piątek, 30 sierpnia 2024

Rosjanie nie przerwali ataku na Pokrowsk



Urlop, urlopem, jednak na „odtrutkę” w tej powodzi jednostronnej propagandy, jaką serwują polskie media kilka zdań o kryzysie operacyjnym armii ukraińskiej na pokrowskim kierunku operacyjnym, który strategicznie jest dziś najważniejszym wydarzeniem na toczącej się wojnie o Ukrainę.

Front wojny rosyjsko-ukraińskiej dla przypomnienia liczy ok. 1500 km. Aktualnie (22 sierpnia 2024) widzimy, patrząc strategicznie, dwa kluczowe zdarzenia. Zasadniczo opanowanie przez stronę rosyjską (wzięcie pod kontrolę), kryzysu o znaczeniu operacyjnym jaki wywołała prowadzona nadal, zaczepna operacja Sił Zbrojnych Ukrainy na kurskim kierunku operacyjnym. Oraz nie opanowany przez stronę ukraińską kryzys operacyjny, na pokrowskim kierunku operacyjnym. Dziś zajmiemy się tym drugim.

Patrząc na mapę (załącznik nr 1) widzimy wybrzuszenie frontu na wysokości miasta Donieck pomiędzy wsiami Pierwomajskie i Nowobahmutivka, na północny zachód od zdobytego zimą miasta-twierdzy Awdijewka.

Jak popatrzymy sobie na mapę, to dostrzeżemy w odległości 14 km od linii frontu 60-tysięczne miasto Pokrowsk, w którym krzyżuje się masa dróg oraz linii kolejowych. To miasto jest kluczowym węzłem komunikacyjnym, którędy zaopatrywane jest zgrupowanie Ukraińskich Sił Zbrojnych na Donbasie.

Na mapie nr 2 i 3, 4 oraz 5 widzicie Państwo dynamikę dobowych zdobyczy atakującego na tym odcinku frontu rosyjskiego Zgrupowania „Centrum” dowodzonego przez gen. Andrieja Mordwiczowa. Generalnie na przestrzeni lipca i sierpnia (czyli okresu w jakim trwa rosyjska letnia operacja ofensywna) front przesuwa się w tempie 3-6 km tygodniowo.


Można domniemywać, że za 3 tygodnie, czyli w połowie września do miasta Pokrowsk dotrą Rosjanie. Już dziś rozpoczęła się przymusowa ewakuacja ludności cywilnej Pokrowska i przekształcania miasta przez armię ukraińską w kolejną „fortecę”.

Pomimo zaskakującego, udanego, błyskotliwego natarcia jednostek ukraińskich na kierunku kurskim, jego powstrzymaniem zajęły się jednostki przerzucone z głębi Rosji, chersońszczyzny, spod Charkowa i ługańszczyzny. Jednak sił Zgrupowania „Centrum” Stawka nie ruszyła.

Pomimo serii udanych, niszczycielskich ataków za pomocą dronów wykonanych w ostatnich tygodniach przez Ukraińców na rosyjskie lotniska, nie udało się im zmniejszyć aktywności lotnictwa bombowego 11 Armii Lotniczej wspierającej natarcie sił gen. Mordwiczowa.

Co więcej, próby ataków z zaskoczenia na rosyjskie bombowce Su-34 przez myśliwce F-16 spełzły na niczym, gdyż te maja silną eskortę myśliwców Su-35S wyposażonych w rakiety powietrze-powietrze R-37M o zasięgu przeszło 200 km, co skutecznie zniechęca pilotów ukraińskich F-16 do prób zbliżania się do rosyjskich bombowców.


Natarcie Rosjanie prowadzą siłami brygad 2 Gwardyjskiej Armii Ogólnowojskowej wspieranej pułkami 90 Gwardyjskiej Dywizji Pancernej. W odwodzie wciąż są nieruszone 3 brygady 41 Gwardyjskiej Armii Ogólnowojskowej oraz wydzielone siły 1 Korpusu Armijnego. Są też rezerwy Stawki. Rosjanie mają zatem wciąż kim i czym nacierać oraz co jest zgodne z zasadami sztuki wojennej, potęgować oddziaływanie zgrupowania prowadzącego działania ofensywne na siły przeciwnika.

Wojska rosyjskie w obliczu przewagi armii ukraińskiej w dostarczanych przez kraje NATO oraz produkowanych na potrzeby armii ukraińskiej dronów (przede wszystkim klasy FPV) atakują małymi oddziałami szturmowej piechoty, która po zniszczeniu przez lotnictwo, artylerię i drony sił ukraińskich, zajmuje wybudowane przez Ukraińców ufortyfikowane punkty oporu.


Kluczową rolę odgrywa tu wsparcie rosyjskiego lotnictwa bombowego działającego za pomocą bomb szybujących z satelitarnym modułem naprowadzania oraz rosyjska artyleria, która mimo znacząco gorszych parametrów w zakresie zasięgu ognia, ilością oraz gęstością ognia zapewnia dostateczne wsparcie natarcia. Ta taktyka, choć nie wysublimowana, w aktualnych warunkach wojny o Ukrainę się sprawdza.

Głównodowodzący armią ukraińską generał Ołeksandr Syrski znaczącą część dostępnych rezerw, pokerową zagrywką, skierował do natarcia na kurskim kierunku operacyjnym. Ewidentnie brak tych wojsk dla wsparcia obrony Pokrowska.

Jeśli jednym z celów ofensywy kurskiej było odciągnięcie rosyjskich rezerw i części sił z Donbasu, to tego celu póki co nie udało się stronie ukraińskiej osiągnąć. Zaznaczam „póki co”, gdyż, strona ukraińska rozwija swoje natarcie i każdego dnia zajmuje kolejne tereny obłasti kurskiej.

Trwa swoista wojna nerwów, między generałem Gierasimowem a generałem Syrskim. Kto pierwszy „pęknie” i zaniecha swoich działań, aby przeciwdziałać natarciu przeciwnika.

Wydaje się, to moja subiektywna ocena, że generał Syrski nie docenił tradycyjnego „sojusznika” armii rosyjskiej, jakim jest głębia operacyjna. To jest wielki kraj (dla uczących się geografii po 1989 przypominam, że Rosja to największy kraj na świecie ok. 17 mln km 2 i 11 stref czasowych, dla porównania Europa ma 10,5 mln km 2, a Ameryka Północna 24 mln km 2). Ukraińcy zajęli na dziś ok. 500 km 2 a o ok. 700 km toczą się walki. Średniej wielkości powiat w Polsce ma 700 km 2. To tak edukacyjnie.

Rosjanie mają się dokąd cofać i nie kierują się, w przeciwieństwie do Ukrainy, względami propagandowymi. Moskwa poniosła dotkliwy uszczerbek wizerunkowy, tracąc część swojego terytorium i jest zmuszona do ewakuacji kilkuset tysięcy swoich obywateli. Kijów wymierzył Moskwie propagandowo „siarczysty policzek”. Sęk w tym, że Rosja/ZSRR, nie takie ciosy zniosła, bo to jest specyficzny kraj i społeczeństwo.

Jeżeli generał Syrski nie skieruje na kierunek pokrowski ostatnich dostępnych rezerw, a takie Ukraina jeszcze ma, Rosjanie zdobędą Pokrowsk lub skutecznie go oblegając wyeliminują go jako węzeł zaopatrzenia. Tym samym operacja letnia Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej osiągnie zamierzony cel, gdyż przygotuje dobry fundament do prowadzenia skutecznych działań ofensywnych w ramach operacji zimowej 2024/2025 na całym Donbasie.

Wojna to działania kompleksowe na morzu, lądzie i w powietrzu, na całej linii frontu i głębi strategicznej oraz w przestrzeni informacyjnej. Patrzenie tylko na wybrany „wycinek” frontu i wyciąganie na tej podstawie całościowych ocen jest ułomne, a tak niestety aktualną sytuację na frontach wojny o Ukrainę analizują polskie media, przy wsparciu przez „dyżurnych analityków”, zwanych trafnie przez Pana generała Komorowskiego „Dyzmami” .

Poza nawiasem zostawiam ludzi „trzepniętych” lub świadomie parających się dezinformacją, napełniających treścią „prorosyjską bańkę informacyjną” i „prokijowską bańkę informacyjną”. Szkoda czasu i fatygi na pozamerytoryczną polemikę. A jedni i drudzy w ostatnim czasie stali się, szczególnie w mediach społecznościowych, niezwykle aktywni, przed czym przestrzegam.

Krzysztof Podgórski
https://myslpolska.info

Różnica między Polską i Włochami: Dziennikarz włoskiego mainstreamu podsumowuje Zelenskiego i UE…

Jaka piękna demokracja…

Marco Travaglio (urodzony w Turynie 13 października 1964 r.) jest włoskim dziennikarzem, eseistą i pisarzem, od 3 lutego 2015 r. redaktorem wersji drukowanej gazety il Fatto Quotidiano[1].
https://it.wikipedia.org/wiki/Marco_Travaglio

Ukraiński parlament zakazuje działalności Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej i nakazuje duchownym przyłączenie się do Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej w ciągu dziewięciu miesięcy: tej, która w roku 1992 (po uzyskaniu niepodległości od ZSRR) ogłosiła schizmę od Patriarchatu Moskiewskiego, któremu podlegała od XVII wieku.

Zelensky cieszy się z „naszej duchowej niezależności”, nie przejmując się tym, że spośród 71% ukraińskich prawosławnych jedna trzecia wyznaje kult rosyjski. Ich sprawa? – Nie, nasza sprawa: Ukraina jest kandydatem do uzyskania członkostwa w UE w rekordowym czasie i jest sztucznie utrzymywana przy życiu przez zachodnie miliardy. Ale europejskie władze zapomniały ozora w gębie. Jak zawsze w tego rodzaju przypadkach.

Kiedy w roku 2014 legalny prezydent Janukowycz został obalony, odbyło się ponowne głosowanie i wygrał oligarcha Poroszenko, który mianował ministrami czterech neonazistów i włączył neonazistowski batalion Azow do Gwardii Narodowej, wszyscy siedzieli cicho, ponieważ nowo wybrany był naszym przyjacielem, a więc szczerym demokratą.

Kiedy Poroszenko zaczął bombardować ludność rosyjskojęzyczną w Donbasie (14 400 zabitych w wojnie domowej w latach 2014-22) i zniósł rosyjski jako drugi język urzędowy w kraju, w którym jedna trzecia jest rosyjskojęzyczna, a wszyscy znają rosyjski, wszyscy milczeli, ponieważ rosyjskojęzyczni są bronieni przez Putina.

Kiedy wojska kijowskie w Donbasie zabiły 40 niemile widzianych dziennikarzy, w tym Włocha Andreę Rocchellego, wszyscy siedzieli cicho, ponieważ dziennikarzy zabija wyłącznie Putin.
https://en.wikipedia.org/wiki/Andrea_Rocchelli https://it.wikipedia.org/wiki/Andrea_Rocchelli

Kiedy po rosyjskiej inwazji Zełenski zdelegalizował 11 partii opozycyjnych, aresztował szefa najpopularniejszej z nich i zablokował stacje telewizyjne, które odmówiły przyłączenia się do jednej platformy rządowej, wszyscy milczeli, ponieważ Kijów to nie Moskwa.

Kiedy ukraińscy komandosi wysadzili rosyjsko-niemieckie gazociągi NordStream, wszyscy oskarżyli Moskwę o ich zbombardowanie, podobnie jak wtedy, gdy kijowscy 007 zabili w Moskwie Darię Duginę, córkę putinowskiego filozofa, ponieważ jedynym terrorystą jest Putin.

Kiedy Zełenski zakazał dekretem negocjacji z Moskwą, wszyscy siedzieli cicho, ponieważ NATO uzbraja Ukrainę, po to, by lepiej negocjowała z Moskwą.

Kiedy Kijów aresztuje tysiące młodych Ukraińców uciekających przed poborem, wszyscy milczą, ponieważ młodzi Ukraińcy z utęsknieniem wyczekują śmierci w przegranej wojnie.

Kiedy Zełenski przełożył wybory, pozostając u władzy, wszyscy zamilkli, ponieważ Ukraina jest demokracją.

Kiedy Ukraińcy najechali rosyjski region Kurska, wszyscy mówili o „samoobronie” i „impulsie do negocjacji”, po czym okazało się, że wysadzili w powietrze nowe negocjacje w Doha i rozbroili obronę w Donbasie, gdzie Rosjanie obecnie szaleją.

Dziś, gdy Zełenski znosi również wolność wyznania, wszyscy milczą, ponieważ jedyną osobą wykorzystującą Kościół do celów politycznych jest Putin.

Moja skromna ciekawość: Owe sławne „wartości zachodniej demokracji”, których Ukraina broni naszymi pieniędzmi i naszym uzbrojeniem, to niby czym one są?

INFO: https://www.ilfattoquotidiano.it/in-edicola/articoli/2024/08/21/che-bella-democrazia/7664327/ https://www.leggimarcotravaglio.it/2024/08/21/che-bella-democrazia/

https://babylonianempire.wordpress.com

Rosnące zadłużenie Skarbu Państwa. Co oznacza dla polskiej gospodarki Polaków?



Nawet połowę pożyczanych pieniędzy państwo musi przeznaczyć na obsługę zadłużenia. Sytuacja staje się podbramkowa – zwraca uwagę piątkowa „Rzeczpospolita”. 

Rosnące zadłużenie Skarbu Państwa i jego konsekwencje to temat, który budzi coraz większe zaniepokojenie wśród ekonomistów i decydentów.

Dynamiczny wzrost zadłużenia

Gazeta zauważa, że zadłużenie Skarbu Państwa rośnie bardzo szybko. Według danych przedstawionych przez resort finansów, od początku roku do końca czerwca zadłużenie wzrosło o niemal 10%, co stanowi około 129 miliardów złotych. Jest to niezwykle alarmujący sygnał, który może mieć poważne konsekwencje dla stabilności finansowej kraju.

„Rzeczpospolita” wskazuje również, że z rządowych planów wynika, iż w tym roku dług całego państwa (wliczając w to także tzw. fundusze pozabudżetowe) wzrośnie aż o 275 miliardów złotych, osiągając poziom 1,96 biliona złotych.

Tak duży wzrost zadłużenia ostatni raz zanotowano jedynie w kryzysowym, pandemicznym 2020 roku, co wskazuje na wyjątkowo trudne warunki finansowe, z jakimi mierzy się obecnie Polska.

Rosnące koszty obsługi długu

Jak zaznacza dziennik, tak duży przyrost zadłużenia jest szczególnie niepokojący w kontekście obecnych warunków wysokich stóp procentowych i drogiego pieniądza. „Tak ogromny wzrost długu jest niepokojący, zwłaszcza że w obecnych warunkach drogiego pieniądza pociąga to za sobą bardzo znaczący wzrost kosztów jego obsługi,” komentuje Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton, cytowany przez „Rzeczpospolitą”.

Koszt obsługi długu w przyszłym roku ma zbliżyć się do 100 miliardów złotych, co stanowi około połowy wszystkich pożyczanych przez państwo środków. Dla porównania, jest to o połowę więcej niż roczne wydatki na program 800+ – program wspierający rodziny, który jest jednym z flagowych projektów socjalnych rządu.

Tak znaczne koszty obsługi długu oznaczają, że coraz większa część budżetu państwa musi być przeznaczana na spłatę zobowiązań, co może ograniczać możliwości finansowania innych ważnych sektorów, takich jak zdrowie czy edukacja.

Warto w tym miejscu dodać, że do zadłużenia Państwa przyczynia się również ciągły bezpodstawny sponsoring ukraińskiego terroryzmu oraz życia cwaniaków z zachodniej Ukrainy na koszt polskiego podatnika.

Potrzeba działań naprawczych

Obecna sytuacja finansowa Polski wymaga podjęcia zdecydowanych działań naprawczych. Należy rozważyć różne strategie zarządzania długiem, takie jak restrukturyzacja istniejących zobowiązań, poszukiwanie bardziej korzystnych warunków finansowania na rynkach międzynarodowych, czy też wdrażanie polityk fiskalnych mających na celu zwiększenie przychodów budżetowych i ograniczenie wydatków.

Bez odpowiednich kroków naprawczych, rosnące zadłużenie i koszty jego obsługi mogą negatywnie wpłynąć na stabilność finansową kraju oraz tempo jego rozwoju gospodarczego.

W świetle przedstawionych dany ch i analiz, rosnące zadłużenie Skarbu Państwa staje się jednym z kluczowych wyzwań dla polskiej gospodarki. Konieczne jest zatem podjęcie działań mających na celu ograniczenie zadłużenia i stabilizację sytuacji finansowej kraju, aby zapobiec dalszemu pogłębianiu się problemów budżetowych i utrzymaniu zrównoważonego wzrostu gospodarczego.

[Nie wątpię, że gdy już Ukraina pokona Rosję, wspomoże swych najwierniejszych psów… pardon, sojuszników. – admin]

Daniel Głogowski
https://legaartis.pl

czwartek, 29 sierpnia 2024

Węgry zagroziły UE wysłaniem migrantów prosto do Brukseli



Budapeszt zagroził, że wyśle migrantów prosto do Brukseli, jeśli Unia Europejska będzie ingerować w węgierskie wysiłki na rzecz walki z napływem nielegalnych imigrantów.

Stwierdził to sekretarz stanu ds. komunikacji i stosunków międzynarodowych w kancelarii premiera, Zoltan Kovacs.

„Jeśli Bruksela chce migrantów, to ich dostanie. My zapewnimy im bilet w jedną stronę” – powiedział cytowany przez szefa kancelarii premiera Węgier Viktora Orbána, Gergaya Guyasa,

W czerwcu sąd UE skazał Węgry na 200 mln euro grzywny, a także milion euro dziennych płatności z powodu odmowy zastosowania się do poprzednich orzeczeń sądowych związanych z naruszeniem ogólnoeuropejskich zasad przyjmowania migrantów.

Premier Węgier powiedział, że walczy „rękami, nogami i zębami” z nowymi zasadami migracji narzuconymi przez „imperium Sorosa” i nie pozwoli na budowę „getta migrantów” na terytorium Węgier.

https://pl.news-front.su

Remigracja to konieczność



Rozmowa z Martinem Sellnerem, austriackim pisarzem, liderem ruchu tożsamościowego


Rozmawiamy w bardzo trudnym okresie z punktu widzenia wolności słowa w krajach niemieckojęzycznych. Ostatnio poruszaliśmy sprawę miesięcznika „Compact” z Niemiec. Był Pan stałym współpracownikiem tego miesięcznika, prawda?

– Tak, pisałem dla niego comiesięczny felieton. Nagrywałem także cotygodniową audycję wideo dla tego magazynu. Znam Jürgena Elsässera od wielu lat. Spotkałem się z nim dosłownie kilka dni temu i wciąż w Niemczech jesteśmy zszokowani objęciem go natychmiastowym i całkowitym zakazem.

Czy powiedzieć, że właściwie cała ta afera i opinia publiczna w Niemczech na jej temat może w pewien sposób pomóc pismu „Compact”?

– Absolutnie tak. „Compact” jest teraz postrzegany jako najbardziej populistyczny magazyn i najbardziej radykalne pismo, o jakim Niemcy kiedykolwiek słyszeli. Za to teraz dosłownie wszyscy Niemcy znają nazwę „Compact” i nazwisko Jürgen Elsässer.

Oczywiście to, co się stało, było bardzo bolesne, brutalne. Nie wiem, czy znacie szczegóły – zabrali mu wszystko z biura, weszli do mieszkania jego żony i stamtąd też wszystko zabrali, w tym jej pieniądze. Wszystko zostało przejęte przez państwo.

Szkody materialne można naprawić. Natomiast szkody wizerunkowe po stronie tak zwanych wolnościowo-liberalnych wartości zachodnich, które Nancy Faeser, minister spraw wewnętrznych, wyrządziła samej sobie i tzw. reżimowi – myślę, że nigdy nie będą możliwe do przezwyciężenia i naprawienia.

Nawet wielu ludzi, którzy nie lubią „Compact” i wywodzą się z liberalnego, lewicowego spektrum niemieckiej polityki też to ostro skrytykowali. Dlatego uważam, że był to moment ważny dla zdemaskowania oblicza systemu. I mam nadzieję, że cały patriotyczny ruch oporu wyjdzie z tego silniejszy.

Prowadziliśmy niedawno bardzo poważne debaty, dyskusje z redakcją „Compact” dotyczące różnych trudnych okresów w stosunkach polsko-niemieckich. Mimo to, „Compact” był przy tym bardzo otwarty na wszelkie alternatywne sposoby myślenia i interpretowania otoczenia politycznego jako takiego. Czy uważa Pan, że ten atak, to uderzenie przeciwko „Compact” można odbierać jako cios skierowany także przeciwko Alternatywie dla Niemiec?

– Tak, absolutnie. Sądzę, że na bez wątpienia był to cios przeciwko partii, bo – jak zapewne Pan wie – zbliżają się bardzo ważne, kluczowe wybory do Landtagów we wschodnich Niemczech, a „Compact” wspierał AfD. Natomiast, jeśli spojrzeć na to na głębszym poziomie, to widać też, że zamierzonym efektem zakazu „Compact” jest popchnięcie AfD w określonym kierunku.

„Compact” w całym rozwoju tej partii odegrał bardzo ważną rolę. Polegała ona na utrzymaniu profilu narodowo-konserwatywnego ugrupowania, bo przecież bardzo często podejmowano próby przejęcia partii przez liberałów, a baza członkowska zawsze buntowała się przeciwko tym kandydatom i liderom, którzy za nimi stali. Wskutek tego opuszczali oni szeregi partii.

Höcke i narodowe skrzydło konserwatywne zwyciężali we wszystkich tych bitwach, a „Compact” był dla nich wsparciem. Lucke, Petry, Meuthen to byli bardziej liberalni przywódcy AfD, którzy próbowali przekształcić ją w ugrupowanie liberalne i konformistyczne. Wszyscy oni zostali wypchnięci poza partię przez masy członkowskie, a „Compact” odegrał w tym bardzo ważną rolę.

Osobiście uważam, że najważniejszym celem osób, które zdelegalizowały „Compact”, było osłabienie tego narodowo-konserwatywnego skrzydła i bazy członkowskiej AfD.

To bardzo ciekawe. Jest kilku charyzmatycznych przywódców, mam na myśli regionalnych liderów w landach niemieckich we wschodniej części Niemiec, na przykład Björn Höcke itp. Z drugiej strony w AfD nadal mamy skrzydło liberalne, nawet dość wpływowe. Czy sądzi Pan, że cała sytuacja z „Compact” osłabi w jakiś sposób ten nurt – radykalne, patriotyczne skrzydło AfD, czy może stanie się odwrotnie?

– Myślę, że tak się stanie. To jest główny, najbardziej niepokojący efekt dla narodowych konserwatystów w AfD. Stracili oni bardzo istotnego rzecznika, który nie obawiał się przecież krytykować polityków tej partii. W dużym stopniu bardzo często krytyka pewnych aspektów i tendencji w AfD wychodziła właśnie ze strony „Compact”.

Jeśli popatrzymy na przykład na Maximiliana Kraha, krajowego kandydata AfD w wyborach europejskich, to był on bardzo mocno wspierany przez „Compact”. Całej patriotycznej kontrpubliczności brakować będzie „Compact”, choć istnieje jeszcze wiele innych mediów i gazet oraz influencerów. Jednak wokół AfD brak miesięcznika będzie odczuwalny. To mogło być głównym celem tego zakazu. Choć to tylko moje osobiste spekulacje.

Pochodzi Pan z Austrii, a mimo to jest Pan postrzegany jako główny ideolog AfD, przynajmniej jej patriotycznego skrzydła. Brał Pan udział w kilku partyjnych konferencjach. Po Pańskich wystąpieniach partia ta była ostro i gwałtownie atakowana, głównie z powodu Pańskiej koncepcji remigracji. Czy mógłby Pan nam w kilku słowach opowiedzieć o jej podstawowych założeniach?

– Tak, z przyjemnością. Moja książka „Remigration” proponuje ten termin, który został szerzej spopularyzowany, zwłaszcza przez francuską Nową Prawicę, Zemmoura itp. Jest on obecny w niemieckim dyskursie akademickim od dawna. Obecnie używamy tego terminu jako ogólnego określenia kluczowej zmiany, zmiany o 180 stopni w całej polityce migracyjnej.

Uważamy, że mieliśmy za dużo migracji. Skutków imigracji nie jesteśmy w stanie znieść ekonomicznie i kulturowo. Zatem remigracja jest ogólną koncepcją umożliwiającą powrót i repatriację nielegalnych imigrantów, ograniczenie imigracji, a także zatrzymanie napływu ludzi, którzy nie pomagają naszemu systemowi gospodarczemu i którzy stanowią dla nas obciążenie kulturowe. To także stworzenie zachęt dla osób niezasymilowanych, dla społeczności równoległych do powrotu do ojczyzny.

Jest to więc bardzo szeroka definicja. W mojej książce omawiam jej szczegóły i przedstawiam koncepcję, która mogłaby uratować Niemcy – uczynić Niemcy znów niemieckimi, Włochy – znów włoskimi, Austrię – znów austriacką. Powiedziałbym więc, że jest to koncepcja awangardowa. Tak, jest to coś bardziej radykalnego niż to, co mamy dzisiaj w głównym nurcie polityki. Uważam jednak, że na pewno stanie się to bardzo ważną ideą w przyszłości dla naszej polityki.

Chciałbym zapytać o kilka szczegółów całej koncepcji. Sprawa jest oczywista, jeśli chodzi o osoby, które są nielegalnymi imigrantami i nie mają obywatelstwa danego kraju – Niemiec, Austrii i tak dalej. To temat powszechnie znany. Dostrzegam pewne podobieństwa Pana pomysłów do idei trumpistów i części Republikanów wspierających Trumpa w Stanach Zjednoczonych. Myślę, że są one całkiem podobne.

– Tak, można tak powiedzieć. Ale muszę też dodać, że jeśli chodzi o odsyłanie nielegalnych imigrantów do domu, nasze partie głównego nurtu i wiele prawicowych partii populistycznych również nie mają jasnych koncepcji ani sprecyzowanych planów. Zatem to, co proponuję tutaj w szczegółach, to utworzenie tzw. miast dzierżawionych i specjalnych stref ekonomicznych w Afryce Północnej, aby rozwiązać problem ludzi, których nie można odesłać do domu, ponieważ ich kraje się na to nie zgadzają, a także tych którzy zrezygnowali z posiadania ich obywatelstwa. W tym celu potrzebujemy opracowania różnych rozwiązań.

Jestem za budowaniem wielkich osiedli, megamiast, w których ludzie będą mogli żyć w pokoju, gdzie będą mogli zdobyć wykształcenie i gdzie będą mieli system opieki społecznej. Pozwoliłoby to powstrzymać ciągły napływ nielegalnej imigracji do Europy. To bardzo ważna kwestia, którą również poruszam w tej książce. Sądzę, że musimy wykazać się tu większą kreatywnością i myśleć nieszablonowo.

Wymagałoby to jednak szeregu ustaleń z krajami Afryki Północnej. Jak Pan myśli – czy teoretycznie możliwe jest znalezienie tam kraju, który byłby gotów do wzięcia udziału w takim programie?

– Absolutnie. Jeśli wynajmiemy ten teren na 100 lat i będziemy im bardzo dobrze płacić, a sama budowa miast i infrastruktury stworzy tam wiele nowych miejsc pracy. A jeśli spojrzy się na to, ile pieniędzy przekazujemy na pomoc rozwojową i jakie mają one zadłużenie, to przecież moglibyśmy zredukować te długi, dać im dużo pieniędzy.

W tej chwili budujemy w Niemczech jeden ośrodek za drugim, nowe mieszkania dla imigrantów, podczas gdy niemieckie rodziny desperacko szukają mieszkań. Wszystkie te środki tu marnujemy, bo integracja się nie uda; ci ludzie nie są tu potrzebni i nie pasują do naszego społeczeństwa.

Na tamtych terenach te pieniądze są warte 10 razy więcej. Jeśli więc zainwestujemy wszystkie te marnowane obecnie środki, które wyrzucamy w błoto, to nie będziemy mieli z tym problemu.

Myślę, że to korzystne, szczególnie dla tych krajów, które cierpią z powodu destabilizacji na szlakach migracyjnych, w których przebywają bandy handlarzy ludźmi i terrorystów, choćby takich jak Libia. Bardzo dobre byłoby dla nich stworzenie takich stref bezpieczeństwa, bogactwa i stabilności. Mieszkający tam imigranci mogliby po pewnym czasie wrócić do swoich krajów pochodzenia, mając już wykształcenie, wiedzę i nowe inspiracje.

Myślę więc, że te specjalne strefy ekonomiczne i miasta dzierżawione mogłyby dodatkowo stać się motorem przemian i faktycznie stworzyć perspektywy, które zapobiegną dalszej masowej imigracji.

Skoro mowa o masowej imigracji jako takiej, to chciałem zapytać o źródła całego problemu. Mam na myśli szereg raportów i analiz publikowanych przez różne amerykańskie, atlantyckie ośrodków eksperckie, w których Amerykanie otwarcie twierdzą, że jest to część planu destabilizacji Europy jako takiej. Mam na myśli to, że te wszystkie „arabskie wiosny”, kolorowe rewolucje w różnych krajach, zdestabilizowały cały region, jak choćby w Libii. Obalenie Muammara Kaddafiego było jedną z przyczyn napływu nielegalnej imigracji do Europy. Czy zatem nie uważa Pan, że systemowe rozwiązanie całego problemu wymagałoby także większej stabilizacji reżimów politycznych w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie?

– Rozumiem do czego Pan zmierza. I myślę, że w niektórych kwestiach ma Pan rację. Ale ogólnie nie zgodziłbym się z tym twierdzeniem. Dlaczego? Całkowicie się zgadzam, że masowa imigracja do Europy jest zdecydowanie pożądana przez każdego, kto chce ją zdestabilizować, ponieważ różnorodność nie jest siłą, ale w znacznym stopniu osłabia każdy kraj. To stosowanie zasady „dziel i rządź”.

Uważam, że to śmieszne, że kiedy migranci przybywają z Białorusi lub Turcji, ludzie mówią: ach, Putin i Erdogan destabilizują Europę masową imigracją. Ale kiedy imigranci są już w Austrii, we Włoszech czy we Francji, to nagle uznaje się ich obecność za wzbogacającą i twierdzi się, że jest ona pozytywna.

Dlatego całkowicie się z Panem zgadzam, że migracja może stać się bronią geopolityczną. Uważam też, że powinniśmy dołożyć wszelkich starań, aby zapewnić stabilność, pokój i niezależność w tych regionach, aby ludzie mieli tam perspektywę.

Ale z drugiej strony myślę też, że głównym problemem jest polityka otwartych drzwi Europy. Setki tysięcy migrantów chciałoby wyjechać do na przykład do Australii czy Arabii Saudyjskiej, ale tam nie otwierają granic. Jeśli więc stwierdzimy, że nie wolno nam zamykać naszych granic, a warunkiem wstępnym powstrzymania masowych migracji, jest zapewnienie pokoju na świecie i globalne uszczęśliwienie wszystkich, bo w przeciwnym razie będziemy musieli otworzyć przed nimi nasze drzwi – to nie jest to właściwe podejście.

Nie mamy obowiązku przyjmować do naszych krajów każdego. Mamy całkowitą autonomię w zakresie tego, ile i jakiej migracji chcemy. Jednak powinniśmy także całkowicie zaprzestać polityki interwencjonistycznej, przestać siać tam chaos, wspierać siły, które sieją ten chaos. Powinniśmy działać na rzecz sprawiedliwego świata, w którym te przepływy masowej migracji nie pojawiałyby się co chwilę na nowo.

A co z osobami, które posiadają już obywatelstwo niemieckie czy austriackie, ale nie zostały inkulturowane i zasymilowane w tych społeczeństwach?

Na początek chciałbym wyjaśnić jedną rzecz, bo różni ludzie cały czas kłamią na ten temat. Remigracja nie oznacza deportacji osób posiadających obywatelstwo. Byłoby to ewidentnym naruszeniem prawa i spowodowałoby całkowity chaos prawny. Kiedy mówimy o remigracji, nie mamy na myśli wprowadzania jakiegoś obywatelstwa drugiej kategorii, ale musimy stworzyć, zaprogramować zestaw czynników wypychających i przyciągających. Musimy zastosować coś, co nazywam presją kulturową, miękkie oddziaływanie kulturowe na te równoległe społeczeństwa.

Oczywiście można komuś odebrać obywatelstwo, jeśli dopuścił się zdrady czy miał podwójne obywatelstwo. Musimy zresztą gruntownie zreformować system prawny dotyczący obywatelstwa. Jednak ludzie, którzy nie są zasymilowani, którzy żyją w społeczeństwach równoległych, którzy być może mają radykalne przekonania polityczne, popełniają przestępstwa – w ogóle nie chcą lub nie są w stanie się asymilować.

Myślę, że trzeba tutaj wywrzeć dużą presję ekonomiczną i kulturową, a następnie zapewnić im dobrowolne programy i zachęty, aby mogli wrócić do domu, jeśli zechcą. Jeśli spojrzeć na przykład na społeczność afgańską obecnie w Niemczech, to jest największa społeczność afgańską poza samym Afganistanem.

To jest kompletne szaleństwo. W Niemczech jest ogromna populacja Syryjczyków, prawie 5% wszystkich Syryjczyków mieszka właśnie w tym kraju. To dane, które opublikowała ostatnio gazeta „Junge Freiheit”. Myślę, że jeśli zrównoważymy te czynniki wypychania i przyciągania, jeśli w dłuższej perspektywie w naszym kraju będzie stały odpływ imigracji niezasymilowanej, bo właśnie na tym oparta będzie polityka remigracyjna przez dziesięciolecia – to te równoległe społeczeństwa się skurczą.

Oczywiście niektórzy mogą również się zasymilować. To zawsze możliwe. Wielu migrantów przeciwnych jest masowej imigracji i są oni wielkimi zwolennikami polityki remigracyjnej. Jeśli w dłuższej perspektywie zastosuje się odpowiednią presję, getta i równoległe społeczeństwa zaczną się zmniejszać.

Jak zapewne Pan wie, w Polsce i innych krajach Europy Środkowej, przynajmniej na razie nie zetknęliśmy się z problemem imigracji pozaeuropejskiej. Niemniej jednak mamy kilka milionów, szczególnie w Polsce, ukraińskich imigrantów. Nie mówię o uchodźcach, bo według polskiego prawa ci ludzie nie są postrzegani jako uchodźcy, zgodnie ze statusem uchodźcy określonym w dokumentach ONZ. To są imigranci. Oczywiście wielu z nich, jak sądzę, ze względu na system polityki społecznej, służbę zdrowia itp., wyjeżdża z Polski do Niemiec, do Austrii. Czy myśli Pan, że to też będzie problem?

– Myślę, że to zdecydowanie jest problem, ponieważ już widać, że nawet w przypadku osób tak bliskich kulturowo, etnicznie jak Ukraińcy i Polacy, czy jak Ukraińcy i Niemcy, jeśli mamy do czynienia z ogromnym napływem ludności – powstaje wiele napięć.

Chociaż w Niemczech największym problemem, jaki mamy, jest kwestia imigrantów afrykańskich i arabskich, również tutaj są konflikty o ograniczone przecież zasoby. W dłuższej perspektywie opuszczenie kraju powinno mieć zawsze charakter tymczasowy. Uchodźstwo i schronienie nigdy nie mogą być skrótem i sposobem na uzyskanie obywatelstwa. Stwarza to bardzo złą i niewłaściwą zachętę.

Sądzę, że najważniejszym europejskim wyzwaniem jest zapewnienie pokoju i stabilności w regionie, aby ci ludzie mogli wrócić do domu. Dotyczy to także Ukrainy. Przecież jeśli oni nie wrócą do domu, tak jak Syryjczycy, to państwo ukraińskie, naród ukraiński – podobnie jak naród syryjski – nie przeżyje demograficznej katastrofy. Dlatego także w interesie Ukrainy jest pilne opracowanie planów umożliwiających tym ludziom powrót do domu i zapewnienie im przyszłości we własnym kraju.

Jak Pan zauważył, obowiązujące prawo azylowe nigdy nie przewidywało, aby ludzie, nawet ze stref objętych działaniami wojennymi, mogli osiedlać się na zawsze w innym kraju. W pewnym momencie będą musieli wrócić do domu i odbudować swój własny kraj. Myślę też, że byłoby możliwe utworzenie w bezpiecznych strefach, szczególnie na zachodniej Ukrainie, większej liczby obozów, miast wydzielonych – miejsc, w których ludzie mogliby bezpiecznie przebywać. Ale oczywiście głównym czynnikiem i najważniejszą rzeczą jest zakończenie wojny, aby mogli wrócić do domu i żyć w pokoju.

Przeprowadzono kilka sondaży wśród Ukraińców mieszkających w Europie, nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach. Większość z nich jest bardzo pesymistyczna, jeśli chodzi o przyszłość ich własnego kraju. Planują więc zostać tutaj, w Polsce, w Niemczech. Oczywiście ze względu na system socjalny wolą Niemcy czy Austrię. Niemniej jednak, będzie to dość trudna kwestia. Ma Pan oczywiście rację, że powinniśmy wziąć pod uwagę fakt, że zachodnie regiony Ukrainy są stosunkowo bezpieczne. Może to dobry pomysł – swego rodzaju rozwinięcie Pana idei remigracji.

– Możliwe, choć nie jestem ekspertem w tej dziedzinie. Jeśli chodzi o imigrację i uchodźców, to obecny kryzys w Europie związany jest z migracją afrykańską i arabską. W rzeczywistości to ona jest przedmiotem zainteresowania Niemców i Austriaków, ponieważ tak naprawdę to ona stwarza tutaj większość problemów. Ale rozumiem, że jeśli mieszka się w takim kraju jak Polska, gdzie nie ma takich problemów – to w centrum uwagi są inne kwestie.

Pana książka jest bardzo ważna jeszcze z jednego powodu. Analizujemy podejście różnych europejskich partii politycznych do koncepcji remigracji, także w kontekście tego, że wiele z tych partii staje się coraz bardziej centrowych. Mam na myśli Rassemblement National z Francji, Giorgię Meloni we Włoszech. Wychodzi na to, że te partie, które uzyskały poparcie dzięki pomysłom poradzenia sobie z problemem nielegalnej migracji i masowej imigracji, są coraz bardziej umiarkowane. Zapominają o swoich programach z przeszłości, z czasów, kiedy były w opozycji i były niewielkimi formacjami. Jaka jest reakcja najważniejszych patriotycznych partii narodowych w Europie na Pana koncepcję? Czy w jakiś sposób inspirują się remigracją, czy też odrzucają ją jako zbyt radykalną?

– Dobre pytanie. W Niemczech i Austrii wielu polityków jest bardzo otwartych na ideę remigracji, chociaż AfD ma własną definicję tego terminu. Z kolei we Francji, zwłaszcza na tle konfliktu z Erikiem Zemmourem, pani Le Pen zdystansowała się od terminu remigracja, wręcz przyjmując i akceptując lewicową demonizację tego pojęcia. Toczy się więc rodzaj wojny o to słowo.

Nie mam jakiegoś fetyszyzującego stosunku do terminu remigracja. Dla mnie ważniejsze jest wdrażanie tej koncepcji. We Włoszech, gdzie powstał najbardziej prawicowy rząd w historii, jak pisała cała prasa lewicowa, nie widzimy jakiejś wyraźnej zmiany w polityce migracyjnej. Są wprawdzie obszary, w których sytuacja ulega poprawie.

Nie chcę tutaj totalnie krytykować Meloni, ale my z bezpartyjnego punktu widzenia, jako patriotyczni działacze i pisarze, prawicowi intelektualiści – wolelibyśmy, aby podejmowano więcej wysiłków choćby w kierunku wprowadzenia blokady morskiej. Kiedyś Meloni powiedziała, że jest ona potrzebna, by naprawdę zmienić sytuację z masową migracją.

Widzę więc tutaj bardzo duży problem. Niektórzy nazywają to nawet melonizacją europejskiej prawicy, w ramach której kiedy jakaś partia prawicowa faktycznie dochodzi do władzy, dalej wszystko toczy się mniej więcej w ten sam sposób. Nie forsuje się zmian, których potrzebujemy w sferze demografii, polityki migracyjnej, polityki rodzinnej. Jeśli spojrzeć na to z szerszej perspektywy, widać, że ma miejsce proces wymiany ludności.

Za 50, 60 czy 80 lat Polska nadal będzie polska, jednak Niemcy nie będą już Niemcami, Włochy nie będą już włoskie, przynajmniej w ośrodkach miejskich. Francja na pewno nie będzie już francuska. Jesteśmy więc w fatalnej, katastrofalnej sytuacji. Do tego występuje głosowanie etniczne; siła głosu w tych enklawach imigracyjnych staje się z dnia na dzień coraz większa. Głosy muzułmanów we Francji są już czynnikiem decydującym, a w Wielkiej Brytanii i Belgii – bardzo ważnym elementem.

Dlatego potrzebujemy prawdziwej, wyraźnej, głębokiej zmiany. Jeśli prawicowe partie populistyczne wprowadzą tylko zmiany kosmetyczne i zastosują pozorne reformy – nie powstrzymają tej ogromnej katastrofy demograficznej i wielkiej wymiany ludności. Dlatego postrzegamy się jako awangarda, jako siła korygująca prawicowe partie populistyczne, jeśli one za bardzo rozwadniają swoje idee w sposób uniemożliwiający wprowadzenie zmian, których ich wyborcy naprawdę chcą. Miliony ludzi w Europie, którzy głosują na partie prawicowe, głosują na nie, ponieważ chcą, aby ich kraj pozostał ich krajem. Dlatego tworzymy te koncepcje i idee.

Jeśli chodzi o AfD, to myślę, że ma ona bardzo małe szanse, aby zostać partią rządzącą lub jedną z partii rządzących w Niemczech, przynajmniej według obecnych sondaży. Ale spójrzmy na Austrię, na Pana kraj: czy uważa Pan, że te Pańska koncepcja jest mniej więcej akceptowana przez Wolnościową Partię Austrii?

– Partia wolnościowa często używała terminu remigracja. Nie dystansuje się od niego. Choć nie sądzę, by podpisywali się pod każdą moją tezą i punktem. Mieli i nadal mają swoją własną koncepcję polityki migracyjnej od dziesięcioleci. To, co wymyśliłem, to nie jest więc dla nich nic nowego.

Myślę jednak, że z mojego punktu widzenia, patrząc z zewnątrz, ugrupowanie to jest zdecydowanie jedną z najbardziej pro-remigracyjnych prawicowych partii w Europie Zachodniej, jeśli możemy nazwać Austrię częścią Zachodu. Mam też nadzieję, że Austria będzie pierwszym z krajów Europy Zachodniej po lewej stronie dawnej żelaznej kurtyny, w którym może nastąpić prawdziwa zmiana w sferze migracji. Austria jest wręcz idealnym krajem do przeprowadzenia takiej realnej zmiany polityki migracyjnej.

Rozmawiał Mateusz Piskorski

Martin Sellner (ur. 1989 w Wiedniu) – pisarz, filozof, założyciel i lider Ruchu Tożsamościowego Austrii (Identitäre Bewegung Österreich). Autor koncepcji remigracji.

https://myslpolska.info

 

Bieg po zdrowie?



Jeżdżąc rowerem po okolicznych parkach, lasach i łąkach, widzę mnóstwo ludzi biegających dla zdrowia i poprawy kondycji. Wielu z nich sapie z wysiłku, ciężko stawia kroki, widać że gonią resztkami sił, ale się nie poddają – co swoją drogą jest godne pochwały.

Bieganie na świeżym powietrzu jest i tak lepsze od bieżni elektrycznej

Mówi się, że systematyczne bieganie to najlepszy sposób na poprawę kondycji i sprawności całego organizmu. Bieganie wpływa na wydolność płuc i serca, pomaga obniżyć poziom cholesterolu i ciśnienie krwi, jak również pozwala pozbywać się zbędnych kilogramów. Tak reklamuje się sprzęt sportowy służący do biegania.

Czy to prawda? Posłuchajmy drugiej strony…

*                    *                    *

Bieganie jest zdrowe… NIE!

To powielany przez media i zakręconych mistrzów mit. Firmy sportowe wciskają nam sprzęt do biegania chcąc bić rekordy sprzedażowe, upychają technologie rodem z NASA, które w rzeczywistości są kawałkiem zwykłej gumy – czasami z żelowym wkładem. Tymczasem zagrożenia płynące z uprawiania tego sportu są na tyle niebezpieczne, że nie tylko nie powinno się go nadużywać, ale porzucić jego uprawianie w ogóle.

Człowiek nigdy nie biegał

Próbuje nam się wmówić, że bieg jest naturalną czynnością człowieka. To oczywiście kolejny powielany mit, ponieważ już nasi prehistoryczni przodkowie zajmowali się zbieractwem i zamieszkiwali na drzewach i w jaskiniach. Skrzywiona postawa nie sprzyjała szybkiemu poruszaniu się, człowiek pierwotny posługiwał się powolnym chodem a w jego codziennym życiu dużą rolę odgrywała siła rąk.

Wyprostowany człowiek

Nie jesteśmy już jednak ludźmi pierwotnymi i jak mówi profesor Adam Michałowski z katedry fizjoterapii na Uniwersytecie Stefana Michałowicza w Warszawie

„Wyprostowana postawa i bieg wykluczają się w sposób naturalny, ludzkie stawy i mięśnie nie są przystosowane do znoszenia tego typu obciążeń. Masa jaką przenosimy na każdej nodze, jest dla nich nadludzkim wysiłkiem i w bardzo krótkim czasie prowadzi do mikrourazów, wad postawy, licznych stłuczeń i przeciążeń. Każdy amator podążający za bezmyślną i szkodliwą falą mody na bieganie, powinien zastanowić się jak gigantyczne zagrożenie na siebie sprowadza”


Jakie zagrożenie niesie ze sobą bieganie?

Słowa profesora to tylko wstęp do licznych zagrożeń, jakie sprowadza na siebie każdy biegacz.

Przeciążenia mięśnia sercowego – tak długi wysiłek prowadzi do zwiększenia ciśnienia tętniczego, co w dłuższym czasie ma opłakany wpływ na nasze tętnice. Po tak intensywnym wysiłku, kurczą się w natychmiastowy sposób powodując ogromne wahanie ciśnienia, które w szybkim czasie może prowadzić do zawału serca.

Uszkodzenia stawów kolanowych, skokowych, urazy kostki czy stawu biodrowego – pomijając już taką oczywistość jak ogromne ryzyko przewrócenia się, które oprócz urazów grozi złamaniami, każdy pokonany kilometr w nienaturalny sposób wymusza na naszym organizmie nietypową postawę, upadki z dużej wysokości przy nacisku równym kilkuset kilogramom niesionym na plecach.

Wady postawy, wychudzenie – tutaj nie potrzeba dodatkowych argumentów, wystarczy popatrzeć jak wyniszczeni są zawodowi biegacze i jak mizernie wyglądają.

Brzydki zapach – intensywny bieg zmienia sposób wydzielania hormonu bg9, który jest odpowiedzialny za zapach naszego potu. W nieodwracalny sposób zmienia jego właściwości, powodując, że intensywny, specyficzny odór, ciężko będzie zamaskować jakimkolwiek dezodorantem.

Pusty portfel – buty, spodenki, odżywki, pulsometr, nowe buty, nowe spodenki… i tak w kółko. Zmowa producentów i największych mediów prowadzi do ciągłego wyłudzania środków z portfeli porządnych obywateli. Proces osuszania z gotówki na dobre zaczął się 5 lat temu i w najlepsze trwa do dzisiaj ku nieświadomości biegowego świata… czy raczej półświatka.

Uprawiaj sport!

Nie chcemy tutaj szerzyć herezji, że sport jest niezdrowy. Rzecz tyczy się samego biegania, które dzięki zmowie byłych mistrzów, producentów obuwia sportowego i wydawców największych magazynów jest nam wciskane jako recepta na zdrowie. Tymczasem prowadzi jedynie do przeciążenia organizmu niosąc ze sobą opłakane skutki. Nie martwcie się jednak, bo jest masa alternatyw, dzięki którym nie zalegniecie na kanapie.

· Curling
· Bilard
· Kręgle
· Konsola Playstation z dodatkiem Move umożliwiającym ruch w domowym zaciszu
· PIESZE wędrówki – bo nie od dziś wiadomo, że pośpiech w życiu jest niewskazany.

A przecież wiadomo, że bieganie wyewoluowało z dostojnego chodu. Arystokracja i światłe umysły cieszyły się życiem, dostojnie KROCZĄĆ przez życie. Poganiani parobkowie i niewolnicy zaczęli przyspieszać chód i tak dzisiaj większość osób gdzieś goni, BIEGNIE. Zupełnie nie wiadomo w jakim celu.

http://4run.pl/

W służbie domniemania winy



Taka postawa w administracji publicznej – np. w prokuraturze – demokratycznego państwa prawa jest nieuprawniona i niedopuszczalna, bo w sposób samowolny wkracza w niezawisłość sędziowską, burzy porządek prawny i przeczy podstawowej zasadzie prawnej, odwołującej się do pierwszeństwa zasady sprawiedliwości i słuszności w prawie nad zasadę ścisłego prawa.

W systemie prawnym, polskim i europejskim, od wieków obowiązuje zasada domniemania niewinności – art. 5 (in dubio pro reo) kodeksu postępowania karnego. Zasada ta bezpośrednio nawiązuje do norm prawnych konstytucyjnych, wskazując na odpowiedzialność karną za popełniony czyn zabroniony – art. 42 Konstytucji RP – a całość normatywna tego zagadnienia prawnego utrwalona została w Rozdziale: Wolności i prawach osobistych, w art. 38-56 Konstytucji RP.

Według Rzecznika Praw Obywatelskich:

Art. 42 – Prawo do obrony, domniemanie niewinności.

Odpowiedzialności karnej podlega ten tylko, kto dopuścił się czynu zabronionego pod groźbą kary przez ustawę obowiązującą w czasie jego popełnienia. Zasada ta nie stoi na przeszkodzie ukaraniu za czyn, który w czasie jego popełnienia stanowił przestępstwo w myśl prawa międzynarodowego.

Każdy, przeciw komu prowadzone jest postępowanie karne, ma prawo do obrony we wszystkich stadiach postępowania. Może on w szczególności wybrać obrońcę lub na zasadach określonych w ustawie korzystać z obrońcy z urzędu.

Każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu.

Co to oznacza?

(Ust. 1) Twórcy Konstytucji w sposób szczególny podkreślili tutaj odpowiedzialność za przestępstwa, a więc takie czyny zabronione pod groźbą kary, które są społecznie nieakceptowalne, wysoko szkodliwe, przy których wymierzane dolegliwości powinny być szczególnie odczuwalne.

Zasadę, że odpowiedzialności karnej podlega tylko ten, kto popełnia czyn zabroniony pod groźbą kary przez ustawę obowiązującą w czasie jego popełnienia, prawnicy opisują po łacinie jako nullum crimen sine lege (nullum crimen, nulla poena sine lege poenali anteriori).

Zarówno zasada nullum crime (nie ma przestępstwa) jak i zasada nulla poena (nie ma kary) znajdują swoje źródło już w artykule 31 ust. 3 Konstytucji (Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa).

Obie zasady mają charakter absolutny i nie mogą być poddawane żadnym wyjątkom.

(Ust. 2) Prawo do obrony oznacza możliwość podejmowania wszelkich działań zgodnych z prawem, które mają potwierdzić wersję zdarzeń uczestnika postępowania (jego niewinność lub określony charakter winy). W żadnym wypadku nie można wymagać współdziałania w udowodnieniu stawianych zarzutów.

Prawo to przysługuje na wszystkich stadiach postępowania i we wszystkich instancjach. Za każdym razem występuje w pełnym zakresie, niezależnie od zapadłych orzeczeń.

Niezwykle istotne jest w tym wypadku prawo do korzystania z pomocy obrońcy. Obrońca działa w interesie podejrzanego, umożliwiając mu pełne i efektywne korzystanie z przysługujących praw.

(Ust. 3) Fakt popełnienia zabronionego czynu oraz fakt popełnienia go w sposób zawiniony muszą być udowodnione.

Domniemanie niewinności odnosi się do każdego, kto dopuścił się czynu zabronionego, a nie jedynie do oskarżonego. Takie szerokie ujęcie jest istotne ponieważ artykuł 42 dotyczy odpowiedzialności karnej i postępowania karnego w każdej postaci.

Przepis ten należy bezpośrednio powiązać z prawem do sądu (art. 45 ust. 1). Jednocześnie warto podkreślić, że wyroki sądowe to najczęściej spotykane rozstrzygnięcia orzekające o wymierzeniu kary. Domniemanie niewinności przypisane jest również osobom, przeciwko którym toczy się dochodzenie lub śledztwo, a także obwinionym o popełnienie wykroczenia lub innego czynu zabronionego pod groźbą kary (zob. Biuletyn Informacji Publicznej RPO).

Na tle tychże unormowań prawnych, dostrzeżone praktyki wykonywania prawa przez pion prokuratorski, pod kierunkiem obecnego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, Adana Bodnara, musi budzić podejrzenie celowości takiego zwierzchniego działania służbowego – nie mylić z tzw. twardością prawa, bo takie wymagające ustawy musiałoby wpierw obowiązywać.

Na przykładzie aresztowanych urzędników państwowych z Ministerstwa Sprawiedliwości, odpowiedzialnych za rozdysponowywanie środków publicznych z Funduszu Sprawiedliwości, w latach 2016-2022, oraz ks. Michała Olszewskiego z Fundacji Profeto, dostrzec można trudną do zdefiniowania odpowiedzialność służb państwowych, by na tym wstępnym etapie rozpoznania dowodowego możliwa była bezstronna – a nie polityczna – ocena tego rodzaju rządowych programów prospołecznych, finansowanych ze środków publicznych, pod kątem klasycznego wyłudzenia lub oszustwa.

Jedno jest pewne, powyższy przypadek niewątpliwej hojności finansowej ze środków Funduszu Sprawiedliwości na rzecz prospołecznych inicjatyw, związanych z szeroko pojętą walką przeciwko przestępczości i jej ofiarom, nie może wyczerpywać znamion przestępstwa urzędniczego, w sensie medialnego domniemania. Dlaczego?

Ponieważ na zasadzie per analogia, ma to się nijak do przypadków zamierzonej defraudacji (?) majątku publicznego (np. wyprzedać bankowości polskiej – ok. 82% – w tym sprzedaż Banku Gospodarki Żywnościowej SA w 2003 roku, skupiającego w swojej strukturze 1632 banki spółdzielcze, na rzecz holenderskiego RABO Bank) przez poprzednie ekipy polityczne – jak UW, KLD, SLD, PSL-ZSL.

A jaskrawym przypadkiem niegospodarności urzędniczej była natomiast znana Afera Laboratorium Frakcjonowania osocza (LFO). Inwestycja ta była rozpoczęta w 1995 roku, ale Laboratorium to nigdy nie powstało.

A co czytamy w założeniach tejże inwestycji:

Inwestycja miała na celu stworzenie zakładu zajmującego się frakcjonowaniem osocza krwi i produkcją szeregu istotnych leczniczych produktów krwiopochodnych: albuminy, immunoglobuliny, czynnika VIII i czynnika IX. Z biznesowego punktu widzenia inwestycja miała być wysoce dochodowa (10-12 mln zł rocznego przychodu) ze względu na wysokie ceny rynkowe produktów krwiopochodnych oraz duże zużycie w lecznictwie (np. leczenie nowotworów, oparzeń , hemofilii).

Inwestycja miała być również środkiem do realizacji zalecenia WHO, według którego każdy kraj powinien traktować krew i osocze jako zasoby strategiczne i dążyć do samowystarczalności w ich pozyskiwaniu. Polska była w przeważającej większości uzależniona od zagranicznych producentów tych leków, dlatego w 1995 roku międzyresortowa komisja po rozpoznaniu rynku wybrała firmę LFO jako realizatora zakładu.

Inwestycja otrzymała z konsorcjum banków (główny Kredyt Bank) kredyt w wysokości 34 mln dolarów, poręczony przez rząd Włodzimierza Cimoszewicza. W 1998 roku LFO podpisała umowę licencyjną z australijską firmą CSL. W 1999 roku bank wstrzymał kredytowanie inwestycji i rok później CSL wycofało się z inwestycji. W 200 roku LFO podpisała nową umowę licencyjną z firmą Octapharma. W 2001 roku bank ostatecznie zerwał umowę z LFO, a sprawą zajęła się prokuratura. (Za Wikipedią Afera LFO).

O tzw. Aferze FOZZ, w tekstach dziennikarstwa śledczego, wyczerpane zostały już chyb wszystkie wątki kryminalne. Po tych głośnych na cały świat aferach, naraz zażegnano: Aferę medialną (zwaną Aferą Rywina, tzw. Rywingate, z 2002), Aferę hazardową (2009), Aferę o karuzelach vatowskich (2014-2016), w ogóle nie wyjaśniono do końca Afery o aferach (2015), po upublicznieniu nielegalnych nagrań u Sowy&Przyjaciele.

Dzisiaj mamy do czynienia z całkiem nowym rodzajem, tym razem filmowych „Afer”. Są to afery bez afery, w których naczelną tendencją – upowszechnianą w masmediach – jest (ad hoc) doraźne domniemanie winy.

Co więcej – domniemaniu winy służy cały zestaw unijnych prerogatyw o praworządności(?). Niewątpliwie wiodącą rolę, w tym szkodliwym społecznie procesie, muszą mieć czarne charaktery – Donald Tusk i Adam Bodnar.

Ale Polska to nie bantustan – to nie San Escobar – a służby polskie muszą być najlepsze na świecie. Nie ma innej opcji.

Antoni Ciszewski
https://www.magnapolonia.org

Oznaki upadku państwa

Przejdź do treści                 Aktualizacja strony została wstrzymana … Facebook-f   Twitter   Google-plus-g   Instagram   Youtube Szukaj...