wtorek, 9 września 2025

– To wygląda tak, że jeśli się czegoś długo żałuje, to nie ma się energii na inne rzeczy.

 

Model demonizacji – rozmowa z Wiktorem Butem


Rozmowa z Wiktorem Butem, rosyjskim przedsiębiorcą i politykiem

Jest Pan człowiekiem – legendą, szczególnie po amerykańskim filmie „Pan życia i śmierci” z Nicholasem Cage’m?

– Tak naprawdę bardzo niewiele ma on wspólnego z faktami, poza tym, że w pierwotnych wersjach tego filmu na jego końcu pojawiała się adnotacja opatrzona moją fotografią, głosząca, że film oparty jest na mojej biografii. Pewnie jeżeli zwróciliby się do mnie, to pomógłbym scenarzystom w przygotowaniu bardziej interesującego scenariusza.

Rozmawiałem na ten temat sporo na przykład z Afrykańczykami i oni uważają, że scenariusz jest dla nich obraźliwy. Ja również uważam, że to jak pokazuje się tam Afrykę, opiera się na wymysłach. W rzeczywistości tego rodzaju produkcje stanowią ekstrapolację mentalności amerykańskiej, Hollywood. A przecież wymyślić można jedynie to, co sami kiedyś widzieliśmy, czym sami żyliśmy i co czujemy. Co się już stało, to się nie odstanie.

Powinniśmy wszyscy nieść ten krzyż, który jest nam dany, robić to w sposób najlepszy jak potrafimy i jak możemy. Ja przynajmniej nie żałuję, że spotkał mnie taki los. Jest pewna ciekawa historia związana z tym filmem. W ubiegłym roku w Hollywood oznajmiono, że zaczynają się prace nad jego sequelem, ale w związku ze strajkiem podjętym przez jego scenarzystów prace te zostały na razie wstrzymane.

Proszę sobie wyobrazić, że ten pierwszy film nie pozwolił nawet pokryć kosztów jego produkcji. Tak, że to wszystko produkt na zamówienie waszyngtońskiego komitetu obwodowego partii. Zamówienie, którego wydział propagandy nie był w stanie zrealizować zbyt dobrze.

Z drugiej strony postać, którą grał Nicholas Cage, nie była odegrana w tak do końca czarnych barwach.

– Film opiera się tylko na granej przez niego postaci. Gdyby nie rola Nicholasa Cage’a, pewnie w ogóle nie zostałby zauważony.

A co Pan powie o innych produkcjach? Wiem, że wyszło na Pana temat sporo książek, filmów dokumentalnych. Czy choć jeden z nich oparty był na wiarygodnych źródłach?

– Tak, jest dokument, którego autorzy otrzymali od mojej żony trochę domowych zapisków. Faktycznie są to moje domowe notatki, które sam zapisywałem. Często jednak wszystko opiera się na interpretacji określonych tekstów. Pracujemy obecnie i nad filmem dokumentalnym, i nad fabularnym. Kończymy prace nad scenariuszem i pewnie już niedługo pojawi się rosyjska odpowiedź na film hollywoodzki.

Nicolas Cage w filmie „Pan życia i śmierci”

Miejmy nadzieję, że będziemy go mogli obejrzeć także w Polsce. Film fabularny o Panu pewnie byłby znakomity. Czy będzie to swoista polemika z filmem Pan życia i śmierci z Cage’m?

– Chcemy po prostu zrobić go w taki sposób, by był interesujący. Cóż, moje losy to chyba przede wszystkim taka esencja tego, co działo się na świecie w ciągu ostatnich 30-40 lat. Niestety, a może i na szczęście, mojemu pokoleniu – podobnie jak Pańskiemu – przyszło żyć w czasach upadku poprzedniego systemu. Upadek ten nie nastąpił dlatego, że system przestał działać, lecz za sprawą zdrady, w tym zdrady kierownictwa Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego.

Znaleźliśmy się w pewnej próżni, w której zmuszeni byliśmy do podejmowania szybkich reakcji i przyglądania się temu, co dzieje się w świecie. Chciałbym, aby ten nowy film pokazał przede wszystkim procesy geopolityczne. Waszyngton, a dokładniej – globaliści, postanowili zrobić ze mnie takiego chłopca do bicia, na pokaz, by wszyscy inni się bali.

Byłem pierwszym Rosjaninem aresztowanym w kraju trzecim, choć Stany Zjednoczone miały wówczas możliwość na podstawie istniejących porozumień zwrócić się do Rosji bezpośrednio w mojej sprawie. Jeżeli Amerykanie przedstawiliby jakiekolwiek dowody przeciwko mnie, to zgodnie z umową organy władz rosyjskich by je zbadały, wszczęły śledztwo. I jeśli wszystko byłoby tam jasne, poniósłbym określoną karę.

W moim przypadku nie byli jednak w stanie przedstawić żadnego materiału dowodowego. Potwierdziła to później nawet sędzia, że wprawdzie nie ma dowodów i jestem zwykłym przedsiębiorcą, ale niestety musi mnie skazać na 25 lat więzienia. Stało się to w najbardziej „wolnościowym” i najbardziej „sprawiedliwym” państwie, które zawsze uznawano za wzorzec praworządności i demokracji.

Jak Pan sądzi: dlaczego uznali Pańską działalność za tak niebezpieczną?

– Nie sądzę, żeby uznali mnie za takie zagrożenie. Mieli inne zadanie: sprawdzić na konkretnym człowieku jak daleko można posunąć się w jego demonizacji. Proszę popatrzeć – nakręcono film, wydawano książki, powstał wizerunek, pewna marka, w które zainwestowano ogromne środki. Po mnie jeszcze około 80 innych Rosjan zostało aresztowanych, a następnie wywiezionych bezprawnie, a czasem zgodnie z prawem, do Stanów Zjednoczonych, gdzie teraz odbywają wyroki więzienia.

Wkrótce zaczęła się też demonizacja całej Rosji. Opierała się ona, jak wszyscy wiemy, na nowych filmach powstających na bazie tego samego scenariusza, na presji, prowokacjach i bezpodstawnych oskarżeniach. Jak wiemy, po tej demonizacji doszło do gorącego stadium konfliktu, do wojny z Rosją, której jesteśmy teraz świadkami.

Czyli możemy uznać, że Pańska sprawa stanowiła rodzaj przygotowania gruntu informacyjnego do dalszej eskalacji?

– Tak, to część wojny hybrydowej, która niestety wciąż trwa. W tym sensie nawet fakt, że z Panem tu rozmawiamy, stanowi dla nich pewną porażkę. Gdy rozpadł się Układ Warszawski, wszystkim byłym krajom socjalistycznym dano niby swobodę działania. Powiedziano im, że teraz będą cieszyć się wolnością, brakiem ograniczeń.

Tymczasem stopniowo gotowano je niczym żabę – jeśli wrzucimy ją od razu do wrzątku, to wyskoczy z garnka, ale jeśli zwiększamy stopniowo temperaturę wody, to w końcu się ugotuje. To samo stało się w Europie. Przykro na to wszystko się patrzy, ale nadal mamy nadzieję, że w Europie pojawią się siły, które na pierwszym miejscu stawiać będą interesy swoich własnych krajów.

Nie zamierzam pytać o szczegóły, ale na ile rzeczywiście zajmował się Pan interesami związanymi z handlem bronią?

– Nigdy nie przeczyłem, że zajmowałem się jej transportem i faktycznie duża część moich przewozów to transporty sprzętu wojskowego i broni. Nawiasem mówiąc, odbyłem też i pomogłem zorganizować kilka lotów z Polski. Wszystko to były loty zgodne z prawem.

Owszem, znałem wielu ludzi, którzy zajmowali się w tamtych czasach sprzedażą broni. Byli to przedstawiciele zarówno firm państwowych, jak i spółek prywatnych. Znałem ich, ale przecież to nie znaczy, że handel bronią jest jakimś strasznym przestępstwem. Zrobiono z niego coś niedopuszczalnego, a przecież dziś, gdy realizuje się go na Ukrainie, to okazuje się nagle, że to szlachetna działalność. Obecnie przy poszukiwaniach i zakupach broni dla Ukrainy okazuje się, że każde, nawet niezbyt czyste sposoby są dobre. Także wszystko zależy od punktu widzenia.

Jeżeli Zachodowi potrzebne jest wytykanie kogoś palcem i wskazanie jako winnego, to jest on w stanie bardzo profesjonalnie i inteligentnie przeprowadzić odpowiednie przygotowanie informacyjne.

Czy mógłby Pan ujawnić coś więcej na temat operacji, które przeprowadzał Pan w Polsce?

– To nie było nic nadzwyczajnego. Było to gdzieś w 1992 czy 1993 roku, gdy z Polski masowo wywożono broń. Wszyscy pamiętają, że na waszych lotniskach stały całe kolumny wozów BTR, BMP-3 i gdzieś je wysyłano. Tak samo było w Rumunii czy w Bułgarii. Tak, że nie sądzę, by można było o tym opowiadać z zapartym tchem.

W tamtych czasach wyprzedawano nadwyżki sprzętu i uzyskiwano z tego określone dochody. Ludzie, którzy tym się zajmowali, generalnie robili rzecz słuszną, bo pieniądze z tego trafiały przede wszystkim do budżetu państwa. A czasy były ciężkie – pomiędzy rozpadem starego systemu, lecz jeszcze przed ukształtowaniem się nowego. Dlatego nie ma sensu opowiadać o jakichś szczegółach. Nie było w tym nic niezgodnego z prawem.

A jak wyglądały Pana relacje z państwem rosyjskim? Wiele zachodnich mediów utrzymywało, że w rzeczywistości realizował Pan w sposób nieformalny określoną politykę państwową w dziedzinie dostaw broni.

– A jaka była ta polityka państwowa Federacji Rosyjskiej w latach 1990.? Wszyscy dobrze wiemy, że była to polityka, której celem było po prostu przetrwanie, polityka bazarowa. Polska przeszła przez ten etap znacznie wcześniej, jeszcze pod koniec reżimu radzieckiego, gdy obywatele polscy mający możliwość wyjazdu polskim Fiatem za granicę zakładali po 3 – 4 pary dżinsów, po pięć zegarków i przyjeżdżali do nas, kupowali aparaty fotograficzne, lornetki, żeby sprzedać je w jeszcze innych krajach, w których z kolei też coś kupowali i jakoś na tym zarabiali. Miliony obywateli rosyjskich zajmowały się tym samym, jakoś próbowali zarobić.

Jakoś ten czas udało się nam przeżyć i zdołaliśmy wtedy nakarmić własne rodziny, czekając aż zacznie działać państwo. A oskarżanie mnie, że realizowałem jakieś interesy dla państwa? Moi drodzy, wybaczcie, ale teraz okazuje się, że wszyscy w Europie i w Stanach deklarują, że działają wyłącznie na rzecz interesów państwowych. Tak, że nawet jeśli je realizowałem, to jakie oni mają prawo mnie o to oskarżać?

Także, proszę wybaczyć, ale te oskarżenia brzmią obecnie osobliwie. Kto mnie bowiem osądza? Kto oskarża? Po tym, co teraz dzieje się na świecie, tego rodzaju dywagacje na Zachodzie brzmią już nawet nie tylko śmiesznie, ale przede wszystkim głupio.

W którym roku, w którym momencie dowiedział się Pan, że Stany Zjednoczone planują Pana zatrzymać i aresztować?

– To już było chyba widoczne gdzieś w roku 2000. Zaczęły pojawiać się jakieś dziwne publikacje, objęto mnie sankcjami. Nawiasem mówiąc, wszystkie te sankcje uchwalano na podstawie kompletnie zmyślonych informacji. Być może ludzie, którzy się tym wszystkim zajmowali powinni sami zostać objęci odrębnym śledztwem. Ale co się stało, to się stało. Szczerze mówiąc, niespecjalnie chciałbym tych ludzi jeszcze kiedykolwiek oglądać. Jak mawiają w Rosji – co było, minęło. Niech Bóg będzie im sędzią. Ja zajmuję się teraz tym, czym się zajmuję.

Nie żałuje Pan, że w 2008 roku zdecydował się Pan opuścić Rosję i polecieć do Tajlandii?

– To wygląda tak, że jeśli się czegoś długo żałuje, to nie ma się energii na inne rzeczy. No dobrze, można żałować przez trzy czy cztery godziny. A później co – dalej rwać sobie włosy z głowy i powtarzać, że tak się stało? Każdy popełnia w życiu jakieś błędy. Dla mnie z jednej strony był to właśnie taki błąd, ale z drugiej była to próba. To, przez co przeszedłem było dla mnie z pewnością wielką szkołą. Wiele się nauczyłem, poznałem wielu ludzi. Przeżyłem bardzo ciężki okres, ale ostatecznie nie powiedziałbym, że żałuję tego, co się wydarzyło.

Wiktor But

Jak to się stało, że władze Tajlandii praktycznie bez żadnych podstaw prawnych zgodziły się na Pana ekstradycję?

– W rzeczywistości władze Tajlandii na ekstradycję się nie zgodziły. Rzecz w tym, że w momencie, gdy przekazano mnie Amerykanom, sąd planował jeszcze dwa czy trzy posiedzenia w tej sprawie. Rozpatrywana była jeszcze kasacja w Sądzie Najwyższym. Była to wyjątkowa sytuacja, bo chodziło o nieprawidłowości w sądzie apelacyjnym, które zostały zaskarżone i kolejnego dnia wyznaczono już ostateczne przesłuchania stron.

Amerykanie widocznie wiedzieli, że sąd wyda decyzję odmowną i nie chcieli na to czekać. Zorganizowali zatem prowokację, przekupili kogoś, by mnie im przekazano. Formalnie tajlandzki wymiar sprawiedliwości nie wydał dokumentu zgody na mają ekstradycję, więc zgodnie z tamtejszym prawem nie była to ekstradycja.

Nawiasem mówiąc, w Tajlandii jeszcze dziesięć lat po tych wydarzeniach były one przedmiotem dyskusji w kręgu prawników, adwokatów i sędziów. Było to dla nich uderzenie w ich godność, bo uznawali, że jako niepodległe państwo powinni rozpatrywać taką sprawę w odpowiedni, zgodni z prawem sposób. O odmowie ekstradycji zdecydował przecież nie jakiś jeden sędzia w pierwszej instancji, lecz cały skład sędziowski na specjalnym posiedzeniu. Wszyscy jego członkowie byli zgodni co do tego, że należy odmówić ekstradycji. Sędzia w swoim uzasadnieniu przytaczał argumenty z precedensowej sprawy, która toczyła się przed sądem w Nowym Jorku, który mnie później sądził. Chodziło o przypadek odmowy przez Stany Zjednoczone irlandzkiego bojownika na podstawie faktu, że dowody przeciwko niemu zostały sfabrykowane.

Wszystko to musiało być poniżające również z punktu widzenia wizerunku międzynarodowego Tajlandii.

– Niestety od dwudziestu lat na naszych oczach demolowane jest prawo międzynarodowe. Podwójne standardy i dwulicowość stały się normą. Politycy mogą w ciągu 10 sekund najpierw powiedzieć jedną rzecz, a po chwili całkowicie przeciwną, nawet przy tym nie mrugając i się tego nie wstydząc. Niestety, tak wyglądają realia, w których przyszło nam żyć.

W jakich warunkach przetrzymywano Pana w Tajlandii?

– W Tajlandii były to warunki typowego tamtejszego więzienia. Nie była to właściwie nawet cela, lecz takie pomieszczenie, które zamiast okien miało ogromne kraty, podobnie jak zamiast drzwi. Na suficie był jeden wiatrak, a w środku 40 osób i tylko jedna niewielka toaleta. W tym pomieszczeniu spędzało się jakieś 18 godzin na dobę. Zamykano nas zaraz po obiedzie, o godzinie 15, i siedzieliśmy tam do 6 rano, niezależnie od pogody, wilgotności czy temperatury.

Oczywiście nie było tam lekko, ale jednak więzienie tajlandzkie w porównaniu z amerykańskim było jakieś bardziej ludzkie, nie bacząc na te warunki. Z każdego oddziału można było tam wyjść na zewnątrz, do takiego ładnego ogródka z jakimiś kwiatami i małym stawem, w którym pływały złote rybki i karasie. Można też było zamówić dowolny posiłek, bez żadnych ograniczeń. Ludzkie i humanitarne było również w więzieniu w Tajlandii zachowanie strażników, co nie zawsze można powiedzieć o więzieniach amerykańskich.

O ile mi wiadomo, warunki Pańskiego uwięzienia w Stanach Zjednoczonych wielokrotnie się zmieniały.

– Na początek trafiłem do więzienia w Nowym Jorku, w którym był specjalny blok dla szczególnie niebezpiecznych przestępców. To taki karcer w karcerze na sześć cel, w którym w tamtym okresie przebywał El Chapo czy Medoff. Przy każdym wyjściu z celi musiało cię trzymać trzech strażników. Za każdym razem zakuwano nie tylko w kajdanki na rękach, lecz skuwano także nogi i nakładano łańcuchy. Prowadzą cię tam jak jakiegoś wściekłego psa.

Podobnie jest z wyżywieniem – nie ma tam takich zwykłych drzwiczek, które się otwiera i przez które podaje jedzenie, lecz specjalna śluza – najpierw otwierają się jedne drzwi, wsuwa się przez nie jedzenie, później następne.

Generalnie Amerykanie widocznie sporo nauczyli się od nazistów, szczególnie jeśli chodzi o więziennictwo. W ramach Operacji Paperclip wywieźli przecież do Stanów Zjednoczonych około 20 tysięcy nazistowskich zbrodniarzy i uczonych, którzy wcześniej służyli w obozach koncentracyjnych. W obozach tych zabijali wcześniej Żydów, jeńców radzieckich, a także Polaków. Testowali na swoich ofiarach różne metody, z których obecnie obficie korzysta federalny system penitencjarny Stanów Zjednoczonych.

Na jakiej podstawie trzymali Pana w takich warunkach i uznali za szczególnie niebezpiecznego? Przecież potrzebne są do tego jakieś podstawy prawne.

– To w ogóle jest ciekawa historia. Dokumenty na ten temat zostały nawet upublicznione. Sędzia zażądał od kierownictwa więzienia wyjaśnień dlaczego przetrzymywany jestem w takich warunkach, a nie na normalnych zasadach.

Na posiedzeniu pojawiła się dyrektorka więzienia, kobieta, która wprost stwierdziła, że jestem bardzo niebezpiecznym człowiekiem, że mogę zorganizować ucieczkę, zabić strażników. Sędzia się zaśmiała i mówi: – Przecież jest w waszym więzieniu. Jak może zorganizować ucieczkę i jeszcze kogoś zabić? Przecież jesteście więzieniem, macie swoje procedury. Jakie macie podstawy? Ja takich podstaw nie widzę.

Dyrektorka więzienia odpowiedziała na to: – My tak uważamy, przeprowadziliśmy nasze śledztwo, zrobiliśmy wywiad i uważamy, że jest bardzo niebezpieczny. Ostatecznie sędzia nakazała przeniesienie mnie z tego oddziału, a dyrektorka, żeby nie stracić twarzy, przeniosła mnie do innego więzienia, już nie na Manhattanie, lecz na Brooklynie.

Czy warunki tam były już lepsze?

– Tym razem umieścili mnie na oddziale dla psychicznie chorych, w którym spędziłem kilka miesięcy, zanim w końcu przenieśli mnie do więzienia, w którym odbyłem resztę wyroku.

Jak przyjął Pan wyrok sądu, w którym usłyszał Pan po raz pierwszy, że czeka Pana 25 lat pozbawienia wolności?

– Są tu dwa aspekty. Z jednej strony oskarżenie wnioskowało o wyrok dożywocia. Z drugiej – nie przytoczono żadnych faktów potwierdzających wersję oskarżenia. Było już jednak w tym momencie oczywiste, że zapadnie wyrok jednoznacznie korzystny dla oskarżenia. Pozostawało tylko pytanie czy skażą mnie na 30 lat, na dożywocie czy na 25 lat. Dlatego w tych okolicznościach 25 lat to było może niewielkie, ale jednak zwycięstwo.

Owszem, ciężko było uświadomić sobie, że czeka cię w sumie 25 lat więzienia, ale w charakterze rosyjskim jest zawsze taki upór, podobnie pewnie zresztą jak w polskim. W takich ciężkich sytuacjach nie poddajemy się, lecz zaciskamy pięści i mówimy sobie, że jeszcze się okaże jak będzie.

Wkrótce musiał Pan jakoś zorganizować sobie życie za kratami. Zajął się Pan m. in. sztuką i nauką języków obcych.

– Tak, postanowiłem sobie, że skoro nie mogę zmienić otoczenia, to muszę przynajmniej je wykorzystać, wykorzystać ten czas maksymalnie, jak tylko można,. Dlatego od samego początku, jeszcze przed procesem, prosiłem adwokatów, by przynosili mi różne podręczniki. Większość czasu poświęcałem na naukę tego, czego mogłem się uczyć i co mnie interesowało. Bardzo dużo czytałem. W pewnym momencie dochodziłem do jednej książki dziennie.

Przez cały mój pobyt w więzieniu, według moich notatek, przeczytałem ponad 6000 książek, które przysyłali mi różni przyjaciele, znajomi, rodzina, żona. Były to książki w różnych językach. Nauczyłem się też rysować. Dzięki Bogu, trzeba przyznać, że w amerykańskich więzieniach można było wszystko oficjalnie kupić i spokojnie się tym zajmować. Był nawet taki specjalny pokój do rysowania, dostępny dla mnie w okresie, gdy krótko przebywałem w warunkach o niezaostrzonym rygorze.

A jak wyglądały Pana kontakty i widzenia z rodziną?

– Wie Pan, z tym były problemy. Rozmawiałem z żoną zaraz po procesie, czyli w 2012 roku, a po raz kolejny wydano im wizy dopiero w 2019 roku. Przez cały ten czas nie dawno im wiz. Jak wiemy, właśnie w tym czasie doszło do największego pogorszenia relacji, zaczęła się walka z dyplomatami, która zresztą trwa do tej pory. Oczywiście, nie sprzyjało to załatwianiu nawet takich kwestii humanitarnych. W tamtym czasie otrzymanie wizy stało się praktycznie niemożliwe. Moja żona i córka czekały na jej wydanie prawie trzy lata.

Ale mieliście kontakt przez Internet i kontakt telefoniczny?

– Przez Internet nie. Była możliwość wysyłania wiadomości elektronicznych przez specjalny serwer i otrzymywania na nie odpowiedzi, ale wszystko to było pod ścisłą kontrolą. Można było wykonywać połączenia telefoniczne, ale trzeba było najpierw wpisać numer docelowy na specjalną listę. Nie można było dzwonić na żadne inne numery. Trzeba się było zapisywać do telefonu z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Można było rozmawiać raz na tydzień albo raz na dwa tygodnie przez 10-15 minut. Także z tym też nie było tak łatwo.

Dziś już wiemy, że wszystko skończyło się dobrze. Ale jak Pan ocenia wszystkie te próby władz rosyjskich na przestrzeni lat, by Pana na kogoś wymienić albo po prostu uwolnić?

– Zapewne nawet nie wiem o wszystkich tych próbach i może to dobrze. Wyobrażam sobie jak trudne one musiały być.

Największym problemem za czasów administracji Obamy było to, że nie wiadomo było z kim rozmawiać. Wiemy, że wraz z administracją Obamy całe nasze stosunki zaczęły przechodzić na poziom otwartej konfrontacji. Bardzo trudno było z nimi rozmawiać, szczególnie gdy sekretarzem stanu była pani Clinton.

Dlatego rozumiałem, że choć bardzo chciałbym jak najszybciej wrócić do domu, to zadanie dyplomatów w tej sprawie jest bardzo trudne, a ambasada i tak robiła wszystko, by mi pomóc. Po pierwsze, starali się mnie bardzo często odwiedzać. Zawsze miałem możliwość kontaktu z nimi, a oni także mogli do mnie zadzwonić. Dzięki nim dostawałem rosyjskie gazety, magazyny i mogłem dowiedzieć się z nich co dzieje się w Rosji.

Jeśli słuchałbym tylko amerykańskiego radia i oglądał amerykańskie kanały telewizyjne, to niewiele bym się dowiedział o tym, co dzieje się na świecie. Możesz z nich jedynie usłyszeć co tam w bejsbolu, w futbolu amerykańskim, jakie są problemy wszelkich mniejszości, ale raczej nie dowiesz się na temat rzeczywistych wydarzeń na świecie.

Czyli możemy powiedzieć, że rosyjskie władze kierują się zasadą, że nie zostawia swoich w biedzie?

– Tak, w tej sferze cieszy mnie to, że jest to przedmiotem systematycznej pracy i w każdym przypadku reaguje ministerstwo spraw zagranicznych, organizacje pozarządowe, obrońcy praw człowieka. Jest zatem nadziej, że uda nam się zwalczyć praktykę zatrzymywania obywateli Rosji pod wymyślonymi oskarżeniami. W sumie przypomina ona piractwo, w którym porywa się ludzi dla okupu. Niczym niegdyś piraci na Morzu Śródziemnym, którzy zatrzymywali statek, porywali z niego wszystkich, aby potem dostać za nich okup lub sprzedać ich do niewoli. Można powiedzieć, że Ameryka odziedziczyła te nie najlepsze cechy piratów.

Można wręcz powiedzieć, że porywa ludzi jako zakładników.

– Tak. I jednocześnie oskarża wszystkich innych, że to oni rzekomo biorą zakładników. Wiemy przecież, jaki hałas podnosi się za każdym razem, gdy gdzieś zatrzymywany jest obywatel amerykański. A jeśli na dodatek dochodzi do tego w Rosji, to w ogóle przedstawia się to jako jakąś katastrofę.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Mateusz Piskorski

Całość wywiadu w wersji wideo dostępna na kanale YouTube Wbrew Cenzurze.

Wiktor But (ur. 1967 w Duszanbe) – rosyjski przedsiębiorca zajmujący się transportem broni, pierwowzór bohatera filmu Pan życia i śmierci z Nicholesem Cage’m w roli głównej. Zatrzymany na polecenie Amerykanów w Tajlandii w 2008 roku, następnie skazany przez sąd w Nowym Jorku na 25 lat więzienia. W ramach wymiany więźniów powrócił do Rosji w 2022 roku.

https://myslpolska.info

Czy jest szklany sufit dla partii politycznych?

 



Wyniki tegorocznych wyborów prezydenckich oceniam w miarę optymistycznie. Z jednej strony kandydaci POPiS weszli do drugiej tury, ale z drugiej strony rekordowy wynik dostali kandydaci kwestionujący w jakimś stopniu politykę zagraniczną prowadzoną przez polityków POPiS i ich przystawek.

Do tego typu grona kandydatów zaliczyłem: Sławomira Mentzena, Grzegorza Brauna, Artura Bartoszewicza, Marka Wocha, Macieja Maciaka, a nawet Marka Jakubiaka (Jakubiak nieznacznie różnił się Karola Nawrockiego jeśli chodzi o kwestie międzynarodowe, niemniej jeśli ktoś głosował na niego, a nie na kandydata PiS to musiała tego typu wyborcę irytować polityka służenia Ukrainie przez polityków tej formacji).

Łączny wynik na wyżej wymienionych kandydatów to 22,69%. Późniejsze wzrosty w badaniach opinii publicznej dla Konfederacji Wolność i Niepodległość i Konfederacji Korony Polskiej wywołały pytanie jaki jest szklany sufit poparcia dla tych partii. Uważam że nie ma szklanego sufitu poparcia dla partii politycznych w Polsce, o ile ugrupowania będą spełniać pewne warunki, które pozwolą na pozyskiwanie kolejnych grup wyborców.

Wędrówki elektoratów

Przez wiele lat na Partię Demokratyczną w USA głosowała w dużej mierze klasa robotnicza, osoby pochodzenia nie białego, a na Partię Republikańską głosowali w dużej mierze biali ludzie, miłośnicy wolnego rynku.

W ostatnich latach za sprawą Donalda Trumpa Partia Republikańska przeszła pewną przemianę. Trump w swoim programie, retoryce zaczął akcentować kwestię socjalne, interesy klasy robotniczej. Pozwoliło to na zyskanie wyborców wśród klasy robotniczej, a także wśród Latynosów, którzy chcą państwa dbającego o interesy klasy robotniczej, a zarazem cenią wyrazistych polityków, takich jak Donald Trump.

Przez wiele lat Floryda, w której mieszka wielu Latynosów, była tzw. swing state (stanem wahającym się ). Dzięki działaniom Donalda Trumpa i jego ludzi stała się stanem, w którym wyraźnie wygrywają Republikanie.

Kampania jako ważenie własnych interesów

Oceniam politykę zagraniczną, historyczną rządów PiS jako skrajnie szkodliwą i antypolską. Niemniej przez 8 lat swoich rządów Prawo i Sprawiedliwość w niektórych kwestiach wykazało się sprawstwem. PiS w trakcie swoich rządów spełniło wiele swoich obietnic prospołecznych. Rządy PiS doprowadziły do pewnych zmian w świadomości elektoratu.

Obecne rządy w polityce historycznej, zagranicznej są równie szkodliwe i antypolskie jak rządy PiS. Niemniej w chwilach szczerości politycy partii rządzących wymieniają wśród swoich sukcesów to, że zachowali programy prospołeczne poprzednich rządów.

Bardzo trudno mi wskazać sukcesy obecnego rządu. Po dłuższym namyśle jestem w stanie wskazać jako sukces obecnej ekipy rządzącej to, że został podniesiony zasiłek pogrzebowy. Dzięki rządom PiS ludzie zaczęli postrzegać politykę i kampanię wyborczą pod kątem korzyści dla siebie.

Na szczęście coraz mniej jest zakompleksionych wyborców, którym wystarczą hasełka o europejskich wartościach i o tym, że dzięki UE i NATO będą piękni i bogaci.

Mentzen socjaldemokratą

Było to widać w kampanii prezydenckiej. Wbrew opinii wielu, Sławomir Mentzen dostał gorszy wynik nie przez swoje zdecydowane i konsekwentne stanowisko w sprawie aborcji, a przez mówienie o prywatyzacji szkolnictwa wyższego. Wskutek tej wypowiedzi Menzten mógł stracić około 0,3-0,9% na rzecz Nawrockiego i Adriana Zandberga (dla młodych ludzi z prowincji, małych miast czy obrzeży dużych miast kwestia darmowego szkolnictwa wyższego czy publicznego transportu odgrywa istotną rolę).

Sławomir Mentzen był w trakcie debaty atakowany za swój liberalny program gospodarczy z różnych elekcji. Mentzen de facto odciął się od własnego programu i stał się socjaldemokratą.

Socjaldemokrata z Konfederacji prezydentem Bełchatowa

Patryk Marjan jest prezydentem Bełchatowa. Marjan jest jedynym prezydentem miasta z ramienia Konfederacji. W wyborach na prezydenta Bełchatowa pokonał kandydatów POPiS.

Przeglądałem program Patryka Marjana i jest on typowym programem samorządowym, z grubsza można nazwać ten program socjaldemokratycznym. Nie ma tam nic o prywatyzacji spółek samorządowych i o tym ze wolny rynek uczyni miasto lepszym. Ludzie oczekują sprawnie działającej administracji, dostępu do usług publicznych. Ludzie mają dosyć POPiS i wrestlingu politycznego, ale w większości nie chcą prywatyzacji spółek samorządowych czy spółek skarbu państwa.

Dobry wynik w Zabrzu

W sierpniu odbyły się wybory przedterminowe prezydenta Zabrza. Względny sukces odnotował w tych wyborach Sebastian Dziębowski z Komitetu Wyborczego Wyborców Sebastiana Dziębowskiego – Konfederacja. Dziębowski uzyskał 14,09%. W swojej kampanii poruszał tematy związane z samorządem, a także wątki wielowektorowe.

Sebastian Dziębowski uzyskał bardzo dobry wyniki na postindustrialnych dzielnicach, w tym na Biskupicach (w niektórych komisjach wyborczych na Biskupicach, na sąsiednim Bobrku i Karbiu w Bytomiu w pierwszej turze wyborów prezydenckich Rafał Trzaskowski zajął trzecie miejsce, ustępując wyraźnie nie tylko Karolowi Nawrockiemu, ale i Sławomirowi Mentzenowi).

Górnicy przeciwko PiS

Na Nowym Bytomiu w Rudzie Śląskiej przy osiedlu Kaufhaus jest Huta Pokój. W trakcie kampanii wyborczej obok symboli związków zawodowych wisiał plakat wyborczy Sławomira Mentzena. Jak widać, resztki klasy robotniczej w naszej ojczyźnie wykazują się pewną świadomością polityczną, bowiem Prawo i Sprawiedliwość w trakcie swoich rządów wiele mówiło o patriotyzmie gospodarczym, a zarazem na życzenie Brukseli niszczyło resztki polskiego przemysłu i pełzało przed Unią Europejską.

Do klasy robotniczej uśmiecha się Adrian Zandberg, jednak ten polityk jest atlantystą, zwolennikiem pogłębiania integracji z UE, co jest zabójcze dla polskiego przemysłu.

Nie ma granic wzrostu

Ludzie mają coraz bardziej dosyć POPiS i ich przystawek. Coraz więcej jest ludzi świadomych, czytających niezależne media – dotyczy to zwłaszcza osób młodszych. Zmiany demograficzne są niekorzystne dla POPiS (wymierają głównie ich wyborcy, a wśród młodych wyborców te partie nie mają czego szukać).

Ugrupowania kontestujące politykę POPiS , antypolską politykę zagraniczną tych ugrupowań, jeśli nie będą głosić i wprowadzać antyspołecznych rozwiązań, mają nieograniczone możliwości wzrostu poparcia.

Kamil Waćkowski
https://myslpolska.info/

Problemy nowe starej lewicy



Na Zachodzie (ostatnio w Anglii) tzw. prawdziwa lewica próbuje się oderwać od socliberalnego głównego nurtu i skorzystać na zjawisku nazywanym „wzbierającą falą populizmu” – a jednak nadal przegrywa na tym polu z nową (?) prawicą.

Winien jest nie tylko sam spóźniony start, ale także fakt, że ową nową lewicę starych wartości zakładają ludzie i grupy ukształtowane przez dekady degeneracji socjaldemokratów w kierunku liberalizmu.

Język normalsów

Stąd tuż obok rzekomo nowych haseł, odwołujących się do lewicowych korzeni i realnych potrzeb klasy robotniczej – po prostu muszą pojawić się zastrzeżenia, że „nie, nie, my też jesteśmy za klimatem, transgenderem i (przeważnie) imigracją, tylko okazujemy również zatroskanie, że już fabryk nie ma (o ile były wegańskie)”.

A w tym czasie Reform UK w opanowanych przez siebie samorządach zdejmuje obce flagi, kończy programy utransowienia młodzieży i wydaje zarządzenia uniemożliwiające zamykanie ciągle tych samych dróg na całe miesiące. Prosto, zrozumiale, jednoznacznie. Dostrzegacie Państwo różnicę w odczuwaniu potrzeb społecznych i reagowaniu na problemy?

Jasne, farage’owcy u góry to tylko „another Blue”, inny odcień torysów, ale na dołach to często normalsi, a nie aktywiści rozkładający akcenty między życiem pingwinów a życiem byłych hutników. Faktycznie bowiem także język nowej / starej lewicy nie nadaje się do komunikacji z elektoratem, a droga do odzyskania wiarygodności, jak pokazują przykłady Sahry Wagenknecht w Niemczech i George’a Galloway’a w Anglii – może być bardzo długa, jeśli w ogóle ma nie prowadzić w to samo, socliberalne przedpiekle.

Oderwać się od mainstreamu

Widać to także w Polsce, gdzie wielu kandydatów do roli prawdziwej lewicy po prostu nie umiało i nie unie oderwać się od głównego nurtu w kwestiach takich jak COVID, wojna na Ukrainie, górnictwo węglowe, ograniczenia dla kierowców czy imigracja. Tymczasem właśnie przykład entuzjastycznego akcesu grupki skądinąd poza tym sympatycznych komunistów do polityki lockdownowej pokazuje jak bardzo donikąd jest to droga.

Czy bowiem zamaskowani komuniści skorzystali jakoś na swym internetowym szurowaniu za lockdownami, przekonali kogokolwiek, że pandemia to wina kapitalistów, liczy się wspólnotowość, a rzekomo najlepiej poradziły sobie postkomunistyczne Chiny?

Nie, nikt nie zauważył, profity zebrał główny nurt, a niesmak z zachowania niektórych kolegów pozostał na dłużej. I podobnie rzecz się ma niemal ze wszystkim, co należy do pakietu nowej, socliberalnej lewicy i czego próżno szukać w pismach klasyków socjalizmu.

Prowadzić tłum, nie iść za nim

Tak, socjalizm w Polsce pojawił się wskutek zainteresowania szlacheckich dzieci nowymi prądami płynącymi z zewnątrz. I tak, to polski nacjonalizm wyewoluował z dążenia do samoświadomości jednostek wychodzących często z kręgów plebejskich. Oba te nurty przynajmniej czasowo zakorzeniły się w Polsce właśnie nie oglądając na ograniczenia swych źródeł, ale odnajdując wspólny język, cele i wartości z masami.

Prawdą jest również, że podobnie jak ruchy populistyczne w innych częściach świata, wielkie idee XX wieku święciły triumfy nie kiedy ulegały masowym skłonnościom, lecz gdy umiały je zorganizować i ukierunkować.

Brak jasno określonego kierunku zmian jest właśnie słabością współczesnych prawicowych populizmów, które wystarczająco wiarygodnie punktują czego nie chcą, słabo jednak artykułując do czego dążą. Odpowiedzialność nakazuje im bowiem często powstrzymać od „żeby było jak dawniej”, podczas gdy samo „żeby było normalnie” z czasem może już nie wystarczać.

Lewica, paradoksalnie, mogłaby mieć pod tym względem więcej atutów, choćby proponując powrót do usług publicznych rozumianych właśnie jako usługi i cywilizacyjny koszt społeczny, a nie jako źródło zysków, podczas gdy odwołująca się do pryncypiów liberalizmu prawica zawsze będzie miała problem z takim stawianiem sprawy.

Podobnie też rzecz mogłaby się mieć choćby z reindustrializacją, w realiach europejskich właściwie niemożliwą bez aktywnej roli państw, a więc i pełnym zatrudnieniem i szeregiem innych kwestii wobec których liberałowie zawsze byli i są bezradni nie umiejąc przyznać, że świat w którym żyjemy to dzieło firmowane przez Ronalda Reagana, Margaret Thatcher, a więc i Miltona Friedmana, a nie Antonia Gramsciego i spółkę. A jednak…

Wiarygodność populistów

A jednak jest coś, co uniemożliwia lewicy mówienie i działanie w taki właśnie, zdroworozskądkowy, zrozumiały dla ludzi sposób. To dlatego tylu dziedzicznych wyborców Labour głosuje dziś w UK na Reform UK, a nie na znacznie bardziej przecież wiarygodne Workers Party of Britain czy Social Democratic Party, a na prawicy nie mają żadnego znaczenia takie odpryski dawnego Frontu Narodowego jak Populist Party czy inni odwołujący się po dawnemu do dystrybucjonizmu, Gilberta Chestertona i Hillaire’go Belloca.

Wiarygodność wyborcza jest dziś po stronie populistycznej prawicy postliberalnej i ani lewicowy refleks szachistów, ani prawicowe przywiązanie do pryncypiów tego stanu rzeczy nie zmienią.

W Anglii nową starą lewicę tworzy dziś Jeremy Corbyn, skądinąd prywatnie sympatyczny, ale już otoczony przez aktywiszcza jeszcze bardziej dogmatyczne niż te, które podtopiły w Niemczech Sahrę Wagenknecht. Partia Corbyna jeszcze nie powstała, a już zachwyca masowością. Tylko że:

– zgodnie z tradycją labourzystowską ważniejsze jest poparcie central związkowych niż członkostwo indywidualne,

– za sprawy organizacyjne nowego ruchu biorą się już frakcje trockistowskie, genetycznie nastawione na ciągłą weryfikację i eliminację, zwłaszcza w ramach entryzmu.

Charakterystyczne, że tym razem to Nigel Farage zdaje się unikać swojego ulubionego sportu, czyli wyrzucania wszystkich członków z własnej partii, samemu będąc zabezpieczonym jako faktycznie nieusuwalny współwłaściciel Reform UK. Dzięki temu właśnie błękitni rosną w terenie jako głos normalsów, nawet jeśli z torysowskimi miliarderami w Westminsterze.

Czy corbynowcom uda się ta sama sztuka? Skłonności wyniesione tak z Labour, jak z partyjek socjalistycznych będą to utrudniać.

Podobnie więc wygląda to i w Polsce. Odcinając grubą kreską dyskusję o odpowiedzialności za przeszło 35 lat III RP, po prostu nie da się zbudować w Polsce innego nurtu masowego niż narodowo-populistyczny, kojarzony z prawicą, jak długo koledzy z lewicy będą powtarzać „ale może niech włożą maseczki i się zaszczepią…, ale niech się przesiądą na rowery…, ale niech chłopy włożą sukienki…, ale dzięki wiatrakom będzie chłodniej…” itd.

Prawdą jest, że prawica nie tylko w Polsce skażona jest infantylnym liberalizmem gospodarczym, ale w przypadku lewicy jest podobnie, tylko również w zakresie kultury i zwłaszcza języka.

Drugie ćwierćwiecze XXI wieku

Prawdą jest również, że powoli dorasta elektorat, który nie zna innej rzeczywistości niż transgender, katastrofa klimatyczna i kapitalizm platformowy. Ta młodzież jednak to, póki co, wyborcy innego oblicza systemu, czyli na Zachodzie głównie Zielonych i różnych ruchów aktywiszczowskich, a w Polsce docelowo Razem i pochodnych.

Problem znalezienia języka z tą grupą, nadeksperysjną bądź skrajnie pasywną, przebodźcowaną, podprogowo przyjmującą inprintowany przekaz i wierzącą, że wszystkie jej problemy to ADHD, rozwiązywalne kolejną pigułką – będzie zadaniem drugiej ćwierci XXI wieku.

Na razie jednak środowiska nie-systemowe nie odrobiły nawet lekcji z przemian społecznych i świadomościowych po roku 2000.

Konrad Rękas
https://aniemowilem.pl

 

Zdrada Europy Środkowej


Tak, wiem: w polityce, szczególnie tej międzynarodowej, kategoria lojalności i zdrady ma bardzo niewielkie znaczenie.


Czasem zachowywanie lojalności za wszelką cenę może być nawet szkodliwe, choć z drugiej strony warto zachowywać ją tam gdzie można, a przynajmniej werbalnie ją manifestować, bo stanowi ona pewien kapitał wizerunkowy, który też ma określoną wartość.

Najgorsze jest jednak całkowicie bezinteresowne demonstrowanie zdrady i braku lojalności w sytuacjach, w których nic naszemu krajowi to nie przynosi. A tak właśnie zachowuje się państwo polskie w stosunku do przyjaciół i sąsiadów, z którymi teoretycznie nie mamy żadnych sprzeczności interesów.

W 1991 roku Polska była jednym z współzałożycieli Trójkąta Wyszehradzkiego, w którego skład weszły trzy państwa naszego regionu – poza naszym krajem, Czechosłowacja i Węgry. W 1993 roku w wyniku rozpadu federacji naszych południowych sąsiadów trójkąt przekształcił się w grupę z Czechami i Słowacją w składzie.

Idea nie była nowa, lecz sięgała z jednej strony wspólnoty interesów i pewnej wspólnej tożsamości czasów habsburskich, a z drugiej strony licznych pomysłów integracyjnych międzywojnia, które nigdy nie zostały zrealizowane, jednak wciąż krążyły w różnych nurtach myśli politycznej regionu.

W latach 1990. koncepcja współpracy sprowadzała się do w zasadzie słusznego i racjonalnego założenia, że tylko działając razem możemy jako Europa Środkowa uzyskać w miarę korzystne warunki udziału w Unii Europejskiej.

Nie do końca to wyszło, bo w grupie z przyczyn politycznych marginalizowana była Słowacja pod rządami Vladimira Mecziara. W kolejnych latach wciąż jednak słyszeliśmy od przedstawicieli polskiej klasy politycznej o znaczeniu i dużej wadze przywiązywanej do współpracy regionalnej w naszym regionie Starego Kontynentu.

W ciągu ostatnich lat na słowach się jednak kończy. Nie dzieje się tak bynajmniej z powodu pojawienia się jakichś poważnych sporów geopolitycznych, ekonomicznych czy znaczących sprzeczności interesów. Europa Środkowa ma nadal dość jasne i oczywiste priorytety, wśród których wymienić można wspólne zabieganie o nasze interesy w Unii Europejskiej oraz stabilizację sytuacji za naszymi wschodnimi granicami. Ta ostatnia rzecz jasna wiąże się z unikaniem eskalacji i konfliktów oraz utrzymywaniem pragmatycznych, poprawnych relacji ze wschodnim sąsiedztwem UE.

Polskie władze – zarówno te spod znaku PiS, jak i PO – kierują się jednak konsekwentnie irracjonalnym założeniem dominującej u nas matrycy ideologicznej narzucającej wszystkim dookoła postawę fobii przed Rosją. Kto na tą fobię nie cierpi i stara się mówić językiem politycznego realizmu, ten z miejsca okrzyknięty jest wrogiem, albo wręcz kremlowskim agentem. Tak właśnie stało się już z dwoma przywódcami krajów Grupy Wyszehradzkiej: premierem Węgier Viktorem Orbánem i szefem rządu Słowacji Robertem Ficą.

W kolejce są Czechy, w których w jesiennych wyborach najprawdopodobniej zwycięży równie pragmatyczny Andrej Babisz. W efekcie w grupie czterech państw pozostaniemy osamotnieni ze swoimi kompleksami i fobiami.

Własne fobie można jednak jakoś maskować dla dobra zachowania normalnych relacji ze światem zewnętrznym. Wariat często stara się ukrywać swoje szaleństwo, stwarzając pozory, iż jest człowiekiem normalnym, kłaniającym się sąsiadom i miłym dla znajomych.

Poziom szaleństwa polskiej sceny politycznej jest już jednak tak wysoki, że zachowywanie pozorów uniemożliwia. Ostatnim tego przykładem jest oburzenie Donalda Tuska na wiadomość o tym, że Budapeszt może stać się miejscem negocjacji pokojowych z udziałem prezydentów Stanów Zjednoczonych i Rosji mających zakończyć wojnę na Ukrainie.

Państwo racjonalne cieszyłoby się, że nasz region ma szansę stać się gospodarzem istotnych dla bezpieczeństwa nas wszystkich rozstrzygnięć. Mógłby w nim wystąpić wręcz element zazdrości, żalu, że do tej rangi wydarzenia nie dochodzi u nas.

Polskie szaleństwo polega jednak na tym, by publicznie kraj regionu osiągający pewien sukces obrazić, bo ów sukces niezgodny jest z pożądaną wizją wojennej zawieruchy, którą wciąż żyje nadwiślańska klasa polityczna.

Właściwie POPiS wypisał nas już geopolitycznie z Grupy Wyszehradzkiej. Pozostała nam na otarcie łez przyjaźń z innymi pacjentami politycznego szpitala psychiatrycznego – niknącymi w oczach demograficznie i ekonomicznie republikami bałtyckimi.

Mateusz Piskorski
https://myslpolska.info/

Teoria gier jako strategia

 

Lojalność wobec kogo? A Ławrow mówi…


Autorstwa Larry’ego C. Johnsona

Poniższy film – jeśli jest prawdziwy – to druzgocący akt oskarżenia Donalda Trumpa i jego rzekomego zaangażowania w politykę „Ameryka na pierwszym miejscu” . W rzeczywistości pokazuje coś wręcz przeciwnego: Trump stawia Amerykę na drugim miejscu.

Sierżant armii amerykańskiej Jonathan Estridge, weteran z 20-letnim stażem, informuje, że jest on objęty śledztwem w sprawie publikowania antyizraelskich postów w mediach społecznościowych. Powiedziano mu, że stanowi teraz „zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego”. Estridge słusznie podkreśla, że ​​złożył przysięgę obrony Konstytucji. Ta przysięga nie wspomina o tym, że armia amerykańska musi chronić Izrael.

Ławrow w NBC

Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow zgodził się na wywiad z NBC. Prowadząca Kristen Welker pracowała na podstawie gotowego scenariusza, ale prawie nie słuchała tego, co Ławrow faktycznie mówił. On natomiast zachował spokój, precyzję i pewność siebie – a nawet zaprosił ją do przeprowadzenia kolejnego wywiadu osobiście w Moskwie.

Teraz, gdy ucichło zamieszanie wokół szczytu na Alasce i spotkania Trumpa w Waszyngtonie z Zełenskim i europejskimi przywódcami, Zachód zdaje sobie sprawę, że porozumienia pokojowego nie widać. Ławrow wyjaśnił rosyjskie stanowisko, które prezentowałem już kilkakrotnie na tym blogu.

Kalkulacje Putina i głębokie państwo

Rozumiem pragnienie Putina, by nawiązać normalne relacje z Trumpem. Obawiam się jednak, że nie docenia on głęboko zakorzenionej nienawiści amerykańskiego „głębokiego państwa” do Rosji. Tylko militarna klęska Ukrainy może zmusić Zachód do poważnego rozważenia rozwiązania dyplomatycznego.

Nie wiem, czy Putin świadomie opiera się na teorii gier. Ale jego ostatnie decyzje na to wskazują. Cel Waszyngtonu pozostaje jasny: zmusić Rosję do uległości – czy to poprzez oszustwo, sankcje, czy presję militarną. Biurokracja w Waszyngtonie nie pozwoli Donaldowi Trumpowi na nawiązanie normalnych stosunków z Rosją.

Teoria gier jako strategia

Co radzi teoria gier w takich asymetrycznych negocjacjach? Najważniejsze zasady:

  • Wiarygodność: Groźby lub obietnice muszą być sformułowane w taki sposób, aby przeciwnik wierzył, że zostaną spełnione. Bez wiarygodności wszelki efekt odstraszający zanika.
  • Wzajemność: Nagradzaj współpracę, karz agresję – klasyczne „oko za oko” . To jasno pokazuje, że wrogie zachowanie ma swoje konsekwencje.
  • Komunikacja i reputacja: Jasne sygnały, determinacja i powściągliwość są kluczowe, aby uniknąć eskalacji, broniąc jednocześnie własnych interesów.
  • Długoterminowa perspektywa: Osoby, które postrzegają negocjacje jako serię powtarzających się interakcji, mają tendencję do promowania współpracy, a nie konfrontacji.

Niedawny przykład: rosyjski atak na powiązaną z USA fabrykę w zachodniej Ukrainie, produkującą komponenty do dronów. To był klasyczny przykład odwetu , odwet, który również niesie ze sobą pewien przekaz.

Wniosek

Teoria gier sugeruje, że Rosja musi znaleźć równowagę między stanowczością a powściągliwością. Wiarygodne groźby, w połączeniu z celowym odwetem, powinny odstraszyć przeciwnika, jednocześnie utrzymując otwarte kanały komunikacji. Ograniczyłoby to szkody, nie niwecząc jednocześnie perspektyw współpracy.

Oto wywiad z Ławrowem. Gorąco polecam obejrzeć.

https://uncutnews-ch.translate.goog

To nie tylko dzieło gangów.

 a inne nacje to kiełbasa też czekaja w kolejce kolorowych ludów na swoje „prawo do szczęścia”.

Wiadomość do Keira Starmera: Skończcie z teatrem. Mówicie o „represjach” i „zabezpieczaniu granic”, jakby kilka nalotów i aresztowania w nagłówkach cokolwiek zmieniły. Ale łodzie wciąż napływają, hotele się zapełniają, a transformacja demograficzna Wielkiej Brytanii postępuje. Nie chodzi tu o gangi. Chodzi o klasę polityczną, która otworzyła drzwi, trzymała je otwarte i przedstawiała to jako współczucie, jednocześnie rozmontowując naród, któremu rzekomo służy.

Nielegalna migracja to nie przypadek. To nie tylko dzieło gangów. To ostry punkt celowej inżynierii demograficznej – ten sam schemat, który widzimy od Kanady po Francję, od Niemiec po Australię. Łodzie wciąż napływają, bo wasz rząd je wpuszcza. Są zakwaterowane, bo rady miejskie mają nakaz ich przyjęcia. Są tu przetrzymywane, bo sądy, organizacje pozarządowe i branża „praw człowieka”, którą chronicie, sprawiają, że deportacja jest praktycznie niemożliwa. To nie jest wina systemu. To system, działający dokładnie tak, jak powinien.

A co Co ten system zapewnia? Rdzenną ludność, która czuje się jak obcy we własnym kraju. Brytyjskie rodziny pozbawione mieszkań, podczas gdy hotele są pełne migrantów. Szkoły, w których dzieci podatników są marginalizowane, podczas gdy równoległe społeczeństwa umacniają się dzięki błogosławieństwu państwa. Kraj, w którym najpopularniejszym imieniem dla chłopców jest Muhammad, a wskaźniki urodzeń białych chrześcijan spadają. To nie jest złe zarządzanie. To zastąpienie. I ty o tym wiesz.

Chwalisz się nalotami i aresztowaniami. Widzimy je takimi, jakimi są: symbolicznymi gestami mającymi na celu uspokojenie gniewu społecznego, podczas gdy prawdziwy rurociąg pozostaje szeroko otwarty. Możesz rzucać procentami, ale łodzie i tak dopłyną, hotele i tak się zapełnią, a demografia i tak się zmieni. To teatr, a nie ochrona granic.

A oto prawda: nie jesteś lojalny wobec Wielkiej Brytanii ani Brytyjczyków. Jesteś lojalny wobec koalicji, która cię podtrzymuje – lewicowo-islamistycznego paktu w miastach, organizacji pozarządowych, sądów, ponadnarodowej machiny w Brukseli i Davos. Ta machina… Nie chce granic. Nie chce narodów. Nie chce narodu pewnego swojego dziedzictwa. Chce rozdrobnionej, podzielonej populacji: łatwej do zarządzania, niemożliwej do zjednoczenia.

Więc nie, nie zabezpieczycie granic. Będziecie nadal importować elektorat, którego chcecie, jednocześnie wmawiając ludziom, którzy zbudowali ten kraj, że opór to „rasizm”. To jest prawdziwy biznes, który się tu odbywa – i jest o wiele bardziej ohydny niż jakikolwiek gang w Calais.

Dopóki Wielka Brytania nie uzna tego za celowy sabotaż demograficzny – żadne hasło, żadne represje, żaden wasz „priorytet” niczego nie zmieni. Bo prawda jest prosta: rząd nie zawodzi w powstrzymywaniu łodzi. Po prostu decyduje się tego nie robić.

„Kraj, w którym najpopularniejszym imieniem dla chłopców jest Muhammad, a wskaźniki urodzeń białych, chrześcijańskich spadają. To nie jest złe zarządzanie. To zastąpienie.” https://x.com/JChimirie66677/status/1960411676144230820

…

Wiecie to już. Ale wszyscy inni nie. To może wywołać uzasadniony gniew.
Kiedy zaufanie zostanie zniszczone, w ciągu kilku dni pojawiają się wszelkiego rodzaju wnioski.
Spróbujmy więc. Myślę, że to dobry ogólny opis tego, co się dzieje. Nie potrafię powiedzieć, z której konkretnie organizacji pozarządowej lub kanału te rozkazy docierają. Ale oczywiste paralele, wszędzie, podpowiadają każdej wnikliwej osobie, że to zorganizowane, a nie organiczne.

Pozdrawiam serdecznie
Mike

Na potrzeby polityczne zrobiono z polskich rodzin patologiczne komórki społeczne, w których króluje alkoholizm, lenistwo i prymitywizm.

 

800+ miało mnożyć Polaków a nie Ukraińców!


Decyzja Prezydenta RP Karola Nawrockiego o zawetowaniu kontynuacji wypłacania 800+ wszystkim Ukraińcom, została w kręgach opozycji rządowej przyjęta z zadowoleniem.

euromajdan

Prezydent uzależnia wypłatę świadczenia od tego czy ukraińscy rodzice są osobami pracującymi czy nie. Dla głosujących na K. Nawrockiego to dowód, że jest prezydent, który w porównaniu do swojego ukrainofilskiego poprzednika zaczyna prowadzić zupełnie inną politykę względem państwa ukraińskiego i jego obywateli.

Czy rzeczywiście ta jedna pierwszych decyzji prezydenta RP pozwala popadać nam zdroworozsądkowym Polakom w euforię i wierzyć, że za sprawą nowo wybranego prezydenta odzyskamy choć część przywilejów przynależnych gospodarzowi?

Zagadnienie funkcjonowania świadczenia 800+ zasługuje na ukazanie go w kilku aspektach. Po pierwsze warto przypomnieć, że kiedy ustawa o wprowadzeniu tego świadczenia procedowana była w parlamencie, to dzisiejsi przedstawiciele kolacji rządzącej twierdzili, iż świadczenie to przyniesie pogłębienie skali patologii w rodzinach. Według przedstawicieli PO czy lewicy środki z tego świadczenia miały być wykorzystywane do kupna alkoholu przez rodziców, miały zniechęcać rodziców do podejmowania pracy oraz zachęcać do wydawania pieniędzy na przysłowiowe „zbytki”.

Na potrzeby polityczne zrobiono z polskich rodzin patologiczne komórki społeczne, w których króluje alkoholizm, lenistwo i prymitywizm. Tym opiniom przeczyły i przeczą badania oraz opracowania naukowe, z których wynika, że praktycznie 99% rodziców wykorzystuje pozyskane środki finansowe na pierwszoplanowe potrzeby własnych dzieci.

Dziś, choć wysokość świadczenia została podniesiona z 500+ zł do 800 zł, krytycy decyzji Nawrockiego twierdzą, że świadczenie należy wypłacać wszystkim Ukraińcom bez względu na to czy pracują czy nie. Padają argumenty, że ukraińska matka, która uciekła z tróją dzieci przed wojną nie może zostać teraz bez dostępu do 800+. Poważnie? A co, gdyby Sejm nie przegłosował wówczas tego świadczenia i w ogóle w Polsce by go nie było? Z czego wówczas żyłaby ta ukraińska rodzina?

Padają argumenty ze strony Ukraińców, że Polacy sami otrzymują zasiłki i pracują na Zachodzie. Warto więc przypominać im, że rynek pracy dla Polaków został otwarty w Niemczech oraz Austrii dopiero 7 lat po tym jak Polska była już w UE. Tymczasem Ukraina nie jest nawet jeszcze w UE, nie spełnia wymogów państwa członkowskiego a już korzysta z całego szeregu przywilejów kosztem również Polski i Polaków.

Ukraińcy okradali Polaków w ramach świadczenia 500+ od początku wybuchu wojny w 2022, do Polski przyjeżdżały zorganizowane grupy Ukraińców, które odbierały świadczenie za pośrednictwem bankomatów w Przemyślu. Mimo informowania o tym procederze polskich władz dopiero po kilku miesiącach ukróciły one ten proceder, w efekcie czego skarb państwa polskiego został okradziony na co najmniej 30 milionów złotych. Tylko 10 proc. Ukraińców zostało skutecznie zmuszonych do zwrotu tak pozyskanych złotówek.

Nie dajcie sobie wmówić, że Ukraińcy wypracowują znaczący procent polskiego PKB. Skoro 20 proc. dorosłych Ukraińców nie pracuje a trzy czwarte to podobno kobiety i dzieci, to kto w takim razie wypracowuje to PKB? Chyba, że okłamuje się nas co do rzeczywistej liczby Ukraińców na terytorium Polski i jest ich nie półtora miliona a co dwa razy więcej a zamiast kobiet i dzieci mamy znaczący odsetek mężczyzn.

Co ciekawe, w trakcie wyborczej kampanii prezydenckiej kandydat PO Rafał Trzaskowski twierdził, że jeśli zostanie wybrany na urząd prezydenta, to postąpi dokładnie tak jak postąpił teraz Nawrocki, skąd więc po wyborach zwrot o 180 stopni u liderów PO? Chyba dlatego, że jak mawia jeden polityków PO – nie szkodzi obiecać!

Przypominam, że świadczenie 500+ miało za zadanie spowolnić proces spadku liczy urodzeń w Polsce, miało się dzięki niemu rodzić więcej dzieci, ale to miały być polskie dzieci a nie ukraińskie czy hinduskie. Środki na uchodźców z Ukrainy powinny pochodzić z międzynarodowych składek, a nie z programu dedykowanego polskim rodzinom.

A co, jeśli ta wojna potrwa kolejnych kilka lat? Mamy karmić państwu ukraińskiemu dzieci, które już jako odkarmione podrostki wrócą na Ukrainę po jej zakończeniu? Już w ubiegłym roku 5 proc. urodzonych dzieci w Polsce stanowiły dzieci ukraińskie. Czy to jest ta propolska polityka?

Owszem, jeśli Ukraińcy pracują w Polsce należy im się zasiłek macierzyński czy tzw. „rodzinne”, ale nawet to świadczenie powinno być wypłacana dopiero po przepracowaniu co najmniej pół roku w Polsce. Skoro taką politykę socjalną może prowadzić bogata i słynąca z socjalu Norwegia, to tym bardziej taką politykę względem Ukraińców powinna prowadzić Polska.

Niech to wybrzmi wyraźnie – program 800+ był dedykowany polskim rodzinom i tak powinno pozostać. Nie mnóżmy świadczeń socjalnych dla obcokrajowców, które zachęcałby ich do masowego osiedlania się w Polsce całymi rodzinami. Już co dziesiąty mieszkaniec Polski to obcokrajowiec. W tym tempie za 25 lat co piąty mieszkaniec Polski będzie obcokrajowcem. Nie stać nas na wsparcie rozmnażania się Ukraińców czy Hindusów.

Głosujący na Karola Nawrockiego Polacy cieszą się, że za jego sprawą chociaż w jednym obszarze będą teraz lepiej traktowani niż ich roszczeniowi sąsiedzi. Tymczasem to krótkowzroczne myślenie, ponieważ z powodu potężnego deficytu budżetowego wkrótce również niepracującym Polakom zostanie odebrane świadczenie 800+ i znów wszystko będzie po staremu, czyli jak to ma miejsce od już od blisko 3,5 roku. Nawrocki zyska na poparciu a za kilka miesięcy na odcinku świadczeń znowu zostaniemy zrównani z Ukraińcami.

Obserwując dziś, dzień po decyzji prezydenta, zaciekłą walkę na rzecz Ukraińców podejmowaną w mediach przez polityków PO i Lewicy życzyłbym sobie tyle gorliwości i zapalczywości z ich strony na rzecz pozyskania Polaków, którzy wyjechali na Zachód za chlebem.

Tymczasem mimo trwającej wojny, która powinna wyczerpywać finansowo Ukraińców rośnie tam sprzedaż samochodów marki: BMW, Mercedes czy Lexus, rośnie moda na tablice rejestracyjne z czterema identycznymi cyframi, co kosztuje tylko około 4 tys. dolarów.

Arkadiusz Miksa
https://myslpolska.info/

Oznaki upadku państwa

Przejdź do treści                 Aktualizacja strony została wstrzymana … Facebook-f   Twitter   Google-plus-g   Instagram   Youtube Menu O...