poniedziałek, 19 lutego 2024

Zgadzam się z niemal wszystkim uwagami autorki na temat edukacji [pani Falzmann].

 Zgadzam się z niemal wszystkim uwagami autorki na temat edukacji [pani Falzmann].


autor: Banita

Z drobnymi wyjątkami z wlanego doświadczenia. i osobistych wspomnień
My, uczniowie krakowskiego LO -IV mieliśmy obowiązkową łacinę i historie i literature starożytną a także średniowieczną.
Lista obowiązkowych lektur z literatury polskiej i zachodniej była dluga.. Na liscie były dzieła Balzaca, W. Hugo, a takze …Marie de France. Mielismy znakomitych polonistow.
W polskiej literaturze od wierszy Sloty/Zloty, O skutecznym rad sposobie i ‚Chytrze bydlą z pany kmiecie’ , ‚Rozmowa miedzy wójtem, panem i plebanem’, i od Mikołaja Reja po Mickiewicza, Norwida, Żeromskiego, Sienkiewicza, Konopnickiej Orzeszkowej, Dygasinskiego, az po Dygata- Mrozka – jeszcze ja w moim wieku – do tej pory pamietam.
Co roku „Pod Adasiem”, na Rynku w Krakowie, pod pomnikiem Mickiewicza odbywal sie festiwal mlodych poetow krakowskich. To uczen Liceum XI – moj dobry kolega wygral w Warszawie Ogolnopolska olimpiade z Literatury.
Mieliśmy szkolny teatr, zespól muzyczny, kółka zainteresowań, ścisła współprace szkoły y z rodzicami (wywiadówki obowiązkowe)
Przedmioty przyrodnicze mat-fiz, chem i biologie mieliśmy od 3 klasy szkoły podstawowej po klasę maturalna.
Na maturze zdawaliśmy obowiązkowo język polski i literature, matematyke, historie i wybrany język obcy.
Matura i wszystkie egzaminy w PRL-u były obowiazkowo pisemne i ustne. Podobnie na studia egzaminy wstępne byly i pisemne i ustne.
Praca domowa była utrwaleniem materiału przerobionego w klasie.
Propedeutyka filozofii i logika były obowiązkowymi przedmiotami w liceum i na każdych studiach.
Nauczyciele byli bardzo dobrze przygotowani do zawodu. Przede wszystkim musieli zdać na studiach – oprócz głównego przedmiotu studiow- psychologie rozwojowa, ekonomie polityczna, pedagogikę i socjologię (tzw. michałki)
(Mam w moim indeksie zdanych …143 egzaminy w ciagu 5 lat studiów na UJ)
Moi rodzice nie placili za moja szkole ani studia. Dobrzy studenci mieli …stypendia na studiach
Prestiz nauczyciela był bardzo ważny w Polsce.
Ważniejszy od dzisiejszej awantury o pieniądze
Szkoła przygotowywała nie tylko do zawodu ale i do etyki wspołżycia w społeczeństwie.
Dla uczniów i nauczycieli zapewniony był odpoczynek i praca.

A teraz, gdy chodzi o zarobki:

– W PRL-u nauczyciel nie musiał jechać do pracy własnym autem; nie musiał mieć samochodu, żeby dostać pracę
– Nie musiał stać w kolejce po zakupy, bo nie musiał gotować obiadu: dzieci i nauczyciele mieli obiad w szkole. W domu robilo sie śniadania i kolacje.
– Nauczyciel miał w Polsce rodzinne wczasy państwowe w najlepszych kurortach
– dzieci miały kolonie i obozy harcerskie: miesiąc kolonii i miesiąc obozu – wiem z wlasnego doświadczenia
– nauczyciel w PRL nie musiał płacić za transport do pracy bo mieliśmy abonament miesięczny
– nie musiał wydawać tysięcy na zakup auta, benzyny, rejestracji, napraw, części zamiennych, prawa jazdy, odwożenia dzieci do szkoł przedszkola, lekarza itp a nawet … wywożenia piesków na spacer do parku.
– nauczyciel w PRL-u nie musial plcicza edukacje swoich dzieci, za lekarza, za wycieczki szkolne, i
– nie musial wydawac bajonskie sumy za szkolne podręczniki i szkole
– Niemal w każdej dzielnicy była szkola a w każdej szkole był lekarz, pielegniarka i dentysta. (bezplatny!)

– Nauczyciel w PRL-u nie musiał strajkować.
I byl o niebo lepiej przygotowany do zawodu:
Mial tytuł magisterski z przedmiotu, który wykładał.
Żaden nauczyciel nie byl zatrudniony na umowach śmieciowych. Miał płacone za pracę i za odpoczynek.
I za regularne szkolenia z nowych i aktualnych metod nauczania: w kraju i zagranicą .
W moim przypadku był to Teachers College w Chorley – Lancashire, UK.

„Rezygnując z pracy własnej ucznia będziemy kształcić zbieraczy szparagów dla Niemiec.”

 „Rezygnując z pracy własnej ucznia będziemy kształcić zbieraczy szparagów dla Niemiec.”

To zdanie dowodzi, że Szanowana Autorka żyje przeszłością i nie przyjmuje do wiadomości aktualnych trendów. Jakich szparagów, jakich Niemiec ? To już było i se ne vrati. W eurokoncentrakach na pewno nie będzie takich zbytków (ani dla Hansa z Gretchen ani dla Janusza z Halinką). Tylko syntetyczna karma, ewentualnie gotowe „przysmaki” na bazie mąki robaczanej. I żadnego tam pichcenia, bo to ociepla klimat. Bogacze to co innego – im się wszystko należy i swoje sługi już mają, które im co trzeba uprawią i przyrządzą. Po co więc reformy szkolnictwa ?

System ma po prostu problem z okresem przejściowym. Bo ten ichni nowy, „wspaniały” świat z kilkoma setkami milionów zadowolonych niewolników, w którym to świecie „półbogowie” będą żyli baardzo długo i szczęśliwie, stanowi cel końcowy. Póki co zaś mają do przerobienia miliardy zbytecznych ludzi. Starzy, pamiętający lepsze czasy, sami zejdą, co można jeszcze przyspieszyć – drażniąc, zastraszając, czyniąc życie maksymalnie nieznośnym i absurdalnym. Warto też tych świadków normalności izolować, ośmieszać, ukazywać młodym jako symbole zacofania i ciemnoty.

Młodych natomiast trzeba odpowiednio wytresować. Dzieci – nastawić przeciwko rodzicom ( w razie potrzeby – odebrać) i wychować na idealne ofiary, które w razie potrzeby same – ze śpiewem na ustach – podążą do punktów depopulacji i utylizacji. O to tu właśnie idzie – o sprowadzenie młodych ludzi do poziomu ufnego, wiernego psa, który grzecznie podąży ze swoim panem do uśpienia.

Niestety Pani Falzmann się myli kiedy pisze:

 Niestety Pani Falzmann się myli kiedy pisze:

Lewica ustami pani minister oświaty zapowiedziała oprócz podwyższenia płac nauczycieli likwidację prac domowych. Propozycja ta wpisuje się w program kokietowania nieletnich.

Przynajmniej tak mi się wydaje, może że mylę, co do tego że autorka się myśli, może prawda jest gdzieś pośrodku, nie mniej to mi raczej wygląda na świadome próby ogłupiania młodych ludzi, których celem jest to by opuścili szkołę jak najgłupsi.

Tak to przynajmniej wygląda/ wyglądało w USA i co zostało w miarę dobrze opisane przez panią Iserbyt, Charlotte w książce The Deliberate Dumbing Down of America.

Ale Pani Iserbyt sama prawdopodobnie jest już ofiarą takiej edukacji, gdyż w książce krytykuje Hitlera, który twierdził że większość ludzi nie potrzebuje zbyt dogłębnej edukacji. To akurat jest dość realistyczne podejście i ograniczając, czy chcąc ograniczyć dostęp do wyższej edukacji, pan H miał na myśli generalnie dobro Niemiec, a nie ogłupianie narodu.

Np system zawodówek w PRL był całkiem dobry, i jeżeli można go było ulepszyć to raczej przez znaczne skrócenie 8 lat w szkole podstawowej. Po jaką cholerę męczyć człowieka który będzie zarabiał jako murarz ośmioma latami edukacji. Oczywiście są murarze co lubią być zorientowani w tym czy tamtym, ale właśnie to powinna dać im podstawowa edukacja: pewną samodzielność i niezależność.

Pani Iserbyt krytykuje też średniowieczne cechy rzemieślnicze, gdzie przyszłość bardzo młodych ludzi była już praktycznie determinowana bardzo wcześnie. Podczas gdy akurat większość ludzi chciałaby mieć solidny fach w ręku i jak najwcześniej założyć rodzinę, co średniowieczne podejście do edukacji zapewniało.

Zatem teza pani Iserbyt, że we współczesnym USA chodzi o świadomome ogłupienie młodych ludzi wydaje się znaleźć nieoczekiwanie potwierdzenie: tak jest i autorka wydaje się być dowodem że czynniki dążące do takiego ogłupienia osiągnęły spory sukces.

Ale może niepotrzebnie demonizuję sytuację w Polsce? Może odpowiedzialni za edukację to po prostu zwykli idioci? Jest pewna „teoria” …

The Basic Laws of Human Stupidity
THE FIRST BASIC LAW

The First Basic Law of Human Stupidity asserts without ambiguity that

‘Always and inevitably everyone underestimates the number of stupid individuals in circulation.’fn1

At first, the statement sounds trivial, vague and horribly ungenerous. Closer scrutiny will however reveal its realistic veracity. No matter how high are one’s estimates of human stupidity, one is repeatedly and recurrently startled by the fact that:

a) people whom one had once judged rational and intelligent turn out to be unashamedly stupid;

b) day after day, with unceasing monotony, one is harassed in one’s activities by stupid individuals who appear suddenly and unexpectedly in the most inconvenient places and at the most improbable moments.

The First Basic Law prevents me from attributing a specific numerical value to the fraction of stupid people within the total population: any numerical estimate would turn out to be an underestimate. Thus in the following pages I will denote the fraction of stupid people within a population by the symbol σ.
(…)

THE SECOND BASIC LAW

Cultural trends now fashionable in the West favour an egalitarian approach to life. People like to think of human beings as the output of a perfectly engineered mass production machine. Geneticists and sociologists especially go out of their way to prove, with an impressive apparatus of scientific data and formulations that all men are naturally equal and if some are more equal than the others, this is attributable to nurture and not to nature.

I take an exception to this general view. It is my firm conviction, supported by years of observation and experimentation, that men are not equal, that some are stupid and others are not, and that the difference is determined by nature and not by cultural forces or factors. One is stupid in the same way one is red-haired; one belongs to the stupid set as one belongs to a blood group. A stupid man is born a stupid man by an act of Providence.

Although convinced that fraction σ of human beings are stupid and that they are so because of genetic traits, I am not a reactionary trying to reintroduce surreptitiously class or race discrimination. I firmly believe that stupidity is an indiscriminate privilege of all human groups and is uniformly distributed according to a constant proportion. This fact is scientifically expressed by the Second Basic Law which states that

‘The probability that a certain person be stupid is independent of any other characteristic of that person.’

In this regard, Nature seems indeed to have outdone herself. It is well known that Nature manages, rather mysteriously, to keep constant the relative frequency of certain natural phenomena. For instance, whether men proliferate at the Northern Pole or at the Equator, whether the matching couples are developed or underdeveloped, whether they are black or white the female to male ratio among the newly born is a constant, with a very slight prevalence of males. We do not know how Nature achieves this remarkable result but we know that in order to achieve it Nature must operate with large numbers. The most remarkable fact about the frequency of stupidity is that Nature succeeds in making this frequency equal to the probability σ quite independently from the size of the group. Thus one finds the same percentage of stupid people whether one is considering very large groups or one is dealing with very small ones. No other set of observable phenomena offers such striking proof of the powers of Nature.

The evidence that education has nothing to do with the probability σ was provided by experiments carried on in a large number of universities all over the world. One may distinguish the composite population which constitutes a university in five major groups, namely the blue-collar workers, the white-collar employees, the students, the administrators and the professors.Whenever I analysed the blue-collar workers I found that the fraction σ of them were stupid. As σ’s value was higher than I expected (First Law), paying my tribute to fashion I thought at first that segregation, poverty, lack of education were to be blamed. But moving up the social ladder I found that the same ratio was prevalent among the white-collar employees and among the students. More impressive still were the results among the professors. Whether I considered a large university or a small college, a famous institution or an obscure one, I found that the same fraction σ of the professors are stupid. So bewildered was I by the results, that I made a special point to extend my research to a specially selected group, to a real élite, the Nobel laureates. The result confirmed Nature’s supreme powers: σ fraction of the Nobel laureates are stupid.

This idea was hard to accept and digest but too many experimental results proved its fundamental veracity. The Second Basic Law is an iron law, and it does not admit exceptions. The Women’s Liberation Movement will support the Second Basic Law as it shows that stupid individuals are proportionally as numerous among men as among women. The ‘underdeveloped’ of the ‘Third World’ will probably take solace at the Second Basic Law as they can find in it the proof that after all the developed are not so developed. Whether the Second Basic Law is liked or not, however, its implications are frightening: the Law implies that whether you move in distinguished circles or you take refuge among the head-hunters of Polynesia, whether you lock yourself into a monastery or decide to spend the rest of your life in the company of beautiful and lascivious women, you always have to face the same percentage of stupid people – which percentage (in accordance with the First Law) will always surpass your expectations. …

https://varapanno.blogspot.com/2023/10/the-basic-laws-of-human-stupidity.html?m=0

Takie będą Rzeczpospolite, jak ich młodzieży chowanie

 

Takie będą Rzeczpospolite, jak ich młodzieży chowanie


Lewica ustami pani minister oświaty zapowiedziała oprócz podwyższenia płac nauczycieli likwidację prac domowych. Propozycja ta wpisuje się w program kokietowania nieletnich.

W niższych klasach zamiast ocen rysuje się uśmiechnięte lub smutne buźki, wiele szkół wprowadziło samocenę uczniów, nie rozumiejąc że realizują w ten sposób koncepcje wychowawcze niejakiego Makarenki, a obecnie chce się zwolnić uczniów od pracy własnej. Oczywiście projektodawcy planują obciążenie nauczycieli dodatkową pracą z uczniem w szkole.

Pomijam problem przekupywania nauczycieli obiecywanymi i chyba tylko obiecywanymi podwyżkami. Jako wieloletni doświadczony belfer z całą odpowiedzialnością stwierdzam – zadawanie prac domowych jest koniecznością, bo niezbędna jest praca własna uczniów.

Moim uczniom zawsze tłumaczyłam. Przeczytaj sobie podręcznik konnej jazdy, wszystko jest zrozumiałe więc siądź na konia i wygraj Wielką Pardubicką albo nawet zwykłą gonitwę płaską na Służewcu. Bez treningu nawet podczas przejażdżki rekreacyjnej w lesie spadniesz ze spokojnego konia na pierwszym zakręcie. Albo przeczytaj podręcznik narciarstwa, wszystko wydaje ci się jasne więc zjedź z Kasprowego. Albo przeczytaj podręcznik żeglarski i weź rumpel do ręki przy silnym wietrze. Prawie pewne, że wywrócisz łódkę.

Teoria teorią ale operowanie łódką, samochodem czy skuteczne jeżdżenie konno lub na nartach wymaga wielu godzin własnej pracy, wielu godzin treningu. Specyficzna pamięć mięśniowa umożliwia unikanie przy uprawianiu tych dyscyplin podstawowych i groźnych w skutkach błędów.

Podobny efekt istnieje przy praktykowaniu na przykład matematyki. Zrozumienie tematu nie daje sprawności rachunkowej. Obecnie uczniowie, a nawet studenci, mają problemy z przekształcaniem wzorów, robią błędy przy sprowadzaniu wyrażeń wymiernych do wspólnego mianownika, mają kłopoty z jednostkami. W czasie lekcji nauczyciel najczęściej sam rozwiązuje zadania na tablicy, więc bez rozwiązywania zadań w domu uczeń nie ma szans na nabranie niezbędnej sprawności rachunkowej.

Oczywiście organizacja współczesnej szkoły pozostawia wiele do życzenia. Wśród uczniów popularne jest bliskie prawdy stwierdzenie: „kiepskie liceum nie uczy i nie wymaga, dobre liceum nie uczy ale wymaga”. Stąd rozwinięty rynek korepetycyjny.

Powszechny jest pogląd, że za większe pieniądze nauczyciele prywatnie uczą skutecznie dzieci i młodzież tego czego nie są w stanie czy nie chcą nauczyć ich w szkole. Stąd mylne przeświadczenie, że wystarczy nauczycielom dobrze zapłacić aby poziom szkoły poszybował w górę. Mylne, gdyż za czasów realnego socjalizmu nauczyciele byli jedną z najgorzej uposażonych grup społecznych, a poziom oświaty był relatywnie wyższy. Mówię tu o przedmiotach przyrodniczych i matematyce. Historia była oczywiście zakłamywana a literatura kastrowana.

Pisałam o tym wielokrotnie, ale to ważne. Mam przed sobą zbiór zadań do matematyki dla klasy V-VI szkoły podstawowej. Autorzy: Tadeusz Korczyc i Jerzy Nowakowski. Wydawnictwo WSiP 1985. Z tego podręcznika uczyły się moje dzieci. Chodziły do zwykłej, dzielnicowej, mocno skomunizowanej szkoły imienia WP, razem z dziećmi dozorców i lokalnego marginesu. Ani moje dzieci, ani dzieci dozorców, które przychodziły czasami do mnie na matematykę nie miały z tymi zadaniami żadnych poważnych problemów.

Co roku daję zadania z tego zbioru tegorocznym maturzystom, których douczam w ramach kursów przygotowawczych. Kiedy kolejna osoba deklaruje, że nie ma bladego pojęcia jak je rozwiązać pokazuję okładkę książki. Ogólne niedowierzanie. „Jak to – to zadania dla szkoły podstawowej? Chyba jesteśmy idiotami”- samokrytycznie stwierdza jeden z kursantów.

„ Przez uprzejmość nie zaprzeczę” – odpowiadam zgodnie zresztą z najgłębszym przekonaniem.

Większość tych zadań zdecydowanie przerasta możliwości maturzysty wybierającego obecnie maturę na poziomie podstawowym. Należy zadać sobie pytanie jak to się stało, że w ciągu ostatnich lat przeciętny maturzysta osiągnął poziom niższy od ucznia V klasy szkoły podstawowej w PRL?

Za PRL istniał wśród uczniów kult olimpiad fizycznych i matematycznych. Większość nazwisk wybitnych naukowców można odnaleźć na listach nagrodzonych w tych olimpiadach. Często byli to ludzie z małych ośrodków, którzy swój sukces zawdzięczali prawdziwemu talentowi i uczciwej pracy. Nauczyciele z oddaniem przygotowywali swoich uczniów do olimpiad. W liceum Żmichowskiej znanym, świetnym nauczycielem fizyki był pan Piotr Halfter organizator olimpiad fizycznych. Halfter – jak głosiła wieść gminna – nie był wcale fizykiem lecz matrosem. Nie wiem czy to prawda. Jego żona uczyła rosyjskiego. Nie bardzo się lubiliśmy bo były to zaciekłe komuchy, ale uczyli świetnie.

Przeciętni nasi uczniowie, którzy wyjeżdżali za granicę, byli tam uważni niemal za geniuszy. Poziom nauczania w Polsce był o wiele wyższy niż w szkołach publicznych we Francji czy w Stanach pomimo niskich zarobków nauczycieli.

Nie oznacza to bynajmniej, że nie należy nauczycielom dobrze płacić. Oznacza tylko, że nie ma korelacji dodatniej pomiędzy wysokością pensji nauczyciela a poziomem oświaty. To jeden z tych mitów, podobnie fałszywych jak słynny bon oświatowy, który miał wprowadzić polską szkołę na wyżyny.

Płacić trzeba dobrze, bon oświatowy można stosować, lecz wysoki poziom nauczania może zapewnić wyłącznie wysoki etos zawodowy nauczyciela i wytężona praca własna ucznia. Rezygnując z pracy własnej ucznia będziemy kształcić zbieraczy szparagów dla Niemiec.

Izabela Brodacka Falzmann
https://naszeblogi.pl

„Ta wojna rozpoczęła się 4 kwietnia 2008 roku”

 

„Ta wojna rozpoczęła się 4 kwietnia 2008 roku”


Były prezydent Czech Vaclav Klaus (sprawował ten urząd w latach 2003-2013) na ostatnim forum w Davos konstatował, że to NATO sprowokowało Rosję do rozpoczęcia operacji wojskowej na Ukrainie, której Kreml wcale nie miał zamiaru zajmować.

Przemówienia tego nie zauważyły i nie przytoczyły główne światowe media, jako, że absolutnie odstaje, wręcz „szaleńczo” wyrywa się trendowi głównego nurtu antyrosyjskiej propagandy Zachodu. Stąd Vaclav Klaus opublikował je na swojej stronie internetowej.

Zwraca w swych rozważaniach uwagę na szereg istotnych aczkolwiek skwapliwie pomijanych faktach, na to np., że „Ukrainy przed wojną nie można było nazwać demokracją typu zachodniego, krajem o pełnej gospodarce rynkowej lub krajem skonsolidowanym pod względem terytorium i składem narodowościowym”. Natomiast „udawanie, że tak nie jest i omawianie obecnej wojny na terytorium Ukrainy tak, jakby miała miejsce w próżni, jest bezużyteczne i nieproduktywne” – twierdzi.

Uważa, że „wojny na Ukrainie należało i można było uniknąć”. „Musimy przyznać, że my – reszta świata – ponieśliśmy porażkę. Staje się coraz bardziej oczywiste, że po tym tragicznym wydarzeniu historycznym pozostaną tylko przegrani. Nie będzie zwycięzców. Wojna zmieniła świat i losy nas wszystkich” – przekonuje.

Dowodzi, że debata geopolityczna na ten temat, szczególnie w Europie i Stanach Zjednoczonych, jest „bardziej powierzchowna, niż na to zasługuje”, szczególnie w kontekście „końca monopolarnego świata ostatnich dziesięcioleci”.

„Ta wojna rozpoczęła się 4 kwietnia 2008 roku. Tego dnia na szczycie NATO w Bukareszcie podjęto decyzję o przyjęciu Ukrainy i Gruzji do NATO. Byłem obecny przy tym wydarzeniu, siedziałem tam i już tam wiedziałem, że to, co się stało, było tragicznym błędem . Próbowałem się temu sprzeciwić.

Decyzja ta została wymuszona przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię (George’a W. Busha i Gordona Browna) wbrew stanowisku większości krajów uczestniczących i wbrew stanowisku Niemiec i Francji. Przyznaję, że czułem się tam bardzo przygnębiony. Wielu obecnych prezydentów i premierów milczało posępnie przez bardzo długi wieczór. Wiadomo również, że ambasador USA w Moskwie W. Burns ostrzegł wówczas rząd USA, że oznacza to dla Rosji przejście wszystkich tak zwanych „czerwonych linii” – wspomina.

Twierdzi, że wg znanych jemu danych wszystkie wskazują na to, iż w lutym 2022 roku Rosja nie zamierzała okupować Ukrainy, celem było zmienić władze w Kijowie i zatrzymać perspektywę członkostwa Ukrainy w NATO. „Dlatego weszli na Ukrainę tylko z bardzo małymi siłami wojskowymi. Było i jest oczywiste, że nie zamierzali ryzykować i próbować zajmować Ukrainy. Rosjanie doskonale znali wyniki ważnych wyborów prezydenckich w 2010 roku: prozachodni kandydat wygrał na zachodzie, północy i w centrum Ukrainy, a prorosyjski kandydat na wschodzie i południu. Dużym błędem było nie zwracanie uwagi na ten fundamentalny podział kraju” – zauważa Klaus.

W swoim przemówieniu przypomniał, że na wschodzie Ukrainy od 2014 roku trwa wojna domowa. A w obecnej fazie, pokłosiu tej domowej „po prawie dwóch latach wojny wydaje się, że wszystkie strony konfliktu przeliczyły się. Nie tylko Rosja i Ukraina, ale także Stany Zjednoczone i cała Europa. Sądząc po sytuacji wojskowej, 1200-kilometrowy front, z wyjątkiem drobnych zmian, jest teraz mniej więcej zamrożony. Końca wojny nie widać” – konkluduje.

Twierdzi, że należy omówić tę kwestię „uprzedzeń a priori”. „Mam tylko konsultacje proceduralne. Moja skromna rada – to rozpoczęcie negocjacji. Nie tylko między Rosją a Ukrainą” – sumuje swoje, przemilczane przez wszystkich, wystąpienie Klaus.

[Nie wiem, czy Rosji w ogóle zależy na jakichkolwiek negocjacjach; chyba dość już sparzyła się na „zachodnich partnerach” – admin]

https://myslpolska.info/

piątek, 16 lutego 2024

„Et in Arcadia ego”Rozwiązanie tajemnicy.

„Et in Arcadia ego”
Rozwiązanie tajemnicy.

Arkadyjczycy w mitach rzymskich

Dzieci biedoty bawiły się w króla, królową i rycerzy, a arystokraci bawili się w pasterza i pasterkę. Na długo przed publikacją poematu Jacopa Sannazara temat Arkadii był czymś ważnym dla Rene Andegaweńskiego. Popierał on widowiska i korowody oraz parady. Brał udział w obchodach organizowanych w Tarascon, którymi miasto to świętowało wygnanie przez Martę smoka, który był jego plagą. Aranżował to, co nazywano „pas d’armes”, średniowieczne połączenie sztuk i turniejów. Często ich temat obracał się wokół centralnej idei ziemskiego ogrodu Edenu, Arkadii i „podziemnego strumienia”. Rene Andegaweński w swoich widowiskach nawiązywał w części do obrzędów odprawianych przez Arkadyjczyków.

Rzymski poeta Wergiliusz w „Eneidzie” pisze, że gdy Eneasz przybył do Italii, Arkadyjczycy już władali Rzymem. Następujący fragment brzmi następująco:

„Arkadajczycy tu, z rodu Pallasa,
Krocząc za królem Euandrem w pokoju
I w wojnie, miejsce wybrali; gród wznieśli
Na wzgórzach, zwąc go mianem Pallanteum”.

Arkadia w starożytnej Grecji była lesistą krainą leżącą na półwyspie peloponeskim w południowej Grecji. Region ten obfituje w rozległe pastwiska, w górach znajdują się najpiękniejsze w Grecji lasy, a w dolinach rzecznych bardzo urodzajna ziemia. Aspiracje poszczególnych szczepów górskich nie pozwoliły Arkadii odegrać większej roli w historii Grecji. Spartanie w 550 roku przed ur. Chrystusa złączyli zwalczające się nawzajem miasta Arkadii w związku Peloponeskim. W 370 roku przed ur. Chrystusa Arkadia odłączyła się od Sparty. Wtedy to zostało założone miasto Megalopolis, które stało się stolicą Arkadii.

To właśnie z Arkadii pochodzi starożytne bóstwo Pan, opiekun Arkadii, zamieszkiwał w głębi lasów, na szczytach gór, w dolinach głębokich. Był on synem Hermesa i nimfy Driope, która ujrzawszy dziwne dziecko, jakie urodziła, uciekła. Miało ono rogi i racice i było całkowicie owłosione. Hermes zawinął noworodka w zajęczą skórkę i zaniósł go na Olimp. Wszystko (po grecku „wszystko” znaczy „pan”) się w siedzibie bogów widokiem kozłoludka rozweseliło.

Henri de Vibraye w „Mitologii” tak go charakteryzuje: „Utożsamia się niekiedy Pana z sylenem Marsjaszem. To drugie bóstwo posiadało jednak charakter mniej uniwersalny. Imię pierwszego Wielki Pan oznacza Wielkie Wszystko. Pan stał się syntezą poganizmu, jak o tym świadczy wymownie następujący ustęp orfickiego hymnu: Wzywam Pana, boga wszechmogącego, boga pasterskiego, Pana, który jest całością wszechświata, zespołem nieba, morza, ziemi i ognia nieśmiertelnego; są to bowiem zaiste wszystko członki Pana… boga, którego melodyjne akordy wysławiają życie powszechne; boga czczonego pod tysiącem imion, władcy świata, boga, dzięki któremu wszystko się rodzi, który wszystko zapładnia”. Dalej: „Podobnie jak inne geniusze, posiadające pierwotnie kształty zwierzęce, Pan ewoluował ku typowi coraz bardziej ludzkiemu. Ostatecznie pozostały mu z kształtów koźlich tylko spiczaste uszy i rożki na pół ukryte w gęstej czuprynie”.

Według mitów rzymskich, w starożytności Arkadyjczycy po zbudowaniu osady na wzgórzu, które znajdowało się w środku późniejszego Rzymu, przystąpili do wznoszenia świątyni dla Likejskiego Pana (Pana bowiem Arkadyjczycy uważają za najstarszego ze wszystkich bogów i największą mu oddają cześć). Pod wzgórzem palatyńskim, w dolinie przylegającej do ścian skalnych, która była ciemna, gdyż rosły w niej wysokie, stłoczone drzewa, znajdowała się głęboka jaskinia. Z jej wnętrza wypływały obfite źródła. Sama jaskinia również była ocieniona gęstym lasem. Tam Arkadyjczycy właśnie wznieśli ołtarz temu bóstwu i dopełnili tradycyjnej ofiary. Później miejsce to zostało nazwane Luperkal. Z tym miejscem i jaskinią wiąże się też legenda o Romulusie i Remusie, którzy byli karmieni przez wilczycę. Cesarz August miejsce to odnowił i ustawił tam posąg swego pasierba, Nerona Druzusa (zm. 9 r. przed ur. Chrystusa), który odniósł zwycięstwo w Germanii. Rzymianie składali ofiary 15 lutego, po przesileniu zimowym, nie zmieniwszy niczego w obrzędach, jakie wówczas po raz pierwszy odprawiono. Obrzędy te nazywały się Luperkalia. Jeszcze Dionizjusz w czasach cesarza Augusta był świadkiem tych obrzędów, i opisał je następująco: 

„Młodzi ludzie, członkowie arystokratycznego bractwa Luperków, składali ofiarę w grocie, na zboczu Palatynu. Zabijano tam kozę, może i kozła, a także psa. Kapłan dotykał czoła każdego z zebranych skrwawionym nożem, lecz ślad ten natychmiast wycierano wełną moczoną w mleku, zwyczaj ten zaś nakazywał, aby wszyscy obecni w tymże momencie wybuchali śmiechem. Następnie Luperkowie opuszczali grotę nago, opasani tylko wokół lędźwi kawałkami skóry zarżniętego przed chwilą zwierzęcia; również w ręku trzymali kozie skórki. Obiegali wokół Palatyn, bijąc tymi skórkami napotkane osoby, zwłaszcza kobiety, co miało zapewnić płodność” (Pierre Grimal, „Słownik mitologii greckiej i rzymskiej”, Ossolineum, 1987 r.).

Niewątpliwie w tych obrzędach chodziło o relikt z dawnych czasów, kiedy na Palatynie znajdowała się arkadyjska wioska, której mieszkańcy byli pasterzami. W miesiącach zimowych musieli oni bronić swego dobytku przed zgłodniałymi wilkami. Sam źródłosłów wyrazu „Luperci” na to wskazuje, gdyż zbudowany jest z dwóch elementów: „lupus” – wilk i arceo – odganiam, lub bronię przystępu. W obrzędach zabijano psa, który zastępował zabijanego niegdyś wilka. Autorzy starożytni poświadczają, że Luperkalia były świętem Fauna, który uchodził najprawdopodobniej za opiekuna trzód i pasterzy. Jednak niektórzy historycy wywodzą Fauna od praindoeuropejskiego źrodłosłowiu „dhau”, czyli dusić, dławić. W takim przypadku Faun byłby bożkiem dzikich ostępów, siejącym śmierć i postrach niby wilk lub jak wilk, (Aleksander Krawczuk, „Mitologia starożytnej Italii”, Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1986 r.).

Arkadyjskie bóstwo opiekuńcze Pan w Rzymie utożsamiano z Faunem. W starożytnej Grecji Pana przedstawiano jako demona, pół człowieka i pół zwierzęcia. Jego twarz zwierzęca, cała pomarszczona, brodata, wyrażała przebiegłość, broda stercząca, na czole miał dwa różki, ciało pokryte sierścią, koźle nogi, zakończone rozciętymi kopytami, chude i nerwowe. Lubił szczególnie świeżość źródeł i cień drzew i przez to ucieleśniał nie tylko zamiłowania samych pasterzy, lecz także upodobania ich trzód. Zwykłymi atrybutami Pana była syrynga, kij pasterski, wieniec jodłowy lub gałązka jodły w ręce. Syringa była instrumentem muzycznym. Kiedy Pan gonił Syrinks lub Syrinx, hamadryadę arkadyjską, chcąc ją napastować, w chwili gdy niemal już ją pochwycił, przemieniła się w trzcinę nad brzegami rzeki Ladon. Kiedy powiewy wiatru wywoływały jęczący poszum trzcin, Pan wpadł na pomysł połączenia woskiem trzcin o rozmaitych długościach. Tak powstał instrument muzyczny.

Arkadyjczycy, gdy przeznaczyli jaskinię pod wzgórzem palatyńskim na miejsce dla świątyni bóstwu Pan, prawdopodobnie kierowali się starymi podaniami. Mówiły one, że w pobliżu Efezu znajdowała się jaskinia, w której Pan złożył pierwszą syryngę. Jaskinia ta służyła do poddawania próbie dziewcząt utrzymujących, że są dziewicami. Zamykano je tam, a jeżeli były istotnie niewinne, słyszano dochodzące z jaskini melodyjne tony syryngi. Wkrótce brama otwierała się sama i młoda dziewczyna ukazywała się w sosnowym wianku. W przeciwnym wypadku z wnętrza jaskini dochodziły ponure okrzyki, a gdy po kilku dniach otwierano ją, młodej dziewczyny już tam nie było, (Pierre Grimal, „Słownik mitologii greckiej i rzymskiej”, Ossolineum, 1987 r.).
Luperkalia były obchodzone 15 lutego, a właściwie 14-15 lutego, z Dniem św. Walentego włącznie.

Rozwinięcie tego tematu w następnej części.

Arkadia, żal za utraconym rajem

W 1504 r. Jacopo Sannazzaro (1456-1530), włoski humanista i poeta, napisał alegoryczną powieść pasterską „Arkadia”, która wpłynęła na rozwój tego gatunku w literaturze i w malarstwie. Następnym był angielski poeta Filip Sidney (1554-1586), autor cenionego romansu rycersko-pasterskiego „The Countes of Pembroke’s Arcadia”, którego przekład francuski ukazał się w 1590 roku, a niemiecki w 1624 r.

Pierwszym malarzem, który nazwał swój obraz „Et in Arcadia Ego” był włoski malarz Giovanni Francesco Guercina (1590-1660). Obraz przedstawia dwóch pasterzy przy kamiennym grobowcu z czaszką na wierzchu, na którym wyryta jest powyższa inskrypcja. Drugim był Nicolas Poussin (1593-1655), malarz francuski, który był uczniem Varina, Jouveneta i Elle’a. Większą część swego życia spędził w Rzymie, gdzie studiował sztukę starożytności i Rafaela. Później znajdował się pod wybitnym wpływem szkoły weneckiej, głównie Tycjana. W jego obrazach krajobraz odgrywa najważniejszą rolę, natomiast figury są tylko akcesoriami. Jego dzieła odznaczają się klasyczną kompozycją i doskonałym rysunkiem. 

Nicolas Poussin na swoim pierwszym obrazie „Pasterze Arkadyjscy” (Les Bergers d’Arcadie), namalowanym w 1627 roku, umieścił napis „Et in Arcadia Ego”. Sarkofag umieszczony został pod skalną ścianą. Na jego wierzchu malarz umieścił ludzką czaszkę. Tuż za nim rosną dwa drzewa, jedno grube, drugie cienkie. O ile pastereczka i dwójka pasterzy stara się odczytać napis na sarkofagu, to trzeci pasterz w ogóle nie jest zainteresowany tym napisem. Wydaje się, że jest nawet pijany. Przedstawiony został w pozycji siedzącej, z gołymi plecami i pośladkami. Na głowie ma wieniec, być może z krzewu wrzosu. Lewą ręką podtrzymuje duży garnek, z którego wylewa się woda do wyschniętego koryta po strumyku. Wydaje się, że dzban jest symbolem jaskini, z której wypływa strumień. W prawej, zgiętej, ręce trzyma chyba gałązkę wrzosu, choć drugi pasterz trzyma pastorał, a trzeci prosty kij. 

Choć może to być postać boga rzeki, Alfejosa gr. Alpheios, która płynie w Arkadii, to jest to raczej Styks. W Arkadii w pobliżu wioski Nonakris koło miasta Feneos wypływało z wysokiej skały źródło rzeki Styks, które następnie ginęło pod ziemią. Styksowi przypisywano szkodliwe właściwości, gdyż jego wody zatruwały bydło i ludzi, niszczyły zanurzone w niej żelazo i metale, jak również naczynia gliniane. Wyliczanie właściwości wody Styksu przekazał Pauzaniasz i on to czyni aluzję do podania, według którego Aleksander Wielki został podobno otruty wodą z tego strumienia.
W innych podaniach, Styks, woda podziemnej rzeki, miała się również odznaczać właściwościami magicznymi. W tej to ponoć rzece Tedyda zanurzyła Achillesa, by uodpornić go na zranienia. Przede wszystkim jednak wody Styksu używali bogowie przy składaniu uroczystej przysięgi. W „Eneidzie” Wergiliusz opisuje Styks, jako podziemną rzekę królestwa Podziemi.

Na drugim obrazie „Arkadyjscy pasterze”, namalowanym 23 lata później, malarz przedstawił trzech pasterzy i kobietę, którzy przypadkowo znaleźli grobowiec. Postacie ubrane są w szaty przypominające stroje starożytnych Greków. Poussin celowo nawiązał do antyku, gdyż z niego wywodzi się motyw Arkadii. Na płótnie pasterze trzymają w rękach drzewce dzid, lub włócznie, choć raczej powinni trzymać kije pasterskie, które na ogół były krzywe i sękate. Włócznią został zabity Dagobert II. Kobieta ubrana w piękne szaty stoi z rękoma opartymi na biodrach, ale dłońmi skierowanymi do tyłu, nad wyschniętym korytem strumyka, które może być symbolem wygaśnięcia rodu Merowingów. Nie wygląda ona na pasterkę, a raczej na dostojną kobietę. 

Postacie starają się odczytać napis na grobowcu „Et in Arcadia ego”, co miało oznaczać „I ja byłem w Arkadii” (za życia) lub „I ja żyłem w Arkadii”, i chcą rozwikłać tajemnicę śmierci, o której nigdy nie myśleli, gdyż wiedli szczęśliwe życie. Na grobowcu widać odbity cień pasterza, który jednak do niego nie pasuje. Cień, wyglądający na Egipcjanina, składa na kolanach, z rękoma podniesionymi do ust, pokłon kobiecie. W tle Poussin umieścił drzewa i góry. Tuż za grobowcem są umieszczone dwa wysmukłe pnie drzew. 

Napis „Et in Arcadia ego” zapewne oznaczał, że śmierć obecna jest nawet w najidealniejszym ziemskim życiu. Artysta pragnący przekazać idę wszechobecnej śmierci wyrażał ją przez „memento mori” (łac. pamiętaj o śmierci). Najczęściej była to czaszka, czasem grobowiec o ściętych bokach. W rzeczywistości napis na obrazie Poussina „I ja byłem w Arkadii”, oznaczał „I ja byłem kiedyś szczęśliwy”, jak w wierszu „Rezygnacja” J. Ch. Fredricha Schillera (1759-1805): „I ja urodziłem się w Arkadii” (Auch ich war in Arkadien geboren”). Najwcześniej, bo w 1590 r. Philip Sydney nadał Arkadii, dawne, pochodzące od Wergiliusza znaczenie kraju sielankowej idylli, w słynnym romansie pasterskim pod nazwą „Arkadia”. Arkadia jako symbol oznaczała krainę szczęśliwości. Ciekawostką jest to, że w Anglii na terenie Shugborough Hall znajduje się płaskorzeźba będąca wierną kopią obrazu „Arkadyjscy pasterze”.

W 1690 r. z inicjatywy szwedzkiej królowej Krystyny w Rzymie założono Akademię Arkadyjską (Accademia dell’Arcadia), której nazwa pochodziła od greckiej Arkadii.
 
Czym było wyrażenie„Et in Arcadia ego”? Czy było hasłem, jakimś znakiem rozpoznawczym, że najpierw umieścił go na swoim obrazie włoski malarz Giovanni Francesco Guercin, potem w 1650 r. malarz francuski Nicolas Poussin, następnie w 1791 r. kazał je wyryć ksiądz Antoni Bigou na grobowcu Marii de Negre d’Ables, a w końcu w języku niemieckim znalazło się w wierszu „Rezygnacja” J. Ch. Fredricha Schillera. W XVI i XVII w. we Francji powstawały utwory dramatyczno-muzyczne. Nazywały się one Pastorale i były to utwory o tematyce wiejskiej, pastoralnej, idyllicznej, sielankowej, bukulicznej i pasterskiej. W latach 1807-1808 Beethoven stworzył pastoralną „VI symfonię F-dur”, opus 68. Była to symfonia programowa o charakterze ilustracyjnym:

1. Obudzenie się pogodnych uczuć z chwilą przybycia na wieś.
2. Scena nad strumykiem
3. Zabawa wiejska
4. Burza
5. Pieśń pasterska

Przypisy

W dokumencie z „Dossiers secrets” Henri Lobineau napisał: „Pewnego dnia potomkowie Benjamina opuścili swój kraj, kilku pozostało, dwa tysiące lat później Gotfryd VI został królem Jerozolimy i założył Zakon Syjonu. Z tej wspaniałej opowieści, która zdobi historię, tak jak architektura świątynię, której pinakiel ginie w niezmierzonej przestrzeni i czasie, a której tajemnicę POUSSIN pragnął wyrazić w swoich dwóch obrazach „Pasterze Arkadii”, wynika niewątpliwie tajemnica skarbu, nad którą wieśniacy i pasterze, potomkowie dumnych Sygambrów rozmyślali o „et In Arcadia ego”, (pojawia się tu heksagram) i królu Midasie. Ważnym wydarzeniem sprzed 1200 r. p.n.e. było przybycie Hebrajczyków do Ziemi Obiecanej i ich późniejsze osiedlenie się w Kaanan,. W Biblii, Księga Prawa Powtórzonego 33 powiedziano o Beniamienie: „Umiłowany przez Pana, bezpiecznie u Niego zamieszka, u Niego, który zawsze będzie go bronił, odpocznie w jego ramionach”. Ponadto twierdzi się w Księdze Jozuego 18, że kraj przekazany w dziedzictwie synom BENJAMINA obejmował wśród czternastu miast i wsi: JEBUS, obecnie JEROZOLIMĘ i jej trzy wierzchołki trójkąta: GOLGOTĘ, SYJON I BETANIĘ. I wreszcie jest napisane w Księdze Sędziów 20-21: „Nikt z nas nie wyda swej córki za żonę Beniaminowi… Panie Boże Izraela, dlaczego zdarzyło się w Izraelu, że ubyło w nim jedno pokolenie”. Wergiliusz, który znał tajemnicę bogów, uniósł zasłonę z wielkiej zagadki Arkadii w Eklodze X-46/50: „Tam beze mnie! O myśli trwożliwe! Depczesz Ren zamrożony, Alpy śniegiem siwe. Ach! Lękam się, aby Cię mróz nie przeciął srogi, by lód ostry twey miękkiey nie uranił nogi!”. (tu pojawia się heksagram) SZCZEŚCIORO DRZWI czyli pieczęć Przeznaczenia, oto są tajemnice pergaminów wielebnego Sauniere’a, księdza z Rannes-le-Château, a które przed nim znał wielki wtajemniczony POUSSIN, gdy wykonywał swoje dzieło na zamówienie PAPIEŻA, napis na grobie jest taki sam” (Richard Andrews i Paul Schellenberger, „Grób Boga”, przełożyła Pamela Haska, Wydawnictwo Da Capo, Warszawa 1998).

Arkadia i kult Pana

Jeden ze znalezionych dokumentów przez ks. Sauniere’a zawierał historię spotkania Jezusa z Łazarzem w Betanii i pochodził z łacińskiej wersji Ewangelii według Św. Jana. Zawarty w manuskrypcie szyfr został złamany, a odczytany tekst brzmi następująco:
BERGERE PAS DE TENTATION
QUE POUSSIN TENIERS GARDENT LA CLEF
PAX DCLXXXI
PAR LA CROIX ET CE CHEVAL DE DIEU
J’ACHEVE CE DAEMON DE GARDIEN
A MIDI POMMES BLEUES
W polskim tłumaczeniu:
„Pasterka. Brak pokusy. Poussin i Teniers strzegą klucza. Pokój 681. Przez krzyż i boskiego konia zwyciężam tego demona strażnika w południe. Niebieskie jabłka” (Lynn Picknett i Clive Prince, „Templariusze tajemni strażnicy tożsamości Chrystusa”).

Pierwszym , który wprowadził motyw Arkadii w malarstwie był wspomniany Rene Andegaweński (1409-1480), według „Les Dossier Sekrets”, wielki mistrz Prieure de Sion w latach 1418-1480, tytularny król Neapolu i Jerozolimy, książę Lotaryngii i hrabia Prowansji. Był potomkiem Merowingów. W latach 1431-1444 był w niewoli u Filipa Burgundzkiego. 

W Prowansji pracował nad wskrzeszeniem średniowiecznej poezji miłosnej, i wprowadził do kultury renesansu motyw Arkadii. W efekcie powstał jeden z najsławniejszych obrazów „Pasterka”, nawiązujący do legendy o świętym Graalu. Sam król twierdził, że jest w posiadaniu kielicha, z którego Jezus pił wino w Kanie Galilejskiej, a który zgodnie z legendą merowińską przyniosła do Marsylii Maria Magdalena. Znał łacinę, grekę i hebrajski. Zajmował się historią, religią i okultyzmem.

W 1504 r. Jacopo Sannazzaro (1456-1530), włoski humanista i poeta, napisał alegoryczną powieść pasterską „Arkadia”, która wpłynęła na rozwój tego gatunku w literaturze i w malarstwie. Następnym był angielski poeta Filip Sidney (1554-1586), autor cenionego romansu rycersko-pasterskiego „The Countes of Pembroke’s Arcadia”, którego przekład francuski ukazał się w 1590 roku, a niemiecki w 1624 r.

Natomiast pierwszym malarzem, który nazwał swój obraz „Et in Arcadia Ego” był włoski malarz Giovanni Francesco Guercina (1591-1666). Drugim był Nicolas Poussin (1593-1655), malarz francuski, uczneń Varina, Jouveneta i Elle’a. Większą część swego życia spędził w Rzymie, gdzie studiował sztukę starożytności i Rafaela. Później znajdował się pod wybitnym wpływem szkoły weneckiej, głównie Tycjana.
Nicolas Poussin na drugim obrazie „Arkadyjscy pasterze”, namalowanym w latach 1638-1640 lub w latach 1650-55, malarz przedstawił trzech pasterzy i kobietę, którzy przypadkowo znaleźli grobowiec. Postacie ubrane są w szaty przypominające stroje starożytnych Greków. Poussin celowo nawiązał do antyku, gdyż z niego wywodzi się motyw Arkadii. Na płótnie pasterze trzymają w rękach kije pasterskie. Kobieta ubrana w piękne złocisto niebieskie szaty stoi z jedną ręką opartą na biodrze, ale dłonią skierowaną do tyłu, natomiast drugą rękę opiera na plecach pasterza. Stoi nad wyschniętym kamiennym korytem strumyka. Nie wygląda ona na pasterkę, a raczej na dostojną kobietę. 

Postacie starają się odczytać napis na grobowcu „Et in Arcadia ego”. Na grobowcu widać odbity cień pasterza, który jednak do niego nie pasuje. Cień, wyglądający na Egipcjanina, składa na kolanach, z rękoma podniesionymi do ust, pokłon kobiecie. Drugi pasterz wyraźnie pokazuje palcem na inskrypcję na grobowcu, która głosi: ET IN ARCADIA EGO (A (I) w Arkadii ja). Znaczy to mniej więcej tyle, że śmierć (symbolizowana przez grób) jest obecna w Arkadii (mitologicznej krainie wiecznego szczęścia). Artysta pragnący przekazać idę wszechobecnej śmierci wyrażał ją przez „memento mori” (łac. pamiętaj o śmierci). Najczęściej była to czaszka, czasem grobowiec o ściętych bokach.

W tle Poussin umieścił drzewa i w oddali góry. Artysta ten jak żaden inny został związany z zagadką Rennes-le-Château. Według Gérarda de Sède (Le Trésor Maudit de Rennes-le-Château - 1967) Berenger Saunière przywiózł z Paryża kopię „Les Bergers d’Arcadie” w marcu 1892 roku. De Sède znajdował się jednak pod wpływem prac Pierre Plantarda, szczególnie zdeponowanych przez niego w Bibliotece Narodowej „Les Dossiers Secrets”, których autentyczność jest bardzo poważnie kwestionowana. Nie wiadomo, czy Poussin kiedykolwiek odwiedził region Rennes-le-Château. Być może zatrzymał się tu w jednej ze swych podróży z Francji do Włoch. Tak czy inaczej namalował on kilka obrazów, które nierozerwalnie kojarzone są z tajemnicą Rennes-le-Château.

Przejście przez śmierć i zmartwychwstanie

W latach 70. XX w. odnaleziono grobowiec taki sam, jaki Nicolas Poussin umieścił na swoim drugim obrazie „Pasterze arkadyjscy”. Odnaleziony grobowiec został usytuowany na tle gór, i jest o takich samych proporcjach, kształcie, z taką samą przyrodą, jak na obrazie. Grobowiec leży na skraju wsi Arques, około dziesięciu kilometrów od Rennes-le-Château. Według okolicznych chłopów, grobowiec znajduje się tam co najmniej od trzech pokoleń. Podobno istnieje o nim wzmianka w pamiętnikach pochodzących z 1709 r. Brakuje na nim tylko napisu, ale zapewne się zatarł. Czy grobowiec ten służył masonom do wtajemniczenia?

W rycie egipskim wtajemniczani symboliczne przechodzili przez śmierć i zmartwychwstanie. O zmierzchu kapłani towarzyszyli z pochodniami w rękach adeptowi w drodze do niskiej krypty. W rogu stał otwarty marmurowy sarkofag. Wtajemniczany kład się w tym grobie, a orszak wtajemniczonych oddalał się w milczeniu. Mała postawiona lampka oświetlała pomieszczenie mdłym światłem. Przyciszony głuchy chór niskich głosów rozbrzmiewał w powietrzu. Był to śpiew pogrzebowy. Po chwili cichnie i zamiera, lampka gaśnie. Adept pozostawał w ciemnościach. Stopniowo ogarniał go chłód mogilny, mroził wszystkie jego członki. Przechodził przez wszystkie bolesne uczucia zamierania, wpadał w letarg. Doświadczał wizji. Nagle załamuje się wszystko, widzenie zacierało się. Adept czuł, że wtłoczony został znów w swoje ciało, jak gdyby w trupa. Powracał do stanu świadomego letargu. Budził się. Koło niego stał kapłan, który mówił: -Zmartwychwstałeś (Edward Schure w książce „Wielcy wtajemniczeni”).

Wiele lóż masońskich przyjęło ryt egipski. Stąd „Et in Arcadia ego”, A w Arkadii ja, czyli „A w grobowcu ja”.
Grobowiec był miejscem kolejnego wtajemniczenia.

W Eleusis wtajemniczenie do śmierci miało miejsce po lekturze tajnych ksiąg. Następnie mistowie udawali się do namiotów, przy czym nie wolno im było mieć przy sobie rzeczy, której wartość przekraczałaby sto drahm srebrnych. Posiadaną nadwyżkę musieli złożyć w ofierze bogom. Zasypiali potem snem mistycznym, spowodowanym zapewne przez liście i kwiaty, na które ich kładziono; ów sen był również dalszym oczyszczeniem, gdyż uważano go za wtajemniczenie do śmierci (Henri de Vibraye, „Mitologia”).

Potem przygotowywali się na osiągnięcie ekstazy. Był tu praktykowany ryt dionizojski. Dionizos był patronem najbardziej wyuzdanego pijaństwa. Wtajemniczani musieli wyjść sami z siebie, by popaść w pewien rodzaj szału. Herodot, który był wtajemniczony w Eleusis, opowiada, że król Scytów był wtajemniczony w ryt Dionizosa. Podczas tego obrzędu (telete) nawiedzony przez Dionizosa król stał się szaleńcem. Opis ten odnosi się do procesji, w której wtajemniczeni doprowadzali się do ekstazy. Ulegali tej ekstazie, która przez wielu, jak i przez nich samych uważana była za szał (mania).

Aby osiągnąć ekstazę, używano wszelkich środków podniecających zmysły: tańców, śpiewów, różnych napojów, hałaśliwej muzyki, cymbałów, fletów frygijskich, wreszcie ekscytacji erotycznej. Wszystko to wprawiało ich w ekstazę. Zmęczeni zasypiali potem snem mistycznym, spowodowanym zapewne przez alkohol, ale również przez liście i kwiaty narkotyczne, na których leżeli. Sen był dalszym oczyszczeniem, gdyż uważano go za wtajemniczenie do śmierci. Z tego snu mistycznego muzy budziły ich muzyką, którą uważano za zespolenie wszystkich sztuk pięknych. Muzyka miała wpływać dobroczynnie na wszystkie te zmysły człowieka, które nie podlegają jego woli ani rozumowi.

Mit o szczęśliwej Arkadii stworzyli poeci i malarze. Natomiast dla starożytnych ludzi Arkadia nie była krajem sielankowej idylli, a wprost przeciwnie, znano ją, jako krainę surową, z długotrwałymi i srogimi zimami, pełną gór, dębowymi lasami, w których przytułek miał wszelki zwierz dziki, zwłaszcza zaś niedźwiedzie; niedźwiedziom właśnie zawdzięcza ona swoją nazwę, gdyż Arkadia od greckiego to arkos-arktos „niedźwiedź” (http://pantheion.pl/?art=Zielinski_Hermes_01).

Pierwowzór obrazu Pasterze Arkadyjscy, namalowany w 1627 roku przez Nicolasa Poussin. Jest to pierwszy obraz tego malarza zawierający frazę „Et in Arcadia Ego”. Powszechnie uznaje się, że płótno to powstało dzięki współpracy Poussina z Guercino, autorem innego obrazu, który również nosi tytuł Et in Arcadia Ego. Obraz został zamówiony przez włoskiego kardynała Camillo Massimi do dyptyku Midas Myjący Twarz w rzece Pactolus.

Les Bergers d’Arcadie (Et in Arcadia Ego) / Musée du Louvre, Paris, France

Obraz namalowany przez Nicolasa Poussin między rokiem 1638 a 1640. Artysta ten jak żaden inny został związany z zagadką Rennes-le-Château. Według Gérarda de Sède (Le Trésor Maudit de Rennes-le-Château - 1967) Berenger Sauniere przywiózł z Paryża kopię 'Les Bergers d'Arcadie' w marcu 1892 roku. De Sède znajdował się jednak pod wpływem prac Pierre Plantarda, szczególnie zdeponowanych przez niego w Bibliotece Narodowej „Les Dossiers Secrets”, których autentyczność jest bardzo poważnie kwestionowana. Nie wiadomo, czy Poussin kiedykolwiek odwiedził region Rennes-le-Chateau. Być może zatrzymał się tu w jednej ze swych podróży z Francji do Włoch. Tak czy inaczej namalował on kilka obrazów, które nierozerwalnie kojarzone są z tajemnicą Rennes-le-Chateau.

Sam obraz przedstawia pasterzy zadumanych nad czymś, co przypomina wielki sarkofag. Jeden z nich wyraźnie pokazuje palcem na inskrypcję na grobowcu, która głosi : ET IN ARCADIA EGO (A w Arkadii Ja lub I ja jestem w Arkadii). Znaczy to mniej więcej tyle, bylem wtajemniczony do  śmierci i zmartwychwstania (symbolizowane przez grób) są obecne we wtajemniczeniach masońskich pod nazwą " Et in Arcadia ego" (mitologicznej krainie wiecznego szczęścia).O wtajemniczonych do śmierci  i zmartwychwstania mówiono "dwakroc urodzeni". Cdn.

środa, 14 lutego 2024

Poloneza czas zacząć…

 Poloneza czas zacząć…



I o czym tu pisać, gdy obrzydzili wszystko na tyle, że po latach (długo żyję, dużo widziałam) obserwacji, refleksji, czynnego uczestnictwa w życiu społecznym, latach raz zgody na coś, raz sprzeciwu i buntu, latach kiedy się czuło, iż uczestniczyć, reagować, budować, coś wnosić, upominać się, trzeba, warto, bywa wykrzyczeć się chciało.



No o czym, gdy dziś stłumili, stłamsili, sprowadzili do absurdu, odarli ze złudzeń, na tyle, że dziś głos, nawet jeśli wczoraj wiedziało się, wołającego na puszczy, a mimo to głos, wydawało się, który to coś może zdziałać, poruszyć, obudzić, powoli acz skutecznie, wg wszelkich prawideł psychologii (w tym percepcji podprogowej), dochodzi do etapu, że chce ów głos ze smutkiem, ale po prostu zamilknąć.


I mówi mi na to, bardzo bliska sercu Osoba, z której zdaniem bardzo się liczę:- „a może, a dlaczego nie o tym co u nas piękne, takie”, jak to ma w zwyczaju, gdy chce podkreślić jak bardzo coś ważne, „takie polskie, polskie”, „takie nasze, nasze”. No może. Nie będzie łatwe, ale dlaczego nie spróbować.


Udało się, niestety, udało się tak niewielu, doprowadzić tak wielu do etapu takiego; że teraz to już tylko z przerażeniem milczeć i smutkiem przyglądać się temu jak staczamy się/staczają nas, gdy my bezradnie, a wielu biernie, się poddajemy, w przepaść. Przepaść zapomnienia, wyrugowania tego wszystkiego co nawet jeśli nie wszystkich, nie każdego (wszak nie nazywamy się „wszyscy”, na imię nie mamy „każdy”) tak samo, a jednak jakoś tam łączyło wspólnotą, jednych bardziej tradycji, jednych wiary, jednych zwykłego, takiego, bez patosu, przywiązania do; dlatego ładne, dlatego warte troski bo nasze, bo polskie, bo tak nie ma nigdzie, bo wszędzie dobrze/pięknie, ale w domu najlepiej/najpiękniej.


Bo nawet jeśli wszędzie (gdzieś) czuję się dobrze, to tylko tu gdzie wracam, z dłuższego, krótszego, pobytu/wyprawy czuję się w pełni u siebie, czuję się gospodarzem i miejsca, i czasu. Niestety, udało się tak niewielu, zabić w tak wielu nawet i to.


Latami pracowali, socjopaci, socjotechnicy jak dobrać się do umysłów, jak przejąć rząd nad duszami, … i udało się (a może, mam nadzieję, że -może- jest tu na miejscu, tylko im się wydaje i oby). Podsuwają nam, tematy zastępcze, jak nie komuchów, „patriotów” i patriotów, „ruskie onuce”, kacapów, szwabów, to Kamińskich, Wąsików, Nowaków, Giertychów etc. itp., na pożarcie … i nie, nie na ich pożarcie, a po to byśmy sami się wzajemnie pozżerali.


Podsuwają osobopostaci, aktywiszcza, ministry, pigułki dzień po, aborcję, o której i tak wiedzą, że temat skończy się wraz z wetem, podsuwają to o czym wiedzą, że żreć się wałkując (zupełnie zresztą bezproduktywnie) będziemy, że tańczyć będziemy jak nam zagrali, gdy sami tymczasem na boku, za plecami, opracowują misterny plan globalistów „uszczęśliwienia” ludzkości, gdzie miejsca ani na inne poglądy niż mainstream, ani na narodowe rządy nie ma i być nie może.


Nie po to CIA żywiła, finansowała wówczas (za pamiętnej Polski) tzw. polską demokratyczną opozycję w skrócie solidaruchów, by dziś pozwolić urwać się im ze smyczy. Przecież to ciągle ci sami co wówczas, oni sami, ich córki, synowie, wychowankowie-z naszej polskiej strony, a jeśli coś/ktoś się zmienił to na pewno nie smycz, może jedynie oficer prowadzący ją trzymający.


No może więc tak, jak mi Karinka podpowiedziała. Może nie paprać się w tej narzuconej monotematycznej kakofonii z „odwiecznego” cyklu; kto kogo, kiedy, za co, opluje, wsadzi, kto bardziej kogo/co nienawidzi, a jeśli jeszcze nie nienawidzi to nienawidzić winien, by być trendy i w zgodzie z wytycznymi. Może nie w tym wszystkim co narzucone, dyżurnie od 1989 roku; grzeb w sumieniach innych, zapomnij o chwastach we własnym i gryź, kop, drap, pluj, bluzgaj i nie, nie w sprawach istotnych, bynajmniej w istotnych, a w tych, które zająć cię mają na tyle byś o istotnych myśleć nie zechciał/a. Taka tania sztuczka, a że tania, łowcy okazji, jak na Black Friday, gdy się zwyczajnie na nią łapią, nie być łowcą.


Może więc tak, może nie czas jeszcze zamilknąć, może zamiast ulegać, narzekać, z innej strony tę hydrę poskromić trzeba. Może można pokusić się, mimo wszystko, o to by łby (wszystkie – ile ich dziś ma) urwać hydrze i zacząć zwyczajnie zauważać, że oprócz zewsząd napierających nicości i zła, piękna jest więcej. Że ono, to piękno po prostu jest, a jeśli coś zrobić trzeba to wspomnieć o nim, nie pozwolić by stłamsił je grzech zamilczenia.


Może tak i wdzięczna jestem za tę inspirację, bo zamilknąć znaczy polec, znaczy uznać, że zwyciężyli instruktorzy „szczęśliwości” made in globalizm ze swoimi: „róbta co chceta”, o swoim zapomnijta, cudze chwalta, czujta się kim chceta, moje jest mojsze, znajdź kij na sprzeciwiający się twojej racji „ryj” itp. itd.


I tak obok wszystkiego co wstrząsa polityczną sceną, krew w ludziach (na życzenie kilku – i ich mocodawców) gotuje, „scyzoryki w kieszeniach otwiera”, w polskich, w miarę normalnych (przez chwilę jeszcze) szkołach czas studniówek, a wraz z tym „Poloneza czas zacząć”.


W ramach odtrutki, zerkam na setki wrzucanych do sieci (youtuby, instagramy, tik-toki i gdzie jeszcze tylko się da) video relacji z najróżniejszych zakątków Polski, szkół dużych i tych mniejszych, tych z tradycjami, znanych/uznawanych, i tych co to gdzieś na prowincji, po cichutku …


Tak sobie przeglądam i co widzę, ano widzę kult tradycji, kult polskości. Chwalą się, nie wstydzą (jeszcze) tym, że polonezem rozpoczęli. Wiem, że wcześniej miesiącami to ćwiczyli, by wypadło, w tym pięknym, ważnym dniu dostojnie, jak na poloneza przystało, jak to drzewiej na ważnym balu w Polsce bywało, jak z choć z niematerialnym, to przecież DZIEDZICTWEM zerwać więzi nie można, bo polskie, bo nasze, bo ważne, jak chwila wkraczania w dorosłość ważna.


Tak, tak, już w telewizorni słyszałam, że bale to na miarę weselisk, że przesada, że straszne jak to teraz…, że za naszych czasów skromnie etc. I zagotowałam się. Bo nawet jeszcze to, owszem inne niż kiedyś w oprawie (i inna to bajka), (choć Polonez zawsze taki sam) bo czasy inne, bo kiecki, bo … bo trzeba zwyczajnie sprowadzić na temat – około-, by … obrzydzić, ośmieszyć, zohydzić, zaorać? A przecież nie, nie wrzucają do sieci tego co później, zabawy po ichniemu, tej muzyki i tego ich klimatu, których my już nie rozumiemy, wrzucają: „poloneza czas zacząć”, zaczęliśmy, wykonaliśmy, a wyszło nam tak, a byliśmy piękni, a tak oto pięknie, dostojnie, po polsku w dorosłość, tanecznym, po polsku, krokiem wkraczamy.


I tak wirtualnie wędrując przez tę naszą Polskę od szkoły do szkoły, gdy się długie lata chleb z tego pieca jadło, z nutką i tęsknoty, ale jeszcze większą podziwu, że się im mimo „ciekawszych” ofert i podpowiedzi „cywilizacji” chce, że dali z siebie tyle i wykonawcy, i ci, którzy ich przygotowali, by wreszcie finalnie tak to pięknie wyszło, bo tak, bo pięknie, bo oglądając i serce rosło i dusza śpiewała i … refleksja się zrodziła.


Zawiodła mnie ta wędrówka do albumu wspomnień. Lata pobytu na Białorusi. Tam gdzie usłyszałam na żywo Poloneza Ogińskiego „Pożegnanie Ojczyzny” po polsku, w wykonaniu Białoruskiego Narodowego Zespołu „Pieśniary”:


Pieśń do Ojczyzny zna swój szlak

wirując w niebie niby ptak

do kraju leci, gdzie jest ojców dom,

gdzie czeka na mnie miła i kochana,

co na zawsze mi oddana


tam, gdzie polonezem każda księżycowa noc zaczarowana.

Z tamtych pól i wód wszyscy pochodzimy,

stamtąd jest nasz rodowód

dokąd kiedyś powrócimy,

nie opuścimy go już


(kochany kraj, kochany kraj).


Kościół na górze stoi tam

biegałem doń w dzieciństwie sam

z błękitu nieba, w blasku słońca mi śpiewali

dla mnie słodko aniołowie

i przemawiali ojcowie


świecił do mnie tam z ambony

i koiły mnie kościelne dzwony.

Boże, dodaj nam siły

Boże, bądź miłościwy

Boże, broń nas przed wrogiem

Boże, wskazuj nam drogi


tam, gdzie czarujący kraju blask

tam, gdzie najpiękniejszy w świecie las

tam, i rzeka czekają na nas

skąd płynie do nas życia czas,


tam jest Ojczyzna

tam jest nasz kraj

do ziemi swej

powinniśmy powrócić


Pieśń do Ojczyzny zna swój szlak

wirując w niebie niby ptak

do kraju leci, gdzie jest ojców dom,

gdzie czeka na mnie miła i kochana,

co na zawsze mi oddana

tam gdzie polonezem każda księżycowa noc zaczarowana.


a później tyle razy, że zliczyć nie potrafię ile, słuchałam go na próbach (gdy prosili: „zobacz Bożena, posłuchaj czy dobrze wymawiamy, popraw, …”), na uroczystościach, festiwalach, tych na których, na Białorusi, polskość promowano, tych, których celem ocalić co polskie od zapomnienia było.


I tak sobie, wyzwana niejako do odpowiedzi przez bliską sercu rozmówczynię, by o tym co piękne, gdy podłości tyle wkoło, gdy w zasadzie już tylko milczeć się bezradnie chciało, wspomnieć. Wyzwana do odpowiedzi pomyślałam, a co tu u nas jeszcze pięknego ostało się… ??? , i dalej, a może właśnie to. A może ten kilku, kilkunastominutowy finalnie, poprzedzony godzinami wysiłku Polonez właśnie. Bo może skoro Oni tam na Białorusi, polskość upatrują w tym, że las, że ambona, że Ojców głos, że Boże daj, bądź, broń, wskazuj … to może tu, na rodzimym podwórku też.


Bo może skoro tam na Białorusi ze łzami w oczach tego słuchałam i uświadamiałam sobie, w jak niewielkiej treści mieści się to co scala, że ta Ojczyzna to to co prastare, praojcami wypracowane, to czemu nie tu, skoro tak samo łzy się w oczach kręcą, za… utraconą … polską Polską.


Bo jeśli wszystkimi dostępnymi środkami wzbudzać próbują w nas kult nijakości, bylejakości, amoralności, wręcz ekshibicjonizmu, to dlaczego wiedzeni głosem nielicznych wołających na puszczy nie mamy spróbować wzbudzić w samych sobie potrzeby kultu dla piękna, miłości, tradycji, dla tego co Pradziadowie, Ojcowie zostawili, dlaczego ulegać podpowiedziom tych, którzy uczą jak dzielić włos na czworo, a siebie, na plemiona, szczepy, odszczepy, a nie kultywować tego co gotowe, co sprawdzone, dużo prostsze, sercu bliższe, ojczyste.


Dlaczego nie chcieć sięgnąć po to co zwyczajne, normalne, po ludzku ludzkie, co najbliżej, po to, na co, gdy inni nie widzą, patrzymy z zachwytem, co sprawia, że serce rośnie, dusza śpiewa… dlaczego pozwolić żądnym panowania nad naszymi duszami zmusić nas do zapomnienia o tym co w nas piękne, gdy przecież jeśli się nie poddamy, ocalić od zapomnienia możemy, co więcej obowiązek mamy.


Zatem Poloneza czas zacząć, bo piękny, bo dostojny, bo polski, bo nasz… bo Polski musimy się nauczyć na nowo, od czegoś trzeba zacząć, dlaczego nie od osobistych wspomnień, dlaczego nie od okazania podziwu tym, którzy (jedni świadomie, inni może mniej) te wspomnienia obudzili?! Wspomnienia w jednych dawno w jednych dopiero co przebrzmiałej młodości, ale (i to przede wszystkim) tęsknotę, tęsknotę za… polską Polską.


Bo jeśli, tak sobie pomyślałam, wzrusza, że oni Młodzi tak właśnie w dorosłość wchodzić jeszcze chcą, to dotrzymajmy im kroku, to wspomnijmy, to zauważmy, doceńmy. I nie, nie piękne i „piękne” sukienki, muszki, garnitury i inne fraki, (choć te też- tu łyżka dziegciu, nie każda kiecka, dekolt po pas, szlic po pas, tu akurat komponują, ale to już wina dorosłych/dojrzałych(?), którzy chcą swoje dzieci zwyczajnie wyeksponować, bo ich własne snobistyczne ambicje i ego przerastają treść formą – pokazuchy) takie będą mieli okazje wiele razy jeszcze założyć.


Ale to młodym powiedzmy, że takiego (wszędzie gdzie było, bo nie wszędzie, z winy snobizmu rodziców i niemocy szkoły w okrzesaniu rodziców, było) dostojeństwa, szyku, elegancji, dbałości o formę po prostu trudno nie zauważyć. Że taka doniosłość, takie dostojeństwo, taka chwila jest raz w życiu i że jeśli na ten raz zechcieli sięgnąć do korzeni i zaprezentować właśnie to, że ze źródeł czerpać chcą , to cieszy i dobrze na przyszłość rokuje. To my, którzy podziwiamy ich w tym tańcu, tańcu- jego wymowie i symbolice, nie w didaskaliach pt. kiecka, makijaż podkreślam, dajmy świadectwo naszego i uznania, i wzruszenia.


Odpowiedzialni jesteśmy za to, by oni nie przeszli do tego w czym uczestniczyli jak do czegoś co zadane, wyćwiczone, wykonane, zapomniane. By wiedzieli, od nas, ich rodziców, dziadków, znajomych i nieznajomych, że zrobili coś niesamowicie ważnego. Że zechcieli dać, najpiękniej jak potrafią, świadectwo utożsamienia się z tą kulturą, z tą tradycją, z tą polskością, które bliskie są sercom pokolenia ,tego pokolenia, od którego, w drodze do tworzenia lepszego jutra, przejmą w niedalekiej już przyszłości „pałeczki”.


Przecież i my w ogromnej ludzkiej masie tak właśnie wkraczaliśmy w dorosłość i nie dopuszczaliśmy wówczas do siebie myśli, że ktoś nam to z głów zechce wygumkować, a nawet gdy na myśl przyszło, że zechce, to wierzyliśmy, że nie pozwolimy by się mu udało. Co się więc z nami stało, że dziś pozwalamy by rządziły nami złe, narzucane tematycznie emocje, zamiast tego co kiełkowało pięknego wówczas?!


Tu jest Polska i tyle tej Polski ile zechcemy zachować. A zachować znaczy nie mniej, nie więcej ponad to: Byle szkoła ciągle była tym miejscem, które nie jedynie o kulturowym dziedzictwie, o tradycji naucza, ale dziedzictwu tradycji pozostaje wierne i w tym duchu by kształtowała postawy. Byle rodzice, szczególnie dziewcząt (i nie wszyscy, a niektórzy) nie mylili studniówki z balem maturalnym, czy balem na innym „Batorym”, a już na pewno nie z wybiegiem, czy wystawą, na której jak manekiny ich pociechy robić mają za eksponaty, ich rodziców własnego snobizmu i realizacji w dzieciach osobistych niespełnionych ambicji. A jeśli mylą, byle szkoła chciała zachować, w tym choćby względzie, autonomię i takim, wymuszającym przerost formy nad treścią, rodzicom potrafiła wyperswadować zapędy do w blichtrze upatrywania wartości, a przede wszystkim w postarzaniu własnych pociech, gdy one przecież ani samodzielne jeszcze, ani w pełni świadome czym tak naprawdę życie i własna za nie odpowiedzialność.


A ta studniówka to po to, by uświadomić iż oprócz wiedzy stricte naukowej, również wiedza o stosownej do miejsca, okoliczności etykiecie w życiu obowiązuje. Byle i szkoła, i ci sami rodzice nie zapomnieli, że tak jak nie wszystko złoto co się świeci, tak samo nie z zewnątrz, a z wewnątrz człowiek jest najbardziej prawdziwym w człowieczeństwie człowiekiem. Wszak ta studniówkowa młodzież to ciągle jeszcze uczniowie, a ta studniówka to choć -aż, to jednak tylko preludium. Właściwe sceny, akty, komponować i wykonywać będą sami, ale dopiero wówczas gdy dojrzeją do tego, tak emocjonalnie, jak odpowiedzialnie, w sensie gdy usamodzielnią się i nie, nie za sto dni przecież.


Ta studniówka to jedynie klucze: wiolinowe, basowe, pierwsze nutki, pauzy, to pierwsze takty i kroki tańca z życiem. Przyjdzie, w dojrzałym życiu tańczyć i „tańczyć”, tego doświadczą gdy osiągną upragnione dyplomy, cele, posady, własne w życiu miejsca. Wtedy dopiszą sami, albo życie im dopisze kolejne takty, do ich własnych tańców. Być może nie będą to już polonezy, być może poloneza nie zatańczą już nigdy więcej, ale…, ale może w pamięci zostanie ten właśnie, który na progu startu w dorosłość sprawił, że czuli się inaczej niż zwykle, że (pewnie licząc kroki by „dygnąć” w kolejnym, właściwym) czuli doniosłość chwili, że czuli się w nim dostojnie, że właśnie w tym dostojeństwie upatrywali iż tak pójdą przez życie i zechcą czerpać z tego właśnie wspomnienia, gdy przyjdzie stawiać kolejny i kolejne kroki i stawiać je dostojnie.


By jednak mieli do czego wracać, nie może być tak, że nie zostali w to wyposażeni. I to jest zadanie szkoły! Tej jako gospodarza studniówki też! A jako, że tak jak nie ma piękniejszego w dostojeństwie tańca od poloneza, tak nie ma piękniejszego w postawie życiowej, znającego wagę swoich czynów, gdzie wartością najwyższą relacje z drugim człowiekiem człowieka- dostojnego Człowieka.


A jako, że nie ma Polski bez polskości, tak uczmy się jej, na nowo i dlatego; Poloneza czas, Mili Państwo, zacząć!


Bożena Gaworska-Aleksandrowicz

https://myslpolska.info

Oznaki upadku państwa

Przejdź do treści                 Aktualizacja strony została wstrzymana … Facebook-f   Twitter   Google-plus-g   Instagram   Youtube Szukaj...