środa, 14 lutego 2024

Raport Leuchtera czyli kiedy rządzi kłamstwo; mówiący prawdę jest przestepcą

  Oczywiście Oświęcim miał komory gazowe do odwszania. Ale jeżeli Pan twierdzi że były komory gazowe do wykańczania ludzi, to proponuję trochę poczytać, np o przygodach pewnego eksperta, który nierozsądnie stwierdził że w budynkach w których rzekomo gazowanio ludzi, nic takiego nie mogło mieć miejsca.

Czyta się dość przyjemnie, choć to że żydzi potrafią zniszczyć czyjąś karierę zawodową i za głoszenie prawdy posadzić do więzienia, zbyt przyjemne nie jest.

Raport Leuchtera czyli kiedy rządzi kłamstwo; mówiący prawdę jest przestepcą

Jim Rizoli (JR): Cześć wszystkim, tu Jim Rizoli.

Jest to część RizoliTV i w naszym dzisiejszym programie spotkamy się z dr. Fredem Leuchterem, który opowie nieco o tym, gdzie był od czasów kiedy w latach 80 zetknął z Ernstem Zundelem i o innych tego typu rzeczach. Wiele się o nim dowiemy. Powinno być dla was bardzo pouczające. Więc chcę powitać Freda w programie tutaj.

Fred Leuchter (FL): Dziękuję.

JR: Miło cię tu gościć. W każdym razie jest to dla mnie naprawdę wyjątkowa okazja, ponieważ kiedy myślę o tych wszystkich rewizjonistach… No cóż, po pierwsze, czy nazwałbyś siebie rewizjonistą?

FL: Teraz tak. Nie robiłem tego 25 lat temu.

JR: Dobrze. Ale kiedy myślimy o wszystkich rewizjonistach, zwłaszcza tych, którzy publikują i piszą, prawdopodobnie jesteś jednym z najbardziej znanych.

FL: Myślę, że to chyba prawda i w tamtych czasach po moim pobycie w Auschwitz, po zeznaniach w sądzie, uważałem się za rewizjonistę z opormi. Po tym, jak Żydzi bili mnie po głowie przez ostatnich 20 lat, nie mam już żadnych oporów. [śmieje się]

JR: [śmiech] Cóż, zamierzamy się w to zagłębić, więc nie martw się. Ale najpierw chcę dowiedzieć się więcej o tobie samym… Pamiętam, jak oglądałem film „Mr Death ”.*

*[ UWAGA: Jego oryginalnym pseudonimem, w pełni akceptowanym przez Freda jest „Doktor Śmierć ”. To najwyraźniej zostało uznane za zbyt prestiżowe imię przez reżysera wideo i zgodnie z jego pragnieniem przedstawienia Freda w niekorzystnym świetle zostało zmienione na „Pan Śmierć ”.

FL: Tak.

JR: A w tym filmie… może nawet odtworzę ostatni klip wideo… Ale w tym filmie pokazano cię na końcu, idącego ulicą.

O filmie: Mr. Death: The Rise and Fall of Fred A. Leuchter, Jr. (1999) „ Filmowy portret życia i kariery amerykańskiego projektanta urządzeń do przeprowadzenania egzekucji i negującego holokaust. ” GWIAZDY : 7,5/10 Reżyser : Errol Morris W roli głównej : Fred A. Leuchter Jr. jako on sam; Robert Jan Van Pelt jako on sam; David Irving jako on sam; Caroline Leuchter jako ona sama; James Roth jako on sam – (chemik analityczny); Shelly Shapiro jako ona sama; Suzanne Tabasky jako ona sama; Ernst Zündel jak on sam. Czas pracy : 91 min.

FL: Tak.

JR: To zawsze mnie wtedy interesowało, zawsze się zastanawiałem, co się stało z tym mężczyzną idącym ulicą w tym filmie. [chichocze] Teraz oczywiście już wiem.

https://varapanyo.blogspot.com/2022/11/raport-leuchtera-czyli-kiedy-rzadzi.html?m=1

Ile tak naprawdę mogło zginąć tzw. Polskich żydów…”Drugi Powszechny Spis Ludności – przeprowadzony przez państwo Polskie 9 grudnia 1931 roku. Według spisu, populacja Polski wynosiła 32 108 000, z czego 21 835 000 to osoby polskojęzyczne, a reszta – użytkownicy języków mniejszości narodowych (spis nie uwzględniał pytania o narodowość) „.

 Ile tak naprawdę mogło zginąć tzw. Polskich żydów…”Drugi Powszechny Spis Ludności – przeprowadzony przez państwo Polskie 9 grudnia 1931 roku. Według spisu, populacja Polski wynosiła 32 108 000, z czego 21 835 000 to osoby polskojęzyczne, a reszta – użytkownicy języków mniejszości narodowych (spis nie uwzględniał pytania o narodowość) „.

Język żydowski zadeklarowało 2.489.034 (7,80%), język hebrajski 243.539 (0.76%). Można zatem przyjąć, że w roku 1931 zamieszkiwało Polskę ok. 3 100 000 żydów.
Masowa emigracja żydów z Polski między 1931 – 1939 (głównie do USA, jedynie młodzi do Palestyny) spowodowała spadek ich liczebności co najmniej o 20% i musiała mieć decydujący wpływ na liczbę urodzeń, ponieważ to młody i płodny segment społeczeństwa zawsze pierwszy decyduje się na emigrację.
W Polsce przed 1 września 1939 mogło mieszkać ok 2 600 000 żydów…
z tego 1,8 mln na Kresach (sowiecka strefa okupacyjna) i 900.000 w tzw. Generalnej Guberni (GG). Z tych 0.9 mln w GG do 1941 roku do sowietów czmychnęło ok. 300.000 żydów z rodzinami (głównie komuniści). Kolejne 200.000 żydów zostało po aryjskiej (po Polskiej) stronie… więc we wszystkich gettach na terenie GG zgromadzono około 400.000 żydów (do których żydzi wchodzili dobrowolnie, a nawet zachęcani byli przez swoich rabinów). W gettach do 1942 roku zginęła połowa żydów (przeważnie dzieci i starsi) z powodu głodu, chorób i zimna…więc do wszystkich obozów KL w Polsce mogło trafić jedynie 200.000 żydów…jeżeli 50-100.000 żydów przeżyło obozy, to z „prostej matematyki” wychodzi, że we wszystkich Niemieckich obozach w Polsce mogło zginąć niewiele ponad 100.000 żydów…a na Kresach w latach 1941-1942 niemczochy mogły zamordować jedynie 200 tys żydów, bo przynajmniej 1,5 miliona z nich Rosjanie wywieźli na wschód przed frontem, a ok 100 tys ukryło się po lasach, czy u miejscowych…więc z „prostej matematyki” wychodzi, że w tzw. holokauście „zginęło” ok. 500 tys Polskich żydów, czyli mniej niż 20 % przedwojennej populacji…”graficznie”: ok. 200 tys żydów (na Kresach, którzy nie załapali się na przedfrontową wywózkę ) niemczochy z u-kraińcami, Białorusinami i Litwinami po prostu rozstrzelali i do dołów…następne 200.000 zmarło zwyczajnie w gettach (przy kompletnej obojętności tych żydów, którzy żyli)…no i we wszystkich obozach (KL) mogło ich zginąć jedynie ok. 100.000…bo więcej ich w Generalnej Guberni (Polsce) nie było…i raczej z wycieńczenia przy pracy (którą musieli wykonywać)…niż w jakiś okrutny sposób jak, to rozgłaszają… a po II WŚ w Palestynie osiedliło się ok 1,5 miliona żydów „Polskich i Kresowych”, ok. 400.000 żyło w 1945 roku w Polsce…więc widać, że nie zginęli w holokauście jak to fałszywie rozgłaszają…

Kto nie lubi dużo czytać, może sobie pooglądać obrazki…

 Kto nie lubi dużo czytać, może sobie pooglądać obrazki…

A guided photo tour of Auschwitz, focusing on the facilities provided for the inmates. Contrary to the propaganda that has been inflicted upon us and saturated our minds by the jewish controlled media that dominates all Western countries, Auschwitz was a labor camp system for the war effort.

Although many thousands of inmates, both non-jews and jews died as a result of typhus outbreaks, the camp was not an “extermination camp” with “gas chambers” as we have been brainwashed to believe.

These images should give great pause to anyone who still believes in the official story of Auschwitz and other camps containing “homicidal gas chambers” for the purpose of killing jews and others. Such claims are diabolical lies being used to create a Jew World Order through the propaganda mantra that Whites asserting their right to majority White societies somehow leads to gas chambers in Auschwitz.

Additionally the “holocaust” lie is used as a “shield and weapon” against anyone pointing out the horrendous crimes of Organized jewry throughout the 20th century, and now the present century, what with them carrying out 9/11 and engineering the mass Third World invasion of all White countries.

— KATANA]

https://katana17.com/2019/02/10/inside-auschwitz-youve-never-seen-this-before-transcript/

Każdy kiedyś coś zaczyna rozumieć, ale nie zawsze niestety jest to zrozumienie, że się nie rozumiało tego, co uważało się za zrozumiałe.

 Każdy kiedyś coś zaczyna rozumieć, ale nie zawsze niestety jest to zrozumienie, że się nie rozumiało tego, co uważało się za zrozumiałe.

Albo pan Michalkiewicz zrozumiał „że są granice których przekroczyć nie wolno”, i sam choć nie „ćwierka z właściwego klucza”, bynajmniej nie chce zaćwierknąć tak, by go czasem odpowiednie siły nie zadziobały, albo zdecydowanie przecenia stan swojej wiedzy na temat tego co w życiu tragiczne a co nie, którą to wiedzę osiągnął w wieku lat ośmiu. Bo po śmierci może się okazać, że tragiczne w naszym życiu jest to że baliśmy się mówić Prawdę z tego czy innego powodu.

Osobiście nie za bardzo podoba mi się sposób w który Pan Dariusz Ratajczak zdecydował bronić się przed byciem ofiarowanym na ołtarzu religii holokaustycznej, ale łatwo oceniać, kiedy nie grozi pójście do więzienia. Być może zapoznanie się z jego mową na wytoczonym mu procesie, pomoże komuś nabrać co nieco sceptycyzmu wobec komór gazowych w jednej z których pan Michalkiewicz osiągnął pełne zrozumienie pewnych prawd.☺️

Holocaust to na gruncie historiografii ciągle zmieniające się wersje tego tragicznego wydarzenia. Do roku 1960 niemal wszyscy sadzili, że np. komory gazowe istniały w Dachau, Ravensbruck, Bergen- Belsen itd. Było wielu „naocznych świadków”, którzy widzieli funkcjonujące w tych obozach komory, zapadały wyroki śmierci na tych, doktorzy byli odpowiedzialni za ich mordercze funkcjonowanie.

I oto nagle pojawił się Martin Broszat, niemiecki historyk z Instytutu Historii Najnowszej w Monachium, zresztą wielki przyjaciel Polaków, który oświadczył, że to nieprawda. Świat historyczny przyznał mu w końcu rację.

Uznał to nawet SZYMON WIESENTHAL w roku 1975. Dzisiaj już nikt rozsądny nie powie, że w tych obozach komory istniały. Podobnie jak nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że hitlerowcy –
– bezsprzecznie mordercy na wielu innych polach — produkowali na skale przemysłową mydło z ludzi albo trudnili się wyrabianiem abażurów ze skory więźniów. Nieustannie też zmienia się szacunek ofiar Holocaustu, nierzadko w odniesieniu do poszczególnych obozów. Przypomnę, że w roku 1992 dr. F. Piper z Muzeum Oświęcimskiego wydal książkę „Ilu ludzi zginęło w KL Auschwitz” (Oświęcim 1992), w której obniżył liczbę ofiar tego obozu z 4 na najwyżej 1,5 miliona. I co? Byli więźniowie oskarżyli go o kłamstwo (patrz „Gazeta Polska”, nr 12 z 1995 r.). Dzisiaj dr Piper sam zabawia się w łowcę „kłamców oświęcimskich”, chociaż obiektywnie sam kiedyś musiał się do nich zaliczać. Zresztą jego ustalenia kwestionuje obecnie inny oficjalny badacz problemu, sponsorowany przez żydowską Fundacje Klarsfeldów, Jean-Claude Pressac, który z kolei obniża liczbę ofiar w tym obozie do około 0,5 miliona. Proszę zwrócić uwagę: w ciągu kilku lat liczba ofiar Oświęcimia spadła z 4 do 0,5 miliona!

Weźmy wreszcie pod uwagę Majdanek. Początkowo podawano, że w obozie tym zamęczono 1,5 miliona ludzi. Później sukcesywnie ta potworna liczba obniżała się. Dzisiaj niektórzy historycy, bynajmniej nie rewizjoniści Holocaustu (choć tak naprawdę moim zdaniem są nimi) przebąkują o 50 tysiącach. Co więcej zaczynają mówić, że ginęli oni nie w wyniku masowych gazowań, a np. rozstrzeliwań. Choćby na tym przykładzie widać, iż prawo nie nadąża za historiograficznymi nowinkami (przy okazji nadmieniam, ze w bezzasadnym akcie skojarzenia z 31 maja obok Oświęcimia widnieje również MAJDANEK!). Albo cóż ma sądzić student historii czy naukowiec czytający książkę jak najbardziej oficjalnego historyka żydowskiego pochodzenia Daniela Goldhagena, którą można kupić w kilku opolskich księgarniach. Nosi ona tytuł „Gorliwi kaci Hitlera; zwyczajni Niemcy i Holocaust” (Warszawa 1999), a pada w niej bardzo dwuznaczne zdanie : „Komory gazowe są symbolem. Jest absurdem sądzić, że bez komór gazowych Holocaust by się nie wydarzył”.

Czyżby wiec oficjalna nauka przygotowywała nas na nowe niespodzianki? Czyżby po raz kolejny zbliżała się do najbardziej kontrowersyjnych twierdzeń ludzi wyklętych, czyli rewizjonistów w rodzaju prof. Roberta Faurissona, Jurgena Grafa czy nawet Davida Irvinga, którzy nie kwestionując bynajmniej istnienia tragicznych obozów koncentracyjnych, poddają w wątpliwość lub negują istnienie komór gazowych? Ale nie idźmy tak daleko, zajrzyjmy do polskiej literatury wspomnieniowo-przyczynkarskiej. Oto w 128 numerze paryskich Zeszytów Historycznych wydawanych przez Jerzego Giedroycia (Paryż 1999) ukazują się wspomnienia więźnia Oświęcimia, Jerzego Stadnickiego, pt. „Mój pamięciowy obraz Oświęcimia ” (ss. 3-18), w których padają szokujące stwierdzenia: np.

„Chorym (w Brzezince – DR) podawano biały chleb i delikatna zupę. Pamiętam, jak w czasie procesu b. komendanta Oświęcimia, Hessa… na jego słowa, iż więźniowie otrzymywali w szpitalu mleko – rozległ się na sali śmiech. Ale to była prawda, sam to mleko piłem.” (s.5) Albo: „Praca była nader różna” najcięższa „przy regulacji Soły, w wodzie i błocie. Za to następna moja praca…była właściwie obijaniem się. Gdy zjawiała się na horyzoncie władza kolega-przodownik oznajmiał: formalna, stosowana była w tym okresie rzadko…”(autor przebywał w Oświęcimiu od 1 października 1943 do 18 stycznia 1945-DR) – s.6. I ostatni cytat ze strony 16: „Oświęcim stał się rychło dla komunizmu dogodnym narzędziem propagandy /…/ Tej propagandzie urzędowej sekundowali nieraz, w najlepszej wierze, tacy autorzy wspomnień, jak Zofia Kossak-Szczucka, czy Krystyna Żywulska. Już sam tytuł książki tej ostatniej: stanowiła wyjątek, iż normalnie nie wychodzi się stamtąd żywym; w rzeczywistości, spośród moich osobistych towarzyszy – wiem konkretnie o śmierci trzech, i to nie w samym Oświęcimiu, lecz w innych obozach”.

Autor ponadto stwierdza na s.17-18, że warunki życia w Oświęcimiu były lepsze niż w innych obozach, w których przebywał. Pytam się zatem, czy to już jest „kłamstwo oświęcimskie”, czy też
jeszcze nie jest. Czy sędziwy Jerzy Giedroyć zostanie oskarżony o złamanie art. 55 ustawy o IPN, czy też nie. A jeżeli nie zostanie oskarżony to pytam się: co to w takim razie jest „kłamstwo oświęcimskie”? A czy w stan oskarżenia zostanie postawiony pan Jan Sobczyk, polski Żyd, który na ręce sadu przesłał książkę swojego autorstwa pt. „Wycieczka na Gore Synaj” (Jastrzębie 1999). W książce tej, znajdującej się w aktach sprawy (karty nienumerowane) znajduje się list tego człowieka. Czytamy w nim m. in.:

„Staje w obronie śmiertelnego wroga mojej rasy, mojej osoby. Staje w imię wolności każdego człowieka do prezentacji poglądów … nie wolno tłumić światopoglądu historyka, gdyż każdy akt ingerencji odbije się w twórczości młodych historyków … pan Dariusz Ratajczak … ma niespotykaną u innych historyków odwagę /…/ … „już ma wyrok śmierci cywilnej w kieszeni … Bardzo mi go żal. Zwyczajnie; cenię odwagę cywilną historyka”.

Tyle laurka, o którą nie zabiegałem, pod moim adresem. Ważniejszy jest jednak inny fragment listu:

„Tadeusz Borowski (wiezień Oświęcimia i Dachau, autor m.in. ” Kamiennego światu” – DR) zginął przyduszony nad palnikiem gazu we własnym mieszkaniu, ponieważ widział pewne rzeczy i z odziedziczą beztroską zaczął mówić (mówił przy wódce w hotelu „Polonia” w Warszawie). Mówił o 10 wieczorem, a rano już nie żył. Niebawem zmarł ten do którego mówił …” Co sugeruje Jan Stobczyk? Pozostawiam to – jak wszystkie poprzednie cytaty – bez komentarza.

https://varapanyo.blogspot.com/2014/04/proces-dariusza-ratajczaka-moje.html?m=1

Pewien żyd z wizytą w Auschwitz

To, co wnosi dodatkowy interesujący punkt to to, co jest pokazywa­ne podczas wycieczki, a co nie jest. Podczas wycieczki pokazuje się „Blok Śmierci”, tak zwaną „Ścianę Śmierci” – naturalnie obok drzwi „Bloku Śmierci” – i wystawę po wystawie, specjalnie zaprojektowane tak, by potwierdzić ohydne historie i by przedstawić Auschwitz, jako maszynę śmierci, miejsce, gdzie internowanie oznaczało eksterminację.

Ale czego się nie pokazuje? Zacznijmy od budynku, który przeko­nywująco mógłby być nazwany „Blokiem Życia” – masywny kompleks przeznaczony do dezynfekcji, gdzie Cyklon B używany był codziennie, by zwalczyć wszy i zarazę, którą roznoszą. To były prawdziwe komory gazowe, z tym, że ich ofiarami były ubrania i materace, a celem zacho­wanie zdrowia mieszkańców.

Eksperci od holocaustu nie zaprzeczają celowi tego budynku, ale nie lubią o tym wspominać. Pomimo wszystko, po co komplikować sprawy…

Zapomnianym jest także teatr obozowy, aktualny dom wspomniane­go wcześniej konwentu. Ostatnie zdjęcia zrobione wewnątrz tego budyn­ku pokazują pianina, kostiumy i scenę, gdzie mieszkańcy wystawiali in­scenizacje. Dziś jednak zakonnice nie pozwalają na robienie zdjęć w środku.

I wreszcie mamy w Auschwitz basen. Tak, to prawda – basen, uloko­wany wewnątrz zespołu więziennego. Piękny basen ze skoczniami i blo­kami startowymi.

Trzeba przyznać, że władze obozu w Auschwitz nie próbowały usunąć tej rozrywki. Lecz jeśli pragniesz zobaczyć basen, potrzebujesz już wiedzieć, że on istnieje, gdyż nie znajdziesz go podczas zwiedzania z wycieczką.

https://varapanyo.blogspot.com/2015/03/z-wizyta-w-auschwitz.html?m=1

Michalkiewicz: „Jestem zadowolony z tego, że ktoś zamknął nas w tej komorze gazowej”

 

Michalkiewicz: „Jestem zadowolony z tego, że ktoś zamknął nas w tej komorze gazowej”


W jednym z najnowszych komentarzy Stanisław Michalkiewicz odniósł się m.in. do wizyty Elona Muska w Auschwitz. Jak mówił, właściciel X popełnił jeden błąd podczas tych „rekolekcji”.

Przypomnijmy, że w mijającym tygodniu Elon Musk odwiedził Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. Stamtąd udał się też do Krakowa, gdzie wziął udział w dyskusji z amerykańskim publicystą Benem Shapiro na temat „antysemityzmu w internecie”. Według informacji PAP, właściciel Tesli i platformy X przyjechał prywatnie.

We wtorek Musk wziął udział w nabożeństwie żałobnym na terenie byłego niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau.

Jego wizyta wpisała się w program obchodów Międzynarodowego Dnia Pamięci o Holokauście, który przypada 27 stycznia. Wydarzenia te organizuje Europejskie Stowarzyszenie Żydowskie (EJA).

O tym, że Musk przyleci do Krakowa i Oświęcimia poinformowała agencja Bloomberg w poprzednim tygodniu. Jak przypomniała, właściciel Tesli i platformy X jesienią ub.r. wstępnie zgodził się odwiedzić teren dawnego obozu podczas dyskusji na żywo z szefem EJA rabinem Menachemem Margolinem.

Urodzony w RPA przedsiębiorca spotkał się wówczas z oskarżeniami o antysemityzm, kiedy zgodził się z anonimowym użytkownikiem platformy X twierdzącym, że społeczności żydowskie promują „nienawiść przeciwko białym” i odpowiadają za sprowadzanie „hord mniejszości, które zalewają kraj”.

„Rekolekcje” w Auschwitz

– Wizyta pana Elona Muska w Polsce miała charakter ekspiacyjny. Otóż, na Twitterze jakiś jegomość napisał, że Żymianie przez swoje różne nieprzemyślane działania doprowadzają do zalewu nie tylko Europy Zachodniej, ale i Stanów Zjednoczonych migrantami niepożądanymi – przypomniał.

Michalkiewicz dodał, że Musk „podobno nie zaprotestował dostatecznie energicznie i jak rabini Żymiańscy się za niego wzięli, jak rozmaite firmy zaczęły wycofywać reklamy z Twittera (…), to Elon Musk zrozumiał, że tu nie ma żartów i przyjechał na rekolekcje do Auschwitz”.

– Zwiedził Auschwitz i to duże wrażenie na nim wywarło, krótko mówiąc zaczął ćwierkać z właściwego klucza – skwitował.

Zdaniem Michalkiewicza Musk zrobił błąd, „chociaż dobrze chciał”. – Zrobił błąd, że przyjechał z synem, takim małym chłopczykiem, którego na barana po tym Auschwitzu obnosił i klangor się podniósł, kto to widział takie rzeczy, bo komendantura Auschwitza zaleca, żeby takich dzieci małych, poniżej 14 lat, to tam po Oświęcimiu nie oprowadzać – dodał.

„To było bardzo pouczające przeżycie”

Michalkiewicz podzielił się też historią z własnego życia. – Jak miałem osiem lat, to pojechaliśmy z wycieczką szkolną do Lublina i tam zwiedzaliśmy obóz na Majdanku. Nie tylko, żeśmy tam zwiedzali, ale jeszcze część moich kolegów, i ja też, weszliśmy do komory gazowej i drzwi za nami zamknięto – opowiadał.

– Ja wtedy się przekonałem, to było bardzo pouczające przeżycie dla mnie, dlatego że przekonałem się, że te wszystkie dyrdymały humanistyczne to są dyrdymały, natomiast prawda jest właśnie taka, że w pewnych momentach, w pewnych sytuacjach już nie ma odwrotu i te sytuacje właśnie nazywamy tragicznymi – skwitował.

– Właśnie wtedy to zrozumiałem, w wieku 8 lat. Ja bardzo jestem zadowolony z tego, że ktoś zamknął nas w tej komorze gazowej, bo dzięki temu trochę więcej żeśmy się o życiu dowiedzieli – dodał.

– A takie dziecko, które jest chronione przed traumatycznymi przeżyciami, to ono co wie o życiu? Nic nie wie, poza tym, że „cztery nogi dobre, dwie nogi złe” – podsumował.

ŹRÓDŁO:YouTube/asmeredakcja/PAP
https://nczas.info

Polska przywraca oficjalny status pierwszemu raportowi w sprawie katastrofy Tu-154

 

Polska przywraca oficjalny status pierwszemu raportowi w sprawie katastrofy Tu-154


Polskie władze przywróciły status jedynego wiarygodnego raportu na temat przyczyn katastrofy samolotu pod Smoleńskiem raportowi przygotowanemu przez Państwową Komisję Badania Wypadków Lotniczych pod kierownictwem Jerzego Millera, według którego przyczyną tragedii były działania polskiej załogi, podało ministerstwo obrony.

Polski „pokład nr 1” Tu-154 rozbił się na podejściu do lądowania na lotnisku Smoleńsk-Siewierny 10 kwietnia 2010 roku. Zginęło 96 osób, w tym głowa państwa Lech Kaczyński z małżonką, prominentni politycy i wojskowi.

„Zgodnie z obecnym stanem prawnym, jedynym oficjalnym dokumentem odzwierciedlającym przebieg i rzeczywiste przyczyny katastrofy smoleńskiej jest raport końcowy z lipca 2011 roku” – poinformowało ministerstwo w oświadczeniu na swojej oficjalnej stronie.

Jak podkreśliło ministerstwo obrony, raport wskazuje okoliczności i przyczyny katastrofy samolotu Tu-154M oraz przedstawia odpowiednie zalecenia dotyczące zapobiegania podobnym wypadkom. „Raport jest gotowym dokumentem opracowanym w Polsce przez krajowych ekspertów w dziedzinie prawa lotniczego, bezpieczeństwa lotów, projektantów, inżynierów i pilotów operacyjnych oraz przesłanką do oceny postępów śledztwa w sprawie okoliczności katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku” – zaznaczyło ministerstwo.

Raport, potocznie nazywany „raportem Millera”, został oficjalnie anulowany w 2018 r. decyzją ekipy rządzącego wówczas Jarosława Kaczyńskiego. Teraz został ponownie opublikowany na stronie resortu obrony.

Wcześniej polski minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz nakazał likwidację komisji do ponownego zbadania katastrofy smoleńskiej, która została zorganizowana po dojściu do władzy partii Prawo i Sprawiedliwość Jarosława Kaczyńskiego w 2015 roku.

W trakcie swoich prac, które nigdy nie zostały sfinalizowane, komisja przedstawiła kilka raportów opartych na ekspertyzach naukowców z różnych krajów. Wnioski za każdym razem były inne – od winy rosyjskich kontrolerów ruchu lotniczego po wybuch bomby na pokładzie samolotu. Polskie władze odstąpią od wersji o winie Rosji w katastrofie rządowego Tu-154, powiedział minister spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński.

Rok po tragedii pod Smoleńskiem Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) ogłosił po przeprowadzeniu dochodzenia, że bezpośrednią przyczyną katastrofy była decyzja załogi o nieodejściu na lotnisko zapasowe w warunkach mgły, a przyczynami systemowymi były niedociągnięcia w szkoleniu pilotów prezydenckiej eskadry.

Do podobnych wniosków doszła wówczas pierwsza polska komisja, kierowana przez byłego ministra spraw wewnętrznych Jerzego Millera, wskazując jako przyczynę katastrofy zejście samolotu poniżej dopuszczalnego minimum w warunkach mgły.

Pod rządami Jarosława Kaczyńskiego polskie władze nie zgodziły się z raportem MAK i wnioskami komisji Millera i postanowiły powołać drugą komisję, która przez kilka lat nie była w stanie zakończyć swoich prac. [… bo nie o to chodzi by złowić króliczka… – admin]

https://legaartis.pl

Neokolonializm i biopolityka nad Wisłą

 

Neokolonializm i biopolityka nad Wisłą


Ponad dwadzieścia lat temu w jednej z powstających wtenczas szkół niepublicznych dostałem propozycję prowadzenia zajęć z historii państwa i prawa.

Kurs miał być dla studentów prawa, podczas gdy ja jestem z wykształcenia politologiem, a na moich studiach tematyka podobnych zajęć zaczynała się wraz z Renesansem – czyli okresem gdy powstawały nowoczesne państwa – tutaj zaś miałem prowadzić go zaczynając od tematyki związanej ze średniowieczem.

Dlatego pierwsze zajęcia wymagały ode mnie nieco wysiłku i kwerend w bibliotece. Piszę o tym, ponieważ pamiętam, że czytałem wtenczas między innymi stary, napisany jeszcze mocno „komunistycznym” językiem tekst o państwowości polskiej za Piastów. Jego autor, którego nazwiska po tylu latach już nawet nie pamiętam, rozpoczął od stwierdzenia, że niepodległość państwa średniowiecznego można rozpatrywać w kilku wymiarach: politycznym, ekonomicznym i ideologicznym.

Ten ostatni przymiotnik pobudził mnie mocno do myślenia, ponieważ na studiach uczono mnie, że państwo suwerenne samo podejmuje decyzje w zakresie polityki i swojej ekonomii, ale suwerenność ideologiczna?

Dziś, po prawie ćwierćwieczu, doceniam mądrość i przenikliwość tamtego autora. Nie ma wątpliwości, że istnieje coś takiego jak suwerenność czy niepodległość ideologiczna. To mieli na myśli najpierw marksista włoski Antonio Gramsci a za nim nowo-prawicowy Alain de Benoist, piszący i nauczający o „władzy kulturowej”.

Kultura i ideologia są oczywiście narzędziami władzy i dlatego w stosunkach międzynarodowych często mówi się o miękkiej władzy (soft power), towarzyszącej lub nie potędze polityczno-ekonomiczno-militarnej (hard power).

Dlaczego konstatacja taka blisko ćwierć wieku temu wywołała u mnie takie zdziwienie i pobudziła do bibliotecznej medytacji? Dlatego że jako stosunkowo świeży absolwent studiów politologicznych nie miałem jakby świadomości wagi tego czynnika. Kiedy studiowałem politologię, to uczono mnie o instytucjach politycznych i prawnych, o partiach, ideologiach i doktrynach, o socjologii polityki, o polityce światowej etc. Ale w programie zgoła nic nie było o roli kultury i ideologii dla ustanowienia panowania lub posłuszeństwa politycznego.

Myślę, że moi czcigodni Profesorowie, którzy uczyli mnie na studiach, nie pominęli tego problemu świadomie. To był początek lat dziewięćdziesiątych, gdy właśnie obalono władzę PZPR i jej „urzędową” ideologię marksizmu-leninizmu. I wtedy jeszcze wszyscy wierzyli w wolność polityczną, wolność słowa, wolność myśli, wolność szerzenia i wymiany idei. Wystarczyło tylko nauczyć ludzi jak mają wyglądać instytucje liberalno-demokratyczne, jak się po nich poruszać, założyć partię polityczną, pokazać się w telewizji. Wierzono jeszcze, że o wszystkim decyduje racja, program, idee, które wyrażają naszą wolność, a nie panowanie nad kimś.

Rzeczywistość następnych trzydziestu lat brutalnie zweryfikowała te liberalne i wolnościowe mrzonki! Po jakimś czasie do nas dotarło, że nie ma „wolnych mediów”, „niezależnej telewizji” i „obiektywnych gazet”.

Wszystko, czy prawie wszystko, co miało być neutralne, w rzeczywistości komuś i czemuś służyło, a wszechobecna ideologia wolności myśli, prasy, słowa pisanego i mówionego była dobrze zakamuflowaną ideologią triumfującego wtenczas na świecie neoliberalizmu.

Mieliśmy wierzyć w wolność gospodarczą, aby na „wolnym rynku” międzynarodowe korporacje mogły za bezcen wykupić i złupić polską gospodarkę w procesie tzw. prywatyzacji. Mieliśmy wierzyć w wolność słowa, aby zachodnie media mogły ustanowić swój dyktat, przejąć nasze i narzucić wszystkim panujący język dyskursu. Mieliśmy wierzyć w idee „wolnego świata”, abyśmy uznali, że właściciele i mocarstwa strony „wolnościowej” mają rację w sporach politycznych z „wrogami wolności”.

Gdy mówiono nam o wolności, to zachodni politycy widzieli hegemonię własnych państw nad Polską. Gdy mówiono nam o rynku, to zachodni biznesmeni widzieli „prywatyzacyjne okazje” i likwidację ustawodawstwa chroniącego pracowników harujących w ich firmach. Gdy mówiono nam o wolności myśli, to znaczyło to, że zachodnie media ustanowią swoją hegemonię medialną i narzucą własny sposób myślenia. Gdy naukowców nauczano o zasadach „nauki wolnej od ideologii”, oznaczało to, że będą w niej panować idee liberalno-demokratyczne.

Wolność w świecie zachodnim nie polega na tym, że się myśli, mówi i robi to, co chce, lecz to, że powtarza się slogany za właścicielami tego świata i uważa się, że jest się wolnym. Mateusz Morawiecki w swoim słynnym podsłuchanym bon mocie mówi, że „Polska należy do kogoś z zewnątrz”. Owszem, należy i jeśli chcesz spokojnie pracować, zarabiać i żyć, to musisz mówić to, co powiedzieli ci „w telewizorze” nasi zewnętrzni właściciele.

Nielubiany i krytykowany przeze mnie francuski postmodernista Michel Foucault wprowadził do dyskusji o polityce pojęcie „biopolityki”. To nic innego, jak polityka mająca na celu ukształtowanie ludzkiej świadomości. Zwycięstwo biopolityczne polega na tym, że nie tylko zwyciężymy wroga, lecz wmówimy mu – dzięki indoktrynacji i tzw. „technikom pijarowskim” – że mieliśmy rację, iż jest dlań lepiej, że przegrał. W efekcie wróg zaczyna marzyć, aby myśleć i oglądać świat z perspektywy zwycięzcy. Chce stać się taki, jak zwycięzca.

Tak wyglądało zwycięstwo Zachodu nad Blokiem Wschodnim, a przynajmniej nad krajami naszej części Europy, gdyż zachodnia biopolityka ostatecznie przegrała w Rosji, a dziś walczy o opanowanie Białorusi i Ukrainy.

W 1989 roku wszyscy Polacy utożsamiali wolność ze Stanami Zjednoczonymi, niewolę zaś z Rosją. Wierzyli, że wolny rynek jest najlepszym systemem, a szczytem marzeń jest wyprzedanie wszystkiego prywatnym inwestorom z Ameryki i z Niemiec. Byli przekonani, że wykup naszych banków jest wzmocnieniem rodzimej gospodarki, a zainstalowanie tutaj wysokonakładowych i posiadających gigantyczne zasięgi mediów korporacyjnych zbuduje w Polsce upragnioną wolność słowa.

Konserwatyści w Polsce wzorowali się na amerykańskich neokonserwatystach – w istocie będących ogarniętymi antyrosyjską obsesją trockistami, którzy nie mogli wybaczyć Rosjanom, że poparli Stalina przeciwko Trockiemu. Katolicy polscy stali się tzw. teokonserwatystami, czyli uwierzyli w doskonałość amerykańskiego rozdziału państwa od kościołów, przy jednoczesnym mieszaniu w jeden system wszystkich systemów teologiczno-konfesyjnych, na końcu którego to procesu przywitali się z „wartościami judeochrześcijańskimi”, jakby zapominając, kto – wedle kanonicznych Ewangelii – krzyczał „uwolnić Barabasza!”. Bardziej umiarkowani katolicy zakochali się w niemieckiej chadecji, żywiąc się obficie jej grantami. Z kolei polska lewica porzuciła kwestie społeczne, stając się groteskową karykaturą zachodniego lewicowego liberalizmu, gdzie w roli „podmiotu historycznego” homoseksualiści, feministki i lesbijki zastąpili ubogich.

Prawda jest taka, że Polacy masowo przegrali wojnę o tożsamość, ponosząc w wojnie biopolitycznej gigantyczną klęskę. Naród, który miał najmniej zaufania do państwowej telewizji w całym bloku wschodnim i zachowywał najwyższy krytycyzm wobec oficjalnej ideologii, stał się dziś gromadą wierzącą w każde twierdzenie płynące z telewizorów, bez względu na to, czy dotyczy to choroby covid, szczepień i noszenia „namordników”, Rosji i Ukrainy etc. Ważne, aby wszystkie stacje codziennie, ustawicznie i zgodnie w danej sprawie mówiły to samo.

Dziś, na naszych oczach, upowszechnia się płynąca z wielkich mediów religia klimatyzmu. I ludzie w te brednie także wierzą, gdyż przegrali walkę biopolityczną, utracili swoją tożsamość i zdolność do krytycznego myślenia. W to miejsce stali się wyszczepionymi aktywistami klimatycznymi, walczącymi z „nietolerancją i homofobią”, uważającymi się w dodatku za „sługi narodu ukraińskiego”. Naród podzielony został przez sprytną socjotechnikę na dwa zwalczające się plemiona „lemingów” i „pelikanów”, które niczym nie różnią się w stopniu indoktrynacji i zidiocenia.

Polacy przegrali wolne i suwerenne państwo po II wojnie światowej i zostali poddani powierzchownej komunizacji. Ale wojnę biopolityczną wygrali, gdyż nie dali się zindoktrynować w duchu marksizmu-leninizmu. Niestety przegraliśmy wojnę biopolityczną z liberalnym zachodem, ponieważ zakochaliśmy się w świecie protestancko-germańsko-anglosaskim, który gardzi nami jako Słowianami i katolikami. Z racji plemienno-konfesyjnych uważa, że jesteśmy gorszymi ludźmi.

Mając własne interesy ekonomiczne, polityczne i militarne, Zachód mógł nas wpuścić do NATO czy Unii Europejskiej, ale jako tych gorszych, stojących w przedpokoju, których się poucza, wykorzystuje, wykupuje i wyzyskuje. Z radością zaakceptowaliśmy tę rolę i nadal ją akceptujemy, gdyż mamy kompleksy niższości, a mamy je, ponieważ przegraliśmy wojnę biopolityczną. Przegrawszy ją, chcemy być takimi, jakimi są ci z Zachodu, a szczególnie z Ameryki. Pogardzamy Rosjanami, gdyż oni nie chcą klęczeć przed Zachodem, tak jak my klęczymy.

W stanie tego psychicznego uzależnienia bezrefleksyjnie przyjęliśmy wszystkie zachodnie idee, ideologie i instytucje. Nie przyjmowaliśmy ich na naszych warunkach i nie modyfikowaliśmy ich zgodnie z własnym usposobieniem. Dostaliśmy warunki przyjęcia en bloc od wymarzonego Zachodu i zaakceptowaliśmy je jeszcze zanim nam je dokładnie przedstawiono. Tym samym utraciliśmy naszą suwerenność „ideologiczną”. Uznaliśmy, że jesteśmy tylko małymi uczniami Zachodu, który jest naszym mistrzem i ma z tego powodu prawo nas pouczać, dyscyplinować, karać.

W poczuciu niższości oddaliśmy zagranicznym korporacjom całą naszą gospodarkę, bankowość, media. Staliśmy się tylko tubylcami zamieszkałymi na przestrzeni należącej „do kogoś z zewnątrz” i jeszcze cieszymy się z faktu, że zagraniczni przybysze rozdadzą nam kilka paciorków, poklepią po plecach, pochwalą w przemówieniu powitalnym lub na łamach zagranicznej gazety. Oto neokolonializm absolutnie doskonały.

Czy jesteście z siebie dumni?

Polacy masowo przegrali wojnę o tożsamość, w wojnie biopolitycznej ponosząc gigantyczną klęskę.

Adam Wielomski
https://www.nowoczesnamysl.pl

Oznaki upadku państwa

Przejdź do treści                 Aktualizacja strony została wstrzymana … Facebook-f   Twitter   Google-plus-g   Instagram   Youtube Szukaj...