cenzury”) przeszli pod pomnik Mickiewicza, gdzie złożono kwiaty. 35 osób zatrzymano, część została ukarana przez kolegia, które obłożyły je grzywnami. Co ciekawe, grupa radzieckich pisarzy odwiedzających wówczas Polskę, za znakomitą uznała inscenizację „Dziadów” (Jerzy Brochocki, „Rewolta Marcowa - narodziny, życie i śmierć PRL” Dom Wydawniczy „Ostoja” Warszawa 2000.).

Ruszyła akcję petycyjna, którą kierowali Modzelewski, Kuroń i Michnik mając do pomocy coś w rodzaju grupowych w osobach Jana Lityńskiego, Seweryna Blumsztajna, Barbary Toruńczyk, Ireny Lasota. Tekst brzmiał następująco:

„Do Sejmu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. My młodzież studiująca w Warszawie protestujemy przeciwko decyzji zakazującej wystawiania w Teatrze Narodowym w Warszawie dramatu Adama Mickiewicza „Dziady”. Protestujemy przeciwko polityce odcinania się postępowych tradycji narodu polskiego”. W kolejnych dniach w Warszawie i Wrocławiu studenci zebrali kilka tysięcy podpisów pod protestem w sprawie „Dziadów”.

Próba destabilizacji Polski

Wybrana data rewolty nie była przypadkowa. Clara Zetkin (1857-1933), socjaldemokratka, doprowadziła do tego, że 8 marca obchodzony jest jako Międzynarodowy Dzień Kobiet (jednak po raz pierwszy świętowano go 19 marca 1911 r. w Danii, Szwajcarii, Niemczech i Austro-Węgrzech). Odgrywała jedną z najważniejszych i najbardziej znaczących ról w KPD (Kommunistische Partei Deutschlands). W latach 1920–1933 była posłem do Reichstagu z ramienia KPD, pełniąc w roku 1932 funkcję Alterspräsidentin des Parlaments (w dzisiejszej Polsce odpowiednikiem tej funkcji jest marszałek senior). Clara Zetkin w latach 1921–1933 była również członkiem Komitetu Wykonawczego III Międzynarodówki, w którym pod koniec swego życia należała do mniejszości krytykującej stalinowską tezę, zgodnie z którą socjaldemokrację uważano za lewicowy odłam faszyzmu.

Właśnie 8 marca 1968 r., w południe, w dniu Międzynarodowego Dnia Kobiet, rozpoczęły jedne z najbardziej kontrowersyjnych i fałszywie obecnie interpretowanych rozdziałów w historii PRL. Czy w ten sposób komuniści/rewizjoniści chcieli uczcić komunistkę Clarę Zetkin?

Na Uniwersytecie Warszawskim doszło do publicznego odczytania rezolucji studentów, skandowano hasła, napięcie rosło z minuty na minutę. Protestujący uchwalili rezolucję, w której domagali się przywrócenia praw studenckich Michnikowi i Szlajferowi oraz zwolnienia od odpowiedzialności karnej innych studentów, wobec których zastosowano postępowanie dyscyplinarne. Rezolucje odczytała Irena Lasota.

Do akcji wkroczyło ORMO. Weszli na dziedziniec Uniwersytetu Warszawskiego,. Studenci przywitali ich gwizdami, obelgami oraz ciskanym w charakterze judaszowskich srebrników bilonem. Rektor wezwał protestujących do rozejścia się, bez skutku. Do akcji wkroczyły oddziały MO, które zaczęły brutalnie rozbijać manifestację. Użyto pałek. Wielu protestujących studentów aresztowano, relegowano z uczelni. Podtrzymywaniu dogasającego protestu miała służyć plotka o rzekomym zamordowaniu przez MO ciężarnej studentki Marii Borowieckiej.

Dobrowolne wyjazdy

Według dokumentu MSW z 1969 roku, opublikowanego we fragmentach przez Krzysztofa Lesiakowskiego (K. Lesiakowski, „Emigracja osób pochodzenia żydowskiego z Polski w latach 1968-1969”, w: „Dzieje Najnowsze”, nr 2/1993), w okresie od stycznia 1968 r. do sierpnia 1969 r. wyjechało z Polski 11 tys. 185 osób, w tym 9570 osób dorosłych.

Wśród nich było m.in.: 525 osób piastujących kierownicze stanowiska w ministerstwach; 200 osób z prasy i instytucji wydawniczych; 217 pracowników naukowych; 61 osób z Komitetu „Polskie Radio i Telewizja”; 176 osób z resortu spraw wewnętrznych (b. MBP) - z tego 12 osób to byli dyrektorzy departamentów, szefowie WUBP; 28 osób z sądownictwa, prokuratury i więziennictwa; 55 osób z MON i LWP; 998 rencistów, w tym 204 osoby pobierające renty z tytułu „szczególnych zasług dla PRL” (http://www.rodaknet.com/rp_art_3660_czytelnia_marzec68.htm).

W Polsce w związku z wydarzeniami w marcu 1968 r. dochodzi do absurdów. Odnosi się wrażenie, że istnieje rządowa zgoda na opluwanie Polaków.

Michał Zadora, reżyser teatralny i operowy, na 50. rocznicę wydarzeń z 1968 roku przygotowuje spektakl „Sprawiedliwość”, który premierę będzie miał 7 marca w Teatrze Powszechnym w Warszawie.

Michał Zadara w wywiadzie z dziennikarzem Arkadiuszem Gruszczyńskim z Weekend.Gazety.pl powiedział: „W 1968 roku doszło do zbrodni przeciwko ludzkości”.

Pytanie: Co się stało w 1968 roku? 

- 12 tysięcy Żydów zostało wypędzonych z Polski.
Pytanie: Wypędzonych?

- Posługuję się terminem z opisu zbrodni przeciwko ludzkości. Obok ludobójstwa czy masowego gwałtu jedną ze zbrodni przeciw ludzkości jest wypędzenie. Razem ze współpracującymi ze mną przy spektaklu prawnikami i historykami stawiam tezę, że w 1968 roku doszło w Polsce do wypędzenia. Zostały wtedy wypełnione wszystkie kryteria tego czynu opisane w międzynarodowej normie prawnej.

Pytanie: Jakie są to kryteria?

- Po pierwsze, zbrodnie przeciwko ludzkości są atakiem na godność ludzką. Po drugie, są szeroką lub systematyczną praktyką. Po trzecie, są zabronione prawem (szczucie, zmuszanie do określonego zachowania). Po czwarte, ofiary są cywilne. Prześladowanie oraz wypędzanie ludności stają się zbrodniami przeciwko ludzkości, jeśli stają się częścią szeroko zakrojonej akcji.
Pytanie: Władza nie użyła wtedy przemocy fizycznej.

- Użyła, tyle że nie przeciwko Żydom, tylko przeciwko studentom. To wystarczyło, by dać do zrozumienia, co jeszcze może się stać. Poza tym propaganda państwowa nieustająco odwoływała się do Holocaustu. Ofiarom - z których wszyscy byli ocalonymi z Holocaustu lub ich dziećmi - propaganda nieustająco przypominała Zagładę. Przywołano kontekst Holocaustu i jego straszne widmo. Słowem - wypędzenie korzystało z mechanizmu strachu.

Pytanie: Część wypędzonych Żydów nigdy nie powie o sobie: byliśmy wypędzeni.

- Tak, to prawda, i to nieistotne. Jeśli powiem wszystkim, że mnie wcale nie pobiłeś, nie zmienia to faktu, że mnie pobiłeś. Aleksander Smolar - osoba represjonowana wtedy także jako działacz studencki - powiedział mi, że zaproponowane przeze mnie określenie jest przesadne. I równocześnie powiedział, że po prostu zrozumiał w 1968 roku, że będąc Żydem nie ma w Polsce przyszłości jako polityk, więc wyjechał. Uważam to za jego zwycięstwo, że przypisuje sobie tę decyzję, i to nie zmienia faktu, że Polska go wypędziła.
http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,23042616,michal-zadara-w-1968-roku-doszlo-do-zbrodni-przeciwko-ludzkosci.html).

Nikt nikogo z Polski nie wypędzał. W Wałbrzychu na Dworcu Głównym dwa tygodnie stał pociąg z wagonami osobowymi i towarowymi. Żydzi spokojnie ładowali swój dobytek. Jednym z wyjeżdżających był kierownik sklepu delikatesy, malwersant, bojąc się poniesienia odpowiedzialności karnej uciekł do Izraela. Zostawił żonę i dzieci.

Wśród wyjeżdżających byli zwykli zbrodniarze. W Wielkiej Brytanii po 1968 r. schroniła się Helena Wolińska-Brus (Fajga Mindla Danielak). Paulina Kern, wiceprokurator Prokuratury Generalnej, wyjechała wraz z mężem po 1968 r. Oskarżała przed Sądem Najwyższym gen. Fieldorfa. Zmaltretowanym przez bezpiekę potrafiła oświadczyć: „władze śledcze Polski Ludowej nie biją”. Do Szwecji wyjechał w 1969 r. zbrodniarz komunistyczny ppłk Maksymilian Lityński (Maks Lifsches), razem z żoną Pauliną i synem Adamem. 

Po 1968 r. w Szwecji schronił się również i dożył spokojnej starości Józef Bik-Bukar-Gawerski, zastępca naczelnika Wydziału Śledczego WUBP w Gdańsku, a potem w Katowicach. Tak samo Stefan Michnik, krwawy sędzia warszawskiego Wojskowego Sądu Rejonowego, a nadto informator i rezydent Informacji Wojskowej. Tylko do Izraela wyjechało po marcu 1968 r. ok. tysiąc zagorzałych stalinistów. Niektórzy żyją do dziś. Trzeba ich ścigać i pokazywać ich zbrodnie (Tadeusz M. Płużański, „Stalinowscy uciekinierzy”, http://www.bibula.com/?p=16228).

Adam Michnik, który był zdecydowanym przeciwnikiem opuszczenia Polski przez Żydów. Po wyjeździe Zygmunta Baumana powiedział: „Polska zostanie pozbawiona najbardziej wartościowych ludzi bez których nic pozytywnego zdarzyć się nie może. Zapanuje marazm i stagnacja”. Chodziło mu oto, że Żydzi zostali pozbawieni swoich elit, zostali osłabieni, i bez nich się już nic nie wydarzy. Nie było jednak „marazmu i stagnacji”. Szybko się podnieśli, i już w 1976 r. założyli KOR.

Frakcje w PZPR

W kontekście wydarzeń marcowych mówi się o walce dwóch frakcji na łonie PZPR: Puławian i Natolińczyków. W 1968 r. nie było już tych dwóch frakcji. 4 maja 1962 r. ze stanowiska wiceministra Spraw Wewnętrznych został usunięty Antoni Alster (1903-1968), który w czasach stalinowskich był wojewódzkim komendantem UB w Bydgoszczy. Był członkiem frakcji Puławian w PZPR. Rywalizując z Mieczysławem Moczarem o pierwszeństwo w resorcie, przegrał walkę i musiał odejść z MSW. Został zastąpiony przez Franciszka Szlachcica (1920-1990) – Natolińczyka. Szlachcic oczywiście z miejsca przeprowadził czystkę, w wyniku której Puławianie stracili wszelki wpływ na to, co się dzieje w MSW. Odtąd sama fizyczna egzystencja Puławian staje się rzeczą nad wyraz niepewną. Od 12 marca 1968, podczas wystąpień studenckich, na polecenie Mieczysława Moczara, Szlachcic koordynował działania MO i Służby Bezpieczeństwa, mające przywrócić porządek na ulicach.

Grupa nazwana Partyzantami była skupiana wokół wiceministra, a następnie ministra spraw wewnętrznych, Mieczysława Moczara, jednocześnie przewodniczącego kombatanckiego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Dysponując decydującymi wpływami w ministerstwie spraw wewnętrznych, oddziaływali oni silnie na młodsze kadry aparatu partyjnego i partyjnych propagandzistów. Ich dążenia do wzmocnienia kontroli nad społeczeństwem wsparte były przez użycie środków dla komunistów raczej niekonwencjonalnych, takich jak emocje nacjonalistyczne, a zwłaszcza wytwarzanie fobii antysemickiej i antyniemieckiej.

Poparcie dla Partyzantów. Wokół Moczara gromadzili się nie tylko wpływowi ludzie z aparatu partyjnego, milicji i wojska, ale też części autentycznych kombatantów Armii Krajowej z płk Janem „Radosławem” Mazurkiewiczem na czele. Cały ten powstały ruch zyskał miano partyzantów i został  mocno poparty przez publicystów i pisarzy ze stowarzyszenia PAX, np. Jana Dobraczyńskiego czy Wojciecha Żukrowskiego. Spośród publicystów partyjnych za czołowego zwolennika nurtu narodowego uchodził płk Zbigniew Załuski, autor słynnego zbioru esejów pt. „Siedem polskich grzechów głównych”. Silne zaplecze uzyskali partyzanci w Towarzystwie Rozwoju Ziem Odzyskanych (Janusz Dobrosz, „Zniewalanie Polski”, Wydawnictwo NORTOM, Wrocław 2006.).

Puławianie ponieśli klęskę w 1963, w konfrontacji z „natolińczykami” i grupą tzw. Partyzantów, związanych z Moczarem. Próbując przeciwdziałać, R. Zambrowski podał się do dymisji i wystąpił z krytyką „atrofii kolegialności” we władzach, co przypieczętowało usunięcie go z ważnych stanowisk partyjnych w atmosferze ostrego konfliktu z Gomułką. Potem był wiceprezesem NIK (1963-1968). Po izraelskiej wojnie sześciodniowej (1967) beton partyjny i „partyzanci” zaczęli wysuwać wobec niego zarzuty o sprzyjanie syjonizmowi i rewizjonizmowi.

19 czerwca 1967 r. Gomułka wygłosił przemówienie na zjeździe związków zawodowych, w którym padły słowa o „żydowskiej V kolumnie”. W okresie wydarzeń marcowych 1968 r. Zambrowskiego kreowano go na jednego z głównych „bankrutów politycznych” i byłych stalinowców, którzy posłużyli się młodzieżą w celu odzyskania wpływów. 

UB i MSW organizowało przeciw niemu prowokacje, sugerujące, iż wysuwany jest postulat przywrócenia mu członkostwa Biura Politycznego. Wówczas został ostatecznie usunięty z PZPR i życia publicznego. Bez wątpienia, „sprawa Zambrowskiego” przyczyniła się do wzmocnienia kursu antysemityzmu w marcu 1968. W okresie stalinizmu brał udział w atakach na Władysława Gomułkę i związanych z nim ludzi, a między innymi w odsunięciu na boczny tor Mieczysława Moczara.

W pierwszej połowie lat 60. XX w. zaczęły się formować dwie grupy, które odegrały decydująca rolę w następnych latach: „Partyzanci”i „Ślązacy”.

Pierwsza grupa została wyżej omówiona. Liderem drugiej grupy był Edward Gierek, I sekretarz KW PZPR w Katowicach. Jej jądro stanowił aparat partyjny i gospodarczy najsilniejszego regionu. „Ślązacy odwoływali się do swoich lokalnych doświadczeń, opartych na doktrynie kija i marchewki: ostrej dyscypliny politycznej i produkcyjnej przy jednoczesnej dbałości o stosunkowo korzystne – w porównaniu z resztą Polski – kształtowanie się dochodów ludności oraz tworzyli wyróżniającą się stopą życiową elitę partyjno-technokratyczną.

W tym czasie środowiska rewizjonistów stały się obiektem licznych ataków. Ich próby zwiększenia aktywności uśmierzano środkami represyjnymi oraz narastającą kampanią propagandową. Bezpośrednie represje dotknęły młodych rewizjonistów, których przywódcy, Karol Modzelewski i Jacek Kuroń, skazani zostali w 1965 r. na kilka lat więzienia. Bardziej wstrzemięźliwie potraktowano znanych przedstawicieli nauki i kultury, choć w 1966 r. niektórych z nich usunięto z partii jak np. Leszka Kołakowskiego. W propagandzie brzmiały tony antysemickie i antyinteligenckie.

Jacek Kuroń i Karol Modzelewski związani z prominentnym członkami KC PZPR, z pozycji rewizjonistów, podjęli krytykę kierownictwa partyjnego, zarzucając mu odejście od zasad marksizmu i leninizmu. Oni byli rewizjonistami i dążyli do zastąpienie starego Marksa młodym, czyli  „Socjalizmu z ludzką twarzą”.

K. Modzelewskiego i J. Kuronia oskarżano o „sporządzanie i rozpowszechnianie opracowań zawierających szkodliwe dla interesów państwa polskiego, fałszywe wiadomości dotyczące stosunków politycznych i społeczno-gospodarczych w Polsce”. Modzelewski został wówczas skazany na 3,5 roku więzienia, Kuroń na 3 lata.

Wyjazdy i kontakty komandosów na Zachodzie

W czasach gdy paszport na zachód był czymś absolutnie wyjątkowym, mimo, iż nie ukrywali swej niechęci do aktualnego kierownictwa PZPR, wyjeżdżali do Francji, Wielkie Brytanii, Włoch czy Szwajcarii. Karol Modzelewski od marca 1961 r. do kwietnia 1962 r. przebywał we Włoszech na stypendium „Fundazione Georgio Cini”. 

We Włoszech prowadził szereg rozmów z trockistami. Ludwik Hass stwierdził, że Modzelewski poznał we Włoszech między innymi z Debbelerem, sekretarzem IV Międzynarodówki. Wspomnianą wyżej sprawę karną przeciwko K. Modzelewskiemu i J. Kuroniowi wykorzystano na Zachodzie do rozpętania antypolskiej kampanii propagandowej. W czasie demonstracji w Londynie, żądano zwolnienia „polskich trockistów”, a wśród K. Modzelewskiego i J. Kuronia.

We wrześniu 1964 r. A. Michnik wyjechał do Francji. Kilka dnie przebywał w Wiedniu, Rzymie i Monachium. Opowiadał potem, iż w Monachium wiódł dysputy z Tadeuszem Nowakowskim z Radia Wolna Europa. 

Wspominał też o swojej całonocnej rozmowie w Rzymie ze Zbigniewem Brzezińskim – wówczas ekspert rządu USA ds. Europy Wschodniej. Seweryn Blumsztajn stwierdził, że Michnik w Monachium, Rzymie i w Paryżu odbył szereg rozmów politycznych. 

Był kilka razy w redakcji paryskiej „Kultury” i spotkał się ze znajomymi ojca, bankowcem z Nowego Jorku, J. Grussem. Z dalszych informacji III Departamentu MSW można się dowiedzieć, iż w Paryżu mieszkanie Lei Jagodzińskiej stanowiło punkt zborny komandosów. Zatrzymywali się u niej między innymi A. Michnik, R. Toruńczyk, J. Judy, S. Blumsztajn, E. Zarzycka, M. Ochab, W. Krzemień. R. Rozmaryn, W. Górecki, W. Hofman, R. Rubinsztajn (Janusz Dobrosz, „Zniewalanie Polski”, Wydawnictwo NORTOM, Wrocław 2006.).

Przygotowania Żydów do powrotu do władzy. Część pierwsza.

Przygotowania Żydów do powrotu do władzy.
Część I.

Puławianie

Po dojściu Gomułki do władzy zakończył się w Polsce ponury okres stalinizmu. Były to lata bandyckiego terroru połączone z ludobójstwem.

Szacuje się, że w latach 1944-1956 (okres rządów żydowskich) zostało w sumie zabitych i zaginionych do 160 tysięcy patriotów, a pewne źródła podają nawet liczbę 320 tysięcy ofiar zbrodni żydowskich. Miejsca represji żydowskich lat 1944-56 na portalu http://slady.ipn.gov.pl/sz/mapy/2,Miejsca-represji-komunistycznych-lat-1944-56.html/). „Tajemnice bolesławieckiego UB” na stronie http://fakty.interia.pl/prasa/odkrywca/news-tajemnice-boleslawieckiego-ub,nId,833490,nPack,2.

W 1956 r. przyszła październikowa odwilż. Okres ten został nazwany „przełomem październikowym”. Przełomowe znaczenie tej daty w historii PRL było uznawane powszechnie. Po 1989 r. „październikowa odwilż” poszła w zapomnienie.

Po 1956, podczas procesu destalinizacji za rządów Władysława Gomułki, niektórzy żydowskiego pochodzenia funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa, m.in. Roman Romkowski (właśc. Menasze Grynszpan), Józef Różański (właśc. Józef Goldberg) czy Anatol Fejgin, zostali osądzeni pod zarzutami „nadużywania siły” i torturowania polskich patriotów (m.in. Witolda Pileckiego). Kilku z nich trafiło do więzień.

Zdecydowana większość pozostała bezkarna, zwłaszcza poza granicami Polski, m.in. Stefan Michnik, Helena Wolińska, Salomon Morel. Funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa, Józef Światło (właśc. Izaak Fleischfarb), po ucieczce na Zachód w 1953, za pośrednictwem Radia Wolna Europa, ujawnił metody stosowane przez UB, co doprowadziło do jego rozwiązania w 1954 r. (http://poznan.jewish.org.pl/index.php/historia-ZwPol/Okres-PRL-u.html). Na Zachodzie zbrodniarz stał się bohaterem.

Każdego roku 1 marca jest obchodzony Dzień Wyklętych, ale jak do tej pory nikt ze zbrodniarzy nie został ukarany. Nie potępiono zbrodniarzy. Zbrodnie rozmyto, bowiem uznano, że komunizm w Polsce był w latach 1944-1989.

Żydzi piastowali wysokie funkcje nie tylko w Wojsku Polskim, ale przede wszystkim w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego (UB). Według raportu, jaki w 1945 r. pułkownik Nikołaj Sieliwanowski (sowiecki doradca przy MBP) pisał do Ławrientija Berii wiadomo, że Żydzi stanowili 18,7 proc. ogółu pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (UB). Ale aż 50 proc. wśród zajmujących kierownicze stanowiska. Odsetek Żydów w MBP regularnie wzrastał przekraczając w późniejszym okresie 37 proc. ogółu. Biorąc pod uwagę, że w okresie powojennym Żydzi w Polsce stanowili mniej niż 1 proc. w społeczeństwie, ich udział w nowej władzy komunistycznej i w systemie represji był bardzo wysoki (http://poznan.jewish.org.pl/index.php/historia-ZwPol/Okres-PRL-u.html).

Poważna koncentracja osób narodowości żydowskiej wystąpiła w Departamencie Służby Sprawiedliwości Wojska Polskiego, Najwyższym Sądzie Wojskowym, Naczelnej Prokuraturze Wojskowej oraz w sądach i prokuraturach terenowych. Nazwiska zmieniały również osoby cywilne, i to niektórzy po kilka razy.

Żydzi byli też w rządzie. Jakub Berman (1901-1984), zbrodniarz komunistyczny żydowskiego pochodzenia, należał do najściślejszego kierownictwa PZPR, wicepremier Rady Ministrów. W latach 1949–1954 był członkiem Komisji Biura Politycznego KC PZPR ds. Bezpieczeństwa Publicznego, nadzorującej aparat represji stalinowskich w Polsce, współodpowiedzialny za zbrodniczą działalność Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Koordynował przygotowywania licznych procesów politycznych, prześladowania kilkusettysięcznej rzeszy członków AK, BCh i NSZ. Miał kierowniczy udział w morderstwach politycznych. W drugiej połowie lat 40. XX wieku tak umocnił swoją pozycję w Rzeczypospolitej Polskiej, że stanowił wraz z Bolesławem Bierutem i Hilarym Mincem trójkę stanowiącą najściślejsze kierownictwo PZPR. Bez zajmowania eksponowanych stanowisk, kierował ideologią partii komunistycznej oraz aparatem terroru.

Stefan Kisielewski o Żydach: (..) A swoją drogą ja jestem prorokiem, tyle że nikt mnie nie słucha. Dwadzieścia dwa lata temu powiedziałem Ważykowi, że to, co robią Żydzi, zemści się kiedyś na nich srodze. Wprowadzili do Polski komunizm w okresie stalinowskim, kiedy mało kto chciał się tego podjąć z „gojów”.

Dalej: (...) od paru miesięcy odbywa się ostateczna rozgrywka między dwiema grupami ubeków: grupą żydów, która z łaski Rosji szarogęsiła się tutaj w latach Stalina, oraz grupą „partyzancką”. Po wojnie grupa przybyłych z Rosji Żydów-komunistów (Żydzi zawsze kochali komunizm) otrzymała pełnię władzy w UB, sądownictwie, wojsku, dlatego że komunistów nie-Żydów prawie tu nie było, a jeśli byli, to Rosja się ich bała. Ci Żydzi robili terror, jak im Stalin kazał (zresztą prawdziwi partyzanci też, tyle że byli raczej podwładnymi niż rozkazodawcami), dopiero w roku 1956 wycofali się z tego, a żeby się ratować, zwalili winę na tamtych (Zambrowski robiący Październik), oskarżając ich w dodatku o antysemityzm. Tymczasem dorosło młode pokolenie komunistycznych byczków i partyzanci rzucili ich na tamtych, szermując przy tym doskonale pasującym argumentem „syjonizmu”. Marzec to była prowokacja, aby Żydów dorżnąć - dwie grupy się walą, a między nimi plącze się nic nie rozumiejący Wiesio, który dał się nabrać, a teraz, gdy się nieco zorientował, jest trochę już późno, bo go robią na szaro, a żona Żydówka też mu nie pomaga (Fronda).

Maria Dąbrowska w „Dziennikach” pod datą 22.05.1956 r. zapisała: „Ostatnimi tygodniami byłam w Nieborowie w towarzystwie samych Żydów oprócz Anny i Bogusia. Częste ich rozmowy o wzrastaniu antysemityzmu. Czemu dziś sami są częściowo winni – bo jak można było dać sobą obsadzić wszystkie „kluczowe pozycje” życia Polski: prokuratury, wydawnictwa, ministerstwa, władze partii, redakcje, film, radio itp.” (Maria Dąbrowska, „Dzienniki”, T. 5, Czytelnik, Warszawa 1988).

Witold Jedlicki w artykule „Chamy i Żydy” pisał: „W kształtowaniu opinii publicznej Puławianom udaje się dokonać jeszcze jednej niebywale zręcznej wolty. Udaje im się mianowicie wykorzystać sprawę żydowską do likwidacji tak bardzo niewygodnego dla nich problemu odpowiedzialności osobistej za wyczyny z okresu stalinowskiego. Kto tę sprawę podnosi, zostaje natychmiast okrzyczany jako antysemita. Do akcji zmobilizowano prasę. Zaapelowano do różnych ludzi cieszących się autorytetem, którzy zaczęli publikować artykuły na temat antysemityzmu.

Dalej: „Okazja sama się nadarza. Jest nią ów nieszczęsny referat Chruszczowa. Impreza zostaje wyreżyserowana w ten sposób, że nawet kilkuletnie dzieci wpuszcza się na zebrania, na których dowiadują się one szczegółów tortur, wymuszania zeznań, ludobójstwa itp. Na zebraniach tych pojawia się kilku, stale tych samych, stosunkowo mniej skompromitowanych członków grupy: Jerzy Morawski, Władysław Matwin, Leon Kasman, Stefan Staszewski. Jak chłopcy na posyłki krążą oni od fabryki do fabryki i od instytucji do instytucji i wszędzie pokazują, jak ich serce boli. Nie ważne jest zresztą co mówią i jak się zachowują; ważne jest, że w tłum idzie wieść: „Istnieje w kierownictwie partyjnym grupa «Młodych Sekretarzy». To są uczciwi komuniści, którzy szczerze dążą do demokratyzacji. Trzeba im pomóc”. Opinię publiczną trudno było zmusić, żeby identyfikowała się z Bermanem, Mincem i Zambrowskim. Rzecz aranżowano więc tak, żeby się zaczęła identyfikować z Morawskim i Matwinem”.

Grupa ma wciąż w swoim ręku cenzurę, prasę i posłusznych pisarzy. Cenzura i redakcje dostają jak najbardziej liberalne wytyczne i w prasie zaczynają się pojawiać jeden po drugim odważne, reformatorskie, konsekwentnie demokratyczne artykuły, polemiki i felietony Jerzego Putramenta, Adama Schaffa, Stefana Arskiego, Zbigniewa Mitznera, Edmunda Osmańczyka, Henryka Korotyńskiego i wielu innych. Opinia publiczna zaczyna widzieć, że może liczyć na intelektualistów partyjnych. Nawet jeżeli w przeszłości błądzili, to dziś, gdy zrozumieli swoje błędy, odważnie i bez wahań piszą prawdę.

Wstrząs jest jednak silny, tym bardziej, że zarówno na zebraniach publicznych, jak i na łamach prasy sytuację szybko wykorzystują jednostki, które przez grupę nie są kontrolowane i które potrafią przemawiać i pisać zręczniej niż ci, którzy robią to na rozkaz. Rozbudzona opinia domaga się przede wszystkim dwóch rzeczy: reform i ukarania winnych. Z pierwszym nie ma kłopotu: Puławianie są teraz najdemokratyczniejsi i najliberalniejsi w świecie. Ale co robić z drugim problemem? Podjęta zostaje decyzja bolesna. Najbardziej znienawidzony i skompromitowany Jakub Berman zostaje poświęcony na ołtarzu sprawy. Dodaje mu się do towarzystwa trzech oficerów Bezpieczeństwa, niezręcznie w ten sposób sugerując, że gdyby ci trzej oficerowie nie nabroili, wszystko byłoby O.K. Opinia jest wyraźnie niezaspokojona. Wobec tego jeszcze paru figurantów (Dworakowski, Świątkowski) idzie w odstawkę. To wszystko jednak mało” (http://niniwa22.cba.pl/jedlicki_chamy_i_zydy.htm).

Roman Zambrowski był faktycznym przywódcą frakcji „Puławian”, opowiadającej się za ograniczonymi reformami i liberalizacją systemu. Dziwne było jego zachowanie, gdyż wcześniej, w latach 1949–1952, nadzorował politykę forsownej kolektywizacji wsi. Po 1956 r. przeszedł na rewizjonizm. 6 lipca 1963 r. XIII plenum KC PZPR oficjalnie przyjęło jego rezygnację z funkcji sekretarza KC i członka Biura Politycznego „z powodu złego stanu zdrowia”. Złożył rezygnację, gdyż wiedział, że będzie usunięty. Protesty 1968 r. odbywały się pod hasłami powrotu Zambrowskiego do władzy.

Młodą grupą wywodzącą się z rodziców, będących puławianami (młodym wcieleniem), bądź rodzinnie powiązaną z tym środowiskiem byli „komandosi” związani z buntem 1968 r.

Rewizjoniści

W 1957 r. ukazały się dwa artykuły rewizjonistyczne: pierwszym był artykuł Leszka Kołakowskiego zamieszczony w „Życiu Warszawy” w lutym 1957 r., nazwany „manifestem rewizjonistycznym”, drugim tekstem rewizjonistycznym był elaborat Juliana Hochfelda, opublikowany na łamach „Nowych Dróg” w kwietniu 1957 r. Hochfeld zamieścił w nim tak obrazoburcze dla partyjnego aparatu tezy jak pochwałę wolnej gry sił politycznych (stojących co prawda „na gruncie socjalizmu”), a także proponował zbudowanie systemu „hamowania i równowagi” w oparciu o parlament. Był to ostatni tekst na łamach centralnej prasy partyjnej, zawierający propozycje korekty funkcjonowania systemu komunistycznego w Polsce z pozycji rewizjonistycznych.

Od tego momentu numery „Trybuny Ludu” oraz „Nowych Dróg” pojawiające się przy okazji X Plenum KC PZPR oraz III Zjazdu PZPR będą zadrukowywane sążnistymi tekstami potępiającymi rewizjonizm, bez próby merytorycznej polemiki. Był to również moment, w którym mianem rewizjonistów otwarcie zaczęto określać wszystkich członków PZPR pragnących „socjalizmu z ludzką twarzą” (http://polska1918-89.pl/pdf/problem-rewizjonizmu-marksizmu-na-lamach-centralnej-prasy-partyjnej-w-,4606.pdf).

Jerzy Holzer o rewizjonistach pisał: „Decydujące o przyszłości działania władz dotyczyły przede wszystkim samej partii. Pod hasłem walki na dwa fronty – z dogmatyzmem i rewizjonizmem, w praktyce skierowanej jednak głównie przeciw rewizjonistom, przywrócono reguły tzw. Centralizmu demokratycznego i odgórnie sterowanie realizowane za pomocą zawodowego aparatu partyjnego. Zaostrzono cenzurę oraz podporządkowano prasę i wydawnictwa dyrektywom centralnego kierownictwa partyjnego.

Symbolicznego znaczenia nabrała likwidacja jesienią 1957 r. rewizjonistycznego tygodnika „Po prostu”, który odegrał istotną role w przygotowaniu październikowego przełomu”.

Dalej: „Także środowiska rewizjonistów stały się obiektem ataku. Ich próby zwiększenia aktywności uśmierzano środkami policyjnymi oraz narastającą kampanią propagandową. Bezpośrednie represje dotknęły młodych rewizjonistów, których przywódcy, Karol Modzelewski i Jacek Kuroń, skazani zostali w 1965 r. na kilka lat więzienia. Bardziej wstrzemięźliwie traktowano znanych przedstawicieli nauki i kultury, choć w 1966 r. niektórych z nich usunięto z partii, jak np. filozofa Leszka Kołakowskiego (Jerzy Holzer, ”Solidarność 1980-1981. Geneza i historia”, Wydawnictwo Krąg, Warszawa 1984).

Jacek Kuroń i Karol Modzelewski związani z prominentnym członkami KC PZPR, z pozycji rewizjonistów, podjęli krytykę kierownictwa partyjnego, zarzucając mu odejście od zasad marksizmu i leninizmu.

K. Modzelewskiego i J. Kuronia oskarżano o „sporządzanie i rozpowszechnianie opracowań zawierających szkodliwe dla interesów państwa polskiego, fałszywe wiadomości dotyczące stosunków politycznych i społeczno-gospodarczych w Polsce”. Modzelewski został wówczas skazany na 3,5 roku więzienia, Kuroń na 3 lata.

W dziesięciolecie Października grupa studentów Uniwersytetu Warszawskiego postanowiła na Wydziale Historycznym zorganizować spotkanie, na którym przedyskutowano by jego trwały i nietrwały dorobek, zwłaszcza na gruncie wolności twórczych. Wśród organizatorów zebrania znajdował się Adam Michnik, który po aresztowaniu Kuronia i Modzelewskiego z wolna wyrastał na nieformalnego lidera grupy młodych ludzi, przez czynniki partyjne przezwanej z czasem mianem „komandosów”. Nazwa ta wzięła się stąd, że ci inteligentni, młodzi ludzie, pojawiali się regularnie na zebraniach partyjnych i ZMS-owskich i tak jak prawdziwi komandosi działający na zapleczu nieprzyjaciela dezorganizują jego szyki, tak oni swoim nonkonformistycznymi wystąpieniami (a byli na ogół dobrymi mówcami) zakłócali z góry ustalony porządek obrad.

Alexander Dubček (1921-1992) był czechosłowackim działaczem politycznym, w latach 1963-68 był I sekretarzem KC KP Słowacji i członkiem Prezydium KC KPCz; 1968-69 I sekretarzem KC KPCz; gł. realizator reform w partii i państwie, zwanych praską wiosną 1968. Swój program określał głośnym w swoim czasie sloganem „socjalizm z ludzką twarzą”. Wydarzenia na Węgrzech w 1956 r. oraz w Czechosłowacji w 1968 r., krwawo stłumione, miały na celu wprowadzenie liberalizacji systemu. Bo droga do komunizmu wiedzie z liberalizmu.

Hasło rewizjonistów „Socjalizm z ludzką twarzą” pojawiło się podczas sierpniowych strajków w Stoczni Gdańskiej w 1980 r. Naiwni stoczniowcy wierzyli, że państwo „ludowe” można zreformować, aby polepszyć los szarego człowieka.

Zbigniew Herbert o socjalizmie z ludzką twarzą: „Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca. Oszust intelektualny. Ideologia tych panów, to jest to, żeby w Polsce zapanował „socjalizm z ludzką twarzą” . 

To jest widmo dla mnie zupełnie nie do zniesienia. Jak jest potwór, to powinien mieć twarz potwora. Ja nie wytrzymuję takich hybryd, ja uciekam przez okno z krzykiem”. „…między innymi to szczere wyznanie Zbigniewa Herberta sprawiło, że TVP zażądała w 2000 roku ocenzurowania filmu o poecie. W uzasadnieniu podano, że to ze względu na „zbędne dygresje” i „wątpliwości natury etycznej” (http://wpolityce.pl/polityka/162935-25-lat-temu-zmarl-zbigniew-herbert-poeta-ktory-kochal-polske-i-pietnowal-jej-wrogow-michnik-jest-manipulatorem-to-jest-czlowiek-zlej-woli-klamca).

Oznaki upadku państwa

Przejdź do treści                 Aktualizacja strony została wstrzymana … Facebook-f   Twitter   Google-plus-g   Instagram   Youtube Szukaj...