czwartek, 29 października 2020

Aborcja opóźniona

„Nie ma równości bez prawa do aborcji” – twierdzą działaczki organizacji nazywającej się dziwacznie „Strajkiem kobiet”. Właśnie pojawiła się wiadomość, że „Strajk kobiet” się zinstytucjonalizował, powołując Radę Koordynacyjną, która domaga się zmiany rządu i aborcji na każde żądanie – jak się domyślam, opłacanej z funduszy publicznych.

Ale żeby do aborcji mogło w ogóle dojść, to najpierw musi być dziecko, które można by poddać ćwiartowaniu w klinice imienia Króla Heroda, albo Józefa Mengele.

Pojawienie się takiego dziecka musi być poprzedzone – jakby to powiedzieć – koegzystencją przyszłej aborterki z jakimś mężczyzną rodzaju męskiego, który by aborterkę zapłodnił swoją spermą.

Wgłębiam się w te fizjologiczne szczegóły, bo skoro „macica” stała się wartością polityczną, którą wyzwolone kobiety podsuwają każdemu pod nos, to niepodobna się przed tym uchronić.

Nie tylko o to jednak chodzi, bo przede wszystkim chodzi o to, że po ewentualnym zapłodnieniu współautor, czy też współsprawca takiego dziecka zupełnie znika z horyzontu. No, może niezupełnie, bo w razie potrzeby można z niego wycisnąć szmalec pod pretekstem „gwałtu”, albo „molestowania”, a w ostateczności – „alimentów” dla kobiet, które aborcję przegapiły.

Tym łatwiej będzie go wycisnąć, im bardziej sfeminizowane będą zawody prawnicze. Przy przekroczeniu pewnego poziomu feminizacji na przykład zawodu sędziego, nie ma już co liczyć na zastosowanie prawa podczas rozpoznawania sprawy. Dominuje podejście „siostrzane” i gdyby nie obawa naruszenia tak zwanej „powagi sądu”, której służą też – jak to nazywała Oriana Fallaci – „śmieszne, średniowieczne łachy”, to „siostry” by się nawet wspólnie spłakały – no a potem trzeba tylko obmyślić jakieś krętactwa, żeby emocjonalnym rozstrzygnięciom nadać pozory uzasadnienia prawnego.

Poza tymi wyjątkami zasadą jest jednak, że męski współautor dziecka przeznaczonego do aborcji, przy podejmowaniu decyzji nie jest w ogóle brany pod uwagę, ponieważ wśród postępactwa zapanował powszechny consensus, że aborcja jest „podstawowym prawem kobiety” i do niej – i tylko do niej – należy decyzja w tej sprawie.

Z pozoru wszystko wydaje się tedy proste – ale niestety tak nie jest. Jednym z filarów praworządności jest bowiem zasada równouprawnienia kobiet i mężczyzn, no a tutaj widzimy, iż o żadnej symetrii, o żadnej równości praw nie ma mowy. Tego nie powinno się tolerować, zwłaszcza w Unii Europejskiej, która nawet wysokość subwencji będzie uzależniała od oceny stanu praworządności w poszczególnych swoich bantustanach.

Nie chodzi jednak o to, by wylewać dziecko z kąpielą, to znaczy – by „kobietom” cofać prawo do aborcji, skoro bez niego nie wyobrażają sobie życia. Zresztą nikt by się na coś takiego nie ważył, nawet przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska, która wprawdzie aborcji jest przeciwna, no bo jakże inaczej – ale… – i tak dalej.

Z drugiej jednak strony nie możemy udawać, że nic się nie stało i tego słonia w menażerii nie dostrzegać tym bardziej, że żaden „strajk mężczyzn” jest nie do pomyślenia, bo zaraz niezawisłe sądy skazałyby strajkujących na przymusowe roboty, by dochodami z pracy przymusowej udelektować ofiary gwałtów, molestowań, czy prostego zaniedbania, to znaczy – przegapienia aborcji.

W tej sytuacji nie ma innej rady, jak uznać, że prawo do aborcji jest także podstawowym prawem mężczyzny. To oczywiście jasne, bo tylko wtedy zasada równouprawnienia zostanie zachowana – ale od razu rodzi się pytanie, w jaki sposób mężczyźni mieliby to przyrodzone prawo realizować. W przypadku kobiet sytuacja jest jasna, no a w przypadku mężczyzn sprawa wydaje się bardzo trudna.

Ale nie ma takich trudności, które mogłyby nas powstrzymać przed dążeniem do praworządności i dlatego trudne sprawy też trzeba podejmować. W sukurs przychodzi nam koncepcja tak zwanej „aborcji opóźnionej”, która oznacza możliwość poćwiartowania osobnika nie tylko już urodzonego, ale nawet metrykalnie dorosłego. Uzasadnienie fizjologiczne jest bardzo proste.

Moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus powiedziała kiedyś, że dziecko przed urodzeniem jest „zlepkiem komórek”. Rzeczywiście, coś jest na rzeczy, bo takie dziecko, jak zresztą każdy organizm, składa się z komórek – ale przecież nie tylko ono. Gdybyśmy na przykład – co oczywiście nie daj Boże! – rozłupali Wielce Czcigodnej Joannie Scheuring-Wielgus głowę siekierą, to prócz komórek niczego innego byśmy tam nie znaleźli. Oznacza to, że również osoby metrykalnie dorosłe, a nawet – Wielce Czcigodne – to tylko „zlepki komórek”, niezależnie od tego, co sobie na swój temat wyobrażają.

Zasadniczej różnicy zatem nie ma, a skoro to właśnie jest okoliczność uzasadniająca aborcję dzieci przed ich urodzeniem, to nic nie powinno powstrzymywać nas przed dopuszczeniem aborcji opóźnionej tym bardziej, że bez niej trudno zrealizować zasadę równouprawnienia między płciami. Stanowisko przeciwne byłoby nieusuwalnie dotknięte ageizmem, to znaczy – dyskryminowaniem ze względu na wiek – co w demokratycznym państwie prawnym, w dodatku urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej, nie powinno nigdy mieć miejsca.

Skoro zatem wyjaśniliśmy sprawę dopuszczalności aborcji opóźnionej z punktu widzenia rewolucyjnej teorii, to pora przejść do rewolucyjnej praktyki, to znaczy – sformułować jej zasady de lege ferenda, czyli dla przyszłych regulacji prawnych. Wydaje się, że celowe byłoby powiązanie aborcji opóźnionej z aborcją tradycyjną, dokonywaną na dzieciach.

Autor, czy, mówiąc inaczej, współsprawca dziecka wyabortowanego, czyli poćwiartowanego, powinien zostać wyposażony w bezterminowe roszczenie przeprowadzenia aborcji opóźnionej na drugim wspólniku, to znaczy – wspólniczce – jeśli można jeszcze tak powiedzieć w sytuacji, gdy mądrale właśnie odkryli 77 płci – a z pewnością nie jest to ostatnie słowo.

Realizacja takiego roszczenia musiałaby zostać poprzedzona notarialnym oświadczeniem woli, które stanowiłoby tytuł wykonawczy i podstawę działania dla funkcjonariuszy kliniki pod wezwaniem Króla Heroda, czy imienia Józefa Mengele, by aborcję opóźnioną przeprowadzić nie tylko w sposób humanitarny, a więc z wykluczeniem uboju rytualnego, ale również gwarantujący możliwość wykorzystania pozyskanego w ten sposób białka na przykład na konserwy dla psów, które – tego chyba możemy być pewni – nie przyzwyczają się do diety wegańskiej, na którą, gwoli ratowania planety przed zbrodniczym klimatem, już wkrótce będziemy musieli przejść – zgodnie z pragnieniem Wielce Czcigodnej pani Spurek z Parlamentu Europejskiego.

Jestem w związku z tym dobrej myśli – że za wprowadzeniem aborcji opóźnionej opowie się cały postępowy świat, jako za podstawowym prawem mężczyzn – chociaż oczywiście wstecznictwo, swoim zwyczajem, będzie sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Kaczyński tej wojny nie wygra…


Strajki, protesty, blokady, pandemia. To wszystko dzieje się na naszych ulicach i nabiera rozpędu. Sytuacja jest dynamiczna i nie trzeba jej specjalnie opisywać, gdyż wszyscy obserwujemy ją każdego dnia i o niej rozmawiamy.

Chcę do tej gorącej dyskusji dorzucić parę własnych przemyśleń, mając na uwadze, że pewnie narażę się różnym znajomym.

Po „orędziu” wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego w przestrzeni medialnej trwa dyskusja, a nawet spór o to czy jest geniuszem politycznym reżyserującym obecną sytuację i panującym nad jej przebiegiem czy też nie. Według wielu; końcowym efektem zamierzeń wicepremiera od bezpieczeństwa miałoby być brutalne starcie protestujących kobiet z tzw. obrońcami wiary i porządku. Kaczyński wówczas, przy akceptacji pozostałej części społeczeństwa, chcącej normalności wprowadziłby stan wyjątkowy biorąc wszystkich za przysłowiowy „pysk”.

Druga powszechna opinia jest taka, że ruchy Kaczyńskiego wynikają ze strachu, z nieprzewidzenia rozmiarów protestu, z wiedzy o bezradności struktur państwowych, zarówno w walce z pandemią [jaką znowu „pandemią”??? – admin] jak też z bezsilnością w postępowaniu z protestującymi. W sytuacji tej wicepremier Kaczyński mobilizując własną partię i jej wyborców, angażując po swojej stronie Konfederację wysyła do wspólnej walki z protestującymi lewaczkami, które chcą zapalić Polskę i zniszczyć tę władzę.

W tym przypadku ma szansę jeszcze przejąć inicjatywę, a nawet gdy przegra, to jako ten, który broni wiary i porządku w państwie.

Obie te opinie moim zdaniem są nieprawdziwe. Kaczyński nie jest geniuszem. Jest sprawnym, sprytnym politykiem wykorzystującym szanse i słabości politycznych rywali. Robi to cynicznie, bezwzględnie i w sposób wyrachowany. Liczy się dla niego uzyskanie zamierzonego celu końcowego, a nie sposób w jaki do tego dochodzi. Temat aborcji podniesionej przez TK to nie jakiś długofalowy plan Kaczyńskiego, a wewnętrzna gra o wpływy ze Zbigniewem Ziobrą w obozie Zjednoczonej Prawicy.

Pozycja Kaczyńskiego wewnątrz PiS i szerzej obozu ZP od dawna jest coraz słabsza. Nieprzeprowadzenie tzw. wyborów kopertowych, do których parł on całą mocą i do końca, stawianie się koalicjantów przy rekonstrukcji rządu itd. pokazują, że król jest coraz bardziej nagi.

Wejście Kaczyńskiego do rządu i podjęcie przez Trybunał Konstytucyjny tematu aborcji to próba odzyskania inicjatywy i kontroli nad rządem, partią i jej przystawkami. To też plan zabrania zabawek Ziobrze w wojnie wewnętrznej, jak też zepchnięcie Konfederacji do narożnika i przejecie jej prawicowych aktywów w walce o życie.

Na końcu tego planu były oczywiście protesty tzw. wściekłych feministek i różnych lewackich grup, przed którymi sprawnie broniłby PiS -owski rząd pod przywództwem wicepremiera od spraw bezpieczeństwa. Zamieszki uliczne były wpisane w ten plan, ale o ograniczonym zasięgu, takie jak mniej więcej do tej pory. Wprowadzone przez rząd obostrzenia i strach przed pandemią miały ograniczyć zakres potencjalnych protestów. Z tymi, którzy mieli wyjść na ulice resort siłowy radziłby sobie.

Skala, rozmiar i dynamika protestu zaskoczyła wszystkich, w tym i samego Kaczyńskiego. Jednak nie przeraziła na tyle by nie próbować odzyskać inicjatywy i nakreślić nowy plan.

W wymiarze wewnątrzpartyjnym Kaczyński może poszczycić się już sukcesem. Na dzisiaj odzyskał inicjatywę. To on wyznacza kierunki działania, nie patrząc na nikogo. Czy jednak na długo? Słabością obecnej taktyki prezesa PiS jest szybko zmieniająca się dynamika zdarzeń. Nie mam tutaj na myśli wyłącznie samego protestu kobiet. Wielu obserwatorów, szczególnie tych z prawej strony, czy nawet centrum razi ich wulgarny język, zachowanie, szczególnie w świątyniach itd. To nadzieja dla obozu władzy, że nikt ich nie poprze.

Patrząc jednak pod kątem skuteczności agitacji do protestu, szczególnie w kierunku młodego pokolenia jest to działanie skuteczne. Aby wyciągnąć młodych na ulicę muszą być silne emocje i wyrazisty wróg. W tym przypadku kościół – PiS. Byłoby to trudniejsze, a być może nawet niemożliwe gdyby nie wieloletnia symbioza najpierw pomiędzy poszczególnymi hierarchami i księżmi a tą partią, a teraz pomiędzy kościołem, a rządem.

Łatwo więc sformatować obraz i przekaz do protestujących, że to jedna przenikająca się struktura polityczna, z którą trzeba walczyć. Nic tu pozytywnego nie wniosą głosy i apele o obronę świątyń, a nawet sama ich obrona, która już dzisiaj przybiera formę ulicznych burd. Należy spodziewać się eskalacji takich sytuacji, choćby w wyniku emocji samych protestujących po tej i tamtej stronie.

Bitwa ta, obecnie jest z góry przegrana, bo kościoły stają się coraz bardziej puste, a rzesze młodych niestety są po drugiej stronie barykady. Te trendy będą się nasilać, a nie maleć. Prawdziwa walka idzie nie o mury świątyń, a serca, a tutaj Kościół od lat jest w zdecydowanej defensywie. Jest tego wiele przyczyn, także upolitycznienie a nawet ostatnio upartyjnienie kościoła i wiele innych rzeczy na oddzielną dyskusję. W wymiarze politycznym dzisiaj kościół, PiS. Konfederacja i inne środowiska stają we wspólnym politycznym obozie obrony status quo.

To nie wszystko, ten bunt młodych przeciwko władzy staje się katalizatorem wieloletnich zaniedbań odnośnie młodych ludzi nie tylko tego rządu. Wcześniejsze roczniki wyjeżdżały za chlebem poza granice kraju, tym samym spuszczając powietrze z pompowanego balonu. Bunt i sprzeciw związany z brakiem perspektyw narastał od lat. Ten rząd obiecywał w 2015, że wszystko naprawi po tamtych „złodziejach”. Obiecywał godne warunki do powrotów z zagranicy. Tymczasem… Iskra zapłonęła i nastąpił wybuch, dający upust nagromadzonym przez lata negatywnym emocjom.

Patrząc przez pryzmat polityczny polskie społeczeństwo, do tej pory, było podzielone na trzy grupy: pierwsza, tych za PiS, druga przeciwko PiS, no i trzecia obojętna, nie popierająca nikogo i niebiorąca udziału w życiu politycznym. W wyniku pandemii i braku radzenia sobie z nią nastąpiła zmiana tego podziału. Nowy, dzieli się na tych co uważają, że rząd jakoś daje jeszcze radę. Są to głównie zwolennicy PiS. Druga grupa, to ci, którzy są zupełnie innego zdania.

Na naszych oczach widzimy jak państwo kapituluje w tej walce, dodatkowo rząd przez lata skonfliktował się mniej czy bardziej z wieloma grupami społecznymi, a ostatnio także z rolnikami. Do tego dochodzi młode pokolenie, zarówno to, które w życiu obywatelskim już uczestniczyło, głosując w większości przeciwko PiS, jak i te roczniki, które wchodzą dopiero w dorosłe życie, poniżej 18 -go roku życia. Pokazuje to, że pomijając same protestujące kobiety, rządzący znaczną część społeczeństwa mają przeciwko sobie i liczba ta z dnia na dzień będzie wzrastać.

Przyjmując nawet wariant optymistyczny dla obozu władzy, że uda się nastawić protestujących przeciwko sobie i spacyfikować te protesty, co z dnia na dzień będzie coraz trudniejsze, to większość społeczeństwa i tak będzie przeciwko PiS. A wprowadzony ewentualny stan wyjątkowy, będzie kolejnym nieskutecznym rządowym kapiszonem. Patrząc na to co się dzieje dzisiaj trudno sobie wyobrazić skuteczność takiego ruchu ze strony Kaczyńskiego.

Dotychczasowa strategia walki z pandemią ogłoszona przez premiera Morawieckiego w wyniku sprowokowanych protestów legła w gruzach, pandemia jest w fazie gwałtownego wzrostu [!!! – admin], gospodarka mocno hamuje, coraz większe grupy społeczne niezadowolone, służba zdrowia na wyczerpaniu lub w ogóle nie działa, system oświaty w podobnej sytuacji. Do tego dochodzą mniej czy bardziej bzdurne obostrzenia, których dzisiaj ze względu na protesty nie stosują nawet ci, którzy do tej pory byli im przychylni. Dodać do tego należy powiększającą się grupę tych co w covid w ogóle nie wierzą.

Nie trzeba być jasnowidzem, by stwierdzić, że protestów będzie przybywać. Niekoniecznie muszą odbywać się one wspólnie. W jeden dzień będzie to strajk kobiet, w drugi dzień protest rolników, trzeci przedsiębiorców, potem nauczycieli, służby zdrowia itd. Nawet osobno będzie ich łączyć wspólny cel protest przeciwko PiS i temu rządowi. A brutalne hasło w…ć stanie się za chwilę do przyjęcia dla większości. Gdy do tego dodamy następujący rozkład struktur państwa w tym resortów siłowych, nikt tego rządu realnie nie będzie wstanie obronić.

Należy także wziąć pod uwagę, że w wyniku rozwoju sytuacji Jarosław Kaczyński straci kontrolę nad obozem Zjednoczonej Prawicy, a nawet nad samym PiSem. Realna utrata władzy może się okazać większym straszakiem dla poszczególnych działaczy niż sam Kaczyński. Tak czy inaczej PiS stoi przed największym zakrętem. To ich problem, natomiast zasadne jest pytanie jak przetrwa to Polska?

Janusz Dachnowicz
http://mysl-polska.pl

Głos z Norwegii

Marcin Meller

Dzień dobry Panie Marcinie. Coś do Pana za chwilę podeślę. Będzie to wiadomość, którą dziś przesłałem do Pani Dominiki Wielowieyskiej. Wiadomości w podobnym tonie w przypływie grafomańskiego patriotyzmu przesłałem też do kilku innych osób, które szanuję i których wpływ na społeczeństwo doceniam. Proszę zdecydować czy warta będzie ta wiadomość lektury a jeśli tak to czy pogląd wart przemyślenia. Coś panu powiem odnośnie instynktu stadnego, który widzę teraz u dziennikarzy, publicystów i protestujących rzecz jasna. Na dzień lub dwa przed Brexitem trafiłem na sondę, w której na 20 ekspertów 1 twierdził, że będzie Brexit, 19 że nie będzie. To byli eksperci rynku finansowego, giełdy. Zawsze gdy panuje taka jednomyślność, to w inwestycjach wróży to krach albo euforię, ale zawsze efekt jest przeciwny do oczekiwań. Zadzwoniłem do przyjaciół w UK, popytałem jak jest, o czym się rozmawia i wszędzi słuchałem o tym, że oni wprawdzie głosują za UE, ale znajomy X, Y i Z, to już nie. Kompletnie mi to nie pasowało do opinii naszych ekspertów. Postawiłem spore pieniądze na Brexit. Nie pamiętam czy kiedykolwiek zarobiłem więcej w dzień, tydzień czy kwartał. Teraz wszyscy mówią o aborcji, o Kościele, o w kurwieniu, o obaleniu rządu. Prawie nikt nie myśli o tym jaki jest cel Kaczyńskiego. I dlatego za chwilę coś tu wkleję. Pozdrawiam.

Dzień dobry!

Zdarza mi się słuchać prowadzonych przez Panią audycji i czytać Pani teksty i najczęściej wynoszę z nich odrobinę wiedzy i zachęty do refleksji. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że od kilku tygodni dziennikarze mediów „lewackich”, czyli tych, które oglądam, słucham i czytam ustawiają się grzecznie w szeregu za premierem Kaczyńskim i momentami nawet wyrażają swoje zadowolenie z tego, iż depczą mu po piętach. Pani redaktor, jakkolwiek mój scenariusz najbliższych wydarzeń, który chciałbym Pani przedstawić wydaje się zbyt czarny i nieprawdopodobny, to jako że dotyczy organizacji tak podłej jak PiS i jej lidera, może okazać się wart przeanalizowania.

PiS potrzebował iskry, która wyprowadzi tłumy na ulice. Z dwóch powodów, o których za chwilę. Co sprowokowało w ostatnich latach większą skalę protestów niż temat aborcji? Nic. To jest jedyny temat przed którym PiS czuje respekt. Może raczej raz poczuł i zestawianie obecnej sytuacji z poprzednią jest przez to błędne. W ostatnim czasie wiele mediów liberalnych powtarza jak mantrę narrację o słabnącym Kaczyńskim. A to biją się o przywództwo po jego odejściu, a to Kaczyński namaszcza następcę, są konflikty, partia się rozpada, posłowie są nieposłuszni. W skali mikro, owszem, może to się dzieje, ale moim zdaniem warto pamiętać o tym, że poza Tuskiem nie było w tym kraju w ostatnich dekadach gracza na politycznym ringu, który wagą mógłby mierzyć się z Kaczyńskim. Ale Tuska już nie ma i nie będzie. I Kaczyński o tym wie. Jeśli potknął się o aborcję raz, to teraz to co dzieje się na ulicach potknięciem nie jest. Kaczyński to jest strateg. Nie ma w tej chwili polityka, który mu zagraża, ani w jego partii ani poza. Opozycja nie istnieje, Platforma potyka się o własne nogi a lewica, no cóż, można im dać taką ocenę jaką daje się wszystkim na granicy progu wyborczego, być może potrzebnych na scenie, ale bez znaczenia i wpływu. Z tego też powodu ubolewam nad tym, że w TOK FM tak wielu jest rozmówców lewicowych chociaż nijak to się ma do ich wpływu na polską rzeczywistość. Ale nie o tym jest ta wiadomość. Kaczyński jest strategiem i ma plan. Jego plany ewoluują, ale zawsze istnieją i są realizowane. Media liberalne analizują jego decyzje, analizują sytuację, podają wyniki sondaży, ci sami eksperci mówią te same frazesy a że kiszą się we własnym sosie na dziennikarskim czy akademickim podwórku, to ciężko im zobaczyć szerszy obraz. Analizy dotyczą tego co się stało albo tego co się stanie za dni kilka. Orzeczenie będzie wydane czy nie będzie, zostanie opublikowane czy nie zostanie. A jeśli zostanie to Sejm uchwali nowe prawo czy nie uchwali. I jakkolwiek sprawa jest ważna, to kluczowe wydaje mi się to, że środki do celu są przez dziennikarzy mylone z celami. Słuchając wielu audycji odnoszę wrażenie, że według Państwa, celem tej batalii jest prawo aborcyjne i być może zaskarbienie sobie wdzięczności i wsparcia Kościoła. Nie jest tak. To są środki do celu a nie cel. W smutnej głowie Prezesa, który niestety dla nas, strategiem jest wybitnym, lata temu powstał plan i celem w tym planie jest władza. Nie jedna czy druga ustawa, nawet nie nowa Konstytucja, ale zdobycie i utrzymanie władzy. A do tego potrzebne są Kaczyńskiemu dwa obszary – system prawny i media. Co mógł zrobić z systemem prawnym, to już zrobił. Wprawdzie nie ma nowej konstytucji, ale jest chaos prawny, Polska jest na skraju prawnej anarchii, sądy i prokuratury nie są już niebezpieczne dla PiS, wyroki to są już dla nich opinie a wszelkie unijne instytucje prawnicze to spotkania kolegów bez żadnych mocy sprawczych. Jak na pięć lat rządów to całkiem dobry efekt, bo połowa pracy jest za Prezesem. Mogłoby się wydawać, że kolejne pięć lat pozwoli na „uporządkowanie” rynku medialnego w Polsce i będzie miał to co chciał. Ale nie taki jest plan. Nikt nie ma zamiaru czekać pięciu lat.

Iskra rozpaliła ludzi. Część mediów bardzo się cieszy, że wreszcie jest powszechnie, że mocno, że głośno, że bezpartyjnie. Do tego przeklinanie ma nas wszystkich upewnić co do mocy i determinacji narodu. „Trzeba było nas nie wkurwiać” i tak dalej. Jest moc. Otóż nie ma mocy. Są w TOK FM na przykład kolejne uczestniczki protestów, ale co z tego. Po drugiej stronie jest realizacja planu. Był czas gdy za stanie w kółku z białą różą można było polecieć na glebę i dostać mandat. Teraz można olać reżim sanitarny, spacerować środkiem Marszałkowskiej i Policji nic do tego. Przepraszam, są drobne incydenty, upadła kobieta pchnięta przez policjanta, znieważono posła, ktoś inny został obezwładniony bez powodu. Niedobra Policja. Ale proszę zauważyć jaka jest skala protestu i jak wielka jest łagodność Policji w porównaniu z tym co widzieliśmy w latach poprzednich. Dlaczego tak jest? Moim zdaniem dlatego, że tak właśnie ma być, ludzie muszą maszerować. Iskra, ludzie na ulicach, tłumy. Pokrzyczą, poprzeklinają nawet, obrażą tych i owych, może się znudzą a może nie, może rzuci im się jakiś ochłap prawny a może nie. Media będą roztrząsać termin wejścia w życie orzeczenia Trybunału, będą dodawać do nazwy „tak zwanego” i rozkoszować się słowotwórstwem uprawiając dziennikarstwo, które ja nazywam dziennikarstwem wtórnym, nie mającym żadnego wpływu na bieg wydarzeń, tak jak kalka nie ma wpływu na powstający tekst. Ludzie na ulicach są Kaczyńskiemu potrzebni, jest gotów zaryzykować kilka punktów w sondażach na minus, to bez znaczenia. Za nieco mniej niż dwa tygodnie Sanepid i laboratoria dostaną wsparcie w obliczu pandemii. Po drodze „lewackie” protesty dopuszczą się zapewne kilku dewastacji budynków, gdzieś polecą szyby, może spali się jakiś radiowóz, ktoś zostanie pobity po jednej albo drugiej stronie, wątpię że ktoś zginie, na to nie czas, ktoś zabazgra drzwi do katedry, może nos Wojtyle ukruszą tu i tam. I to wszystko. Protesty nie przyniosą efektu, orzeczenie wejdzie w życie, Kościół nie zmieni retoryki, PiS będzie poprzez TVP informował o tym co robią lewackie bojówki. Rzecz jasna wzrost zachorowań to będzie wina protestujących. I gdy wreszcie Sandpid i laboratoria dostaną wsparcie i ilość testów zwiększy się razy dwa lub trzy, to okaże się, że zachorowań dziennie jest w Polsce nie 10 czy 20 tysięcy, lecz 40 lub 50 tysięcy. Nie pozostanie zatem nic innego jak wprowadzić stan nadzwyczajny. Do tego można będzie prosić Unię o pomoc. Pomocy nie będzie, bo Unia będzie świecić na czerwono i każdy będzie potykał się o trupy, więc przy okazji można będzie gratis Unię opluć. Nie widzę nadzwyczajnych korzyści z wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. Bardziej wygodny będzie dla Prezesa Polski stan wyjątkowy, krótkotrwały bo taka jego natura, ale idealnie pasujący do sytuacji zagrożenia państwa, obywateli i bezpieczeństwa. A że będzie krótki, no cóż, nie ma potrzeby żeby trwał dłużej niż 90 dni. Tuż po jego wprowadzeniu o demonstracjach można będzie zapomnieć. Policja i siły zbrojne dostaną nowe wytyczne. Policjantki nie będą już klaskać. Będzie pałowanie do krwi, granaty hukowe, aresztowania i twarda ręka. Brzmi nieprawdopodobnie? Dlaczego? Przecież to tylko kwestia jednego kroku i jednej decyzji. I co zrobi tłum? Zablokuje skrzyżowanie? Ruszy na Żoliborz? No to oberwie w zimie z armatki wodnej i skończy marsz przez barierkami z drutem kolczastym. Poza tym wielu ludzi łudzi się tym, że przecież polski policjant nie zachowa się jak ZOMO. Nie? Dlaczego nie? Polska jest podzielona. Tak jak duża część społeczeństwa ma dość PiS, tak równie wielka rzesza ma dość lewicy, Platformy i Unii Europejskiej. Ktoś na PiS głosował. Wśród tych milionów, które poparły Dudę na przykład, tysiące służą w wojsku i Policji. Oni nie będą mieli problemu z wystrzeleniem salwy gumowych kul w pierwszy szereg lewaków. Co więcej, są w szeregach Policji tacy, którzy zrobią to z wielkim zaangażowaniem i gorliwością. I co dalej? I co z tego? To ciągle nie jest cel. Gdy już stan wyjątkowy stanie się faktem, to bez względu na to czy protesty będą jeszcze trwały czy nie będą, Sejm zajmie się przepisami dotyczącymi mediów. A media są spokojne. Media nadają i piszą w europejskim kraju, media są często częścią zagranicznych koncernów. Przedsmak tego co czeka agresora miał PiS, którzy nieprzychylny był dla TVN przez chwilę. Ameryka nie pozwoli. Tylko po co będzie Kaczyńskiemu Ameryka z Bidenem? Przecież on i tak nie będzie miał czego szukać w Białym Domu za takiej prezydentury. Z Unii Kaczyński dostał to czego chciał, rzecz jasna chętnie weźmie więcej i dopóki nie wykopią go za drzwi, to będzie rękę wyciągał i brał, ale gdy go odetną od datków, to tym bardziej użyje tego jako narzędzia w polskim piekiełku. Jakby na to nie patrzeć, powiązania mediów z kapitałem zagranicznym będą bez znaczenia. O polskich mediach już nie wspomnę. Jaką moc ma Konstytucja czy Trybunał już wiemy. Jest jeszcze Senat wprawdzie, ale jeśli ten stanąłby na drodze, to coś się wymyśli. Jeśli Senatu rozbić się nie uda, to może wystarczą rozporządzenia. Zresztą, stan wyjątkowy rządzi się swoimi prawami, to będzie pomocne. Uśmiercanie mediów, czy to przepisami, czy na wzór węgierski karami doprowadzającymi do bankructw, nastąpi szybko. To będzie blitzkrieg, który zakończy się tuż po tym gdy się zacznie. Polscy dziennikarze i publicyści są gotowaną od dłuższego czasu żabą, która już dawno straciła poczucie temperatury i dlatego bez końca deliberuje o tym co było, co jest, ale umiejętność przewidywania tak bardzo zatraciła, że na samo wspomnienie o tym reaguje nerwowo. A że zachodnie media będą pisać listy poparcia, będą apelować, Nobliści będą pisali listy otwarte, no tak, to będzie, podobnie jak miało to miejsce w sprawach węgierskich mediów. Dla opinii publicznej na Zachodzie różnica jednak jest taka, że czytając tam prasę zaczyna się odnosić wrażenie, że jakkolwiek Kaczyński jest mistrzem ceremonii, to jednak naród też nie jest bez winy i ciągle popiera kandydata na dyktatora. Stosunek Zachodu do nas bardzo się zmienił w ciągu ostatnich 2-3 lat. Jeszcze niedawno Polska była rzucona na pożarcie satrapy, teraz powoli stajemy się nacją, która po prostu jest pazerna, niewdzięczna, homofobiczna i najwyraźniej zasługującą na swój los. Nie władza, my, Polacy, Pani i ja też. Nikt po nas na serio nie zapłacze. Zatem uderzenie w media będzie bardzo mocne, brutalne i szybkie. Nie zdziwię się jeśli na przełomie 2020 i 2021 PiS niewiele będzie sobie robił z ewentualnych protestów. Będą brutalnie tłumione, ale będzie o nich wiadomo bez porównania mniej niż wiemy o protestach teraz. Dlaczego? Z tego samego powodu, dla którego wygasłą niedawno roczną prenumeratę Wyborczej przedłużam nie o rok ale o miesiąc. Nie wierzę, że będę tą gazetę czytał w październiku 2021, podobnie jak nie sądzę abym mógł słuchać TOK FM czy oglądać rozmowy w Faktach po Faktach. Przynajmniej nie w takiej formule jak obecnie. Różnica pomiędzy uderzeniem w wymiar sprawiedliwości i w media będzie takie, że do paraliżu sądów i prokuratur wystarczył chaos, do zabicia mediów potrzebna będzie szybkość, siła i zawłaszczenie totalne. Odnoszę wrażenie, że moi ulubieni publicyści nie dopuszczają do siebie myśli, że ich świat może runąć w miesiąc lub dwa.

Jeśli się mylę, to napiszę do Pani wiadomość po Nowym Roku i w podobnie rozwlekłym, grafomańskim stylu napiszę o tym jak się cieszę, że czytam Pani artykuły i słucham pani audycji porannych. A bardzo chcę się mylić. Mieszkam za granicą, przez trzy lata mieszkałem w Wielkiej Brytanii, od ośmiu lat wraz z rodziną mieszkam w Norwegii. Tutaj urodziły się nasze dzieci, mówią w dwóch językach. Zapisałem niedawno mojego synka do polskiej szkoły. Przed pierwszymi zajęciami przejrzałem skład kadry pedagogicznej, nabrałem wątpliwości, profile z ramkami Konfederacji, Stop islamizacji Europy, itd. Kilka dni później otrzymałem materiały dla mojego dziecka do przygotowania na pierwsze spotkanie. Patriotyczne pieśni o wspaniałości powstania, o radości z tego, że jest nareszcie wojna o wolność, coś o rozpruwaniu brzuchów bagnetami. Mój synek już nie wybiera się do tej szkoły. Mam wybór. Wystarczy norweska edukacja. Moja żona się z tym zgadza. Jestem z wykształcenia nauczycielem. Sam zadbam o wiedzę moich dzieci i o to żeby znali historię Polski, mojego rodzinnego miasta, żeby cenili Chopina, ale pamiętali też o ogromie zła, który na Polaków spadł i który Polacy wyrządzili innym. Będę moje dzieci uczył bez gumkowania Tokarczuk czy Wałęsy. A moja żona, pielęgniarka, będzie zajmowała się chorymi Norwegami, bo tutaj jest dobrze opłacana, szanowana, doceniana i jej zawód ma przyszłość. Będę też korzystał z nielicznych benefitów jakie niesie pandemia, mianowicie będę nadal studiował zarządzanie na moim wymarzonym Uniwersytecie Jagiellońskim a gdy skończą się obostrzenia, za pół roku albo za rok, to lecąc na weekendowe zajęcia będę miał nadzieję, że nie zostanę pobity w tramwaju, gdy wezmę w obronę dziewczynę w tęczowym plecaku. Mój dziadek odsiedział swoje za Stalina, mój ojciec był w Solidarności, jestem patriotą i będę nim nawet wtedy, gdy w przyszłości PiS wyciągnie rękę po moje pieniądze za granicą i gdy rzucę paszportem żeby na to nie pozwolić. Sprawy polskie zawsze będą mi bliskie, nawet gdy tak jak niektórym politykom będą wyciskać łzy. Bo ja, Pani redaktor, nie jestem wkurwiony. Wczoraj we wszystkich najważniejszych mediach czytałem o wydarzeniach w Polsce. Czułem wstyd. A potem poczułem ogromny smutek i póki co w smutnym nastroju mija mi przedpołudnie. Ale po porannej kawie i prasówce zajmę się swoimi sprawami. Ostatecznie mieszkam w Norwegii, gdzie działa służba zdrowia, edukacja, politycy rozmawiają a nie walczą, ludzie są życzliwi a nauczyciel i pielęgniarka już dawno zarobili swój pierwszy milion. Ale Pani niech będzie ostrożna, bo nie sądzę że teraz toczy się wojna o jakąś ustawę, prawa człowieka czy prawa mniejszości. Teraz zaczęła się wojna o media, która zostanie wojną o media nazwana dopiero za kilka tygodni.

Życzę zdrowia w trudnym czasie, odwagi i uśmiechu. Pozdrawiam serdecznie.

Wojciech Łoś

Kaczyński nie jest genialnym strategiem


Protesty na Żoliborzu w Warszawie (z profilu Marka Maldisa)

Od dwóch dni zastanawiam się nad sensem tego, co teraz dzieje się w Polsce. Od różnych interpretacji, analiz i komentarzy można oszaleć. O co chodzi? Cui bono?

Dzisiaj doszedłem do wniosku, że jeśli wziąć pod uwagę charakter życia politycznego w Polsce, to w tym zamieszaniu, protestach i chaosie chodzi o coś zwyczajnego.

Czy w protestach kobiet i młodzieży przeciwko orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego jest ręka Jerzego Sorosa? Być może. Czy tym ruchem – nie mam wątpliwości, że wyrok Trybunału to jego decyzja – Jarosław Kaczyński chciał odwrócić uwagę od nieradzenia sobie z walką z epidemią? [Z jaką „epidemią”? – admin]

Dla mnie wątpliwe. Czy to wszystko, to jakiś genialny strategicznie manewr prezesa PiS-u? Według mnie zdecydowanie nie. W tym co się dzieje nie należy szukać drugiego i trzeciego dna. Wytłumaczenie jest dość oczywiste.

Otóż uważam, że Jarosław Kaczyński wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego chciał zrównoważyć zły odbiór tak zwanej „piątki Kaczyńskiego”, z której najbardziej ucieszyli się ci, którzy teraz protestują przeciw wyrokowi Trybunału. Orzeczenie TK miało zniwelować dysonans po „piątce Kaczyńskiego” po której pojawił się zarzut istotny dla katolickiego elektoratu PiS-u, że ta partia bardziej chroni życie zwierząt futerkowych niż nienarodzone dzieci.

Jednak Kaczyński zwyczajnie nie przewidział reakcji, która wręcz przeszła w wściekłą eksplozję. Jeśli ktoś rzuca granat w szambo nigdy nie może mieć pewności kogo gówno obryzga.

Jednak mimo burzliwych sprzeciwów, mający większe wyczucie polityczne po stronie protestujących – na przykład Magdalena Środa oraz autor ciekawej analizy Paweł Piskorski (tak, tak ten były prezydent Warszawy) – i Kaczyński wiedzą, że te uliczne protesty nie obalą władzy PiS-u. Nie obalą tej władzy również protesty przedsiębiorców przeciwnych restrykcjom wprowadzanym pod pretekstem epidemii, ani rolników przeciwnych „piątce Kaczyńskiego”.

Orzeczenie TK nie przykryje nieporadności rządu w walce z koronawirusem, ponieważ protesty po orzeczeniu TK mogą trwać tygodnie, a fatalne skutki nieporadności rządu w walce z epidemią będą się ujawniać i trwać na pewno wiele miesięcy, a pewnie i lat.

Na wiosnę przyszłego roku po protestach przeciw orzeczeniu TK będą tylko wspomnienia, a skutki fatalnych decyzji rządu w związku z pandemią będą coraz dotkliwsze. Zatem niby w jaki sposób protesty przeciw orzeczeniu TK mogą przykryć skutki koronawirusa?

Być może PIS rozgrywa to teraz w ten sposób, że protesty przeciw koronawirusowym restrykcjom są tłumione szybko i brutalnie, bo to może osłabiać pozycję PiS-u u jego wyborców. Z kolei demonstranci spod hasła „wypierdalać” mogą pohulać, ponieważ PiS pokaże w ten sposób Kościołowi, że tylko on może go bronić przed tą już w pełni fizyczną i niebezpieczną agresją oraz zmobilizuje swoich wyborców i część wyborców dotychczas zachowujących rezerwę wobec partii rządzącej, pokazując, że albo jego rządy, albo wulgarny i agresywny motłoch nie szanujący nikogo i niczego. Wierzę w zdolność Kaczyńskiego rozgrywania tej sprawy na tym poziomie. W jego geniusz strategiczny przestałem wierzyć jakiś czas temu.

Napisałem na początku, że chodzi tu o coś zwyczajnego, a tym czymś jest doraźne dzierżenie władzy. I to jest w tym wszystkim najgorsze, ponieważ powoduje dalekosiężne tragiczne skutki.

Obawiam się, że Jarosław Kaczyński nie jest geniuszem strategicznym również dlatego, że nie zdaje sobie sprawy albo jest mu to obojętne, że rozpętanie tych wściekłych protestów, w których dominują młode kobiety i młodzież, eskaluje konflikt kulturowy, a może nawet cywilizacyjny, którego jednym z najdonioślejszych skutków będzie rozpad wspólnoty narodowej Polaków. Wielkość narodu mierzy się również jego prężnością demograficzną. Prognozy demograficzne dla Polski są złe. Różne działania mające temu przeciwdziałać na czele z 500+ nie dają prawie żadnych rezultatów.

Dla mnie, starego, bezdzietnego kawalera, nie ulega wątpliwości, że bez normalnej rodziny, czyli matka – kobieta, mąż – mężczyzna i dzieci nie da się zatrzymać wymierania i degeneracji Polaków jako narodu. Trzeba zatem postawić pytanie, jaką szansę na rozwój będą mieć polskie rodziny, jeśli dziesiątkom tysięcy, a może nawet milionom młodych kobiet i dziewcząt macierzyństwo będzie się kojarzyć z uciskiem, podporządkowaniem i niezasłużoną krzywdą? A taki będzie według mnie długotrwały efekt obecnych demonstracji przeciw orzeczeniu TK.

Inna sprawa to czy dla tych kobiet i dziewcząt Polska i polskość będą jakąkolwiek wartością czy też to kolejna niechciana ciąża. Obawiam się, że w tych dniach depopulacja Polski znacznie przyspieszyła. I to jest moim zdaniem – nomen omen  – najbardziej brzemienny w skutki efekt decyzji Jarosława Kaczyńskiego.

Andrzej Szlęzak
27.10.2020
http://mysl-polska.pl

Pan Szlęzak wydaje się brać na serio tę „epidemię”… niewiarygodne…
Admin

środa, 28 października 2020

Skąd bierze się hołota na ulicach polskich miast?


Dzicz, hołota, barbarzyństwo, patologia, „diabelski amok” (Kaja Godek), „piekło wyje i bluzga” (Wojciech Cejrowski) – takie terminy pojawiają się na określenie zdziczałych protestów aborcjonistek na ulicach polskich miast.

Warto się jednak zastanowić, skąd owi uczestnicy wypełzli?

Przekroczono kolejny próg negacji własnej cywilizacji, atakowane są pomniki Jana Pawła II, katolickie świątynie, podstawowym hasłem manifestacji z ostatnich dni są bluzgi i wulgaryzmy.

Prof. Grzegorz Kucharczyk trafnie zauważa, że „rewolucjoniści zawsze uważali, że szerzenie rozpusty jest najlepszym mechanizmem na przygotowanie gruntu pod nową rewolucyjną rzeczywistość, nowy świat i nowego człowieka stworzonego przez rewolucję. Rozpusta jest wielkim resetem niszczącym wszystko, co dotychczas było”.

Niektórzy na widok „jakości” protestów feministek ze zdziwienia przecierają oczy. Sygnały były jednak już wcześniej, np. na manifestacjach KOD, radykalizujących się aktywistów LGBT, itp. Skąd się wzięli? Wbrew propagandzie TVN owa „masowość” protestów zaskoczeniem nie jest.

Spadkobiercy komuny, ale nie tylko

Spadkobierców „komuny”, razem z ich dziećmi i wnukami starczyłoby na kilkadziesiąt dodatkowych takich „marszów”. Warto przypomnieć, że w 1920 roku w Rosji bolszewickiej zalegalizowano aborcję i było to pierwsze państwo na świecie, które dokonało takiego kroku.

Jak zauważa prof. Kucharczyk – „towarzyszyła temu propaganda traktująca rodzinę jako formę opresji, a wolną miłość jako wyzwolenie. W efekcie rocznie w Moskwie dokonywano więcej aborcji niż rodziło się dzieci, aż wreszcie zakazał tego Stalin, bo nie byłoby rekrutów dla Armii Czerwonej. Pozostały jednak wszystkie inne elementy przedstawiania rodziny jako przestrzeni opresji”.

Bolszewickie postulaty przejął neomarksizm i „rewolucja kulturowa”. Dużym krokiem do przepaści był bunt 1968 roku. To on doprowadził np. we Francji do zmian społecznych. Aborcję wprowadzano tam jako „mniejsze zło”, a obecnie jest już „prawem fundamentalnym”.

Francja zapewnia w imię źle pojętej wolności słowa „prawo do bluźnierstwa”, a jednocześnie chce cenzurować internet w imię walki z „mową nienawiści”. Paradoks? Nie. To wielki fałsz ideologii, która mówi o wolności, a szykuje totalną kontrolę. Jak w piosence Kaczmarskiego o murach, które miały runąć, a po prostu rosły…

Wracajmy jednak do Polski. Poza umownym podziałem na „dzieci PRL” i „dzieci żołnierzy wyklętych”, mamy wieloletni import zachodniego permisywizmu moralnego. Wyraźnie przyspieszył on na skutek coraz większej ideologizacji różnych organów UE. Członkostwo rzeczywiście sporo kosztuje. To także import wojny kulturowej, wspierany dodatkowo przez międzynarodowe lobby „postępu” (np. Soros i jego organizacje).

Kanion Kolorado jest przy tym płytki

Mamy w kraju przepaść pomiędzy „okcydentalistami” przesiąkniętymi ideologią zachodnich Zielonych, postkomunistów, czy innymi „pos-tępakami” permisywizmu, a pękającym, ale ciągle dość tradycyjnym społeczeństwem. Procesy dekonstrukcji jednak przyspieszyły.

Nic dziwnego, że mocno socjalny i w gruncie rzeczy pro-unijny PiS opisywany jest w zachodnich mediach, i to wcale nie lewicowych, jako „ultrakatolicka partia partia nacjonalistyczna”. To najlepsza ilustracja tego jak głęboka jest już owa przepaść pojęć, terminów, a może i cywilizacji.

Dalej jest jeszcze oddanie w Polsce uniwersytetów i szkół w pacht lewicy. Efekt zaniedbań III RP, braku dekomunizacji i zmiany szatek przez dawnych marksistów, którzy wskoczyli w „peweksowskie” ciuchy libertynizmu, genderyzmu i ewentualnie bardziej atrakcyjnego neomarksizmu kulturowego. Ich bezrefleksyjni „uczniowie”, bez śladu znajomości klasycznego wykształcenia i kultury, stali się dziś nowymi „rewolucjonistami”.

Nie zbudowano też i nie odtworzono narodowych elit. Rolę tę pełnił za życia Jana Pawła II Kościół. Teraz dopadł go kryzys i mamy sytuację przypominającą trochę Hiszpanię. Frankizm opierał się na katolicyzmie, a tymczasem ten się go poniekąd wyparł. Utorowało to drogę do władzy lewicy, szybką dechrystianizację i lewicowe eksperymenty społeczne na dużą skalę.

Szalone dewotki nowej religii feminizmu na polskich ulicach to jednak tylko „ślepy miecz” współczesnej „Międzynarodówki Postępu”. W konserwatywnych mediach trwa słuszne potępianie dziczy, ale może warto przypomnieć za ulubionym poetą Jarosława Kaczyńskiego, Kornelem Ujejskim: „O! rękę karaj, nie ślepy miecz!”. W tym przypadku wystarczy po prostu normalna edukacja.

Bogdan Dobosz
Za: Najwyższy Czas! (26 października 2020)
https://www.bibula.com/

Polska murem podzielona

“Wzywam wszystkich członków PiS i wszystkich, którzy nas wspierają, do tego, by wzięli udział w obronie Kościoła.”

“Ten atak jest atakiem, który ma zniszczyć Polskę, ma doprowadzić do triumfu sił, których władza w gruncie rzeczy zakończy historię narodu polskiego tak, jak dotąd go żeśmy postrzegali”; “Obrońmy Polskę.” – zaapelował Jarosław Kaczyński we wczorajszym wystąpieniu odnoszącym się do sytuacji, jaka powstała w kraju po ogłoszeniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego.

Gra prezesa Jarosława Kaczyńskiego jest czytelna i nie jest żadnym zaskoczeniem. W obliczu nadciągających problemów zastosował oczywisty w tej sytuacji modus operandi, polegający na bezceremonialnym, zdecydowanie ściślejszym niż dotychczas, wprzęgnięciu Kościoła w rydwan swojej polityki. Wszystko po to, by poszerzyć front i wciągnąć na pierwszą linię walki nowe odwody.

Poprzez sprowokowanie “wojny cywilizacyjnej” i ustanowienie siebie w roli pierwszego obrońcy wiary, a swojej formacji jako przedmurza chrześcijaństwa, postawił Kościół pod ścianą. Obawiam się, że hierarchowie nie wywiną się z zastawionych sideł, choć chciałbym się mylić.

Polskiemu Kościołowi brakuje dzisiaj siły autorytetu, na co – przyznajmy szczerze – sam zapracował. Brakuje mu postaci na miarę prymasa Wyszyńskiego, który byłby w stanie powiedzieć twarde non possumus, zarówno w odniesieniu do haniebnych sytuacji dziejących się wewnątrz polskiego Kościoła, jak i prób wikłania go w partyjną grę. Wie o tym doskonale Jarosław Kaczyński, dlatego wykorzystuje swoją przewagę, nie natrafiając w Kościele na żaden większy opór.

Agresja, nienawiść, bluźnierstwa, ataki na świątynie, profanowanie pomników, obsceniczne zachowania podczas Mszy świętych, są tak naprawdę na rękę Jarosławowi Kaczyńskiemu. Są jego paliwem politycznym. Powiem więcej, im bardziej się będą nasilać, tym lepiej dla jego formacji, która właśnie obrała kurs na totalną polaryzację.

Tak, to co się dzieje, to jest wojna. Tu rację ma zarówno Jarosław Kaczyński, jak i ci, którzy za plecami protestujących stoją naprzeciw niego. Nikt nie ukrywa, o co mu chodzi. Ale to jest ich wojna – wojna skrajności. Jedni i drudzy, realizując swoje cele POLITYCZNE, są awersem i rewersem tego samego medalu, odlanego w toksycznej kadzi.

Jedni i drudzy chcą się karmić wojną. Jedni i drudzy czekają na swoich “męczenników”, których pojawienie się jest kwestią czasu. Jedni i drudzy nie zamierzają brać jeńców. A wszystko to w warunkach totalnego paraliżu służby zdrowia, nasilającej się pandemii i nadciągającej zapaści gospodarczej. Trudno o bardziej złowrogą perspektywę.

Pisząc niedawno o gaszeniu ognia ogniem przez Jarosława Kaczyńskiego, nawet nie przypuszczałem, że będzie to przypominało samopalenie. Dzisiaj, jedni i drudzy gromadzą chrust i kanistry z benzyną. Polska jest jak ulica z piosenki Kazika – murem podzielona. Niestety, do tego muru dobudowywane są właśnie barykady.

Chciałbym się zdobyć na jakąś optymistyczną puentę, ale nie mogę. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, sięgając po modną ostatnio licentia poetica, to, przepraszam za dosadność:
WYP*****LAĆ!
JEDNI I DRUDZY.

Maciej Eckardt
https://konserwatyzm.pl

Hieny i szakale podgryzają państwo


Wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie tzw. aborcji eugenicznej wywołał ogromny rezonans.

Odbyły się demonstracje rozmaitych „kobiet”, które ćwiartowanie bardzo małych dzieci uczyniły źrenicą własnej wolności, ale również polityków, którzy przy tym ogniu próbują upiec swoją pieczeń.

Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, bo politycy, niczym hieny, czy szakale, rzucają się na każdą okazję, żeby uciułać sobie trochę popularności, zwłaszcza w sytuacji, gdy nie mają żadnego pomysłu na rządzenie państwem, a tylko chcą umoczyć pyski w melasie.

Taką formacją jest Platforma Obywatelska, co zauważył nawet taki szermierz postępu, jak Władysław Frasyniuk. Rzadko się z nim zgadzam, prawdę mówiąc – prawie nigdy, ale mówiąc, że Platforma Obywatelska nie jest już w stanie wygenerować jakiegokolwiek pomysłu na państwo, miał niewątpliwie rację, a to stwierdzenie przynosi zaszczyt jego spostrzegawczości.

Toteż nic dziwnego, że i teraz odezwali się najwybitniejsi przedstawiciele tej formacji w osobach Wielce Czcigodnego posła Pupki, Wielce Czcigodnego posła Kierwińskiego, którego złośliwcy nazywają „Kurwińskim”, no i oczywiście – niedoszła kandydatka na prezydencicę naszego nieszczęśliwego kraju, czyli posągowa Małgorzata Kidawa-Błońska.

Bałwanić się wolno każdemu, a zwłaszcza posłom, którzy – obok wariatów z „żółtymi papierami” i niezawisłych sędziów – nie odpowiadają za swoje wybryki, jednak w tym przypadku posunęli się oni o jeden krok za daleko.

Wyrok TK uznaje tzw. aborcję eugeniczną za sprzeczną z konstytucją – co wydaje się oczywistą oczywistością, bo – jak zauważył jeden z uczestników postępowania przed Trybunałem – konstytucja gwarantuje ochronę życia nie tylko ludziom zdrowym, ale wszystkim, a więc chorym też. Być może sędzia Kieres i sędzia Pszczółkowski uważają inaczej, bo zgłosili votum separatum do tego wyroku.

Jeśli dobrze zrozumiałem votum separatum sędziego Kieresa, to stawia on znak równości między życiem dziecka, a dobrym samopoczuciem i komfortem psychicznym jego matki. W aborcji eugenicznej chodzi o to, że poćwiartowanie dziecka bardzo małego pod pretekstem, że ma „nieusuwalne wady”, jest całkowicie dozwolone.

Jeśli o mnie chodzi, to nie miałbym nic przeciwko temu, żeby sędziemu Kieresowi, albo sędziemu Pszczółkowskiemu ukręcić głowę, gdy tylko któryś z nich obłożnie zachoruje, bo – jak zauważył jeszcze w głębokiej starożytności rzymski prawnik Ulpian Domicjusz – iustitia est firma et perpetua voluntas suum cuique tribuendi – co się wykłada, że sprawiedliwość jest niezłomną i stałą wolą oddawania każdemu tego, co mu się należy.

Skoro tedy sędzia Kieres i sędzia Pszczółkowski uważają, że chory człowiek na życie nie zasługuje, bo przysparza kłopotów swemu otoczeniu, to niechże im się stanie według tego, co sami uważają za sprawiedliwe.

Nawiasem mówiąc, spotkałem w Vancouver pana, który pokazał mi fotografię dwóch urodziwych panienek. Na moje zdziwione spojrzenie wyjaśnił, że to jego córki, które w fazie prenatalnej zostały przez lekarzy przeznaczone do poćwiartowania i tylko desperacki upór matki, która mężnie opierała się naciskom, a nawet szantażom ze strony tamtejszych lekarzy, uratował im życie. Okazało się bowiem, że lekarze się pomylili i dziewczynki urodziły się całkowicie zdrowe. Na zdjęciach były to już dorosłe i – jak wspomniałem – bardzo urodziwe panienki.

Ciekawe, że ci sami ludzie, którzy sprzeciwiają się karze śmierci pod pretekstem pomyłek sądowych, gotowi są gardłować za ćwiartowaniem ludzi pod względem prawnym niewinnych, jeśli tylko opowie się za tym lekarz, któremu omyłki mogą przydarzyć się nawet częściej, a w dodatku nie ma nad sobą instancji, która by jego ewentualne błędy skorygowała.

Nie o to jednak w tej chwili chodzi, tylko o to, że Wielce Czcigodny poseł Pupka, to znaczy – pardon – oczywiście Wielce Czcigodny poseł Budka, w otoczeniu innych posłów swego politycznego gangu powiedział między innymi, że „pseudo-Trybunał” wydał „nieistniejące” orzeczenie, a to z uwagi na okoliczność, że w jego składzie zasiada trzech sędziów-dublerów, to znaczy takich, którzy zostali powołani do TK przez Sejm w sytuacji, gdy stanowiska te były obsadzone przez sędziów powołanych przez poprzedni Sejm.

Chodzi o to, że poprzedni Sejm, na swoim ostatnim posiedzeniu, rzutem na taśmę powybierał na sędziów TK kilku swoich faworytów, co PiS uznało za „skok na TK”. Toteż w listopadzie 2015 roku nowa większość sejmowa podjęła uchwały stwierdzające „brak mocy prawnej” uchwał poprzedniego Sejmu o wyborze tych faworytów na stanowiska sędziów TK, a następnie powołała faworytów swoich, od których pan prezydent Duda odebrał ślubowanie.

Zatem do upolitycznienia Trybunału Konstytucyjnego doszło jeszcze przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku, z inicjatywy Platformy Obywatelskiej, a PiS niestety poszedł tą samą drogą. W tej sytuacji podważanie przez Wielce Czcigodnego posła Pup…, to znaczy pardon – oczywiście Wielce Czcigodnego posła Budkę prawomocności Trybunału Konstytucyjnego i uznawanie jego orzeczeń za „nieistniejące”, ociera się o łajdactwo znane w literaturze polskiej pod nazwą „moralności Kalego” (jak Kali ukraść krowę, to dobrze, a jak ktoś ukraść krowę Kalemu, to źle).

Ale Wielce Czcigodny poseł Pu… – to jest, pardon – oczywiście Wielce Czcigodny poseł Budka – jest osobą nieodpowiedzialną, podobnie jak wariaci i niezawiśli sędziowie, chociaż nie powinien pochopnie podważać prawomocności organów państwa, od którego, w dodatku bierze pieniądze zrabowane obywatelom tym bardziej, że to organy tego państwa zatwierdziły jego wybór na Wielce Czcigodnego posła.

W tej sytuacji postępowanie Wielce Czcigodnego jest podcinaniem gałęzi, na której sam siedzi – ale nie wymagajmy zbyt wiele od Wielce Czcigodnych, którzy przecież nie są mądrzejsi od innych, a tylko – bardziej wyszczekani.

Przykład jednak idzie z góry i już następnego dnia po deklaracji Wielce Czcigodnego posła Pu… – co u diabła, skąd mi się biorą te freudowskie pomyłki?! – oczywiście Wielce Czcigodnego posła Budki, BUDKI! – głos zabrała Helsińska Fundacja Praw Człowieka, czyli grono utrzymanków starego żydowskiego finansowego grandziarza Jerzego Sorosa, który tę całą „Fundację” futruje za pośrednictwem Fundacji Batorego. Zarządza tym interesem zarząd w osobach pani Przywary, pana Nowickiego, pana Kładocznego i pana Lenura Kleymova, którzy jest tam „skarbnikiem”.

Otóż Fundacja wezwała sędziów i lekarzy, by nie stosowali się do wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Bardzo możliwe, że tak właśnie będzie, bo nieoficjalnie takie samo polecenie niezawiśli sędziowie dostaną od swoich oficerów prowadzących, a lekarze; no cóż; nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem.

Okazuje się, że Helsińska Fundacja poszła jeszcze dalej, niż Wielce Czcigodny poseł. Najwyraźniej takie jej stanowisko nie jest sprzeczne z intencjami jej sponsora, który w związku z żydowskimi roszczeniami wobec Polski ma żywotny interes w podtrzymywaniu tu politycznej wojny i destabilizowaniem państwa polskiego, podobnie jak wyraża interes środowisk roszczeniowych, by dosłownie likwidować w zarodku obciążenia, jakim z punktu widzenia właścicieli niewolników są ludzie chorzy, których można przerobić na rozmaite „balsamy”, ewentualnie wypatroszyć gwoli pozyskania organów do sprzedaży.

Myślę jednak, że – jak powiada poeta – „na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności”, więc Fundacja Helsińska powinna w swoim apelu do sędziów i lekarzy, pod rygorem odpowiedzialności za holokaust zaznaczyć, że nie dotyczy on dzieci pochodzenia żydowskiego.

I na koniec muszę po raz kolejny wyrazić żal, że nie wszedł w życie, a nawet nie był rozpatrywany mój projekt ustawy w sprawie aborcji. Składał się on z jednego zdania w postaci kolejnego paragrafu do art. 148 kodeksu karnego, który mówi o zabójstwie człowieka. Zdanie to brzmiało: „W razie zabójstwa dziecka jeszcze nie urodzonego sąd może podżegacza uwolnić od kary.” Gdyby taka ustawa weszła w życie, Trybunał Konstytucyjny nie miałby przy tym nic do roboty.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Oznaki upadku państwa

Przejdź do treści                 Aktualizacja strony została wstrzymana … Facebook-f   Twitter   Google-plus-g   Instagram   Youtube Szukaj...