środa, 14 lutego 2024

Atanda przywraca praworządność!

 

Atanda przywraca praworządność!


Kto by pomyślał, że do tego dojdzie, że historia powtórzy się, w dodatku w tak oryginalny sposób?

Sam byłem zaskoczony, gdy się dowiedziałem, że minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny, pan Adam Bodnar, opanował Prokuraturę Krajową przy pomocy tak zwanej “atandy”, to znaczy – oddziału Służby Więziennej, przeznaczonego do pacyfikowania buntów i wszelkich zamieszek w więzieniach?

Jak wiadomo, wszystko zaczęło się od tego, że pan minister spenetrował, iż prokurator krajowy Dariusz Barski wcale nie jest prokuratorem, bo został mianowany będąc w stanie wiecznego spoczynku.

Ale pozostali prokuratorzy Prokuratury Krajowej “nie uznali” dymisji pana Barskiego, w niepozbawionym słuszności przekonaniu, że to jest wstęp do kuracji przeczyszczającej, zabarykadowali się w gmachu Prokuratury Krajowej, który pan minister Bodnar opanował przy pomocy wspomnianej atandy.

Ta sytuacja poruszyła we mnie wspomniania, bo ja też zetknąłem się z atandą w czerwcu 1982 roku w obozie dla internowanych w Białołęce. Tak się złożyło, że któregoś czerwcowego dnia funkcjonariusze SB wyciągnęli z celi dwóch internowanych kolegów i wywieźli ich do więzienia na Rakowiecką. Na wieść o tym podnieśliśmy coś w rodzaju buntu, polegającego na hałasowaniu w “platery”, czyli metalowe talerze i uderzaniu w drzwi celi.

Komenda obozu po jakiejś godzinie sprowadziła atandę – wielkich chłopów ze szturmowymi pałami. Wpadali oni do kolejnych cel i robili wszystkim łomot, wypędzając na korytarz baraku, gdzie czekał już szpaler, który każdemu robił “ścieżkę zdrowia”, zaganiając do pustej celi na końcu korytarza, gdzie rozgrywał się ostatni akt łomotu. No ale my w 1982 roku byliśmy “liszeńcami” i można było każdemu robić z nami, co mu się tylko podobało – ale żeby coś takiego z prokuratorami i to w dodatku – krajowymi? Czy atanda wpadała do poszczególnych gabinetów, wypędzała prokuratorów na korytarz, urządzając im ścieżkę zdrowia, a potem sprawiając im łomot w jakiejś kanciapie?

Chociaż bardzo rzadko – ale takie rzeczy też się zdarzają. Jeszcze za panowania Władysława Gomułki we wczesnych latach 60-tych w Bełżycach koło Lublina zdarzył się cud. To znaczy – komuś się wydawało, że statua Matki Boskiej przy ulicy Lubelskiej się porusza. Wieść o tym rozeszła się po okolicy lotem błyskawicy, zewsząd do Bełżyc ciągnęły tłumy ludzi, a że akurat był maj, to wokół tego posągu odbywały się codziennie nabożeństwa majowe.

Trwało to chyba ze trzy tygodnie, ale pod koniec maja pojawiły się skądś duże grupy milicjantów w hełmach, które krążyły po miasteczku, pokazując, że są i że do czegoś zmierzają. Tak nastał dzień 1 czerwca, a kiedy ludzie jak zwykle zgromadzili się wokół posągu, wieczorem milicjanci ruszyli do ataku, pałując kogo popadnie i rozpraszając tłum.

Nie byłoby w tym osobliwego, bo za pierwszej komuny była to rzecz zwyczajna, gdyby nie to, że miejscowi partyjni notable, pewni swojej nietykalności, wyszli z żonami popatrzeć na to widowisko. Ale milicjanci byli zamiejscowi i nikogo z tych dygnitarzy nie znali, a widząc, że nie chcą się oni “rozejść”, spuścili im taki łomot, że niektórzy podobno musieli kurować się w szpitalu.

Skoro takie rzeczy zdarzały się w przeszłości, to nic dziwnego, że zdarzają się i teraz, tym bardziej, że ekipa Donalda Tuska wyłazi ze skóry, by zgodnie z zaleceniem Reichsfuhrerin Urszuli von der Layen, przrobić nasz nieszczęśliwy kraj na Generalne Gubernatorstwo, jako nierozerwalne ogniwo IV Rzeszy. Kierując się sformułowaną przez niemieckiego kanclerza Ottona Von Bismarcka zasadą: “siła przed prawem”, nasze Bi-smarki w rodzaju pana ministra-pułkownika Bartłomieja Sienkiewicza, czy pana ministra Adama Bodnara, przy pomocy tak zwanych “silnych ludzi”, o których Donald Tusk wspominał już w kampanii wyborczej, stwarzają tak zwane “fakty dokonane”.

Skąd ci “silni ludzie” sie biorą – tajemnica to wielka. Czy to są rezerwy w służbie BND, czy też WSI zachowały jeszcze sekretne zasoby ludzkie – tego nikt już chyba się nie dowie, ale to nie takie ważne. Ważniejsze jest to, że w polityce fakt, nawet dokonany, to tak, jak w religii dogmat. Nie dyskutuje się z nim, tylko przyjmuje się go do wiadomości.

Niestety były Naczelnik Państwa i grono jego pretorianów najwyraźniej tego nie rozumie. Wprawdzie – o czym cała Polska mogła przekonać się przy okazji pojmania panów Kamińskiego i Wąsika w Pałacu Prezydenckim – żadnych faktów dokonanych nie są w stanie stworzyć, ale też nie chcą przyjąć do wiadomości faktów dokonanych przez Volksdeutsche Partei.

Jakże inaczej rozumieć żałośliwe suplikacje, jakie były Naczelnik Państwa wysyła do Unii Europejskiej, skarżąc się, że dzieje mu się “gewałt”? To już prawdziwa katastrofa, bo – po pierwsze – świadczy o tym, że były Naczelnik uznaje nadrzędność władz IV Rzeszy, skoro do nich właśnie kieruje swoje żałośliwe supliki, a po drugie – do tego stopnia utracił poczucie rzeczywistości, że najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy z nieskuteczności tych działań.

Tymczasem, zwłaszcza po rozmowie pana prezydenta Dudy z panią Reichsleiterin Verą Jurovą w Davos, kiedy z wyraźnym szyderstwem poinformowała ona go, że Komisja Europejska i w ogóle nikt inny nie będzie dopuszczał sie ingerencji w wewnętrzne sprawy naszego bantustanu, to jest niezbity dowód, że Donald Tusk ma od IV Rzeszy carte blanche na stwarzanie w Polsce faktów dokonanych, więc składaniem akurat do Brukseli żałośliwych suplik, były Naczelnik Państwa tylko się ośmiesza.

No dobrze – ale dlaczego właściwie dochodzi do takich sytuacji, kiedy tubylcze Bi-smarki stwarzają fakty dokonane? Przyczyna tkwi w konstytucji, którą – jak głoszą fałszywe pogłoski – udławił się był Kukuniek tuż przed wizytą w Polsce Elona Muska.

Podejrzewam, że Aleksander Kwaśniewski (TW „Alek”), który – jako prezydent – wśród innych szatanów był przy tym najbardziej czynny, dopuścił do zaprojektowania Polsce takiego ustroju, w który został zaszczepiony zalążek rozkładu państwa. Tak zresztą było i na początku lat 90-tych, kiedy to w „małej konstytucji” ustanowiony został system parlamentarno-gabinetowy, przejęty potem w konstytucji z 1997 roku.

Janusz Korwin-Mikke opowiadał mi, jak to w roku 1991, a może już w 1992 był członkiem sejmowej komisji obrony narodowej i z tego tytułu zdarzało mu się brać udział w posiedzeniach Komitetu Obrony Kraju, gdzie zasiadali ludzie odpowiadający za bezpieczeństwo państwa. Pewnego razu postawił tam pytanie, że gdyby pewnego dnia napadła na Polskę mafia czeczeńska, to kto dowodziłby wojskiem? I w tym gronie padły cztery kompletnie sprzeczne odpowiedzi.

W rezultacie przyjęcia w konstytucji z 1997 roku systemu parlamentarno-gabinetowego, wytworzyła się sytuacja w której Rada Ministrów jest rodzajem komitetu wykonawczego nawet nie Sejmu, tylko aktualnej większości sejmowej. Od Sejmu zaś – poza stanowiskiem prezydenta – bezpośrednio lub pośrednio pochodzą wszystkie instytucje państwowe. Zatem – kto kontroluje Sejm, ten kontroluje całe państwo. Nic więc dziwnego, że każdorazowa sejmowa większość traktuje państwo jako swoje prywatne żerowisko – co właśnie obserwowaliśmy przez ostatnie 30 lat i obserwujemy obecnie tym bardziej, że – wbrew zasadzie trójpodziału władz – dochodzi do łączenia stanowisk we władzy ustawodawczej i wykonawczej.

Remedium na tę patologię byłoby ustanowienie systemu prezydenckiego, w którym władza wykonawcza spoczywałaby w osobie prezydenta. Nie byłoby żadnej „Rady Ministrów” z jej wszechwładnym prezesem, tylko stanowieniem praw i kontrolą ich wykonania zajmowałby się Sejm, mający jednocześnie klucz do państwowej kasy – ale władza wykonawcza byłaby od niego politycznie niezależna, bo jej podstawą byłby prezydent wybrany w powszechnym głosowaniu. On byłby rzeczywistym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, bez konieczności czekania z każdym krokiem na wniosek ministra obrony – jak jest teraz – i raczej nie mogłoby dojść do sytuacji, kiedy nie jest pewien lojalności nawet swojej własnej ochrony.

No ale Nasi Sojusznicy najwyraźniej nie życzyli sobie takiego rozwiązania w Polsce, bo z ich punktu widzenia lepiej jest, gdy kraj jest rozdzierany przez rozmaite agentury, wskutek czego nigdy nie będzie mógł tu powstać zalążek żadnej siły.

Stanisław Michalkiewicz
https://prawy.pl

Walka o świat astralny

 

Walka o świat astralny


Ezoterycy twierdzą, że człowiek posiada tzw. ciało astralne, funkcjonujące we własnej astralnej rzeczywistości.

Nie mając wglądu w tę część rzeczywistości, a nawet wykazując pewien sceptycyzm co do jej istnienia, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przyjąć to twierdzenie jako pewną hipotezę.

Cały ten świat astralny, o ile w ogóle istnieje, miałby polegać między innymi na kreowaniu obrazów i w nim miałyby powstawać ludzkie wyobrażenia, zbiorowe fikcje.

Hipoteza ta jest o tyle interesująca, że pozwala nam w nowym świetle spojrzeć na spór o media publiczne między obozami Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska. W rozumieniu ezoterycznym byłby to spór o rzeczywistość astralną, czyli o świat wyobrażeń.

Nikt już dziś chyba nie wierzy – a była to złudna wiara bardzo popularna w XIX wieku – że zadaniem mediów jest rzetelne informowanie opinii publicznej o tym, co dzieje się w kraju i na świecie. Już w XIX stuleciu zdawano sobie sprawę, że media nie informują, lecz kreują informacje, manipulują nimi i urabiają opinię publiczną zgodnie z wolą swoich właścicieli lub podążając za nastrojami mas w celu podwyższenia sprzedawalności.

Wraz z pojawieniem się radia i telewizji proces ten przekroczył pozór informowania. Media obrazkowe i ruchome zaczęły bowiem kreować sztuczną rzeczywistość, rzeczywistość niekoniecznie pokrywającą się z tym, co dookoła się dzieje. Miliony ludzi codziennie używa pilota telewizyjnego do przeniesienia się do rzeczywistości „astralnej”, czyli wyobrażonej, sztucznie stworzonej.

Po iluś godzinach dziennie, mnożonych przez całe lata przebywania w tym astralu, oglądacze telewizji zaczynają myśleć i powtarzać to, co w niej zasłyszeli, będąc przy tym przekonanymi, że myślą „samodzielnie” i są to ich „własne myśli”, a telewizja jedynie poszerza ich horyzonty i dostarcza im informacji.

Jestem szczęśliwym nieposiadaczem telewizora od mniej więcej dziesięciu lat. Od czasu do czasu, goszcząc na przykład u rodziny, natykam się na to dziwne pudełko, które mówi i pokazuje obrazy. Zapewne dlatego, że na co dzień jestem od tej astralno-wirtualnej rzeczywistości odłączony, to spotkanie wywołuje u mnie tak silny szok poznawczy.

Odczuwam bardzo mocno rozejście się rzeczywistości telewizyjnej, od rzeczywistości empirycznej, nie mogąc przy tym zrozumieć rozemocjonowania ludzi oglądających z zapartym tchem seriale i potrafiących zostawić gości, aby o godzinie 18.00 czy 20.00 zasiąść przed telewizorem z uciszającym wszystkich hasłem „Cisza! Zaczyna się!” – bo zaczyna się ulubiony serial, którego wirtualni bohaterowie traktowani są jako znajomi, rodzina i przyjaciele. Nie potrafią pojąć przejęcia z jakim (głównie) kobiety dyskutują o serialowych postaciach i perypetiach, jakby to dotyczyło realnych osób, czy też zaciętych dyskusji dotyczących tego, „co będzie w kolejnym odcinku?”.

Pamiętajmy, że spór o media publiczne między ekipą Kaczyńskiego i Tuska nie dotyczy wyłącznie przejęcia kontroli nad programami informacyjnymi. Przez ostatnie kilka lat miałem wątpliwą przyjemność obejrzenia bodaj tylko dwukrotnie w całości dziennika publicznej „jedynki”. Wrażenie było szokujące, jak gdybym oglądał sequel „Matrixa”.

W jednym z tychże dzienników zobaczyłem opowieść o jakimś astralno-wyobrażonym świecie, gdzie Donald Tusk odpowiadał za całe zło we wszechświecie, a „superbohaterowie” w postaci Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego walczyli z nim niczym z Antychrystem.

Za drugim razem zobaczyłem Morawieckiego, który po gospodarsku sadził drzewka – niczym Aleksandr Łukaszenka w białoruskiej telewizji.

Mimo to jesteś świadomy, że w dziejącej się na naszych oczach bijatyce nie chodzi o programy informacyjne. Medioznawcy komentujący programy informacyjne tzw. TVPiS dość zgodnie uważali, że ten infantylny poziom narracji daje PiS tyle samo zwolenników, co i zawziętych wrogów, którzy nie mogą spokojnie na to gęganie patrzeć. W istocie spór toczy się o ogólny przekaz telewizyjny.

Kontrola nad telewizją to nie tylko kwestia programów informacyjnych, których upolitycznienie jest aż nazbyt skrajnie widoczne. To przede wszystkim możliwość ustawicznego przemycania własnych treści światopoglądowych i ideologicznych. Ten, kto ma telewizję decyduje jakie będą w niej puszczane filmy i serialne. A to tam jest wszystko.

Jeden szef TVP może zadbać, aby w filmach i serialach kobiety były wierne swoim mężom, mężczyźni chcieli się żenić, matki chciały rodzić dzieci, rozwodnicy byli nieszczęśliwi, homoseksualiści byli ukazywani jako ludzie niesympatyczni, a widzowie byli dumni patrząc na polską husarię.

Drugi szef TVP nakaże puszczać filmy i serialne w których małżeństwo jest wyśmiewane, promowana jest tzw. wolna miłość, homoseksualiści są zawsze ukazywani jako ludzie szlachetni, a polskość prezentowana jest jako „obciach”, zbędny balast w świecie globalizującym się i integrującym.

Ten przekaz podprogowy dla kreowania rzeczywistości astralnej jest znacznie istotniejszy niż tępa propaganda partyjna dziennika telewizyjnego. Nasze sympatie i antypatie polityczne wynikają przede wszystkim z naszych światopoglądów, a te kształtowane są przez wielkie stacje telewizyjne. Hucpa z pandemią, szczepionkami i namordnikami pokazała, że masa ludzka bombardowana przez kilka miesięcy zgodną narracją wielkich mediów w ok. 80-90% procentach podporządkowuje się temu przekazowi, ulegając naciskowi rzeczywistości astralnej.

W odróżnieniu od wielu liberałów zawsze byłem zwolennikiem istnienia mediów publicznych, które prezentowałyby wyższy poziom intelektualny i etyczny niż media komercyjne, promujące tandetę. Byłyby to media promujące postawy obywatelskie, propaństwowe, patriotyczne, nauczające szacunku dla narodowej i religijnej tradycji.

Po ośmiu latach istnienia TVPiS idea ta została doszczętnie skompromitowana, a działania podpułkownika Sienkiewicza zadały jej już tylko przysłowiowy cios łaski. Dziś gmach na Woronicza można tylko wyburzyć, a ziemię sprzedać na działki deweloperom.

Adam Wielomski
https://konserwatyzm.pl

”Tak więc na dwoje babka wróżyła z tymi złymi nauczycielami, ważny jest też materiał na którym się pracuje.”

 ”Tak więc na dwoje babka wróżyła z tymi złymi nauczycielami, ważny jest też materiał na którym się pracuje.”

Ogromne uproszczenie!
Nauczyciel – to tak jak lekarz, który nie wybiera pacjentów.
Nauczyciel nie wybiera uczniów. Zadaniem nauczyciela jest przygotować uczniów do życia w społeczeństwie i rozwijać jego osobiste talenty i zainteresowania, które mogą sie przydać w społeczeństwie dla rozwoju przyszłych pokoleń.
Szkoła /szpital – to nie loteria!
A dla mniej zdolnych czy niepełnosprawnych, a nawet bardzo trudnych uczniów – były szkoły specjalne o troszkę innym profilu i sposobach przystosowania do życia w społeczeństwie.
Jestem świadkiem i moge podać przykłady, że ze szkol specjalnych tez wychodzili znakomici obywatele.
Obecny system edukacji w Polsce – ma w dupie dobro ucznia.
System amerykański jest nieludzki. Byle idiota, sklerotyk, awanturnik, morderca może zostać prezydentem, cytuje:
Biden: „To ja zaproponowałym bombardowanie Belgradu”
Prezydent Bush, zbrodniarz wojenny, który nie umiał pokazać Kanady na mapie ale wiedział, ze Irak ma bron nuklearną i kazał bombardować ludność cywilną, dziennikarzy, i burzyć muzea, uniwersytet i bardzo cenne zabytki historyczne.
W Polsce, szkoła uczyła systemu wartościowania, etyki socjalnej i …historii filozofii.
W Polsce nie ma demonstracji popierającej prawa ucznia, rodziców – zgodnie z karta ONZ.
W Polsce, zwyrodniale jakieś idiotki walczą o prawo do …zwyrodnienia i wielokrotnych aborcji.
Spytajcie lekarzy; niktore wsciekle ‚seksualistki’ maja po kilkanascie skrobanek rocznie.

System wartosciowania w Polsce diabli wzieli.


TEKST: BANITA.

Pod koniec lat 70-tych ub. wieku, kiedy Solidarność rozwijała zachodnie skrzydła przy pomocy wszystkich draństw zachodnich- wprowadzano zachodni system ogłupiania młodzieży.

 Pod koniec lat 70-tych ub. wieku, kiedy Solidarność rozwijała zachodnie skrzydła przy pomocy wszystkich draństw zachodnich- wprowadzano zachodni system ogłupiania młodzieży.


tekst: Banita

My, nauczyciele liceum, protestowaliśmy przeciwko nowym – bardzo wadliwym – podręcznikom, np. do chemii. Podręcznik napisała jakaś idiotka – sekretarka , żona jakiegoś działacza. Naturalnie, ze teraz nie pamietam nazwiska.
I wtedy, gdy gawiedź solidarnościowa zachwycała sie coca-colą z peweksu (jedyny nie-polski sklep w PRL) w Polsce zaczęło sie „dumbing down’ młodzieży i dorosłych.
W PRL-u mieliśmy system edukacji przyjęty z Francji – a Francuzi mieli system oparty na …Arystotelesie: Nauczyciel pomaga rozwijać i udoskonalać indywidualne talenty i zainteresowania. Dlatego mieliśmy olimpiady, zawody miedzy szkolne, lekcje muzyki i sport i ogromna ilość wycieczek szkolnych, obozów i …zajec pozaszkolnych. Mieliśmy wymianę uczniów z Francji, Wegier, wakacje w Arteku dla najlepszych uczniów. Bardzo milo wspominam do tej pory wakacje szkolne nad Balatonem. Mielismy zimowiska w Zakopanem, miesięczne obozy letnie w kurortach; Szklarska Poreba, Muszyna, Szczawnica…
Celem edukacji w Polsce było dać szanse uczniom , zeby mieli dostęp do wszystkich możliwości wyboru kariery- bez względu na pochodzenie społeczne i sytuacje rodzinną.
Szkoła podstawowa nastawiona była na ćwiczenie pamięci
W PRL-u każdy student uniwersytetu miał obowiązkowe przedmioty z dydaktyki, psychologii rozwojowej i historii filozofii. Na każdej filologii był obowiązkowy lektorat z laciny. Chodziło głównie o tzw. ogólną edukacje/wiedze; i o to, ze ‚ a nuż trafimy do szkoły’ Nauczyciel musiał mieć nie tylko ukończone studia z przedmiotu, który wykładał w szkole.
Musial znać psychologie rozwojowa, żeby rozumieć ucznia i jego problemy. Mieliśmy często konferencje miedzy szkołami i wymienialiśmy doświadczenia. Pamietam swoje szkolenia w Piotrkowie Trybunalskim i w Poznaniu. Program nauczania był jednolity w calej Polsce.
Podstawa utrwalania wiedzy jest powtórka z przerobionego materiału. Mieliśmy często testy z ostatnich lekcji.
Każdy -podkreślam -każdy uczeń – student dostawał prace w swoim wybranym zawodzie zaraz po ukończeniu technikum czy po studiach. Nikt nie żebrał o pracę.
Dyplom świadczył o przygotowaniu do zawodu a nie jakieś idiotyczne rozmowy z pajacami, którzy podważają wartość dyplomu.
A na Uniwersytecie Jagiellońskim uczyli nas i często przypominali: ” Pamiętajcie jeśli kiedyś traficie do szkoły, ze …nie ma złych uczniów- sa źli nauczyciele!.
I dobrze pamietam, ze jako przedstawiciela LO, wybrano mnie do komisji rekrutacji na UJ. Chodzilo o to, ze nauczyciele liceum ‚pilnowali’ , żeby egzaminy wstępne były oparte na przerobionym w szkole materiale.
Za moich czasow nauczycielskich w klasie 10-tej bylo …11 przedmiotow.
Należe do tych absolwentów LO w Krakowie, którzy mieli obowiązkowo:j. polski, łacine, angielski i rosyjski. (do wyboru byl j. niemiecki lub francuski.)
No i naturalnie: fizyke, matematyke, biologie, chemie, propedeutyke filozofii, nauke o Polsce, geografie, a
takze historie nowożytną i starozytna.. wychowanie fizyczne. i …religie. jeszcze w klasie maturalnej mieliśmy religię
Na maturze zdawalismy obowiązkowo: j. polski, matematyke, historie, jezyk obcy, fizyke.
Podstawa nauczania w PRL-u byla wiedza ogólna.

Bo kiedyś w Polsce była święta zasada: szkoła podstawowa przygotowywała do szkoły średniej, a szkoła średnia – do studiów uniwersyteckich.
Duży nacisk był na współprace uczniów w ramach tzw. pomocy koleżeńskiej. (team work) praca w grupach.
Proszę sprawdzić w statystykach: Polska miała 6-te miejsce w świecie , gdy chodzi o poziom nauczania.

Tak niskiego poziomu edukacji , jak teraz, nie było nigdy w Polsce : ani za czasów sanacji ani rozbiorów.
Wstyd!
Bzdury, które teraz opowiadają o PRL-u jakieś pajacyki w śpioszkach – wołają o pomstę do nieba.

Praca domowa

 

Praca domowa


Polacy powracający do kraju z emigracji zarobkowej na Zachodzie jako jeden z motywów podają często troskę o poziom edukacji swoich dzieci. 

W oczach wielu emigrantów polska szkoła, tak krytykowana i wkrótce znów reformowana – nadal wydaje się lepsza od np. angielskiej. Skąd takie przekonanie? W dyskusja internetowych powtarza się argument, że „w Polsce więcej się od dzieci wymaga!”.

Coś, co bywa zmorą rodziców w Polsce, ogrom materiału do samodzielnego przerobienia, ilość prac domowych i testów – dla pozbawionych takich atrakcji polskich mieszkańców UK okazuje się być czymś znajomym, oswojonym, synonimem wysokiego poziomu, no i okazją do weryfikacji wyników takich metod nauczania.

Czy polskie szkoły są lepsze od zachodnich?

Szkoły w Anglii czy Szkocji oczywiście bywają też chwalone, przede wszystkim za zajmowanie dzieciom i młodzieży czasu wtedy, gdy rodzice muszą/mogą pracować, doceniany bywa czas zostawiany uczniom po zajęciach, zresztą (wbrew popularnym poglądom) – na Wyspach również zadaje się do domu, zwłaszcza w młodszych klasach i w ramach zajęć wyrównawczych, nadal dzieci same/z pomocą opiekunów muszą nauczyć się np. tabliczki mnożenia. A jednak, mimo dostrzeganych pozytywów – dla wielu naszych „to nie to…!”.

Znaczna część Polaków wierzy nawet w wyższy poziom polskich uniwersytetów, nie mając zresztą często pojęcia ani o ich westernizacji, ani o niskiej pozycji naszych uczelni w globalnych rankingach. Chcemy polskiej szkoły i koniec, zupełnie lekceważąc możliwości, jakie dla młodych pokoleń wciąż mogą wynikać z anglojęzycznych dyplomów, praktycznej dwujęzyczności i możliwości rozwoju zawodowego w krajach spoza peryferii ekonomicznych świata, takich jak III RP.

Oczywiście wracanie ze względu na dzieci miewa charakter pretekstowy. Osoby, które wyjechały przed kilkunastu laty, a same do szkoły chodziły często jeszcze w XX wieku – uciekają nie tyle do wyższego poziomu nauczania, co łudząc się, że w polskiej szkole A.D. 2024 nie ma narkotyków ani przemocy albo że funkcjonują anachronizmy takie jak autorytet nauczyciela.

Jeszcze inny motyw to rzecz jasna lęk przed depolonizacją drugiego i kolejnych pokoleń emigrantów – zamiast tworzyć warunki podtrzymania znajomości języka polskiego, niektórzy wolą całkowicie zmienić otoczenie, chcąc tym samym wymusić repolonizację młodych, z którymi powoli tracą kontakt. Zmiany takie dokonywane są niekiedy bez oglądania na stres i dyskomfort sprawiany własnemu potomstwu, nie zawsze też kończą się sukcesem, tyle tylko, że rodzice i dzieci nie mają sobie czasami nic do powiedzenia po polsku, a nie po angielsku. Są to jednak problemy szersze, związane z ogólnymi uwarunkowaniami polskiego wychodźtwa, a mniej z realną dyskusją o znaczeniu i kształcie polskiego szkolnictwa.

Nie masz co robić? Reformuj!

Realną, a więc nie taką, jaką rozpoczął właśnie kolejny rząd. Reformy oświatowe to zresztą w ogóle w III RP temat drażliwy. Generalnie, gdy politycy nie umieją zająć się niczym pożytecznym – biorą się za przeredagowywanie listy lektur szkolnych. Tymczasem ogół chce generalnie mieć przede wszystkim święty spokój i mniej roboty, także z pociechami, wobec zmian bywa zaś naturalnie nieufny, co wynika z utrwalonej praktyki III RP, że co tylko może pójść źle – to pójdzie. Dotyczy to także odkręcania tego, co zostało już rozpoznane jako złe, nieskuteczne i/czy szkodliwe.

Tak np. wszyscy zainteresowani wiedzieli, że system z gimnazjami jest szczytem idiotyzmu. Ale kiedy go znieśli – rodzice i tak protestowali. Bo to była zmiana, a „zmiany są niedobre dla dzieci”. I coś w tym sumie było, bo przecież również wszyscy powinni mieć świadomość, że niemal każda realna czy pozorna zmiana w III RP – musi być zmianą na gorsze, tj. przeważnie cząstkową, niekonsekwentną, połowiczną, utrzymującą wszystko co złe zmienianego systemu, dokładającą zło nowe i w dodatku wprowadzającą element chaosu i niepewności.

Czynnik ludzki

Czy więc podobnie będzie z pomysłem zniesienia/ograniczenia prac domowych, zgłoszonym przez minister Barbarę Nowacką (skądinąd całkiem sympatyczną)? Przecież oczywistością jest, że wymaganie 200 zadań (w tym takich z gwiazdką) w ciągu semestru na ocenę mierną z matematyki – to nonsens.

Sęk w tym jednak, że to nie system zadaje dzieciom 200 zadań, tylko konkretna pani uczycielka, której nikt nie umie bądź nie chce skontrolować i powstrzymać. Lubimy narzekać na system oświaty, wymiaru sprawiedliwości, skarbowości itd. A to przeważnie żaden abstrakcyjny system, tylko jego ekstremalnie idiotyczna interpretacja i wdrażanie przez konkretnych ludzi.

O absurdalności III RP decyduje przede wszystkim czynnik ludzki, tak w oświacie, jak i sądownictwie czy administracji publicznej. Tego się nie zmieni ani konferencjami prasowymi polityków, ani rozporządzeniami ministrów, ani nawet majstrowaniem w ustawach. To ludzie, na dowolnym poziomie decyzyjności zostali nauczeni (nomen omen), że ze wszystkich dostępnych możliwości – wybrać muszą właśnie najgłupszą, bo najlepiej oddaje samą istotę TrzecioRzeczypospolitości.

Dla chętnych, tylko wszyscy mają być chętni!

Skądinąd działa też sprzężenie zwrotne. Obecne podstawy programowe to może 40, może 30 proc. tego, co uczono w latach 80-tych i 90-tych. Oczywiście z pewnymi wyjątkami szczególnie w przypadku przedmiotów ścisłych/przyrodniczych, które okazały się widać zbyt hermetyczne dla poprzednich reformatorów oświaty, z zacięciem przeważnie humanistycznym, nadal więc uczy się o przegrodzie serca krokodyla i wydobyciu miedzi w Chile.

W efekcie często jest tak, że nauczyciele wiedząc, że coś jest nie tak – wymagają znacznie więcej niż znajduje się w formalnych zapisach. Także w formie d…chronu, by to ich się ktoś nie czepił – znowu, jak to w III RP.

Szczególnie dotkliwie było to widoczne w ramach pandemicznego nauczania, kiedy to rozpaczliwa świadomość, że tak się uczyć nie da – prowadziła tylko do absurdalnego zwiększania nakładów pracy wymuszanych na uczniach i ich rodzicach.

W efekcie nie ma więc racjonalnej górnej granicy wymagań, w dodatku zaś wzrost obciążeń bynajmniej nie wynika bynajmniej z nadmiaru wiedzy ogólnej, ale właśnie z owego mitycznego „uczenia umiejętności”, które już od przeszło ćwierć wieku ma być uniwersalnym panaceum na wszystko – tylko jakoś nie działa… Uczy się przez mechaniczne powtarzanie, bo to przecież do testów – a powtarzać trzeba więcej, skoro trzeba zapamiętać, a nie zrozumieć jak i dlaczego.

To właśnie odejście od wiedzy na rzecz „umiejętności” doprowadziło do obecnego kryzysu, bynajmniej nie zmniejszając intensywności problemów występujących poprzednio.

Więcej nie znaczy lepiej

Uczona dziś w szkołach podstawowych i średnich matematyka nie jest bynajmniej bardziej zaawansowana niż ta, której moje pokolenie uczono w latach 1980-tych. To samo nauczanie wydaje się bardziej intensywne, ilościowe, jest tego po prostu więcej, ale czy lepiej?

Kilka roczników przede mną uczono liczb urojonych i obsługi suwaka logarytmicznego, czyli zaawansowanej trygonometrii, w 8 klasie podstawówki. Nas już nie. Obecnie nie koloruje się bynajmniej drwali, to niepotrzebna drwina z naprawdę ciężkiej pracy wielu uczniów i rodziców, którzy i tak w końcu muszą posiłkować się korepetycjami.

Faktycznie zachodzi raczej mechanizm podobny do znanego z nauki jazdy samochodem: testy na prawo jazdy są coraz trudniejsze, a nowi kierowcy jeżdżą coraz gorzej. Nie inaczej dzieje się z polską szkołą.

Komplikowanie egzaminów sprawdzających nie przekłada się bynajmniej na wyższy poziom osiągniętej wiedzy czy nawet umiejętności, tylko na lepiej opanowany klucz. Test maturalny z polskiego czy historii (a także m.in. z geografii) to nonsens, uczenie gramatyki testowo kończy się „ubieraniem butów”. Równocześnie zaś nie można się jednocześnie domagać zmniejszenia ilości materiału przekazywanego w szkole, a chwilę potem śmiać się z filmiku, w którym dziewuszka przysięga, że II wojna skończyła się w 1978 czy kiedyś tam dawno, Brazylijczycy mówią po brazylijsku, bo niby po jakiemu, a delfin to ryba.

Zróżnicowanie zamiast nierówności

Oczywiście szkoła dawniej również była stresująca, nawet w warunkach równościowej ideologii PRL system oświatowy i tak służył pewnej hierarchizacji, ale jeśli ktoś wychodził z niego z poczuciem, że jest głupszy, to przynajmniej nie sądził, że przez pomyłkę.

Tymczasem współczesna edukacja chroni naturalnie głupszych przed przyjęciem do wiadomości własnej marnej kondycji umysłowej, podczas gdy naprawdę zdolni są niepotrzebnie stresowani nadmiarem zajęć zbędnych do potwierdzenia, że są zdolni. W naturalny sposób będzie to pogłębiało tendencję do podziału systemu szkolnictwa na powszechne i elitarne, co zresztą poniekąd już się dzieje, jednak w warunkach społeczno-ekonomicznych III RP nie jest to bynajmniej powrót do normalności, bowiem same zdolności, wiedza ani pracowitość nie gwarantują wcale materialnego sukcesu niezbędnego do zagwarantowania potomstwu lepszego startu, w tym także edukacyjnego.

Gdy bowiem polscy emigranci biją się z myślami czy nie uszczęśliwiać swych dziatek szkołą w kraju – kompradorski zarząd ekonomiczny i polityczny III RP od dawna już korzysta z możliwości dawanych przez prywatną edukację w rozwiniętych krajach Zachodu. Sukces staje się dziedziczny, ale nie wynika z indywidualnych predyspozycji, tylko z pozycji klasowej i umiejscowienia w układzie.

Racjonalizacja

Dłubanie przy samych pracach domowych niczego w tym zakresie nie zmieni i nie miejmy złudzeń, że istnieje jakieś jedno cudowne rozwiązanie, w rodzaju powszechnej prywatyzacji szkolnictwa. Jakoś w przypadku szkół wyższych to nie zadziałało, a poziom uczelni prywatnych nie jest wyższy niż uniwersytetów publicznych.

Jeśli już mowa o racjonalizacji nauczania – rozsądniej byłoby zacząć od spraw prostych, jak odejście od traktowania testów jako głównej metody weryfikacji wiedzy, zniesienie obowiązkowej matury z matematyki, będącej tylko zbędnym mechanizmem redukującym liczbę osób z wykształceniem średnim, porzucenie lub przynajmniej znaczne ograniczenie „nauki umiejętności’, trzymanie się systemu ocen, w którym są one uzupełniane, a nie zastępowane przez opisy, opinie i obowiązkowe zachwyty, umocowanie wychowawców jako mentorów/kierowników edukacyjnych, a więc koordynatorów wymagań z różnych przedmiotów, by nie wywoływały spiętrzeń i zaległości itd. Samo hasło „nie zadawać i bez wierszy na pamięć!” niczego nie wniesie, poza dalszym ogólnym otępieniem.

Czynniki dezorientacji

Przede wszystkim zaś by zmieniła się szkołą – zmienić się muszą sami nauczyciele. Tak jak nie przywróci się w Polsce praworządności bez uczciwych i myślących sędziów – tak nie wykształci się młodych pokoleń bez kadry nauczycielskiej działającej racjonalnie, a nie w stanie permanentnej dezorientacji.

Niestety, martwiąc się o stan i przyszłość edukacji – musimy też dostrzegać, że wpływ nań mają czynniki znajdujące się poza naszym zasięgiem, stricte cywilizacyjne i kulturowe. Nie sztuką jest narzekać na dzisiejszą młodzież – każde pokolenie w końcu dochodzi do etapu mamlającego dziadunia, powtarzającego, że „za jego czasów, to…” Tymczasem za jego, moich, wielu z Państwa czasów nie było tylu czynników rozpraszających uwagę, uczeń nie był bombardowany taką ilością bodźców, tyloma sprzecznymi zachętami i elementami stresogennymi.

Świat, w którym żyjemy, oparty jest na (dez)informacji – nie sprzyja zatem bynajmniej ani gromadzeniu wiedzy, ani zwłaszcza jej krytycznej analizie. Nie chce więc, nie potrzebuje i wręcz wyklucza prawdziwą edukację, nie mówiąc o wychowaniu. Czy więc potrafimy obronić akurat polską szkołę, gdy nie obroniliśmy całej reszty otaczającej nas rzeczywistości?

Zadajmy to sobie jako naszą pracę domową.

Konrad Rękas
https://konserwatyzm.pl

Ławrow: Stany Zjednoczone dążą do osłabienia Europy

 

Ławrow: Stany Zjednoczone dążą do osłabienia Europy


Przedstawiamy fragmenty wystąpienia Ministra Spraw Zagranicznych Federacji Rosyjskiej Siergieja Ławowa na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie Ukrainy. 

Niniejszy materiał nie stanowi odzwierciedlenia poglądów redakcji. Służy on jedynie przybliżeniu Czytelnikom stanowiska władz Federacji Rosyjskiej w sprawie wojny na Ukrainie, niedostępnego w polskiej przestrzeni informacyjnej.

“Dziś po raz kolejny omawiamy sytuację na Ukrainie w kontekście ciągłych dostaw zachodniej broni do tego kraju i wysyłania tam zachodnich najemników, co potwierdzają podjęte przez nas niedawno działania mające na celu wyeliminowanie francuskich najemników w Charkowie.

Dla zdecydowanej większości niezaangażowanych ekspertów jest jasne, że kluczowym czynnikiem utrudniającym poszukiwanie pokojowego rozwiązania kryzysu ukraińskiego jest ciągłe wsparcie Zachodu dla kijowskiego reżimu, pomimo jego oczywistej agonii i niemożności wykonania narzuconej mu misji zadania Rosji „strategicznej porażki” lub, jak zaczęto ostatnio mówić, przynajmniej osłabienia mojego kraju.

Rzeczywistość jest taka, że pomimo całkowitej porażki ukraińskich sił zbrojnych na polu bitwy, zachodni patroni kijowskiego reżimu z maniakalnym uporem nadal zmuszają go do kontynuowania bezsensownej konfrontacji wojskowej. Odbywa się to pod fałszywym hasłem, że upadek reżimu Zełenskiego rzekomo stanowi „egzystencjalne zagrożenie” dla Ukraińców, których Rosja chce „zniewolić”.

Dla tych, którzy zrozumieli genezę kryzysu ukraińskiego, jest oczywiste, że w tych twierdzeniach nie ma ani odrobiny prawdy. Rosja rozpoczęła specjalną operację wojskową w lutym 2022 roku nie przeciwko Ukrainie i nie przeciwko narodowi ukraińskiemu, z którym nadal łączą nas braterskie więzi: to nie przypadek, że prawie 7 milionów Ukraińców znalazło zbawienie w Rosji po 2014 roku.

Byliśmy zmuszeni do rozpoczęcia operacji wojskowej przeciwko zbrodniczemu reżimowi, który miał dość poczucia bezkarności i nie chciał, pomimo naszych licznych wieloletnich wysiłków, zrezygnować z wojny przeciwko własnym obywatelom na południu i południowym wschodzie Ukrainy oraz z polityki całkowitej dyskryminacji rosyjskojęzycznych Ukraińców, którzy nadal stanowią większość w tym kraju.

Zrobił to reżim Zełenskiego, naruszając nie tylko porozumienia mińskie zaakceptowane przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, ale także elementarne zasady funkcjonowania cywilizowanego społeczeństwa i rażąco naruszając podstawowe prawa człowieka, w tym prawa mniejszości narodowych zapisane w ukraińskiej konstytucji.

Zachodni kuratorzy kijowskiego reżimu, którzy stali za antykonstytucyjnym zamachem stanu w Kijowie 10 lat temu, nie tylko nie zdołali powstrzymać przywódców kijowskiej kliki przez cały ten czas, ale także po cichu zbroili Ukrainę i przygotowywali ją do wojny z Rosją pod przykrywką mińskiego pakietu środków. Wiemy o tym dziś z zeznań bezpośrednio zaangażowanych w to postaci, które opracowały i podpisały porozumienia mińskie oraz przedłożyły je do zatwierdzenia przez Radę Bezpieczeństwa ONZ.

Przyczyna, która skłoniła Zachód do tak cynicznego i przestępczego zachowania, jest oczywista. W Waszyngtonie i innych stolicach ostatnio otwarcie mówiono, że bez utraty życia własnych żołnierzy, Zachód prowadzi wojnę rękami Ukraińców z Rosją, którą trzeba „postawić na jej miejsce”. Prezydent USA Biden nazwał nawet tę sytuację „wspaniałą inwestycją”. Podobne myśli wyrazili inni amerykańscy urzędnicy i ich koledzy z Mglistego Albionu.

Próbując nakłonić swoich przeciwników w Kongresie do wyrażenia zgody na nowy pakiet pomocy dla Ukrainy, przedstawiciele obecnej administracji brzmią jeszcze bardziej cynicznie. Z ich wystąpień dowiedzieliśmy się w szczególności, że 90 procent budżetu wojskowego przydzielonego przez Amerykanów kijowskiemu reżimowi pozostaje w Stanach Zjednoczonych i jest wykorzystywane do rozwoju sektora wojskowo-przemysłowego kraju oraz odnawiania broni. Stare „śmieci” są utylizowane na Ukrainie. Większość głównych ukraińskich fabryk i firm, w tym produkujących lit, została sprzedana tym samym Amerykanom. Urodzajne ziemie zostały im oddane w wieczystą dzierżawę za niską cenę.

Jednym z jaskrawych przykładów jest przejęcie przez struktury Sorosa czarnoziemów do zakopywania odpadów z zachodniego przemysłu chemicznego. Sekretarz stanu USA Blinken podkreśla, że dalsza pomoc dla Ukrainy jest gwarancją tworzenia nowych miejsc pracy w USA. Tak jakbyśmy nie mówili o finansowaniu wojny, która pochłonęła już setki tysięcy istnień ludzkich na Ukrainie, ale o jakimś dochodowym projekcie biznesowym.

Dla Europejczyków – zwracam się do ich rozsądnej części – nadszedł czas, aby się obudzić i zdać sobie sprawę, że z pomocą reżimu Zełenskiego Stany Zjednoczone nie tylko prowadzą wojnę z Rosją, ale także rozwiązują strategiczne zadanie gwałtownego osłabienia Europy jako konkurenta gospodarczego. Waszyngton podważył jej bezpieczeństwo energetyczne, wywołując niebezpieczne tendencje kryzysowe w europejskiej gospodarce i sferze społecznej.

Nie będę się nawet zatrzymywać nad atakami terrorystycznymi na gazociągi Nord Stream. Stany Zjednoczone celowo blokują wszelkie próby przeprowadzenia uczciwego międzynarodowego śledztwa, a obecni przywódcy europejscy, przede wszystkim w Niemczech, posłusznie milczą, pogodzeni z publicznym upokorzeniem.

Tymczasem większość członków UE nadal posłusznie wykonuje rozkazy Waszyngtonu dotyczące dostarczania Kijowowi coraz to nowych partii broni, opróżniając swoje arsenały, które oczywiście zostaną uzupełnione zakupami produktów amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Europejczycy będą zmuszeni znaleźć na to pieniądze.

Handlarze śmiercią wcale nie przejmują się tym, że ich broń, w tym amunicja kasetowa i pociski ze zubożonym uranem, metodycznie, bezwzględnie, celowo i świadomie uderzają w obiekty czysto cywilne, jak miało to miejsce w przypadku ataków na dzielnice mieszkalne w Biełgorodzie 30 grudnia 2023 r. i wczoraj, 21 stycznia tego roku, na targowiska i sklepy w Doniecku.

Krew dziesiątek zabitych cywilów jest na rękach i sumieniu tych, którzy zbroją reżim Zełenskiego, a jednocześnie oficjalnie deklarują, że kijowskie władze mają prawo wybierać własne cele ataków. Pamiętamy, jak Anglosasi zbombardowali Drezno w lutym 1945 roku bez żadnej wojskowej potrzeby, jak nie tak dawno zrównali z ziemią iracki Mosul i syryjską Rakkę. Teraz pielęgnują „godnych następców” swoich barbarzyńskich metod terrorystycznych.

Szaleńcze wieloletnie pompowanie broni w całkowicie skorumpowany reżim pana Zełenskiego ma jeszcze jeden bardzo niebezpieczny wymiar. Aby zmaksymalizować zyski z konfliktu, osoby sprawujące władzą w Kijowie po prostu odsprzedają część broni dostarczanej przez Zachód na czarnym rynku. W darknecie można znaleźć mnóstwo takich ogłoszeń. Trudno sobie wyobrazić, że dzieje się to bez wiedzy i udziału zachodnich biznesmenów, bo „ręka rękę myje”.

Jednym z ostatnich przykładów są amerykańskie karabiny M-16 przekazane Kijowowi, które każdy może kupić za kryptowalutę za pośrednictwem ogłoszeń internetowych. Oczywiście sytuację tę wykorzystują grupy terrorystyczne. Broń wpada w ich ręce i rozprzestrzenia się w Afryce, na Bliskim Wschodzie i w Ameryce Łacińskiej, jeszcze bardziej podważając i tak już niestabilne regiony świata.

Ta skandaliczna sytuacja osiągnęła takie rozmiary, że nie można już dłużej milczeć. Nawet Stany Zjednoczone musiały oficjalnie uznać ten problem. Niedawny raport Pentagonu mówi, że broń przeznaczona dla ukraińskich sił zbrojnych wyciekła na kwotę ponad miliarda dolarów (jestem pewien, że to skromne oszacowania). Czterdzieści tysięcy sztuk broni, w tym drony i granatniki, po prostu „nie zostało rozliczonych na czas”, ponieważ nie prowadzono inwentaryzacji. Jak rozumiem, amerykańscy inspektorzy udali się teraz do Kijowa, aby zobaczyć, jak wygląda sytuacja na miejscu. Życzymy im powodzenia.

Panie Przewodniczący,

Wielokrotnie słyszeliśmy i prawdopodobnie nadal będziemy słyszeć od naszych zachodnich kolegów przebiegłą tezę, że „jeśli Rosja przestanie walczyć, wojna się skończy, a jeśli Ukraina przestanie walczyć, Ukraina się skończy”.

Na najwyższych szczeblach USA mówi się nawet, że po tym Rosja zaatakuje Polskę, kraje bałtyckie i Finlandię. Czego tylko nie wymyślą w nadziei na wyciągnięcie pieniędzy od Kongresu i europejskich parlamentów, przekonując ich o konieczności nieustannej i dalszej pomocy Ukrainie ze szkodą dla swoich obywateli do ostatniego dolara i euro. Domagając się od Rosji zaprzestania specjalnej operacji wojskowej, doskonale rozumieją, że gdyby tak się nagle stało, reżim kijowski, liżąc rany, kontynuowałby swój kurs eksterminacji wszystkiego, co rosyjskie oraz rosyjskiej tożsamości kulturowej, historycznej i religijnej, która istniała na tych ziemiach od wieków.

Reżim Zełenskiego kontynuowałby promowanie strasznie nienawidzącego ludzi nacjonalizmu cudzego dla większości ludności, gloryfikując tych, którzy wraz z nazistami eksterminowali setki tysięcy Żydów, Romów, Rosjan, Polaków i Ukraińców podczas II wojny światowej. Dyktatura zostałaby wzmocniona, walka z opozycją i wszelkim sprzeciwem byłaby kontynuowana, a szeregi więźniów politycznych by się pomnożyły. A zachodnie demokracje nadal patrzyłyby na to, co się dzieje „przez palce” i z przyzwoleniem milczały.

Tak jak robią to teraz, nawet po tym, jak amerykański obywatel, dziennikarz Gonzalo Lira, został zamęczony na śmierć w areszcie Służby Bezpieczeństwa Ukrainy za publikowanie obiektywnych materiałów krytycznych wobec reżimu Zełenskiego.

Czy ktokolwiek na Zachodzie, zwłaszcza w USA, powiedział o tym choć słowo (mam na myśli urzędników)? I dziś zachodnie delegacje i przedstawiciele kijowskiego reżimu raczej nie znajdą odwagi, by w jakikolwiek sposób skomentować to kolejne rażące przestępstwo Zelenskiego i jego kliki. Zamiast tego nadal słyszymy głosy o „rosyjskiej agresji” i zapewnienia o niezachwianym poparciu dla kijowskiego reżimu. Zakłamanie i tchórzostwo jego patronów zostało wyraźnie zademonstrowane podczas nikczemnej inscenizacji w Buczy w kwietniu 2022 r.: nasze liczne żądania podania przynajmniej nazwisk osób, które rzekomo zostały wówczas zabite przez rosyjskich żołnierzy, pozostają bez odpowiedzi.

Kilkakrotnie osobiście zwracałem się w tej sprawie do Sekretarza Generalnego ONZ, ale bezskutecznie. Najwyraźniej po prostu nie wolno mu nawet próbować ustalić prawdy, która zdemaskowałaby zachodnich marionetkarzy.

A co by się stało, gdyby Ukraina przestała walczyć? Setki tysięcy tych, których kijowskie władze próbują teraz schwytać jak bydło na ulicach, w barach i kościołach i wysłać jako „mięso armatnie”, aby gineli za zachodnie interesy geopolityczne i, jak mówią, „za wartości demokratyczne”, z pewnością zachowają swoje życie.

W wojnie z Rosją interesów narodu ukraińskiego nie było i nadal nie ma. Istnieją tylko interesy Anglosasów, ich sługusów i przestępczego, zgniłego kijowskiego kierownictwa, które jest związane z Zachodem wzajemnym poręczeniem i które boi się, że zostanie zmiecione dzień po zakończeniu wojny. Razem sabotowali porozumienia mińskie i razem przekreślili szansę w kwietniu 2022 r., kiedy USA i Wielka Brytania zabroniły Kijowowi zawarcia traktatu pokojowego. Dziś nie chcą pokoju, mimo że reżim w Kijowie utrzymuje się tylko dzięki zachodnim dosponsorowaniom. Uznają to nawet jego „gadające głowy”. (…)

Siergiej Ławrow
Nowy Jork, 22 stycznia 2024 roku.

https://myslpolska.info

Zełenski oszukał naród

 

Zełenski oszukał naród


Jewgienij Balicki (Jewhen Balicki, rocznik 1969), przez wiele lat ukraiński przedsiębiorca i polityk, deputowany do Rady Najwyżej Ukrainy z listy Partii Regionów, w okresie rządów Wiktora Janukowycza był członkiem Stałego Komitetu ds. Budżetu, a także p.o. dyrektora Departamentu w Ministerstwie Gospodarki i Integracji Europejskiej Gabinetu Ministrów Ukrainy.

Przez lata przeciwstawiał się narastającej dyskryminacji mieszkańców Ukrainy posługujących cię językiem rosyjskim.

6 grudnia 2016 roku przedstawił projekt ustawy „O zapewnieniu państwowego wsparcia dla działań na rzecz rozwoju, popularyzacji i ochrony języka rosyjskiego i innych języków mniejszości narodowych na Ukrainie”. Według Służby Bezpeky Ukrainy projekt ustawy ta był „nadzorowany i opłacany przez zagraniczne podmioty” (w domyśle przez Rosję).

Od 2018 roku mieszkał na Krymie, gdzie w obawie o życie przeniósł się warz z rodziną. W kutym 2022 roku wszedł w skład administracji rosyjskie rodzinnego Melitopola. Potem został mianowany szefem rosyjskiej Administracji Wojskowo-Cywilnej obwodu zaporoskiego. Przyjął obywatelstwo rosyjskie.

W wywiadzie dla „Komsomolskiej Prawdy” dzieli swoimi opiniami na temat prezydenta Wołodymyra Zelenskiego i obecnej ekipy rządzącej w Kijowie, wraca do czasów, kiedy był czynnym ukraińskim politykiem. Zamieszczamy fragment tego wywiadu:

Jewgieniju Witalijewiczu, osobiście znał się Pan z Zełenskim i innymi politykami w Kijowie. Kim są ci ludzie?

– Zarówno Poroszenko, jak i Zełenski to ludzie, którzy zawsze budowali swoją filozofię życiową na pieniądzach. Nie są państwowcami. Znałem Poroszenkę dość blisko, był szefem komisji budżetowej, kiedy ja byłem wiceministrem gospodarki. Nigdy nie interesował się krajem, aspiracjami narodu. Zełenski jest taki sam. Ale Zełenski jest bardziej wyrafinowaną formą istnienia idei Bandery na terytorium Ukrainy.

Czy zawsze mówił po ukraińsku?

– Nigdy tego nie robił. Nie znał ukraińskiego, zawsze mówił tylko po rosyjsku. A cały Kijów nigdy nie mówił po ukraińsku. Przed Winnicą wszyscy byli ludźmi rosyjskojęzycznymi. Co więcej, na ziemiach austro-węgierskich, które swego czasu Stalin odciął od Ukraińskiej SRR – tak, był język ukraiński, polski surżyk. Jest inna filozofia, inna mentalność. Kiedyś pojechaliśmy do Truskawca odpocząć. Rozmawialiśmy z nimi, słuchaliśmy ich na wycieczkach – włosy stają dęba. Brat zabił brata, zgwałcił siostrę, siostra dźgnęła go nożem, ojciec przyszedł i zabił wszystkich. Mają zupełnie inne bajki, na których wychowali, inne niż nasze. My jesteśmy zupełnie inni.

Jewgienij Balicki obecnie

Czy Zełenski zawsze był człowiekiem Zachodu?

– To był zwykły facet z Krzywego Rogu. Do 14 roku życia Ukraina go kochała. Pozwólcie, że podam wam jeden wyjątkowy przykład: na jednej z imprez firmowych Wołodia wystąpił za określoną kwotę. Na miejscu dostał dodatkowe 30 tys. euro i występował nago. Gdyby zapłacili kolejne 30 dodatkowo, może świadczyłby usługi intymne… Była to scena, w której Zełenski przechodzi przez bramkę elektroniczną na granicy. Wołodia przechodzi raz, przechodzi dwa razy, ciągle się rozbiera i rozbiera. W końcu dochodzi do bielizny, a bramka wciąż dzwoni. Na tym zazwyczaj się to kończyło. A na tej imprezie firmowej kompletnie się rozebrał. Publiczność zachichotała. Mówię wam to, abyście zrozumieli, że ten człowiek nie ma absolutnie żadnych zahamowań, żadnych ograniczeń moralnych.

Czy oni w Kijowie widzą, że na froncie zginęły już setki tysięcy Ukraińców?

– Zełenski się tym nie przejmuje. W żadnym wypadku nie chcę głosić nienawiści narodowej, ale on sam często podkreślał, że jest Żydem, że ma dokąd pójść. Ani Kołomojski, ani Poroszenko, którego pierwsze nazwisko brzmi Walzman, nie ukrywali tego. Wszyscy mówili, że mają dokąd uciec. A Ukraina była postrzegana jako koryto – po prostu miejsce, w którym można zarobić.

Co powiedziałby Pan Zełenskiemu, gdyby nadarzyła się okazja?

– Szczerze mówiąc, nie bardzo chciałbym z nim rozmawiać. Ale życzę mu…

– … poddać się?

– Zatrzymać się i spojrzeć na to, co zrobił i jakimi czarnymi literami jego nazwisko zostanie zapisane w historii.

Myśli pan, że jak ten banderowski rząd upadnie?

– Na sto procent. Pamiętajcie o Hitlerze, który wcielił do wojska milion kobiet, Hitlerjugend, Volkssturm, wszystko, co udało im się zebrać i wyrzucić, aby ratować reżim. Filozofia, którą Zachód narzuca dziś Ukrainie, to wprowadzenie narkotyków do sfery społecznej, przyjazd osób LGBT i wszystkie zjawiska, które są nam obce, absolutnie niedopuszczalne dla społeczeństwa słowiańskiego. Kolonialna filozofia Zachodu jest dziś narzucana Ukrainie. Wielka Brytania przez całe wieki żyła kosztem Indii, kosztem kolonii, wypompowując z nich wszystkie siły i zasoby. To samo robią dziś z Ukrainą.

Dlaczego Ukraińcy głosowali na Zełenskiego?

– Ja też głosowałem na Zełenskiego w drugiej turze.

A w pierwszej?

– W pierwszej byłem powiernikiem Aleksandra Wiłkuła z Bloku Opozycyjnego, [który otrzymał 4 procent głosów]. W drugiej rundzie nie mieliśmy wyboru. Albo Poroszenko, albo Zełenski. Poroszenko to wojna. Ale wszyscy chcieli zatrzymać wojnę, potem wszyscy mieli nadzieję, że…

… komik powstrzyma wojnę?

– Mieliśmy nadzieję, że zachowa się tak, jak powiedział. Padał na kolana, potrafił uronić łzę… Zełenski potrafił obudzić w nas nadzieję, że zrobi to dla swojego dziadka, przy którego grobie został sfotografowany, że będzie bronił interesów rosyjskojęzycznych. Dlatego Ukraina za nim głosowała.

Czy w obwodzie zaporoskim są tacy, którzy czekają na powrót Ukrainy? Co możemy powiedzieć tym, którzy są po drugiej stronie, także w okupowanym Zaporożu?

– Na jednym ze spotkań z Władimirem Władimirowiczem Putinem powiedziałem, że wielu Ukraińców walczy, wielu zginęło, że konflikt trwa od dawna i że szukamy sposobu, jak zabliźnić rany. Prezydent powiedział: „Uwierzcie mi, 20 lat temu walczyliśmy równie ciężko w Czeczenii. Ale dziś jesteśmy w tym samym okopie. Tak samo będzie z Ukraińcami”. I ja to robię. Wielu Ukraińców, którzy są dziś po drugiej stronie barykady, również to rozumie. A ci, którzy nie rozumieją, zrozumieją.

Za: kp.ru
https://myslpolska.info

Oznaki upadku państwa

Przejdź do treści                 Aktualizacja strony została wstrzymana … Facebook-f   Twitter   Google-plus-g   Instagram   Youtube Szukaj...